fbpx

Klasyka literatury na wakacje. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Klasyka literatury na wakacje. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”
Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)

Książki na wakacje? Rynek zalany jest nowościami, listy polecanych tytułów zmieniają się jak w kalejdoskopie. A może by tak uwolnić się od tego, co koniecznie, właśnie teraz, jak najszybciej trzeba przeczytać, może by tak nie oglądać się na trendy i chwilowe mody i wrócić do klasyki literatury? Do książek, które chce się na pewnym etapie życia odkryć dla siebie na nowo albo po które miało się sięgnąć już lata temu, ale tak się jakoś złożyło, że nie było na to czasu. Takich, które warto przeczytać niezależnie od wieku.

Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”

Najchętniej czytane arcydzieło współczesnej literatury. Gdyby tylko sam Bułhakow mógł to widzieć! Głównie dzięki niezłomności jego żony Jeleny Siergiejewny powieść, jeszcze w ocenzurowanej wersji, została wydana ponad ćwierć wieku po śmierci autora. Tej wielowątkowej i wielopoziomowej historii – która swój początek ma na moskiewskich Patriarszych Prudach, gdzie na ławeczce przysiada para literatów, a zaraz potem przysiada się do nich tajemniczy cudzoziemiec, co ma zresztą krwawe skutki – chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dziś cała zgraja powieściowych bohaterów, jak kot Behemot, piekielny Woland, Piłat czy Mistrz i Małgorzata właśnie, to postacie kultowe. Szczególnie polecam czytać Bułhakowa w najbardziej aktualnym tłumaczeniu. Rzadko nowy przekład książki wywołuje takie zainteresowanie, ale przekład rodziny Przebindów to faktycznie perełka. Jest tu i potoczysty język, i melodia zdań, która w rosyjskim oryginale decyduje o geniuszu autora. Wrażenie robią w nowym wydaniu przypisy: szczegóły, ciekawostki, dowcipne komentarze, ukryte sensy układają się w osobną opowieść, rozpisaną na poszczególne hasła (razem 120 stron dołączonych do i tak solidnego tomu). Udany jest także audiobook „Mistrza i Małgorzaty” w przekładzie Przebindów, z głosami m.in. Magdaleny Różdżki i Andrzeja Chyry.

Pauline Réage „Historia O”

Jest połowa lat 50. we Francji właśnie ukazała się powieść „Historia O”. Zakazana, wielokrotnie konfiskowana, sprzedawana pokątnie. Tylko kogo winić za ten skandal obyczajowy, skoro autor jest nieznany? Najpierw kupują tylko wtajemniczeni, spod lady. Prawdziwa bomba wybucha rok później, gdy „odważna powieść niejakiej pani Réage” zostaje wyróżniona jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich – Prix des Deux Magots. W ten sposób książka staje się bestsellerem. Natomiast jej zagadka jeszcze długo nie zostaje rozwiązana, ustalenie, kto kryje się za tym pseudonimem i tak wyzwoloną literaturą, zajmie aż cztery kolejne dekady. Dopiero w 1994 roku do trzymającej się na uboczu redaktorki Dominique Aury zgłosi się brytyjski dziennikarz i jako pierwszy zapyta ją wprost, czy to przypadkiem nie ona napisała tę powieść. „Był taki miły i błyskotliwy. Nie miałam serca mu skłamać” – wspominała później sama Aury. Po co dziś sięgać po jej „Historię O”? Na fali popularności książek inspirowanych „50 twarzami Greya”, doprawionych wątkami sado-maso, warto wrócić do źródeł, zwłaszcza że to literatura wysokich lotów. Gwarantuję, że mimo upływu czasu, historia tytułowej panny O także i dziś jest śmiała obyczajowo, może nawet śmielsza od Greya i jemu podobnych.

Mary Shelley „Frankenstein”

Niby wszyscy wiemy, o co chodzi, w końcu Frankenstein to jedna z ikon popkultury, ale kto z nas rzeczywiście czytał oryginalną książkę z 1816 roku autorstwa Mary Shelley? Ci którzy czytali, zorientowali się, że to, co dziś o tej historii wiemy, jest już tylko wariacją na temat oryginału. I nie chodzi tylko o to, że kultura masowa mocno spłyciła bardzo ambitną powieść grozy. Weźmy choćby samego Frankensteina. W książce nazywa się tak wcale nie stworzone przez szalonego naukowca monstrum, bo ono nie ma imienia, tylko właśnie naukowiec z kompleksem boga. Tak czy inaczej dzieło Shelley nie dało o sobie zapomnieć. A autorka? Za pisanie powieści zabrała się w wieku zaledwie 18 lat. Właśnie uciekła z domu z ukochanym. Młoda, zakochana, jeszcze przed największymi życiowymi rozczarowaniami. Założyła się z przyjaciółmi (m.in. z lordem Byronem), że napisze coś mrożącego krew w żyłach i stworzyła epokową prozę. Do „Frankensteina” warto więc sobie skompletować wciągającą biografię „Buntowniczki” Charlotte Gordon. Nie tylko o Shelley (to portret podwójny), ale także jej matce – Mary Wollstonecraft, słynnej pionierce, feministce, pisarce, myślicielce, która miała na córkę ogromny wpływ. Mimo, że zmarła dziesięć dni po jej narodzinach. Był w nich obu ten sam niespokojny duch, iskra, przenikliwość i odwaga w zadawaniu ważnych pytań, jaką odnajdziecie we „Frankensteinie”.

Joan Lindsay „Piknik pod Wiszącą Skałą”

Kolejny smakowity kąsek z klasyki literatury. Oniryczna, nieśpieszna, z opisami sielskiej przyrody, z mistrzowsko budowanym napięciem – to pierwsze skojarzenia, które przychodzą do głowy, kiedy wspomina się tę jedną z najbardziej znanych australijskich książek. Podobnie jak nakręcony na jej podstawie kultowy film (1975) w reżyserii Petera Weira był pierwszą kinową produkcją z Australii, o której zrobiło się głośno na całym świecie. Pisarka Joan Lindsay tworząc „Piknik pod Wiszącą Skałą” zainspirowała się prawdziwym zdarzeniem, zniknięciem pensjonarek na stokach Hanging Rock, świętej góry Aborygenów. Dodając do niego odpowiednią dawkę mroku i tajemniczości. Mamy zatem rok 1900, uczennice pensji dla dziewcząt biorą udział w pikniku, który zakończy się tragicznie. Trzy z nich i nauczycielka znikną bez śladu. Co się stało? Zamiast odpowiedzi pojawia się coraz więcej pytań. Ciekawe, bo sama Lindsay napisała rozdział, w którym wyjaśnia zagadkę zniknięcia i dopiero za radą wydawcy z niego zrezygnowała. Na fali sukcesu wydała ów usunięty fragment osobno, ze specjalnym komentarzem. To już opcja dla wtajemniczonych, ale tak naprawdę to właśnie wszystkie te niedopowiedzenia, zostawiając odbiorcom pole do wyobraźni, sprawiają, że „Piknik…” jest tak atrakcyjny i wciągający.

Louisa May Alcott „Małe kobietki”

Co takiego jest w tej napisanej ponad 150 lat temu powieści, co sprawia, że do dziś nie spada z list bestsellerów? Dzieła Louisy May Alcott, która napisała je w czasach wiktoriańskich, zgodnie z potrzebami ówczesnego rynku i obyczajowości. Alcott świetnie oddaje temperamenty, pasje i marzenia czterech dorastających sióstr March. Snuje opartą o przygody własne i jej sióstr opowieść o trudach dojrzewania, ale przede wszystkim o siostrzeństwie, więziach, o tym, na ile możesz być i jesteś sobą, a na ile kimś, kogo ukształtował dom rodzinny. To dzięki tym celnym spostrzeżeniom i talentowi Alcott z jakim opisuje barwne charaktery do tej powieści nadal tak chętnie się wraca. Nawet jeśli powieściowe siostry March z biegiem czasu i wraz z rozwojem akcji są coraz bardziej niegdysiejsze, zbliżając się do wiktoriańskiego modelu kobiety idealnej: uległej, rezygnującej z siebie „strażniczki domowego ogniska”. „Małe kobietki” są jedną z najchętniej ekranizowanych książek w historii, a nowe wydanie książki, wzbogacone fotosami, nawiązuje do najświeższej bardzo udanej filmowej adaptacji (w reżyserii Grety Gerwig m.in. z Florence Plugh i Emmą Watson w rolach głównych). Którą polecam – jako błyskotliwy komentarz a propos autorki i czasów, kiedy jej książka powstała – nie przed, a po lekturze.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze