fbpx

Paula i Karol wyśpiewują siebie

Roześmiani, pełni energii, bezpretensjonalni. Jeszcze niedawno grali kameralne, akustyczne koncerty dla przyjaciół. Dzisiaj członkowie zespołu Paula i Karol mają na koncie EP-kę i pierwszy, doskonale recenzowany album długogrający pt. „Overshare”. Byli na wszystkich tegorocznych, najważniejszych festiwalach, supportowali słynny Beirut. Dla polskiego rynku muzycznego są jak powiew świeżego powietrza.
-Czy, kiedy półtora roku temu graliście koncerty dla pokaźnego grona przyjaciół w Cafe Kulturalna czy Planie B, podejrzewaliście, że dzisiaj będziecie u progu prawdziwej kariery?

Paula: Nieee, chyba nie… Wszystko się tak szybko działo i dzieje, że nie mamy właściwie za bardzo czasu myśleć o przyszłości. Żyjemy chwilą… Ja wiem, że tandetnie to brzmi!

Karol: Tak, żyjemy chwilą [śmiech]! Ale rzeczywiście koncentrujemy się na tym, co nam w danym momencie sprawia przyjemność, tak po prostu. Chcieliśmy nagrać płytę i grać sobie koncerty, tyle.

Zdaje się, że zanim zaczęliście wspólnie tworzyć muzykę, znaliście się już pięć lat…

K: Ale nie jakoś blisko, bardziej na „cześć”, wymienialiśmy dwa czy trzy zdania. Odsyłamy do książeczki z płyty „Overshare”, gdzie opisujemy szczegóły naszej niezwykłej znajomości…

I nie tylko waszej. Wasz zespół opiera się na przyjaciołach. Chyba nie osiągnęlibyście tak wiele, gdyby nie wasza kontaktowość i otwartość. Mam rację?

P: [śpiewa donośnie] “I’m gonna try with a little help from my friends! Ooo” – to jest nasze motto!

K: Tak! Ale w ogóle chyba w życiu tak jest, że bardzo trudno coś osiągnąć samemu. Żeby grać w zespole czy w ogóle coś tworzyć, trzeba mieć życzliwych i fajnych ludzi wokół siebie. Prosta zasada.

P: Ale to też nie jest tak, że my się przyjaźnimy z ludźmi, żeby dołączyć ich do naszego zespołu. Gdyby „nasi” muzycy z nami nie grali, też chciałabym się z nimi przyjaźnić jako z ludźmi po prostu, bo są wspaniałymi osobami. Oni sami podchodzili i chcieli z nami pracować. Nie było żadnego naboru.

A jak poznaliście twórcę pięknej oprawy graficznej waszych płyt? To Kanadyjczyk?

P: Tak, nie znamy go osobiście. Siedziałam w Internecie i przypadkiem zauważyłam jego rysunki. Były niesamowite. Czułam, że gdybym miała większe zdolności plastyczne, to rysowałabym tak jak on. To jest bardzo „Paulusiowe”, mówiąc naszym slangiem. Napisałam do niego maila, czy mogę umieścić jego rysunki na okładce naszej EP-ki. Okazało się, że ma polskie korzenie po pradziadku, nazywa się Timothy Karpinski. To było dla niego niesamowite, że ktoś z dalekiej Polski tak nagle pisze z taką sprawą…

K: Grafiki na EP-kę zrobił za darmo. A kiedy mu zaproponowaliśmy, że za „Overshare” już mu zapłacimy, to odpisał, że super, będzie miał na świąteczne prezenty dla swoich kotów [śmiech]. Chcielibyśmy mu zrobić wystawę w Warszawie, to znakomity ilustrator, jego prace muszą genialnie wyglądać na żywo.

Paula – dorastałaś w Kanadzie, a Karol – spędziłeś w dzieciństwie kilka lat w Nowym Jorku. Jak to na was wpłynęło?

P: Zarówno moi rodzice, jak i Karola, mają takie zawody, że muszą się przemieszczać. Dorastaliśmy jeżdżąc w różne miejsca, przyzwyczailiśmy się do mobilnego życia. Dzięki temu umiemy szybko dostosować się do różnych nowych okoliczności, do nowego otoczenia. Jesteśmy nauczeni otwartości. Rozmowa z obcymi ludźmi – z uśmiechem i bez nerwów – nie sprawia nam trudności. Bardzo łatwo wchodzimy w interakcje z innymi osobami. I zrozumieliśmy się tak doskonale właśnie dzięki podobnym doświadczeniom.

Paula – masz w Kanadzie najbliższą rodzinę, która mieszka tam na stałe. Karol – jak to było z Nowym Jorkiem?

K: W latach 80. moja mama wyemigrowała do USA i po jakimś czasie postanowiła, że z nią tam zamieszkam. Wyjechałem w drugiej klasie podstawówki. Mieszkaliśmy w Nowym Jorku we dwoje przez 3,5 roku. Dużo się przeprowadzaliśmy, mama szyła w różnych miejscach. Trochę do teatru, trochę w branży mody, trochę do filmów. To była naprawdę ciekawa artystyczna praca, zawsze bardzo mi się podobała. Taki wolny zawód. Mama jest dla mnie pięknym przykładem, który udowadnia, że można ciężko pracować jako artysta i cieszyć się tym. Że można się utrzymać i spełnić poprzez pracę artystyczną.

Czy w Polsce coś takiego jest możliwe?

K: Jest, bo to właśnie robimy. Co prawda nie mamy pieniędzy, ale poświęcamy się swojej twórczości. Środków na utrzymanie starcza ledwo, ledwo, musimy dorabiać też w inny sposób, bo bez tego by się nie dało. Zobaczymy, jak będzie w przyszłości.

Ale płyta „Overshare” póki co sprzedaje się jak świeże bułeczki?

P: To prawda!

K: No tak, chociaż tak w ogóle to trudno jest sprzedać dużo płyt w Polsce. To wszystko przez pewien świat, który zdominował medialne potęgi i jest na szczycie hierarchii. Do niego idą wszystkie pieniądze z muzycznego rynku. A pod nim jest przestrzeń muzyki niezależnej, gdzie wszyscy ciężko pracują, ale nie da się w żaden sposób przebić przez ten sufit. Nikt już nawet od dawna nie próbuje. I trzeba otwarcie powiedzieć, że to nie jest fajna sytuacja i „ci na górze” nie zachowują się w porządku. Bo tak naprawdę cały wartościowy muzyczny świat w Polsce siedzi w tej chwili w podziemiu. Jest wielu muzyków, którzy robią strasznie dużo, są bardzo dobrze znani w całym kraju, a nie mogą się ze swojej twórczości utrzymać. To jest absurdalne.

Ale mimo tej sytuacji i chociaż znacie dobrobyt innych państw, kochacie Warszawę. Piszecie o niej piosenki, świetnie się w niej czujecie. Może polecicie to miasto reszcie Polski, która nie cierpi stolicy?

K: Jeśli ktoś nienawidzi Warszawy, to jej tak naprawdę nie zna. Nie przeszedł się z nami po miejscach, które tu lubimy. Nie poznał ludzi, których kochamy. W tym mieście są naprawdę fajne, życzliwe, twórcze osoby, które robią świetne rzeczy i codziennie jest masa możliwości, żeby gdzieś pójść i zrobić coś ciekawego. W każdej chwili można poznać kogoś interesującego. Taka jest prawda o Warszawie. Trzeba w niej przeżyć kilka lat i się na nią otworzyć, poszukać swojego miejsca, nie być biernym.

P: My akurat mamy zapał i wielką ambicję, żeby coś robić. Ale nie ukrywam, że jest mi łatwiej niż przeciętnemu Polakowi. Mam kanadyjskie korzenie i mogłam pracować przez parę lat jako native speakerka, zarabiać porządne pieniądze. W ogóle Warszawa jest bardzo różna od reszty Polski. Czasem jakiś znajomy wpada z zagranicy i mówi: „wow, Warszawa jest taka dynamiczna, znacie tylu niesamowitych muzyków, wszystko jest ekstra!”. Ale ja im powtarzam, żeby zdali sobie sprawę, że cała Polska tak nie wygląda. Muzykom z innych rejonów czy o mniej fortunnym pochodzeniu jest znacznie trudniej niż nam.

Czy jesteście przygotowani na szum medialny wokół waszych osób? Że będziecie rozpoznawani na ulicy?

K: Rozpoznawalność twórców muzyki niezależnej jest minimalna. Raczej nie grozi nam jakieś uciążliwe zainteresowanie ludzi i mediów. A wszystko przez tę hierarchię, o której mówiłem wcześniej. To akurat jasna strona tej smutnej sytuacji.

P: Z drugiej strony kiedy patrzę na moją 8-letnią córkę chrzestną z Zielonej Góry, która świadomie i z zapałem przesłuchuje naszą płytę i inne wartościowe albumy, chce słuchać Pustek, Czesława Śpiewa czy Mitch & Mitch. A na zajęciach z angielskiego musi słuchać jakiegoś badziewia…

K: Obrzydliwego popu!

P: Tak! To przykre. Jest w szkole muzycznej i nie ma fajnych wzorców. Więc może ta popularność w radiu chociaż by się przydała, z korzyścią dla wszystkich.

Foto: Wiesz O Co Chodzi
 girlwithdifferentnoodles.blogspot.comNa ile wasza twórczość jest osobista? Karol, powiedziałeś w wywiadzie dla Trójki, że się trochę „obnażacie”…

K: No właśnie, ludzie na to dziwnie reagują, obruszają się. A przecież każdy artysta się jakoś obnaża. Najlepiej kiedy ubiera to w jakąś poetykę, dźwięki, ciekawą formę… Ja nie lubię naturalizmu w sztuce. Ale nie widzę w tym nic szokującego, że się jakoś odsłaniamy. Jesteśmy otwartymi ludźmi. To dla nas naturalne, że pokazujemy siebie takimi, jakimi jesteśmy. Może ta formuła, gdzie wszystko jest akustyczne i nieskomplikowane sprawia, że wyraźniej widać tę naturalność.

Odsłońcie się zatem i powiedzcie, jak spędzacie Święta?

K: Ja w domu, bardzo tradycyjnie, chociaż nie jestem praktykującym katolikiem. Chcę tę Wigilię spędzić z tymi samymi osobami, z którymi to robię od 30 lat. To dla mnie bardzo ważne, daje mi poczucie stałości i porządku. Niektórzy narzekają na to siedzenie przy stole z rodziną, a ja się zawsze bardzo cieszę i mam ogromna ochotę spotkać się ze wszystkimi krewnymi! Wręcz czekam na to.

P: Ja wracam do Kanady i spędzę dwa tygodnie z siostrą, bratem i mamą. Będziemy jak zwykle siedzieć na kanapie, pić wino, leniuchować, grać w karty. Zrobimy również coroczny konkurs lepienia pierogów. Pierogi robimy naprawdę setkami! Zwykle wychodzi ich około 500. Moje rodzeństwo ma co jeść na kilka miesięcy. Szkoda, że nie mogę tych wyrobów przewieźć do Warszawy.

A myśleliście kiedyś o nagraniu świątecznej płyty?

K: Ktoś już to nam nawet zaproponował! Ale jeżeli już, to chcielibyśmy zrobić coś oryginalnego i fajnego. Nie jestem totalnie przeciwny, jednak nie można tak na szybko i po prostu. Skojarzenia ludzi z taką muzyką są raczej nie najlepsze… Cieszymy się, że nasza płyta wychodzi w okolicy Świąt, to jakoś do niej pasuje. Chyba nie potrzebujemy jeszcze dokładać słodkości i rodzinności, bo jest ich wystarczająco wiele na płycie.

P: A jeśli ktoś szuka nietradycyjnych kolęd, to polecam Sufjana Stevensa, który wydaje już chyba 10 płytę ze świątecznymi piosenkami i tworzy naprawdę znakomitą, bardzo ładną muzykę.