„Mary Stuart” w Teatrze Ateneum

„Mary Stuart”, Teatr Ateneum, fot. Bartek Warzecha

Bardzo czekałam na kolejną rolę teatralną Agaty Kuleszy. Zdjęcia z prób w Teatrze Ateneum, prawie łysej, trudnej do rozpoznania aktorki tylko podsycały moją ciekawość.


Bardzo czekałam na kolejną rolę teatralną Agaty Kuleszy. W Teatrze Ateneum wciela się w postać najsłynniejszej szkockiej królowej, Mary Stuart. Zdjęcia z prób prawie łysej, trudnej do rozpoznania aktorki tylko podsycały moją ciekawość.

Pisałam już o spektaklach Agaty Dudy-Gracz w Teatrze Jaracza w Łodzi, świetnych: „Iwonie, księżniczce Burgunda” i adaptacji „Ożenku” (Według Agafii”). Lubię jej stylistykę i sposób na teatr autorski. Pełen muzyki granej i śpiewanej na żywo, gry świateł i malarskich wizji tak sugestywnych jak obrazy jej ojca, Jerzego Dudy-Gracza. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem i kredytem zaufania dla twórców oglądałam historię ostatnich godzin życia legendarnej Szkotki.

Spektakl zaczyna się trudnym monologiem Tomasza Sucharda w roli upośledzonego pomocnika kata, który przez całe przedstawienie będzie odgrywał pełne egzaltacji, nieporadne komentarze do tego, co się dzieje, co już się stało i co jeszcze ma się wydarzyć. Niezły dramaturgiczny pomysł, ale zepsuty niestety przez wykonanie. Mniej znaczy więcej – gdyby aktor stonował o połowę użyte środki wyrazu, byłoby dużo lepiej. Bezdyskusyjnie świetny jest natomiast sam kat, Przemysław Bluszcz, który przez cały trwający prawie dwie godziny spektakl trwa nieruchomo na proscenium i niewzruszenie zapowiada wykonanie kary. Nie jest łasy ani na przekupstwo, ani na wdzięki rozpustnej pokojówki, ani na salonowe gry błazna czy intrygi lekarzy, którzy próbują otruć Mary przed ścięciem. Jest symbolem władzy i nieuchronności wydarzeń – jest wyrok i będzie kara. Nie ma od tego odwołania.

Na scenie najdobitniej brzmi właśnie wymiana zdań między nim a królową. Każde z nich oszczędnie, ale z mocą artykułuje własne przekonania: Mary – o swojej niezwykłości i czekającym ją udziale w gronie świętych, kat – o śmierci i fizjologii, która każe pomyśleć o wypróżnieniu się przed egzekucją i przybiciu do głowy skazanej peruki, by ta nie spadła w decydującym momencie. Świetny duet, a efekt tym trudniejszy do uzyskania, że Bluszcz stoi odwrócony tyłem do Kuleszy. Wreszcie sama Mary – aktorka oscarowa, której możliwości sceniczne są ogromne. (W Teatrze Ateneum można ją podziwiać także w spektaklu „Merylin Mongoł”). Nikt tak jak ona nie potrafi drobnym gestem, zaciśnięciem ust czy stłumionym krzykiem oddać stanu emocjonalnego swojej bohaterki. W tej roli jednak uległa na początku spektaklu pokusie grania z emfazą, jest równie dynamiczna jak Suchardt. W moim odbiorze niepotrzebnie. Być może budowała swoją postać na kontrze, by zaskoczyć niebywałą klasą i siłą w milczącej scenie finałowej, której towarzyszy tylko świst miecza.

Finał jest naprawdę znakomity, nie sposób go zapomnieć! To on ratuje całość widowiska, które, przyznaję, jak zawsze u Dudy-Gracz, chwilami wprost zachwyca przepięknymi żywymi obrazami, znakomitymi pomysłami na pauzy sceniczne – światło gaśnie i zapala się, uruchamiając kolejne pokłady świadomości tytułowej bohaterki. Spektakl urzeka także niesamowitą, wręcz anielską muzyką w wykonaniu dwojga artystów z dawnej Kapeli ze Wsi Warszawa: Mai Kleszcz i Wojciecha Krzaka. W sumie, sztukę trzeba zobaczyć w całości, aby ją oswoić i docenić. Mary Stuart umiera z klasą.

„Mary Stuart”, Wolfgang Hildesheimer, przekł.Dorota Sajewska, reż. Agata Duda Gracz. Premiera 16 maja2015, Teatr Ateneum w Warszawie.