fbpx

Woody Allen – Czy ja wyglądam na Kupidyna?

Nie trzeba go przedstawiać. Ale gdy wchodzi do pokoju, ma się wrażenie, że jest najskromniejszą postacią na świecie. Nieśmiały, z ogromnym dystansem do siebie, z równie dużym poczuciem humoru. Woody Allen. Zwierzył się nam ze swoich romansów, zakpił z Oscara, stwierdził, że dzieci to trochę eksperyment. I że najważniejszą potrzebą człowieka jest miłość…
– „Spełniłem swoje marzenie. Mój bohater robi coś, na co ja nigdy się nie odważyłem” – powiedziałeś o wychwalanym przez wszystkich filmie „O północy w Paryżu”. Co miałeś na myśli?

– Paryż to zawsze było jedyne miasto, poza Nowym Jorkiem, w którym mógłbym mieszkać. Swego czasu nawet rozważałem, czy się nie przeprowadzić, ale w końcu się nie zdecydowałem. Czy żałuję? No pewnie, że żałuję. Ale kiedy człowiek robi się starszy, staje się wygodny. Przeprowadzka z całym życiowym dobytkiem wydała mi się tak surrealistycznym pomysłem, że odpuściłem. Poza tym, kiedy są dzieci, musisz myśleć także o ich komforcie. Dla nich to byłoby jak przenosiny na Marsa – zmiana szkoły, przyjaciół, otoczenia. Ja spełniałbym swoje fantazje, czyli spacerowałbym po Montmartre, pijał winko w uroczych kafejkach, szukał dla siebie miejsca w alei zasłużonych na cmentarzu Pčre-Lachaise, a moje dzieciaki obmyślałyby sposób, jak się zemścić i wcześniej mnie tam wysłać.

– Pomysłowe diabełki.

– Dzieci są wielką, niewyczerpaną skarbnicą pomysłów. Bywają inspiracją w życiu dorosłych. I wciąż nie rozumiem, dlaczego ten eksperyment się udaje – przecież większość z nas przez całe życie pozostaje dzieckiem. Pomysł, by wychowywać inne dzieci, być autorytetem, radzić, opiekować się, jest tak niedorzeczny, że czasami zastanawiam się, jak te małe istoty dają się na to nabrać. Dorośli uczą się, jak obchodzić się z życiem, nabierają doświadczenia – moim zdaniem nawet foka by się wyuczyła pewnych odruchów – to znaczy, wiemy, że ogień parzy, w wodzie można się utopić, a nadmierna prędkość na drodze może skończyć się wypadkiem. A i tak często zapominamy o tych oczywistościach, nie mówiąc o całej masie innych głupot, które popełniamy. A dzieci najczęściej przymykają oko i udają, że tego nie widzą. Nie chcą nas kompromitować. Wiedzą, że tak naprawdę im zazdrościmy.

– Czego?

– Beztroski. Tego, że dzieciństwo, młodość to czas bezkarnego popełniania błędów. Można szukać, eksplorować, doświadczać. Jako dorosły czujesz, że właśnie wtedy żyłeś najpełniej. Dlatego ludzie często we wspomnieniach wracają do czasów dzieciństwa. Nic nie może się już później równać z pierwszym zerwanym z drzewa jabłkiem, jazdą na rowerze, wygraną bitwą z najlepszym kumplem, wyczekanym pocałunkiem ze starszą od ciebie o trzy lata Daisy… Potem człowiek staje się wyrachowany, pierwsze, proste intencje przestają mieć znaczenie. Wystarczy spojrzeć na to, ile jest rozwodów, ilu ludzi żyje samotnie, jest nieszczęśliwych. Co poszło nie tak? – zawsze zadaję sobie takie pytanie. Także w kontekście swojego życia osobistego, tego, co mi nie wyszło, jak późno osiągnąłem spokój, szczęście.

– W swoich filmach udowadniasz, że najważniejsza jest miłość. Ale człowiek nie jest istotą monogamiczną. Można kochać dwie osoby równocześnie?

– Jasne, dwie to nawet mało. Oczywiście, trzeba się kontrolować. Życie jest dostatecznie skomplikowane, nie należy go gmatwać jeszcze bardziej. Trudno być szczęśliwym. Jeśli nie sprzyja ci los, to prawie niemożliwe. Ale mówiąc poważnie, myślę, że można kochać dwie osoby jednocześnie. Na tym polega piękno i tragedia życia. Wszystko jest możliwe, radość, ból, szczęście, niespełnienie i fakt, że człowiek jest zdolny do tego, by odczuwać te skrajne emocje równocześnie. To esencja życia. Możesz być szczęśliwie komuś poślubiony, ale poznać kolejnego człowieka, którego pokochasz wbrew sobie. Każdy ze związków będzie dostarczał ci czegoś innego. Czy to się nie zdarza? Zdarza się. Mówiąc o kontroli, właśnie to miałem na myśli. Trzeba kontrolować impulsy.

– Łatwo powiedzieć.

– Poteoretyzować można, to fakt, gorzej z realizacją zamierzeń. Też nie jestem za tym, by odmawiać sobie zbyt wielu przyjemności. To pozostawia poczucie bolesnego niespełnienia. Świadomość, że coś nas ominęło albo przez okoliczności zostaliśmy zmuszeni do tego, by to odrzucić, jest straszna. Trzeba potrafić wypośrodkować. Mam znajomych, którzy żyją w otwartym związku. To też nie jest dobre. Ja bym tak nie potrafił. Nie można się umówić na flirt dla sportu. Co to za doświadczenie, że ja będę zdradzał swojego partnera tylko po to, żeby go zdradzać.

– Niektórzy twierdzą, że w ten sposób podtrzymują ogień w związku…

Żeby podtrzymać ogień w związku, to ja wolę żonę zabrać w tropiki.

Gil, bohater twojego najnowszego filmu, nie może się zdecydować, czego chce od życia. Jego przyszła żona pochodzi z dobrej rodziny, jego przyszłość jest zabezpieczona, określona. Niestety, Gil nie czuje się szczęśliwy, stracił wenę do pracy, nie potrafi tworzyć. Zaczyna włóczyć się ulicami Paryża, szukając inspiracji. Przenosi się w przeszłość, poznaje słynnych pisarzy, malarzy oraz kobietę, która dla wielu artystów była muzą. Zafascynowany nią zaczyna rozważać pozostanie w przeszłości.

– Chciałem pokazać, że tęsknimy za tym, czego nie mamy. Wydaje nam się, że coś tracimy tylko dlatego, że tego nie znamy. Swoim filmem chciałem udowodnić, że każde czasy są najlepsze, o ile będziemy wiedzieli, czego od życia oczekujemy. To my kreujemy czas, w którym żyjemy, i nie mówię o rzeczach wielkich, bardziej o przestrzeni wokół nas. Większość z nas idzie na kompromisy z przyzwyczajeń, dla komfortu życia. Decyzja Gila, żeby zmienić swoje życie, choć łączy się z tym, że musi zranić kilka najbliższych osób, jest bardzo odważna. Nie każdego na nią stać. Paryż, podróż w przeszłość stają się tylko katalizatorem pragnień bohatera. On zdaje sobie sprawę, że chce żyć inaczej. W rezultacie nie jest ważne, czy to będzie belle époque, czy czasy nam współczesne, chodzi o jakość życia.

– Gil poznaje Salvadora Dali, Luisa Buńuela, Ernesta Hemingwaya, Pabla Picassa.

Belle époque wygląda pięknie, absynt, tajemnicze kobiety, inspirujące rozmowy, kabaret Moulin Rouge… Ale prawdziwe życie wyglądało zgoła inaczej, przecież tak żyła tylko bohema.

Dokładnie, Gil idealizuje przeszłość dlatego, że jej nie zna. W gruncie rzeczy zakochuje się w swoich wyobrażeniach, a nie w ówczesnej rzeczywistości.

– Prawda jest taka, że te wszystkie słynne osoby miały takie same problemy jak my – dzieci, rozpady związków, niezapłacony czynsz, alimenty, choroby. Gil widzi tylko fasadę. Gdy dokopie się do fundamentów, zrozumie, że nie ma idealnych do życia czasów. Ludzie pędzą za iluzją. Całe życie. Nie potrafimy docenić tego, co mamy, tęsknimy za tym, co mają inni. Zazdrościmy. I nie dlatego, że to jest lepsze, ale dlatego, że jest nowe, inne. Poza tym zawsze łatwiej własne porażki i potknięcia przypisać czasom, a nie źle podjętym decyzjom.

– W filmie „O północy w Paryżu” występuje plejada aktorów: Owen Wilson, Kathy Bates, Rachel McAdams, Michael Sheen, Marion Cotillard, Adrien Brody, Carla Bruni…

– O pierwszej damie nie wypada mi niczego mówić, zaraz Francja najedzie USA i będę miał kłopoty… Pracowało nam się dobrze, bez żadnych kaprysów. Carla Bruni jest uwielbiana przez Francuzów, więc każde jej pojawienie się na planie wiązało się z dużym zamieszaniem. Jeśli chodzi o resztę obsady, to są aktorzy, z którymi od dawna chciałem spotkać się na planie. Interesujący, z ambicjami, zawsze oglądam ich w produkcjach, które czymś się wyróżniają. Owen Wilson idealnie dopasował się do roli, w gruncie rzeczy przypominał mnie samego kilka lat temu. Jest strasznie zabawny, ale na szczęście potrafi uniknąć karykatury. Marion Cotillard jest chyba najpiękniejszą kobietą na świecie, jej twarz wyraża świeżość, dobro, niewinność. Jest piękna, ale piękno w niej nie jest puste. Rachel McAdams to piekielnie zdolna, jedna z najbardziej utalentowanych aktorek młodego pokolenia. Michael Sheen wniósł elegancję, aktorstwo na najwyższym poziomie, a przy tym nieco brytyjskiego humoru.

– Rachel McAdams i Michael Sheen to kolejna para, która zakochała się w sobie
na planie twojego filmu. Wcześniej była Penélope Cruz i Javier Bardem…

– Niczego nie wolno mi mówić, powiem tylko, że miłość to dziwne, nieodgadnione uczucie. Kibicuję wszystkim parom, które wiązały się na moich planach, wiem, że film sprzyja miłości. Podczas realizacji zdjęć aktorzy żyją trochę na granicy świata realnego i fikcji, często sam zakochiwałem się na planach zdjęciowych, często nie w samych aktorkach, ale w granych przez nie postaciach. Cóż, rozczarowania bywają bolesne, ale ja nie przyjmuję żadnych reklamacji. Fakt, ludzie często zakochują się podczas realizacji moich filmów, chyba wysyłam jakieś fluidy… Choć z drugiej strony – czy ja wyglądam na Kupidyna? Miłość to rzecz bardzo osobista, rządzi się swoimi prawami, trudno powiedzieć, dlaczego ludzie widzą się po raz drugi, trzeci w nowych okolicznościach i właśnie wtedy zakochują się w sobie. To jest jedna z tajemnic świata, zaraz po tej, która powoduje, że wkładam do pralki dwie skarpetki, a wyjmuję jedną. Co się dzieje z drugą, nie wiem. Podejrzewam, że gdzieś istnieje kraina, do której wędrują wszystkie zagubione skarpetki.

– Z tego, jaki jesteś, co mówisz, co myślisz – zna cię cały świat. Ludzie myślą o tobie: oryginał, inteligentny neurotyk, najzdolniejszy z reżyserów naszych czasów… Jak siebie postrzegasz?

– Zupełnie inaczej. Prowadzę niezwykle nudne, mieszczańskie życie. Nic na co dzień nie zdradza mojego rzekomego geniuszu. Wstaję rano, piję kawę, odprowadzam dzieci do szkoły. Wracam do domu, by trochę popisać, potem gram na klarnecie, następnie sprawdzam słupki na giełdzie, idę się przejść, wpadnę na jakiś mecz. Od dawna nie byłem na przyjęciu, nie socjalizuję się, wieczorami zazwyczaj zostajemy z żoną w domu albo idziemy na spacer.

– Czujesz się częścią środowiska? Czy czujesz solidarność między filmowcami w USA?

– Nie, w ogóle tego nie czuję. Ale moja żona powtarza, że ja po prostu nie mam przyjaciół, niezależnie, czy chodzi o branżę filmową, czy o życie osobiste. Może ma rację… Nigdy nie udało mi się nawiązać znajomości z innymi filmowcami, nie myślałem o tym, żeby stać się częścią środowiska, nie przeprowadziłem się nigdy do Los Angeles, bo wydaje mi się miejscem kompletnie nie do życia. Tak więc chyba sam wytworzyłem jakieś bariery. Oczywiście, jak spotkam na ulicy Martina Scorsese albo Spike’a Lee, to się witam, rozmawiamy przez chwilę, jest bardzo przyjemnie. Ale nie ma między nami zażyłości, nie chodzimy razem na kolacje, nasze rodziny się nie znają. Nie mam żalu, jakoś nigdy nie zależało mi na tym, by być częścią jakiejś grupy. Z perspektywy czasu żałuję natomiast, że nie zapraszałem częściej na randki tych wszystkich pięknych aktorek, które u mnie pracowały. Bilans jest naprawdę przerażający. Na 47 filmów, które zrobiłem, tylko z trzema, może z czterema aktorkami przeżyłem romans albo dłuższy związek. Aktorce z aktorem chyba jest łatwiej, może dlatego ich związki tak często rozpoczynają się lub kończą na planach filmowych. Jaki to piękny początek romansu: chodź, poćwiczymy całusy…

– Niektórzy dziennikarze piszą, że „O północy w Paryżu” to twój najlepszy film od 20 lat.

– Nie wiem, nie potrafię tego tak wartościować. Raz robię lepszy, raz gorszy film, jak każdy inny twórca. Jestem w lepszym lub gorszym nastroju czy momencie życia, co przekłada się na moją pracę. Cieszę się z dobrych reakcji prasy, ale ja filmy robię dla publiczności. Chyba mogę powiedzieć, że mam swój rozpoznawalny styl. Nie wiem, czy jest to inteligentna komedia czy neurotyczna komedia – określeń było już milion – mam jednak wrażenie, że jeśli ktoś idzie na mój film, to dlatego, że wie, czego się po mnie spodziewać. Zna i ceni mój dowcip, sposób prowadzenia aktorów. Kiedy dawno temu zrobiłem „Annie Hall”, ludzie bardzo szybko zaczęli uwielbiać ten film, identyfikowali się z główną bohaterką, jej historia stała się niezwykle popularna, cytaty z filmu krążyły po mieście. W gazetach prócz zachwytów pojawiły się komentarze, że nie zrobię już lepszego filmu. Czy to była prawda? Nie wiem, nie chcę tego oceniać, choć oczywiście „Annie Hall” jest wyjątkowym filmem. Podobnie było z „Purpurową różą z Kairu” czy z filmem „Wszystko gra”. Zobaczyłem je na ekranie i pomyślałem, że jest dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Rzadko tak jest.

– Mówi się, że będzie kolejny Oscar…

– Nie sądzę, nie celuję w tym kierunku. To jest pewnie polityka producenta, mnie na odznaczeniach nigdy nie zależało. Poza tym umówmy się, czym jest Oscar. Co to za nagroda, która honoruje film w zależności od tego, czy ma dobrą promocję, czy został dostatecznie dobrze rozpowszechniony? Oscar to nagroda za lobbing, nie za film. To żałosne.

– A nie masz poczucia, że zdradzasz Nowy Jork na rzecz innych miast?

– Odczuwam pewien niepokój, ale na szczęście miasto, odwrotnie niż zdradzana kochanka, nie zrobi ci awantury, nie rozbije wazonu na głowie. To mnie pociesza. Nigdy nie wyjadę z Nowego Jorku, ale chętnie nakręcę jeszcze jakiś film w Europie. Wróciłbym do Barcelony, Paryża, ale nie wyobrażam sobie, by kręcić na dalekiej Północy, w Skandynawii, Rosji. Zazwyczaj miasta zwracają się do mnie same, proponują, żebym nakręcił film, a one sfinansują produkcję. Wtedy zastanawiam się, czy mam do opowiedzenia jakąś historię, która mogłaby się wydarzyć w danym miejscu. Jeśli tak, zgadzam się, podpisujemy umowę – mój film otrzymuje finansowe wsparcie, dla miasta jest to reklama. Wszystkie strony są zadowolone. Podróże są zresztą miłym urozmaiceniem mojego życia. Dają dystans do wielu codziennych spraw, pozwalają spojrzeć na siebie przez pryzmat innych nacji.

– A podróże w czasie? Przeniósłbyś się w czasie? Belle époque, szalone lata 20.?

– Nie, chyba nie. Chociaż takie jednodniowe podróże w przeszłość mogłyby być bardzo kształcące. Ale odbywałbym je tylko jako turysta. I zawsze bałbym się, że zostanę na stałe w przeszłości bez niezbędnych zdobyczy cywilizacji. Właśnie, musiałbym mieć pewność, że mogę wrócić, że zawsze mam taką możliwość. Mimo gwarancji powrotu zabierałbym ze sobą zawsze małą walizeczkę pełną proszków przeciwbólowych, zastrzyków znieczulających, antydepresantów. Bez tego nie ruszam się nawet do piekarni za rogiem. Tak więc tym bardziej jeśli miałbym podróżować w czasie, musiałbym mieć całą apteczkę ze sobą.

– „O północy w Paryżu” to historia, która udowadnia, że nie sposób odciąć się od przeszłości. Trzeba o niej pamiętać, wyciągać wnioski, ale przede wszystkim po to, by tworzyć przyszłość.

– Zgadzam się. Nie można odciąć się od przeszłości. Oczywiście zarówno postawa Gila, jak i Inez, jego narzeczonej, jest skrajna. Trzeba patrzeć w przyszłość, ale wyciągać wnioski z przeszłości. Najlepiej czerpać z mądrości tradycji, ale iść z duchem czasu. Jak to zrobić? A skąd niby miałbym to wiedzieć? Jestem tylko filmowcem.

– A co ty byś robił o północy w Paryżu?

– Na to, co chciałbym robić, już jestem za stary. To, co mogę robić, jest za nudne, żeby nawet o tym wspominać.