Filip Springer: Schabowy w Poznaniu

Filip Springer: Schabowy w Poznaniu

Niezbyt dobrze to o mnie świadczy, ale dopiero siedząc nad schabowym z ziemniakami i kapustą, zrozumiałem i wytłumaczyłem sam sobie kilka problemów z przestrzenią, które od dłuższego czasu nie dawały mi spokoju.
Na usprawiedliwienie dodam, że ani schabowy, ani miejsce w którym go zjadłem, ani problemy nie były tak po prostu banalne.

Zacznijmy od schabowego. Jest wielki jak łapsko drwala, gruby, soczysty. Pod chrupiącą i idealnie zrumienioną panierką kryje mieszankę jajka, żółtego sera, pietruszki i prawdopodobnie czystego dobra. Za każdym razem, gdy kładą go przede mną, wzruszam się. Mam ochotę robić mu zdjęcia i rozsyłać znajomym, wrzucać na Facebooka, Twittera, Naszą Klasę. Ogłaszać światu, że oto po raz kolejny dopełniło się moje szczęście. Jestem tu i go mam. A zaraz zjem. Powstrzymuje mnie tylko elementarna przyzwoitość i pamięć o tym, jaką irytację budziły zdjęcia schabowych / sushi / pierogów na profilach moich znajomych. Milczę więc cyfrowo i zaczynam spożycie.

Teraz o miejscu. Pięć stolików, przy których usiąść może najwyżej 20 osób. Ta pojemność jest bez przerwy poddawana próbie. Czy aby nie zmieści się ktoś jeszcze? „Gdyby pan tak się ciut posunął”. „A może ja ci usiądę na kolanach i razem zjemy?” „To ja pojem na stojąco”. Nic nie pomaga, więcej niż 20 osób po prostu nie wejdzie. To znaczy, może by i weszło, ale wtedy nie dałoby się jeść. Więc po co siedzieć? Pamiętając o tej dwudziestce szczęśliwców i ja przyspieszam kroku już po wyjściu z tramwaju. Od przystanku to jest jakieś 200 metrów.

Idę i podejrzliwie spoglądam na ludzi. Który nie jadł? Który idzie tam, gdzie ja. Każdy, kto Wrocławską przemierza energicznym krokiem, jest podejrzany, może być konkurentem do wolnego miejsca. A więc idę i profilaktycznie wyprzedzam wszystkich. Bo może ktoś tak niespiesznie idzie, żeby zmylić innych. A potem rzuci się na finiszu i zajmie ostatnie? Pieniądze mam w portfelu (nie da się płacić kartą, raz zapomniałem i wszystko przepadło, pół dnia chodziłem jak struty). Już to widzę, zaparowaną szybę i niewyraźne sylwetki w środku. Wchodzę z drżeniem serca bo nigdy nie wiem czy minąłem po drodze wszystkich, czy mnie ktoś nie wyprzedził, czy nie wybiegł z bocznej uliczki, albo co gorsza bramy, wlazł tam przede mną i teraz będzie tryumfował nad „małym schabowym”, przeżuwając i patrząc mi prosto w oczy z miną zwycięzcy. Ale nie, nie tym razem! Jest wolne miejsce! Rzucam tam plecak i kurtkę, już od drzwi niemal rzucam, żeby mi ktoś nie zajął i pędzę do kasy. 15 złotych i butelka coli za trójkę. Tyle kosztuje krótka wizyta w niebie.

Kończę właśnie książkę, w której będzie napisane, że osiedla grodzone są be i płoty w ogóle to nie najlepszy pomysł na budowanie społeczeństwa. Przy jej okazji różni ludzie pytają mnie o to, dlaczego niby nie. Bo co złego jest w tym, że ludzie chcą mieć kawałek prywatnej przestrzeni, że lubią być sami. W zasadzie nic, odpowiadam zwykle, ale ja po prostu nie wierzę, że wszyscy tego chcą. Konia z rzędem temu, kto znajdzie nowe mieszkanie na osiedlu, które przez dewelopera nie będzie oznaczone jako grodzone.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Potwierdzenie mych przypuszczeń znajduję w jadłodajni „Tylko u nas” przy ulicy Wrocławskiej w Poznaniu. Sam z zasady nie lubię takich miejsc, nie lubię jeść z kimś obcym, raczej unikam barów mlecznych. W „Tylko u nas” jest jednak inaczej. Dobro, którym każdy zostaje tu obdarzony na talerzu, wibruje też w powietrzu. Tam na zewnątrz trwała w głowach tych wszystkich ludzi cicha walka o stołek, kawałek miejsca, na którym mogliby usiąść i spokojnie zjeść. Teraz siedzą już razem, starzy z młodymi, ładni z brzydkimi, bogaci z biednymi. Do „Tylko u nas” przychodzą panowie z pobliskich kancelarii, urzędnicy z Urzędu Miasta, studenci i wygłodniali turyści. Pełen przekrój, pełen egalitaryzm. Siadają razem i gdy na stół wjeżdża ich talerz, wszyscy jak jeden mąż wzdychają. Ci, co czekają, że to jeszcze nie ich. Ci, co zjedli, że więcej nie zmieszczą. Ci, dla których wjechał, że oto spłynęła na nich łaska. A potem ci obcy sobie ludzie zaczynają rozmawiać, wymieniać się uwagami. Nienachalnie, tak po prostu, bez skrępowania. Albo po prostu mówią sobie „Smacznego” i jedzą w milczeniu. Nikt im nie każe, robią to sami z siebie. Wiele już razy siedziałem tam z bucowatą miną i jeden tekst człowieka zachwyconego moim schabowym sprawiał, że jakoś tak robiło mi się głupio i minę robiłem normalniejszą. Dziesiątki razy widziałem bucowatych krawaciarzy, którzy w obliczu swoich żeberek i westchnienia sąsiadów pokornieli i nawiązywali rozmowę.

Wiem, że mieszkanie na osiedlu to nie obiad ze schabowym w roli głównej. Ale, gdy ktoś mnie pyta, czy ludzie naprawdę chcą ze sobą przebywać i przeżywać przyjemne chwile, to myślę sobie o „Tylko u nas” i tamtejszym cudzie w złotej panierce. Wystarczy stworzyć im do tego warunki. Płot ich nie stwarza. Schabowy to marny argument – ktoś powie. Zrobi to ten, kto tam nie jadł.

Springer: Schabowy w Poznaniu
Fot. Filip Springer

?>