fbpx

Dorota Wellman: Używaj ile się da

Dorota Wellman
Fot. Rafał Masłow

Dorota Wellman, energia dwudziestolatki, swoiste ADHD. Ma bzika na punkcie latania. Kolekcjonuje wrażenia i ludzi, nie przedmioty. – Życie to coś więcej niż jedzenie i wydalanie. To świadomość, po co tu jesteśmy. Wspólnie z Hanią Halek dociekają, po co…

Dorota Wellman
Fot. Rafał Masłow

W jaki sposób kosztujesz życie? Łyżeczką do herbaty, nożem, widelcem?

Wielkimi łychami. Ile się da! Chcę się nachapać życia, bo mam świadomość tego, że czas ucieka, wieczność czeka – jak mawiał klasyk. Mam w sobie zachłanność na doznania, ludzi, na życie.

Jesteś kolekcjonerką wrażeń?

Przede wszystkim wrażeń! Na przykład nigdy nie robię zdjęć z wakacji. Owszem, mam jakieś, bo ktoś je zrobił, ale sama – w życiu! Czuję zapach rozgrzanej ziemi, dojrzewających pomarańczy, porannego morza, które jeszcze jest chłodne, mgły, jeziora na Mazurach, tataraku, ryby, świeżości i bagienności jednocześnie… I tego nie odda żadna fotografia, bo w takich chwilach najbardziej liczy się „teraz”, ten moment między jednym a drugim mrugnięciem oka.

Chwila, w której czułaś się najpełniej?

Nie mam jednego takiego momentu. Używam życia codziennie, a ilość zajęć, które sobie sama dobieram, spotkań, wyjazdów i podróży jest ciągłym kompletowaniem doświadczeń i przeżyć. Dziś wieczorem mam na przykład bardzo trudne wyzwanie, będę rozmawiać z rodzicami dzieci homoseksualnych o tym, jak oswoić się z myślą, że dziecko wybrało inną opcję, niż się spodziewali, i wnuków jednak nie będzie. Dla każdego rodzica to wielkie przeżycie, a dla mnie wrażenie, które zabiorę ze sobą. Poznam tych ludzi i dowiem się, czy są odważni, czy nie, czy miłość zwyciężyła.

A gdyby okazało się, że twój syn jest gejem?

To bym go nadal kochała, i jego partnera również. Pewnie, że bym to przeżyła jako zmianę mojego myślenia, obrazu, marzeń, iluzji, jakie nosiłam w sobie wcześniej. Preferencje seksualne nie odcinają mnie jednak od mojego dziecka, które kocham ponad życie. Nie martwię się więc tym, że Kuba nie jest inżynierem, bo jest humanistą i studiuje amerykanistykę. Taką ma pasję. Kocha popkulturę, interesuje się filmem. Ale gdyby wybrał medycynę, też bym za nim podążała. Mam z Kubą fajne koleżeńskie relacje, przez całe życie rozmawialiśmy i rozmawiamy do tej pory. Uważam, że to jest mój największy sukces życiowy. Jest już na studiach, zaczyna nowy etap w życiu, a nasze relacje w ogóle się nie rozluźniają. Nasz dom jest pełen ludzi, dzięki czemu znam również jego znajomych, wiem, dokąd idą, jestem pewna, że dobrze się sobą zajmą. Uwielbiam słuchać tych młodych, gdy śmieją się do utraty tchu, kocham ich seanse filmowe, które odbywają się na strychu tuż nad moją głową do późnej nocy, to zamawianie pizzy, robienie sushi. Myślę, że wszystko to, na co nie pozwalamy – nie mówię tu o rzeczach szkodliwych, typu narkotyki – odsuwa nas od dziecka, bo nic o nim wtedy nie wiemy. Całe życie szłam za moim synem krok w krok, w związku z tym znam wszystkie gry, w jakie grał, jego fascynacje, filmy, które kocha, mody, którym ulega…

A gdyby nie poszedł na studia?

Tu bym walczyła, rozmawiała, przekonywała. Wiem, że są takie momenty, kiedy studia trzeba przerwać i wyjechać, ale nie pozwoliłabym mu nie skończyć szkoły. Wykształcenie jest ważne. Ale ja akurat nigdy nie miałam z tym problemu, bo Kuba był dobrym uczniem, choć głównie z tego, co go interesowało, tak samo zresztą jak ja. W liceum postanowiłam, że nie będę uczyć się matematyki, oświadczyłam to już w pierwszej klasie i nigdy więcej nie uczyłam się tego przedmiotu. W związku z tym z roku na rok podciągano mnie na trójkę. Na maturze ściągę z częścią zadań dał mi dyrektor. I dobrze. Nigdy w życiu matematyka mi się do niczego nie przydała, a pieniądze liczyć umiem. To wystarczy. Ponadto w tym cudownym pędzie życiowym, który mam i chcę mieć, szkoda czasu na rzeczy, których nie lubię. Mam takie swoiste ADHD, które każe mi mieć mnóstwo zajęć naraz, inaczej zaczynam czuć się źle.

A są momenty, kiedy się zatrzymujesz?

Pewnie, ale rzadko. To te momenty autorefleksji, kiedy jestem sama ze sobą.

I kogo spotykasz?

Widzę Dorotę, która ma 51 lat, a nie wygląda na tyle, i ma energię jak dwudziestki. Widzę osobę, która stara się za wszelką cenę połączyć obowiązki domowe z pracą. Próbuje równoważyć te sfery i… to się udaje!

Jak to w ogóle jest w tym pędzie możliwe?

Wariatką jestem tylko pozornie, a tak naprawdę w środku, w sprawach dla mnie najistotniejszych, mam naturę bardzo poukładaną. Kolekcjonuję ludzi i bardzo dbam o to, by w tym pędzie nie umknęło mi kolejne spotkanie, telefon, żeby to się nie rozsypało. Jeśli ubywa kogoś w moim otoczeniu, to robię się nieszczęśliwa, tak jakby nastąpiła amputacja. Przywiązuję się do ludzi, są to naprawdę głębokie relacje. Nie chodzi mi o towarzyskie bankiety, bo to jest śmieszne i zbyt proste. Chodzi o bliskość i wiedzę o drugim człowieku, o dbanie o niego, o wzajemną pomoc, spotkania, które odbywają się najczęściej u nas w domu. Ostatnio mój mąż powiedział: „Dorota, my już do nikogo nie chodzimy, wszyscy przychodzą do nas”. I strasznie mnie to cieszy, bo to znaczy, że nasz dom przyciąga ludzi i jeśli skrzyknę ich we wtorek na piątek, to nikt nie mówi, że nie ma czasu. Wszyscy robią tak, żeby przyjść, zasiąść przy stole, wypić wino, rozmawiać i śmiać się do łez do trzeciej nad ranem.

A w tych krótkich chwilach, kiedy przyglądam się sobie, sprawdzam, czy wypełniam to, co sobie w życiu założyłam jako dobre i słuszne. Czy wyrządziłam komuś krzywdę i czy mogę to jeszcze naprawić. Może mogłam komuś zaszkodzić złym słowem, uczynkiem, złą intencją. Trzeba być non stop czujnym. Gdy się zatrzymuję, robię taki właśnie bilans, często w czasie wakacji albo gdy mam wolną niedzielę, a wszyscy dokądś poszli.

Chodzisz wtedy w piżamie przez pół dnia?

Nie, zawsze wstaję wcześnie i od razu jestem cała wyszykowana, z czego śmieje się mój mąż, bo najczęściej jest to 4.30 rano. Idę z psem na spacer, bez celu, po lesie albo łące. Gadamy sobie o różnych sprawach, pies czasem trąca nosem moją rękę, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. To fajne i potrzebne momenty. Równie mocno jak mojego ADHD nie chciałabym stracić tych chwil totalnego spokoju.

A najboleśniejsza strata w życiu?

Mama. Była dla mnie jak papież, nikt nie był i nie będzie dla mnie większym autorytetem. Poza tym, że byłyśmy matką i córką, byłyśmy też dla siebie przyjaciółkami. Codziennie odprawiałyśmy rytuał, który odbijał się na naszych rachunkach telefonicznych. Rozmawiałyśmy o wszystkim, co w pracy, jak Kuba, co w domu, jak polityka, a czytałaś ten artykuł i tamtą wypowiedź…? Uwielbiałam z nią rozmawiać, bo była lustrem, odniesieniem, miała cudowne odkrywcze myśli na różne tematy, potrafiła też w genialny sposób ocenić moją pracę zawodową, bez matczynych sentymentów.

Krytykowała?

Sama była dziennikarzem, więc były to merytoryczne uwagi, zwracała uwagę na rzeczy, których mogłam nie dostrzec, a ona była czułym i czujnym widzem. W życiu też była osobą wysoce moralną, moim drogowskazem, kimś, komu możesz powiedzieć absolutnie wszystko i nigdy nic nie zostanie użyte przeciwko tobie. Radziła, ale zawsze dodawała „zrobisz, jak zechcesz”. Pomagała w wychowaniu Kuby, ale pytała: „jak wy chcecie, żebym wam dziecko wychowywała?”. Nigdy nie twierdziła, że wie lepiej.

Mama była ogromnie ważnym człowiekiem w moim życiu. Intelektualnie, duchowo, emocjonalnie. I kiedy zachorowała na raka, nastąpiło wzajemne, powolne, wspólne odchodzenie. Udało mi się jednak pokonać własne tchórzostwo. Nie uciec przed śmiercią, nie odsunąć jej od siebie, nie udawać, że jej nie ma. To, co powiem, może zabrzmieć dziwnie, ale byłam bardzo szczęśliwa, że mogłam być przy jej śmierci. Mama umierała w domu, nie była sama, do końca do niej mówiłam, choć już mi nie odpowiadała, głaskałam ją po ręku przez kilkanaście godzin. W mojej rozpaczy to była jedyna radość. Nie oddałam jej tam, gdzie się umiera anonimowo, gdzie komuś wszystko jedno, kto umiera, bo ma takich osób sto. Samotne umieranie jest najgorszą rzeczą, jaka może nas spotkać…

Wraz z moją mamą umarła jedna trzecia mnie i gdy patrzę na rodziny, które się bez przerwy żrą, myślę, że ludzie chyba nie mają nic ważnego w życiu do zrobienia, skoro tak marnotrawią czas. W głowie mi się nie mieści, że można mieć brata albo siostrę i się z nimi nie kontaktować. Ostatnio ktoś mnie zapytał, co bym wybrała: rodzinę czy ojczyznę. Za ojczyznę jestem w stanie, choć brzmi to patetycznie, oddać życie, jeśli ktoś ją zaatakuje. Rodzina jest dla mnie moją małą ojczyzną, najważniejszą na świecie. Powinniśmy o nią dbać, szanować, wspierać i robić wszystko, żeby się tak nie rozpierzchała i nie kłóciła o byle co. I tak rozjeżdżamy się po świecie, a te nici, bo już nie więzy, się rozciągają. Ten jest daleko, tamten się nie odzywa, ten kogoś nienawidzi, bo ma lepsze mieszkanie, tamten kłóci się o spadek…

Ty się z nikim nie kłócisz?

Kłócę się czasem z moim mężem. Jest to krótki wybuch Etny i zaraz mi mija, jak śpiewał Wiesław Michnikowski. A oczyszczona atmosfera po burzy jest dużo przyjemniejsza, bo nie ma tego wrzodu, który rośnie. Kłócę się, ale rzadko i na ogół o rzeczy ważne, na przykład w pracy, kiedy uważam coś za istotne. Wtedy jestem jak taran i mogę zabić. Natomiast w sprawach rodzinnych żadne kłótnie nigdy nie doprowadzą do tego, żebym mogła zerwać z kimś kontakt.

A czego nie wybaczasz?

Braku lojalności. To mnie zabija jak kolec, który przechodzi od serca przez całego człowieka. Moi rodzice pochodzą z Kresów, pewnie stamtąd to mam. Ludzie Wschodu są otwarci, oddaliby duszę, ciało, kiełbasę i ogórek. Kochają całymi sobą. Gdy ktoś mnie naprawdę głęboko urazi, to nie mogę tej rany wyleczyć. Tylko raz w życiu zaparłam się tak bardzo, że ucięłam kontakt. To było po bardzo konfliktowej sytuacji między mną a przyjaciółką. Ona była jednak do tego stopnia konsekwentna w walce, że przełamałam się i wróciłyśmy do naszej dobrej relacji, chyba wiedziała, że racja była po mojej stronie. Zacinam się więc czasem, ale takich przypadków mam bardzo mało, a w rodzinie wcale. Jestem jedynaczką, mam jednak niezwykle bliskie relacje z moimi siostrami ciotecznymi. Dbam o nie i zszywam ciągle ten rodzinny obrus, tak że nie widać na nim żadnych łat. Bo myślę, że nie można żyć byle jak, żyć tak sobie, że życie to coś więcej niż jedzenie i wydalanie. To świadomość, po co tu jesteśmy. Między egzystencją a życiem jest ogromna różnica. Ja wybieram życie i używanie go, ile się da. Lubię mieć z niego radość i frajdę.

Chwile absolutnego szczęścia są dla mnie związane z lataniem. Może dlatego, że niosą ze sobą wolność, której nie doświadczamy, chodząc po ziemi, przestrzeń, której nie widzimy, bo na naszym horyzoncie zawsze jest budynek, drzewo, coś, co nam zasłania. Skakanie ze spadochronem, lot nad ziemią, zachłyśnięcie się powietrzem, „pływanie na wiatrach”– dają niewyobrażalną radość, fizyczną i metafizyczną. Ludzie, którzy się tym zajmowali, mówią o orgazmie duchowym, a ja myślę, że to jest po prostu nieporównywalne do czegokolwiek szczęście, zachwyt nad światem, który widzi się z zupełnie innej perspektywy. To, że ciężkie maszyny odrywają się od ziemi i unoszą pisklęta ludzkie gdzieś tam w chmury, hen wysoko – to absolutny cud. Ten mój dziecięcy zachwyt doprowadził do takiego stanu, że wsiadam do wszystkiego, co lata: helikopterów, transportowców, samolotów wojskowych, małych samolotów pasażerskich prywatnych linii. Wszyscy wiedzą, że mam na tym punkcie bzika. Czasem siadam koło pilota i spełniam moje dawne marzenie. Bo kiedy byłam dzieckiem, nie marzyłam o tym, żeby być aktorką czy gwiazdą. Od początku chciałam być pilotem. Myślałam o tym, że ten człowiek jest odpowiedzialny za tych wszystkich, których samolot połknął, a potem wypluł na innym kontynencie.

Zbierasz wrażenia, ludzi. A rzeczy? Masz sto par butów?

Mam trochę butów do pracy, ale żeby je kolekcjonować i tylko na nie patrzeć? Co trzeba mieć w głowie, nie powiem. Rzeczy nigdy nie stanowiły o mojej wartości. Nie kupiłabym nowego samochodu, żeby pokazać sąsiadom, że jestem bardziej zamożna od nich. To żenujące. Nie dowartościowuję się w ten sposób. Bardzo lubię mieć za to dużo relacji towarzyskich i przyjacielskich. Ze swoim najbliższym przyjacielem znamy się już 40 lat, a poznaliśmy się, gdy miałam 11 lat, on nieco więcej, na wakacjach. To był szkolny flirt. Przeszliśmy z sobą wszystkie koleje naszego życia, pierwsze i drugie miłości, zmianę szkoły, studia, wahania moralne i decyzje życiowe, śluby, rozwody, narodziny dzieci. Gdy poznałam mojego męża, oświadczyłam mu, że jeśli nie zaakceptuje Zygmunta, to niestety nie zostanę jego żoną.

Teraz on też się z nim koleguje i nie dziwi się już, że my z Zygmuntem musimy czasem wspólnie pojechać na trzy dni do Krakowa, a tam chodzić, rozmawiać i pić wódkę. Musimy się po prostu nagadać na kolejne pół roku, po czym rozjeżdżamy się do swoich żyć. Tak, Zygmunt to jeden z moich najważniejszych sukcesów życiowych.

A mąż?

Ten sam od 25 lat. Jesteśmy do siebie bardzo podobni, on też jest zachłanny na życie. Zaakceptował, że jestem lekko szurnięta: potrafię wyciągnąć go z łóżka o 22 i kazać mu jechać na nocny seans filmowy. Albo nagle zarządzić, że wyjeżdżamy do Sopotu. Jak mam pomysł, to natychmiast muszę go zrealizować. Czasami myślę, że może to być męczące… ale on chyba lubi to nasze życie na haju, nieskapcaniałe, niezionące nudą, to moje „wstawaj, wstawaj, muszę z tobą porozmawiać” o czwartej rano. Niewiele osób by to zniosło, a on przeciera oczy, siada na łóżku i mówi: „No, to dawaj, o co chodzi”.

Chłop by sobie pewnie pospał…

Tak, ale ja mam mu za dużo do powiedzenia. Bo od rana chce mi się żyć!

Dorota Wellman, ur. w 1961 roku w Warszawie. Dziennikarka, prezenterka, producentka radiowa i telewizyjna. Karierę rozpoczynała w Radiu Solidarność, pracowała m.in. w Radiu Zet, Radiu Eska, Telewizji Polskiej. Obecnie razem z Marcinem Prokopem prowadzi poranny program stacji TVN „Dzień dobry TVN”, a z Pauliną Młynarską talk show „Miasto kobiet” na antenie TVN Style. Jest laureatką nagrody Wiktory 2010 w kategorii prezenter telewizyjny. W 2013 roku odbędzie się premiera filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa”, w którym Dorota Wellman wcieli się w rolę Henryki Krzywonos. Prywatnie jest żoną fotografa Krzysztofa Wellmana i mamą 20-letniego Jakuba.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>