fbpx

Wszystko jest kreacją

W filmie kinowym nie zobaczymy, jak pani z nagim biustem międli się z jakimś panem ot tak, bo produkcja dostaje kategorię „R” i dzieci nie mogą pójść do kina. Na szczęście są dobre seriale telewizyjne, gdzie można takie sceny zobaczyć – tłumaczy prawa rządzące serialami i opowiada o swojej fascynacji dziennikarz filmowy, Kamil Śmiałkowski.
Tomasz Kin: Kiedy Hollywood straciło pierwszeństwo jako komentator rzeczywistości i oddało pole serialom?

Kamil Śmiałkowski: Całkowicie tego pola nie oddało, bo najważniejsze seriale nadal kręci się w Hollywood albo stamtąd pochodzą pieniądze na produkcje. To był proces. Nie stało się to nagle. Wszystko zaczęło się od „kina nowej przygody”, czyli Spielberga i Lucasa, którzy przewrócili Hollywood do góry nogami. To, co do tej pory było istotne i na co ludzie kupowali bilety, stało się kinem drugoligowym w najważniejszej kwestii – budżetów. Najważniejsza stała się czysta, bezpretensjonalna rozrywka. Im bardziej infantylna, tym lepsza. Początkowo infantylizm był podszyty ironią i żartem, jednak w miarę upływu lat ten sympatyczny humor zanikał, aż została sama rozrywka. Podstawowym odbiorcą kina jest dziś dwunastoletni Afroamerykanin, ale nie żałujmy też innym kolorom skóry, które w sali kinowej można zobaczyć na całym świecie. Siedzi on sobie w sali gdzieś w Nowym Jorku z gigantycznym pudełkiem popcornu i ogląda kolejną część „Transformersów”. Tymczasem, jeśli ktoś chce czegoś dojrzalszego, o poważniejszej tematyce w najróżniejszym tego słowa znaczeniu, czyli seksualnym, obyczajowym, kryminalnym, umysłowym, sięga sobie po pilota i włącza serial telewizyjny.

Wystarcza historia, że dobro wygrywa i płacimy każdą cenę za bilet?

Raczej płacimy za to, żeby dużo się działo, było głośno z dobrą muzyką i koniecznie w 3D, choć twórcy powoli od tego odchodzą. Tym kino się zadowala. Wynika to jednak z tego, że z jednej strony sformatowano te produkcje pod odbiorcę, któremu to wystarcza, ale z drugiej – bo niczego więcej nie można mu pokazać. Bariery w pruderyjnym kraju, jakim są Stany, są mocno przestrzegane w czwartej części „Die Hard”, gdzie John Mclain nie mówi już „Yippee-Kai-Yay motherfucker”, tylko w momencie kiedy zaczyna mówić f… włącza się gdzieś w tle bardzo głośny silnik, który zagłusza resztę tego słowa. Zostało to ciekawie sparodiowane na festiwalu w Cannes parę lat temu. Dokładnie naprzeciwko pałacu festiwalowego na wielkim balkonie zawieszono napis „Yippee-Kai-Yay mother” i w tym miejscu, gdzie powinien kończyć się napis – kończył się balkon. W filmie kinowym nie zobaczymy, jak pani z nagim biustem międli się z jakimś panem ot tak, bo produkcja dostaje kategorię „R” i dzieci nie mogą pójść do kina. Przez to takie filmy są rzadsze i niżej budżetowane. Na szczęście są dobre seriale telewizyjne, gdzie można takie sceny zobaczyć.

Serial ciągle kojarzy się z banalną dłużyzną, dlaczego?

Seriale trzeba dzielić na rodzaje, tak jak to się robi w Stanach. Nagrody „Emmy” przyznawane są w kategoriach „Daily”, czyli serial codzienny taki jak „Dni naszego życia”, „Moda na sukces” i normalne seriale, które lecą wieczorem. Jednak rozróżnienie na seriale miałkie i te na wyższym poziomie odbywa się bardziej profesjonalnie. Otóż te dobre seriale początkowo nie mogły lecieć w normalnych dużych telewizjach, bo mają ograniczenia wiekowe, jak kino, co oznacza, że nie wolno przeklinać oraz pokazywać golizny, ani wyskakiwać z niczym mądrzejszym. Nie życzy sobie tego sponsor, bo pół minuty po reklamie płatków śniadaniowych w serialu nie możne nagle wyskoczyć jakiś dewiant albo homoseksualista.

Pamiętasz „Kryminalnych”? Słyszałem od twórców serialu, że powstał dlatego, bo sponsor chciał coś, co będzie pasowało do żyletek do golenia. Nie przeklinali i pokazywali „ładne” wycinki życia.

Taki model tworzenia seriali Ameryka przechodziła kilkadziesiąt lat temu. Teraz wiedzą, że czasem nie trzeba pokazywać żyletek w każdej scenie filmu, gdy goli się nimi bohater. Wystarczy zaznaczyć w materiałach prasowych, kto jest sponsorem, albo pozycjonować się wokół tego serialu. Taka informacja jest bardziej wartościowa dla odbiorców niż to, że bohater wstaje rano i pije przed śniadaniem olej „Kujawski”. Selekcja negatywna polega właśnie na tym, czego sobie sponsor nie życzy zobaczyć na dużej antenie. Wolny rynek jednak nie znosi próżni, więc stacja HBO, która nie nadaje reklam, wpadła na genialny pomysł, że skoro nie jesteśmy uzależnieni od reklamodawców, możemy sobie pozwolić na wszystko. Stwierdzili, że zaryzykują z serialami dla mądrych dorosłych ludzi i zrobili dla dziewczynek „Seks w wielkim mieście” a dla chłopców „Rodzinę Soprano”. Przyjęcie tych seriali spowodowało, że wszystkie inne telewizje uderzyły się w głowę i stwierdziły: może warto nakręcić coś dla innego odbiorcy.

Przy okazji powstał monopolista na rynku: HBO i drepczący mu po piętach Showtime.

Dolicz jeszcze kanał Stars, który idzie w hardcore. Tam jeśli fabuła „Spartakusa” nie posuwa się do przodu, to opiera się na totalnych orgiach albo krwawym zarzynaniu.

Ja wolę „Dextera” i „Demages”.

Są tego już dziesiątki. Dlatego produkowanie takich seriali ma sens, choć często są one nietrafione i schodzą już po trzech odcinkach. Wystarczy spojrzeć na sezony ramówkowe wszystkich amerykańskich stacji. Widać, że poza HBO, które dużo myśli przygotowując seriale, to stacje telewizyjne zazwyczaj inwestują w niewypały, nie przejmując się, ile pieniędzy zostało w nie władowanych. U nas też zaczyna się tak dziać.

Mamy potworny kompleks Ameryki, każdy czeka, aż u nas zaczną robić takiego „Dextera”.
Myślę, że u nas takie dobre amerykańskie seriale, puszczane późną nocą przez sezon, są po prostu kupowane w pakietach razem z innymi, które lecą o 20:00. Poza tym znacznie taniej jest kupić, niż wyprodukować.

Dlaczego? Nie ma u nas rynku?

Dotykasz tu problemu „warszawki”. Nam, mówiąc w imieniu części tej grupy, wydaje się, że taki jest cały kraj. Niestety, stanowimy malutką pianę na morzu, w dodatku medialną, nie reprezentatywną. My byśmy chętnie zobaczyli takie seriale, ale reszta odbiorców, co wychodzi w oglądalności, zdecydowanie nie!

Nie zgodzę się, że każdy Polak kocha bajki typu „Magda M”.

Miesza się tu kilka spraw. W Ameryce mija potrzeba codziennych oper mydlanych. Kilka najważniejszych w ostatnim roku zostało zdjętych z anteny. U nas również się tak dzieje. Zamknięto produkcję „Plebani” i „Złotopolskich”. Nie wynika to bynajmniej z tego, że dorasta nam publiczność, tylko w swej niewdzięczności do bohaterów, z którymi zżywała się tyle lat, znalazła ona nowych. Obecnie można ich oglądać w niemieckich formatach typu reality drama, gdzie ludzie udają życiowe problemy. To jest niemal to samo, identyczna codzienność, ale bardziej realnie przedstawiona, przez to bardziej dotycząca widza. O ironio, amatorzy w tych produkcjach nie grają specjalnie gorzej, niż zawodowcy w tasiemcach. Dodatkowo, cała akcja zamyka się w jednym odcinku. Jest to o wiele tańsze dla producentów i nie trzeba trzymać kontinuum akcji. Nie ma sensu wracać ciągle do tych samych postaci. Trzeba nieustająco poszukiwać twarzy i tematów. Widownia nie ma dziś czasu, by codziennie ślęczeć o tej samej porze przed telewizorem. Świat się zmienia. Głodni poważniejszej rozrywki mają seriale na DVD i coraz więcej oficjalnych stron, gdzie legalnie można pobierać bieżące odcinki.

W Polsce pokutuje koncept, że uwielbiamy to, co znamy, i obok tasiemców ciągle puszczane są stare klasyki, również w ilości hurtowej.

To powszechne prawo na świecie. W Ameryce robi się z nich dodatkowo remake za wielkie pieniądze. „Mission Impossible” na przykład. To przecież tytuł sprzed czterdziestu lat przerobiony na nowo. W Polsce z kolei kręci się nowego Klossa. Ludzie chętniej sięgną po coś, wobec czego mają już wyrobione emocje i stanowisko.

Ile realu jest w serialach? Pytam, bo doszło poniekąd do paradoksu, w którym odgrywamy w swoim życiu sceny z seriali i utożsamiamy się z tym, jacy bohaterowie są oglądani.

Rozumiem, że chodzi ci o portret człowieka. Owszem, w serialach są elementy rzeczywistości, relacji międzyludzkich i namiętności, ale to wszystko jest kreacją. Zawsze nią było. Przecież gdybyśmy chcieli oglądać normalne życie, musielibyśmy gapić się, jak bohaterowie śpią przez osiem godzin. Zawsze wybiera się to, co w danym momencie nas interesuje. Nawet „Big Brother” był kreacją, wystarczy włączyć kamerę i świat przestaje być prawdziwy. Pytanie o procent rzeczywistości jest z gruntu chybione. Nie o to chodzi, by pokazywać rzeczywistość.

W serialach widzę przecież najprawdziwsze problemy, dotyczące często mnie osobiście.

Bo trafiłeś na dobrych scenarzystów. Pokazują ci to, co chcą, żebyś oglądał. Jest masa ludzi, którzy chcą oglądać takich jak my. To widownia telenowel. Tworzenie seriali jest częścią show-biznesu, czyli zaspokajania potrzeb widowni. Kłamstwem jest to, co czyta się wielokrotnie przerabiane w materiałach prasowych, że oto twórcy chcieli przedstawić jakiś problem. Nie, chcieli zarobić pieniądze.

W naszych serialach uczy się, jak jeść nożem i widelcem albo jak wypełnić PIT.

Albo że dzieci trzeba szczepić. To problem poboczny. Przede wszystkim zaspokajana jest potrzeba widowni, a przy okazji przemyca się jakąś pozytywną akcję wymagającą myślenia, o ile oczywiście jest na to miejsce w scenariuszu i sponsor nie zażyczy sobie kolejnej sceny, w której bohater pije olej „Kujawski”.

Robisz właśnie krzywdę widzom, którzy patrzą na to ideowo.

Zawsze. Ale nie ma w tym nic złego, że ktoś próbuje zaspokoić potrzebę innych. Na świecie to normalka.

Chwileczkę, ja ciągle się upieram, że są produkcje kreujące rzeczywistość.

Wydaje mi się, że to raczej wywoływanie mód. Czasami seriale wywołują coś, z czym ludzie się utożsamiają. „Mechaniczna Pomarańcza” przyniosła modę na gangi i przemoc na początku lat 70. Ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, że można tak, jak w filmie. Mody szybko przemijają. Myślę, że ich wartością największą jest to, że po latach kiedy się do nich wraca, przedstawiają nam znakomitą wizję i prawdę na temat czasów, w jakich powstawały, a my patrzymy na to z dystansu. Widać wówczas doskonale, jakie tematy poruszają, a czego zabrakło, bo my już to wszystko przeżyliśmy dawno temu i mamy swój pogląd. Najlepiej można zaobserwować to w kinie gatunkowym. Włącz sobie serial kryminalny z lat 80. albo science fiction sprzed dwudziestu lat.

„Seks w wielkim mieście” wykreował modę na singielki intelektualistki używające życia, „Rodzina Soprano” na co?

Nie wiem, czy kreowali modę. Raczej odczarowywali portret mafiozów w garniturach à la Marlon Brando. Bohater żyje przecież z utylizacji śmieci, ma normalną rodzinę i kolegów gangsterów przypominających bardziej osiedlowe kanalie, niż wielkich oprawców. Najlepszy serial obyczajowy w historii, oczywiście w moim przekonaniu, czyli „Sześć stóp pod ziemią”, to idealny przykład na odczarowywanie śmierci. Cały XX wiek wraz z całą jego kulturą polegał na wyrzucaniu śmierci poza nawias. Sto lat temu było to naturalne, ale w nagle przestało ona nas dotyczyć.

Było to konieczne przez wojenne traumy.

Tak. Nastąpiła próba czyszczenia naszej kultury z tego, co jest złe. Często seriale działają wbrew stereotypom i tendencjom.

Zmieniają też świadomość samych twórców. Przykładem niech będzie Spielberg i Hanks, jako producenci „Kompanii Braci”, albo Martin Scorsese reżyserujący „Zakazane Imperium”.

To są kolejni wielcy twórcy filmowi, którzy zorientowali się, że w serialach można więcej. Chodzi o przestrzeń i czas na opowiedzenie historii. Jednym z pierwszych takich twórców był Alan Bowl, który po Oscarze za „American Beauty” powiedział że przenosi się do telewizji i zrobił „Sześć stóp pod ziemią”, a obecnie „True Blood”. Zrozumiał, że to medium jest fajniejsze i daje mu znacznie większą swobodę. Za nim poszły kolejne gwiazdy Hollywood. Aleksander Paine stworzył dla HBO serial „Wyposażony”. Agnieszka Holland, która ustawiła pilota w „The Killing”, dalej Brian Singer, twórca „Dr. Housa” i Dustin Hoffman w „Luck”. Porządni twórcy kinowi, mogąc dostać więcej fajnych klocków do zabawy, robią to z przyjemnością. Pewnym przełamaniem był serial „Anioły w Ameryce”, gdzie Al Pacino, aktor, który przez lata gardził tym gatunkiem telewizyjnym, zagrał jedną z ról. Po tym wszyscy stwierdzili zgodnie że jeśli on może, to my też.

Polityka jest też ciekawym tematem, ale u nas ciągle nie da się zrobić dobrego serialu o polityce.

W Stanach mają znakomitego „Boss”: codzienne życie burmistrza Chicago, który pokazuje swoje układy i zależności. Był też genialny „West Wings” czyli „Prezydencki Poker”. Niestety emitowano go na dużym kanale o 20:00 przez to nie mógł pojechać ostro. Odbitką tego było nasza „Ekipa”, nawet niezła ale zdjęta. Dlatego „Boss”, który leci w kablówce, może wszystko. W związku z tym pokazane jest, że burmistrz dba o miasto, ale jednocześnie dla niego nie istnieje prawo ani jakiekolwiek granice. Pozytywny bohater, ale łamiący wszystkie zasady i przekraczające dozwolone granice, byle przeprowadzić to, o co mu chodzi. Polityka ukazana jest jako potworne bagno i konstrukcje układów. Zaczął lecieć w tym roku i myślę, że do nas też szybko się przebije. Po to są właśnie kablówki. Tam można jechać ostro.

Przydałoby się coś o administracji Obamy. To mogłoby wygenerować dużą widownię.

Jest coś podobnego, dostał w tym roku Złoty Glob. To „Homeland”, historia o grze wywiadów od innej strony. Do domu wraca żołnierz, który spędził lata w niewoli u Talibów. Udaje się go odbić i tylko jedna agentka CIA, która ma dwubiegunową nerwicę i raczej jest chora, podejrzewa, że jest jednak podwójnym agentem. Cała konstrukcja jest znakomita, bo pokazuje skomplikowaną grę wywiadów i to, że nikomu nie można ufać. Jak politycy usiłują wykorzystać tego żołnierza, próbując się z nim pokazywać i jak rodzina tego człowieka po dekadzie nieobecności męża próbuje wrócić do porzuconych wątków. To są naprawdę dobre seriale, a polityka jest ich częścią.

Jednak to możliwe. Nastąpi powrót do kina?

Raczej nie. Myślę, że jeśli seriale będą musiały coś oddać, ich siła z telewizji przeniesie się do multimediów. Absolutnie nie mam pojęcia jak. Kultura masowa przeważnie jest uwarunkowana technologią. To nie wahadło, nie będzie odgięcia, tylko ciągły rozwój.

Masz swoich bohaterów z którym się utożsamiasz?

(śmiech) Chyba już z tego wyrosłem.

Może po winie.

Wtedy tak (śmiech).

W którym serialu nie widzisz planu filmowego, kadrowania, światła, tylko chłoniesz historię?

Jest tego kilka. „Homeland” i absolutnie genialny „Sherlock”- następca Sherlocka Holmesa. Kręcą to Brytyjczycy, tworzący obecnie znacznie krótsze sezony, mające sześć 45 minutowych odcinków. Ten serial jest jednak realizowany nowatorsko, bo całość tworzą trzy 90-minutowe odcinki, de facto trzy pełnometrażowe filmy.

W filmie mamy Roberta Downey’a J., a w serialu kogo?

Benedict Cumberbatch zaistniał w „Szpiegu” ciekawą kreacją. Kawał porządnej zabawy.

Długo będzie trwała polska moda na odtwórstwo?

Nie wiem, ile jeszcze widzowie będę chcieli historii typu „Magda M.” Zmiany jednak następują, bo „Przepis na życie” jest o dwa poziomy wyżej. Powoli się to zmienia. Trzeba traktować to ewolucyjnie. Nie można nagle widza zaskakiwać wydumaną historią na siłę.

Może czas sięgnąć po twórców kinowych?

(śmiech) U nas jest taki podział?

Jasne, po „Domu Złym” Smarzowski nakręcił sezon „Brzyduli”.

Ale jego mistrzostwo polega na tym, że trudno zauważyć, że to był on.

Rozmowa odbyła się 18 stycznia w Warszawie.