Filip Springer: Dworce zwykle po drodze

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Czasami po prostu mam ochotę tam wysiąść, mimo że cała rzeczywistość krzyczy, by tego nie robić, by po prostu włożyć nos w książkę i przeczekać. Waham się, tkwię pomiędzy zamiarem a jego realizacją, ale potem drzwi się zamykają i jest już za późno.
Nawet jak wsiadam w Warszawie to jest jednak trochę podróż w czasie. No bo jak spojrzeć na to, jak wygląda ten dworzec, który przynieśli pod PKiN spod Stadionu to jednak jest jakieś zaburzenie czasoprzestrzeni. Powinien być postęp, a jest regres. Nawet skrawka dachu nie ma, ludzie siedzą pod trybuną dla socVIPów i czekają na swojego busa do Małkini.

Na Zachodniej jest podobnie, bo się trochę nie załapała na Euroszał, więc czas został tam niezmieszany. W autobusach leżą martwe muchy, kierowcy mają przepocone koszule, a szyby są brudne od tłustych głów tych, którzy jechali przede mną. Nie znoszę tego ale się dostosowuję, wsiadam, przecieram szyby chusteczkami i jakoś próbuję przetrwać. Potem ruszamy i ja o tym wszystkim zapominam, bo podróż PKS-em to jest jednak przedsięwzięcie angażujące.

Pierwszy raz miałem tak w Rumunii. Jechaliśmy z Warny, autobus był polski, ale w stanie sugerującym, że go sprowadzono okazyjnie z Armenii albo Albanii. Siedzieliśmy z tyłu i kapała na nas woda z zepsutego klimatyzatora. Kierowca zatrzymywał się tylko na jakichś takich stacjach skleconych z dech i blachy, można było się wysikać do dołu z wapnem, a w sklepie płaciło się tylko gotówką. Jechaliśmy przez sześć krajów, więc trudno, żebyśmy mieli odpowiednią walutę. Przez 33 godziny oszczędzaliśmy wodę i kanapki zabrane jeszcze z Bułgarii i modliliśmy się by piorun trafił tego kierowcę, zaraz jak dojedziemy do Warszawy.

Ale to wszystko tak naprawdę było nieważne. Przykleiłem się do szyby i oglądałem dworce autobusowe. Czasami to były zwykłe wygony, na których kopulowały stada psów, ale bywało, że zdarzyła się jakaś perełka. Patrzyłem przez okno, starałem się nie myśleć o tym gnoju, który kieruje i zastanawiałem się, jakby to było tam wysiąść, na jednym z tych dworczyków, gdzie rumuńskie (a potem węgierskie, a potem słowackie, a potem polskie) baby stały z pakunkami i czekały na swoje lokalne autobusy do następnej wsi albo miasteczka.

Po tamtych 33 godzinach już mi to zostało i teraz, gdy wkraczam do świata PKS, to od razu wiem, że nic nie będzie z czytania albo pracowania, bo się przykleję do szyby i będę wypatrywał tych dworców i przystanków. I za każdym razem, gdy taki zobaczę, będę się zastanawiał czy nie wysiąść i nie zobaczyć bardziej.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Na przykład, na trasie na północny wschód, w kierunku Szczytna, te dworce w większości wyglądają jak po bombardowaniu brudem, ale tablice informujące o miejscowościach mają typograficzną spójność, którą zachwycałaby się hipsteria, zawieszająca kawę w warszawskich sieciówkach. Może nawet powstałaby książka na temat tablic przystankowych na tej trasie, albo na innych trasach, można by sobie ją kupić w modnych księgarniach za 90 złotych i byłoby po prostu fantastycznie. Ja jednak wolę po prostu na to wszystko patrzeć, przecierać szybę i czekać, aż ludzie wyładują z bagażników swoje pakunki. Potem zwykle zapalają papierosy i rozchodzą się promieniście po placu, każdy w swoją stronę, każdy jak chce, jak mu najkrócej, jakby ten dworzec w ogóle nie istniał i był tylko autobus, który ich tam przywiózł.

No więc, często chcę tam wysiadać i iść za nimi, albo po prostu obserwować to wszystko z ławki, pijąc colę, ale nie mam odwagi. I tylko raz tak wysiedliśmy, ale to nie było w Polsce, to było w Babadag, więc czuję się raczej usprawiedliwiony.

 

?>