fbpx

Julia Wyszyńska: „To ja odpowiadam za swoje szczęście”

Julia Wyszyńska: "To ja odpowiadam za swoje szczęście"
Julia Wyszyńska (Fot. Aleksandra Loska - Pawlęga)

Tak już mam, że muszę dojść do krytycznego momentu, żeby potem się podnieść i odkryć, że jednak są we mnie pokłady siły, mówi aktorka Julia Wyszyńska, która zasłynęła rolą w kontrowersyjnym spektaklu „Klątwa”. Ostatnio można ją było oglądać w serialu Canal+ „Mały zgon”.

Lubi pani być lubiana?
Myślę, że każdy aktor lubi być lubianym, cenionym, podziwianym, nagradzanym, słuchanym, poważanym. Tego domaga się cześć naszego ego.

Jak wobec tego zniosła pani te fale nieprawdopodobnego hejtu na początku drogi aktorskiej?
Było ciężko. Mam wrażenie, że moja droga zawodowa dzieli się na te do „Klątwy” i od „Klątwy”. Ten spektakl okazał się przełomowy. Zdarzył się sześć lat po tym, jak ukończyłam studia, zdążyłam więc mocno zakorzenić się w świecie teatralnym. Teatr był dla mnie całym światem, mogłam od rana do nocy w nim siedzieć, byłam bardzo pracowitą aktorką. A po „Klątwie” zaczęłam zastanawiać się, czy będę mogła uprawiać ten zawód.

Aż tak?
To, co się mówiło i pisało o spektaklu, miało potężny wpływ na moją rodzinę. Miałam poczucie, że nabroiłam, i to konkretnie, uwierzyłam, że zrobiłam coś złego, chociaż teraz wiem doskonale, że to nieprawda.

Mówi się, że wszystko jest po coś. Po co była „Klątwa” w pani życiu?
Po to, żeby dokonała się wielka zmiana na mojej drodze duchowej. Zmieniło się w zasadzie wszystko. Przeszłam od ogromnego kryzysu osobowościowego do zbudowania poczucia własnej wartości bez uzależniania się od opinii z zewnątrz. Bo w tym zawodzie bardzo łatwo uwierzyć, że jak się zagrało dobrą rolę, to jest się świetną osobą, a jak rola nieudana, to coś jest z nami nie tak. Fala nienawiści najpierw mnie zmiotła, potem spowodowała, że musiałam zbudować się na nowo.

„Klątwa” wywołała również dyskusje na tematy społeczne, na przykład o pedo„filii w Kościele.
Tak, zapoczątkowaliśmy tę dyskusję. Kolejne projekty typu „Kler” czy †film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” głęboko mnie uspokoiły. Bo najgorsze było to, że przez wiele miesięcy wmawiano mi, że zrobiłam coś strasznego. Żyłam w takiej schizofrenii: z jednej strony w poczuciu winy, a z drugiej – w przekonaniu, że jedyne, czego mam słuchać, to intuicja, która mówi mi, że jak mam dobre intencje, występuję w ważnej sprawie, w dodatku na scenie, to nikogo nie krzywdzę. Oczywiście, w czasie prób wielokrotnie zapalała mi się czerwona lampka: „Julka, może być dym”, ale zaraz przychodziła myśl: „Jeżeli ja się boję, to co ma powiedzieć osoba, która doświadczyła molestowania?”.

Pani ma takie doświadczenie?
Nie. Zawsze miałam natomiast potrzebę dawania głosu tym, którym się ten głos odbiera. I jak patrzę na spektakle, w których grałam, i na moje role, to wydaje mi się, że jednak nieprzypadkowo akurat ja je niosłam. Warto czasem naruszyć swoje granice, swoje poczucie bezpieczeństwa dla dobra ważnej sprawy.

Złośliwi twierdza, że przy okazji miała pani niezłą promocje.
I tak też próbowano podnosić mnie na duchu: „Nieważne, czy mówią dobrze, czy źle, byleby mówili, taki świat”. Ale ten miecz jest obosieczny. Kilka dróg się przede mną zamknęło. Z drugiej strony – widzę, że to wydarzenie było dla mnie prezentem. Odkryłam, że nie chce inwestować w to, że mnie coś złego spotkało.

Julia Wyszyńska: "To ja odpowiadam za swoje szczęście"
fot. Aleksandra Loska – Pawlęga

Łatwo wejść w rolę o„fiary?
To jest najłatwiejsze. Doświadczenie z „Klątwa” sprawiło, że uwolniłam się raz na zawsze od tego, co kto o mnie myśli. Teraz w ogóle nie zajmuje się recenzjami, opiniami na FB. Chętnie rozmawiam z widzami, także z tymi niezadowolonymi, bo to daje mi cenne informacje. Ale całe to szaleństwo związane z mediami społecznościowymi, z byciem popularnym, które potrafi† nakręcić frustrację, w ogóle mnie nie obchodzi. Przede
wszystkim zdałam sobie sprawę z tego, że bywam aktorka, a nie nią jestem. Aktorstwo to moja wielka pasja, w teatrze i przed kamera jestem na swoim miejscu, ale praca nie świadczy o mnie jako o człowieku w takim stopniu, w jakim świadczy to, co robię w życiu. To odpowiedzialna profesja, ma wielką moc.

A pani zrobiła sobie teraz przerwę w teatrze.
To prawda. Mam czas, aby poszukać inspiracji i nadrobić książkowe zaległości. Taka potrzeba chodziła za mną już od dawna, ale ja ignorowałam i przyjmowałam kolejne role. Aż doszłam do momentu, że nie mogłam wytrzymać na próbach ani minuty dłużej.

Z czego wziął się ten stan?
Z zaniedbania siebie, rutyny. Jestem na etacie i mam zakodowany obowiązek wykonywania pracy, dlatego wchodziłam w kolejne projekty trochę bezmyślnie. Zobaczyłam w pewnym momencie, że się nie rozwijam, że się frustruję tym, jakie aktorskie zadania dostaję, że kręcę się wokół własnej osi.

A rola w serialu „Mały Zgon”?
Praca na planie „Małego Zgonu” była absolutnie wspaniała. Rola agentki Anny to dla mnie zupełnie nowe i wymagające zadanie. Taka bohaterka – mocna, niezależna – która niczego ani nikogo się nie boi, przyznam, była moim wielkim marzeniem. Dlatego jestem bardzo wdzięczna Juliuszowi Machulskiemu za możliwość konfrontacji z taką kobietą dynamitem. Dzięki tej pracy poznałam również swoja nową pasję – po jednej z kaskaderskich scen odkryłam, że muszę iść na kurs jazdy rajdowej. Ten temperament jest w dużej mierze ze mną spójny.

Zamierza pani wrócić z czymś nowym również w teatrze?
Tak! Chciałabym zrealizować swój monodram, ale póki nie doszło do premiery, wolę nie zdradzać szczegółów. Jestem dość przesądna.

Odwaga, żeby mierzyć się z czymś kompletnie nowym, to pokłosie pracy nad sobą?
Chyba tak. Rozwój osobisty to dla mnie priorytet. Poznawanie siebie, swoich mechanizmów, odkrywanie różnych nieuświadomionych aspektów daje wielka przestrzeń i swobodę. Dzięki tej pracy pojawiają się spokój i energia w takiej jakości, jakiej dotąd nie znałam. Pojawiają się nowe marzenia, potrzeby, a przede wszystkim świadomość, że mam realny wpływ na to, co się w moim życiu wydarza. To wielkie odkrycie, choć ścieżka, na
którą weszłam, nie zawsze jest łatwa.

To dla wielu widzów pewnie zaskakujące, bo postrzegana jest pani jako osoba ekstrawertyczna, towarzyska.
Lubię ludzi, potrzebuję być w grupie. Tym bardziej więc to dla mnie trudny czas. Odkrywam w sobie tę część, która nie jest towarzyska i nie radzi sobie z intensywnością kontaktów z innymi, odkrywam swoje cienie, których nie chciałam dotąd widzieć.

Rozmawiam z panią naprawdę w wyjątkowym momencie, kiedy sama siebie poznaję. Wiadomo już, kto się z tego procesu wyłoni?
Jeszcze nie do końca. Trochę mnie to przeraża [śmiech]. Weszłam w ciemny las, z którego powoli zaczynam wychodzić. Czuję, że dzięki temu procesowi wracam do źródła mojej potrzeby bycia aktorką. Przypominam sobie te radość, która czułam, gdy dostałam się do szkoły teatralnej. Nie chodziło mi o popularność, ścianki, wywiady. Nie wiedziałam do końca, czym jest ten zawód, ale wiedziałam, że moje serce aż pęka ze szczęścia, kiedy występuję przed publicznością. I do tego wracam, a razem z tym uczuciem pojawia się mój ogromny apetyt na pracę w ‰filmie. Czuję, że mam tam dużo do odkrycia, jak też do zaoferowania. Czekam na dwie premiery ‰ filmów, w których zagrałam – to były kolejne
emocjonujące przygody, podczas których serce skakało z radości.

Skąd odwaga, żeby w ogóle wejść do tego ciemnego lasu? Z faktu, że jest pani Ślązaczką?
Może? [Śmiech]. Rzeczywiście aktorki Ślązaczki, a jest nas całkiem spora grupa, to mocne osobowości. Na pewno mam wzorzec kobiety niezależnej, jaką jest moja mama. Zawsze
powtarzała mi, że powinnam być samodzielna ‰finansowo, pokazywała na swoim przykładzie, jak ważne jest to, żeby praca była pasja. Mama jest psychoterapeutką, skończyła psychologię, wiec wymyśliłam sobie, że też pójdę na psychologię. Na szczęście
się nie dostałam, bo to nie moja droga. Ale literatura w ogóle, a w szczególności książki rozwojowe towarzyszą mi od liceum.

A tata?
Tata jest lekarzem dentystą, buddystą. Nigdy nie mieszkałam z obojgiem rodziców, tylko z mamą. Ale nie przeżywam z tego powodu traumy. Mam dwoje wspaniałych rodziców, którzy dali mi to, co mają najlepszego, a reszta to już moja robota. Naprawdę
tak uważam – że teraz wyłącznie ja odpowiadam za siebie, za swoje szczęście, i nawet jak przeżywam trudne momenty, to mogę coś z nimi zrobić. To dla mnie duże odkrycie. Wymagało jednak przepracowania starych ran. Musiałam powiedzieć temu małemu dziecku, które jest we mnie: „Idź się baw, a ja, dorosła, to załatwię”.

Skąd pomysł, żeby zostać aktorką?
Nie wiem. Jako licealistka tylko imprezowałam. Nie chodziłam do teatru, do kina. Nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak szkoła teatralna. Dowiedziałam się o tym od koleżanki, z która występowałam w szkolnym przedstawieniu. Pomyślałam wtedy, że mówi o czymś mi bliskim. Od tej pory to miejsce zaczęło mnie wołać na tyle skutecznie, że postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej w Krakowie. Za pierwszym razem się nie dostałam, ale tym bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę próbować.

Wygląda na to, że porażki panią motywują.
Chyba tak, bo na pierwszym egzaminie wypadłam strasznie. Zapomniałam tekstu, nie umiałam powtórzyć choreografii‰ i, wpadłam na dziewczyny stojące obok, psując im egzamin. Nie zdałam zresztą na kilka innych kierunków. Następny rok był dla mnie otrzeźwiający. Chodziłam do kina, teatru, na zajęcia z aktorami Teatru Ślaskiego w Katowicach. Rok później dostałam się do szkoły teatralnej w Krakowie.

Studia potwierdziły, że to dobra decyzja?
Tak, chociaż na początku miałam bariery w wyrażaniu emocji. W pewnym momencie miałam poczucie, że mnie wyrzucą. Tak już chyba mam, że muszę dojść do krytycznego momentu, żeby potem się podnieść i odkryć, że jednak są we mnie pokłady siły.
Po pierwszym roku zaczęłam odczuwać przyjemność ze studiowania. Wydaje mi się, że
wielkim błędem jest brak terapeutów w szkołach artystycznych. Młody człowiek pracuje na emocjach, jest nieświadomy swoich granic, a świadomość siebie to w tym zawodzie podstawa.

Julia Wyszyńska: "To ja odpowiadam za swoje szczęście"
fot. Aleksandra Loska – Pawlęga

Coraz więcej aktorek ujawnia ciemne strony współpracy z reżyserami, dyrektorami teatrów. Jak pani układa się ta współpraca?
Praca z każdym reżyserem to zupełnie inny nawet nie świat, ale kosmos! Spotkałam się z metodami reżyserii przemocowej, ale i takiej, która dodaje skrzydeł, rozwija, uczy czegoś nowego. Uważam, że każde spotkanie jest ważne. Każdy człowiek czegoś nas uczy, nawet jeżeli to spotkanie nie jest do końca wygodne.

Teatr Powszechny, „który się wtrąca”, czyli zaangażowany, to dla pani właściwe miejsce?
Póki się w nim rozwijam, to tak. Chociaż nie jestem związana łańcuchami z teatrem politycznym. Chcę się mierzyć z każdym gatunkiem, również z tym, który może z „teatrem, który się wtrąca” nie mieć nic wspólnego. Ten zawód daje tak szeroki wachlarz możliwości, że istnieje szansa na eksplorowanie wielu światów i w każdym można odkryć skarb. Nie interesuje mnie pielęgnowanie jednej idei, jednego sposobu myślenia. Świat jest zbyt bogaty, żeby sobie odbierać szanse na czerpanie z niego pełnymi garściami. Mamy jedno życie i ważne, żeby przeżyć je świadomie, a tę świadomość zdobywamy dzięki różnym doświadczeniom. Szukam przygód gdzie się da, nie tylko w teatrze.

Julia Wyszyńska, aktorka Teatru Powszechnego w Warszawie, w którym
zagrała m.in. w: „Klątwie”, „Chłopach”, „Capri – wyspie uciekinierów”. Znana z seriali, m.in.: „Czas honoru”, „Na dobre i na złe”, „Szóstka”. Wielokrotnie nagradzana za monodram „Medea”. Gra w serialu „Mały zgon’.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze