fbpx

Mela Koteluk: „Rób coś, kochaj kogoś, nie bądź nicponiem”

Mela Koteluk: "Rób coś, kochaj kogoś, nie bądź nicponiem"
(Fot. Honorata Karapuda)

Myślę, że dojrzewanie jest jak nauka nowego języka – mówi Mela Koteluk. Sulechowianka, najstarsza z trojga rodzeństwa i dziecko okresu transformacji, bo kiedy skończył się PRL, miała tylko cztery lata. Jak wspomina tamte czasy?

Urodziłam się 3 lipca. Między godziną 3, jak mówi moja mama, a 3.15. W pełnię księżyca. Początkowo rodzice chcieli mnie nazwać Blanka Daria, teraz twierdzą, że wraz z przyjściem na świat przyniosłam ze sobą imię Malwina. Na różnych etapach mojego życia bliscy i znajomi tworzyli rozmaite wariacje tego imienia. I kiedy dzisiaj koleżanka mówi do mnie „Malwa”, od razu wiem, z jakiej epoki pochodzi nasza znajomość. Była Melinda, Melania, a nawet Melson. A potem życie potoczyło się tak, że zamieszkałam w Anglii, gdzie nikt nie zadawał sobie trudu, żeby wymówić „Malwina”, mówili „Mel” i „Mela”. Pamiętam ten moment decydowania, jak właściwie powinnam przedstawić się słuchaczom przy pierwszej płycie „Spadochron”. Był 2012 rok i naturalnie pozostała Mela.

Klunkry i Buchty

Jestem z Sulechowa. Miasta, w którym na świat przyszła Olga Tokarczuk. Sulechów, jak cała ziemia lubuska, to ciekawy miks Zachodu i kultury Wschodu, która przyszła z kresów. Tutaj nazwiska z końcówką „uk” są często spotykane. Wielu ludzi wciąż nosi kresy w sercu, to czuć w rozmowach szczególnie ze starszymi ludźmi, ale wydaje mi się, że też młodsze pokolenia, chcąc nie chcąc, zostały nasączone jakiegoś rodzaju nostalgią, tęsknotą za tym, co utracone.

Moja rodzina pochodzi z różnych stron. Mama z Wielkopolski – jak wpadała do naszego pokoju, już od progu wołała: „Posprzątać mi te klunkry!”. Czyli z gwary poznańskiej te „graty”. Często robiła nam drożdżowe buchty na parze z sosem truskawkowym. Babcia Eleonora urodziła się w niemieckim Grüsselbachu, natomiast rodzina Koteluków wywodzi się z Biłki Królewskiej spod Lwowa. Mój dziadzik Jan wczesne dzieciństwo spędził na terenach obecnej Białorusi, często opowiadał nam o pobliskiej rzece Wilii.

Spokojnie, jeszcze Ci się zmieni

Dom dziadków kojarzy mi się z bezpieczeństwem. Moje wczesne dzieciństwo to właśnie ten dom, stare poniemieckie siedlisko z łąką, sadem owocowym i starą lipą rosnącą na górce. Dziadzik opowiadał, że kiedy przyjechali ze Wschodu – miał siedem lat – na tej lipie mieszkały puchacze. To jest zmitologizowane drzewo, kochamy je. Dziadkowie wcześnie wstawali i byli w nieustannym dialogu, wciąż o czymś ze sobą rozmawiali. O czym? Sama nie wiem, ale to nie miało końca.

Dzisiaj wiem, że nasza relacja z dziadkiem była wyjątkowa. O, na przykład tylko dziadzia mógł mi rozczesywać włosy. Nauczył się nawet pleść warkocze i pamiętam, jak stawaliśmy przed starym trójramiennym lustrem na strychu i jak oglądałam się z każdej strony, sprawdzając, czy warkocz jest równo zapleciony.

Niedawno przypomniałam sobie też inną scenę. Z czasów, kiedy już nie byłam dzieckiem, to musiało być jakoś zaraz po tym, jak wydałam pierwszą płytę. Siedzimy z dziadkiem w kuchni, pijemy kawę ze szklanek z duraleksu i serwujemy sobie z zamrażarki cassate – te lody, które kupowało się owinięte w srebrny papierek. I pamiętam, jak dziadek mówi mi: „Nie przejmuj się, to tylko praca”. Reagowałam oburzeniem: „Przecież to takie ważne!”. A on: „Spokojnie, jeszcze ci się zmieni”.

Im więcej czasu mija, tym bardziej to rozumiem. Tęsknię do domu poza miastem, znudził mi się miejski kortyzol.

Szum w niedzielny ranek

Do kamienicy przy Łukasiewicza w Sulechowie przeprowadziliśmy się krótko po tym, jak urodziła się moja siostra. Zamieszkaliśmy na 47 mkw., na parterze. Mama, artystyczna dusza, chyba najbardziej ekstrawagancka osoba w mojej hipisowskiej – jak z czułością o niej mówię – rodzinie, przeżywała okres fascynacji feng shui. I na tych 47 m w rogu pokoju postawiła fontannę. Z zamkniętym obiegiem, szemrzącą, obłożoną kamieniami. Mam na to dowody w postaci zdjęć z chrzcin mojego brata, na których pozujemy z fontanną w tle.

Mela Koteluk: "Rób coś, kochaj kogoś, nie bądź nicponiem"
Rok 1985. „Mama, artystyczna dusza. To ona w naszym 47-metrowym mieszkaniu postawiła fontannę”. (Fot. archiwum prywatne)

Z mieszkaniem przy Łukasiewicza wiążą się też moje pierwsze muzyczne fascynacje. Tata zainstalował na dachu, chyba jako jedna z pierwszych osób w Sulechowie, antenę satelitarną. Którą nam zresztą w pewnym momencie ukradli: niedziela rano, włączamy telewizor, a tam szum. Talerz nigdy nie został odzyskany, tata musiał go odkupić. Pierwszy raz oglądałam tyle zagranicznych teledysków: Madonnę, Céline Dion, Roxette, Annie Lennox, która śpiewa do lustra „Why”. Musiałam mieć wyobraźnię mocno nasączoną MTV i tym, czego słuchał mój tata, skoro w zerówce, razem z koleżanką Moniką, bawiłyśmy się w domek Michaela Jacksona i Prince’a. Ja zawsze byłam Prince’em.

Koło naszej kamienicy powstała też sławna dyskoteka Manhattan. Zaraz niedaleko zboru kalwińskiego, dzisiaj zrewitalizowanego, wtedy opuszczonego. Wielką atrakcją Manhattanu było to, że jako didżej pojawiał się tam Marek Sierocki, którego wszyscy znali z „Teleexpressu”.

Klęska urodzaju

Z PRL-u nie pamiętam prawie nic. No, może jedną wizytę z mamą w pewexie, kiedy byłam malutka. Kiedyś nawet żałowałam, że nie urodziłam się kilka lat wcześniej, miałabym wspomnienia z tamtego ustroju. A tak zapamiętałam przede wszystkim, że jedne rzeczy zastępowały inne, nowe wypierało stare, chaos, dziwny dziki czas, chociaż wtedy, oczywiście, nie rozumiałam, że jest dziki. I jednak w sumie się cieszę, że wychowałam się w pełnych kontrastów latach 90., dekadzie niewiarygodnego urodzaju w muzyce. To była klęska urodzaju, pełna abstrakcja: mieliśmy grunge obok Spice Girls, The Cure obok Madonny, Sade, brit pop, trip hop, U2. W naszym domu zawsze mruczało radio. Z moją przyjaciółką Natalią wysyłałyśmy z Sulechowa swoje głosy na listę przebojów Trójki.

Syndrom starszej siostry

Mój brat poszedł do szkoły, kiedy akurat wyprowadzałam się z domu. Jest między nami osiem lat różnicy, które kiedyś miały znaczenie, ale dziś ta różnica wieku kompletnie się zatarła. Z siostrą dzielą nas trzy lata, więc siłą rzeczy więcej czasu spędziłyśmy razem. Z Olą fizycznie jesteśmy do siebie bardzo podobne, ale jeśli chodzi o charaktery… Ja byłam tą siostrą, która kiedy dostaje czekoladkę, natychmiast ją konsumuje z uczuciem ekstazy. Ola rozważnie zostawiała sobie kawałek na później. Ja ogień, szybko się do czegoś zapalałam, moja siostra miała więcej rozsądku i uczyła mnie dyplomacji. Kiedy trzeba było coś wyjaśnić z rodzicami, to ona spokojnie, rzeczowo tłumaczyła swoje racje.

Mela Koteluk: "Rób coś, kochaj kogoś, nie bądź nicponiem"
Lato ’97 lub ’98. „Z Olą do dzisiaj fizycznie jesteśmy do siebie bardzo podobne. Jeszcze długo, już jako dorosła osoba, odczuwałam syndrom starszej siostry”. (Fot. archiwum prywatne)

Tak czy inaczej byłam najstarsza z rodzeństwa i miało to swoje konsekwencje. „Tak, tak, idź sobie, dziecko, na podwórko, tylko miej oko na…” – chcesz czy nie chcesz, cały czas masz coś takiego z tyłu głowy. Zresztą ja nawet w przedszkolu czułam się doroślejsza od innych dzieci. Miałam spory problem z leżakowaniem. To, że mam spać na zawołanie, mi uwłaczało.

Jeszcze długo, już jako dorosła osoba, odczuwałam syndrom starszej siostry. Pozostało mi coś w rodzaju nadmiernej odpowiedzialności za innych i musiałam to w pewnym momencie trochę odinstalować.

Rok komety

Był rok 1997, miałam 12 lat. Właśnie zamieszkaliśmy z rodzicami w domu przy ulicy Urody Życia. Przeprowadzka długo wyczekiwana, wreszcie mieliśmy własne pokoje, każdy swój. Mój był cały fioletowy. Niesamowite lato, poznałam nowych znajomych, z którymi pokonywałam 30 km dziennie rowerem. A na niebie widać było kometę Hale’a-Boppa. Z mojego pokoju, z oknami wychodzącymi na południowy wschód, była dobrze widoczna. Był to czas skrajnych doświadczeń. Z jednej strony magia, bo kometa i przeprowadzka, z drugiej – zmarła mama mojej mamy, babcia Barbara, niespodziewanie. Dzisiaj myślę sobie, że przecież mama, mająca już wtedy troje dzieci, zbyt wcześnie spotkała się z taką stratą.

Mnie urodziła, mając 17 lat, tata miał tylko 20. Moi rodzice byli niesamowicie zaradni jak na swój młody wiek. Dużo pracowali, ale zawsze znalazł się czas, żeby iść na basen, na spacer do lasu, na aktywności sportowe. Pod tym względem tata był i jest nie do zdarcia, a ja nigdy w dziedzinie sportu orłem nie byłam.

Dla mnie właśnie zaczynał się czas poważnych przemian.

Wiersze

Nagle, z dnia na dzień, zaczęły mi się kręcić włosy. Dopiero później zrozumiałam, że to burza hormonów. Myślę, że dojrzewanie jest jak nauka nowego języka. Zaczęłam śpiewać, bo odkryłam, że tak znacznie łatwiej jest mi się wyrazić. Pisałam piosenki i wiersze, które, mam nadzieję, nigdy nie ujrzą światła dziennego. I czytałam dużo poezji. Wisławy Szymborskiej, która właśnie dostała Nagrodę Nobla, Miłosza, Różewicza. Baczyński był dla mnie autorem jednego wiersza: „Z głową na karabinie”. Mówię o tym dlatego, że właśnie stworzyliśmy z kwartetem Kwadrofonik album „Astronomia poety” z oryginalnymi piosenkami, które powstały do poezji Baczyńskiego z okazji 76. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Prace nad tym materiałem zbiegły się z globalną kwarantanną i razem z Bartkiem Wąsikiem stworzyliśmy cały album na odległość. Od samego początku przyświecała nam intencja, żeby pokazać Baczyńskiego jako pacyfistę i mistyka, człowieka zakochanego w życiu. I wydaje mi się, że zdołaliśmy odtworzyć to jego jasne oblicze.

Piątka

Piątka, czyli innowacyjne Liceum im. Krzysztofa Kieślowskiego w Zielonej Górze. Żeby się tam dostać, ostro się z Natalią, moją przyjaciółką z podstawówki, uczyłyśmy. W całym liceum było nas około 250 osób, żadnych dzwonków, lekcje zaczynały się o 7.15. Żeby zdążyć z Sulechowa, musiałam wstawać wcześnie, o piątej. „Rób coś, kochaj kogoś, nie bądź nicponiem”, takie było oficjalne motto szkoły [cytat z filozofa Tadeusza Kotarbińskiego – przyp. red.]. To była szkoła gromadząca indywidualności. Wzmocniła we mnie przekonanie, że świat jest pełen możliwości. Chodziłam, pamiętam, ubrana, jakby żywcem wyjęto mnie z lat 70., od dziadzika dostałam stylową kurtkę, w której sam chodził w młodości. Do tego już od podstawówki nosiłam czerwone glany.

W wakacje, między pierwszą a drugą klasą, pojechałam na warsztaty wokalne do Nowogardu. Załapałam się w ostatniej chwili. Warsztaty organizowali reżyser Andrzej Głowacki i Elżbieta Zapendowska – wtedy już znana, mimo że było to jeszcze przed tym, jak została jurorką w „Idolu”. Byli wymagającymi nauczycielami, o czym nie wiedziałam, zanim się tam nie zjawiłam. Cóż, nie zostawili na mnie suchej nitki, ale przy okazji powiedzieli, że mam ciekawą barwę głosu, i to mnie wówczas bardzo ukierunkowało. Po wakacjach zaczęłam regularnie jeździć na lekcje do Zapendowskiej w Warszawie. Tak, raz w tygodniu nie chodziłam do szkoły. Zawoził mnie tata, co środę, w czasach, kiedy nie było między Sulechowem a Warszawą autostrady. Sam ma w sobie dużo pasji i chyba cieszył się, że znalazłam dla siebie coś, co mnie tak angażuje. Przeprowadziliśmy wtedy chyba najwięcej rozmów w życiu – w tę i z powrotem, w sumie z dziesięć godzin. A potem sprawy potoczyły się same: próby, występy. Usłyszałam, że dobrze byłoby, żebym przeniosła się do Warszawy.

No to wyjeżdżam

Myślałam, że bardziej niż mama i tata przeżywali mój wyjazd dziadkowie. Dopiero po latach okazało się, że także dla rodziców to było jednak gigantyczne wydarzenie. Ja ze swoimi 17 latami byłam pewna siebie i zawsze przecież mogłam użyć ostatecznego argumentu, że mama w moim wieku też wyprowadziła się od swoich rodziców. Nie musiałam, rodzicie mieli do mnie zaufanie. Przez dwa lata liceum i samodzielnego mieszkania w Warszawie wydarzyło się mnóstwo rzeczy. Na przykład konkurs na interpretację piosenek Agnieszki Osieckiej i pierwszy występ w Trójce na żywo. To było coś.

W moim życiu nigdy nie brakowało abstrakcyjnych sytuacji. I tutaj cięcie, mam 18 lat i występuję z Reprezentacyjnym Zespołem Artystycznym Wojska Polskiego w Sali Kongresowej. W stroju moro, w wersji, dodajmy, pustynnej. Przemalowałam wtedy włosy na ciemno. Występowaliśmy z tym samym programem też w Szczecinie, dokąd polecieliśmy z lotniska wojskowego specjalnie przygotowanym samolotem i był to mój pierwszy lot w życiu. Poziom abstrakcji tamtych wydarzeń mogę porównać chyba tylko do tego, jak parę lat później trafiłam na chwilę do chórku zespołu The Scorpions i występowaliśmy na urodzinach Michaiła Gorbaczowa w londyńskim Royal Albert Hall.

Mela Koteluk: "Rób coś, kochaj kogoś, nie bądź nicponiem"
(Fot. Honorata Karapuda)

Najważniejsze decyzje

Nie jestem pewna, czy gdyby mama nie przyjechała do mnie w przeddzień matury z polskiego, w ogóle dotarłabym na egzamin. Myślami byłam już w Krakowie, miałam tam grono najbliższych znajomych. Przeprowadziłam się na krakowski Kazimierz, a zaledwie parę miesięcy później zadzwoniłam do taty z prośbą, żeby mnie stamtąd odbił. Tym sposobem wylądowałam w Sulechowie, ale po kilku dniach siedziałam już w autokarze Bermuda do Londynu. Pożyczyłam pieniądze od kuzynki, kupiłam bilet i tak rozpoczęło się kolejne rozdanie. Pojechałam na dwa tygodnie, a zostałam trzy i pół roku. Pracowałam głównie jako kelnerka w restauracji Baltic niedaleko stacji Waterloo, w pobliżu ulicy The Cut, którą bardzo lubię i przy której mieszczą się dwa świetne teatry: The Old Vic i Young Vic.

Zaczęłam wtedy maniakalnie chodzić na koncerty, przyglądałam się, jak zespoły grają, miałam z tego wielką frajdę. Dobrze wspominam te lata. Z perspektywy czasu widzę, jak ukształtowały mi charakter. Podejmowałam wtedy najważniejsze życiowe decyzje. Wyklarowała mi się optyka. Zdałam sobie sprawę, że w obcym języku nigdy nie będę tak operowała metaforą jak po polsku, że tego nie przeskoczę. Pod koniec pobytu w Londynie wiedziałam już, że chcę wejść w nowe nieznane. Wrócić do Warszawy, zacząć studia i założyć zespół.

Mela Koteluk rocznik 1985. Ma na koncie płyty: „Spadochron”, „Migracje” i „Migawka”. Najnowszy album, „Astronomia poety”, stworzony wspólnie z grupą Kwadrofonik dla Muzeum Powstania Warszawskiego, ukazała się 24 lipca.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze