NeSpoon – matrixowa koronczarka

Mural na budynku muzeum sztuki koronczarskiej. Alencon (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

Jej filigranowe, wypalane z gliny i ogromne muralowe koronki można znaleźć na ulicach Hongkongu i Berlina, w rybackich wioskach Goa, we włoskich miasteczkach. Tymczasem lokatorzy kamienicy na warszawskim Mokotowie nie mają pojęcia, że w ich piwnicy pracuje NeSpoon – artystka, która koronkami upiększa świat.

Kilka lat temu pojechała nad Bałtyk odpocząć. Miało nie być malowania, rysowania, sprejowania, żadnej sztuki, tylko słońce, piasek i święty spokój. Już nawet leżała na tym piasku i szykowała się na ten spokój. Ale zobaczyła drzewa, a właściwie potrzaskane i wyrzucone przez morze pnie. W jej wyobraźni wyświetliły się na nich koronkowe wzory. Zamiast odpoczywać, ruszyła do Gdańska kupić koronki, sznurki i gumki recepturki. A potem plotła i zawieszała pomiędzy surowym, popękanym drzewem białe, lekkie jak pajęczyna koronkowe mandale. Według niej jest w nich harmonia, równowaga i naturalny porządek. A czy nie tego właśnie wszyscy szukamy?

Od koronek na wyrzuconych przez morze konarach dziewięć lat temu wszystko się zaczęło. Plaża w Dębkach. (Fot. archiwum prywatne NeSpoon)

– Jestem jak typowa finalistka konkursu piękności – chciałabym, żeby na Ziemi panował pokój i sprawiedliwość, żeby wszyscy byli uśmiechnięci i dobrzy dla siebie.

Sama nie da rady załatwić tego wszystkiego, ale stara się uczynić świat odrobinę piękniejszym. I chyba się jej udaje, bo po dziewięciu latach od dnia, w którym przykleiła na warszawskiej ulicy pierwszą ceramiczną koronkę, Google wyrzuca 115 tysięcy wyników wyszukiwania słowa „NeSpoon”, a jej prace nie zdobią ulic jeszcze tylko w Ameryce Południowej – na innych kontynentach już była i zostawiła tam swój koronkowy ślad.

Oleje, Rembrandt i „Matrix”

Jej pseudonim wziął się ze słynnej sceny w „Matrixie”, kiedy Neo uczy się rozumieć, że to, co wydaje się rzeczywistością, jest tylko projekcją naszych przekonań. I wtedy może wygiąć łyżeczkę, jedynie na nią patrząc. – Wierzę, że ograniczenia istnieją tylko w naszych głowach. Gdy zrozumiesz, że łyżeczka nie istnieje, możesz skoczyć tak daleko, jak tylko chcesz – mówi NeSpoon.

Ona skoczyła bardzo daleko od pięciolatki, która zapytana, kim chce być w przyszłości, odpowiedziała, że nie księżniczką ani piosenkarką jak koleżanki, ale malarką. Malowała i rysowała w każdej wolnej chwili. Sama przerabiała historię malarstwa, uczyła się pejzażu, malowania zwierząt, ludzi. Jako 15-latka zachwyciła się Rembrandtem, potem pokochała minimalizm Richtera i Rothki. Mając 19 lat, znalazła pracę w korporacji, która pozwalała się jej utrzymać, a po godzinach nieustannie malowała. – Wydawało mi się, że by być artystą, trzeba malować poważnie i być poważnym, więc malowałam duże ciemne obrazy olejne. Byłam wtedy dość nieszczęśliwa, więc pewnie wyrzucałam na płótna te emocje.
Aż po dwóch latach poczuła nagle, że to koniec, nie weźmie już więcej pędzla do ręki. – Zawsze słucham siebie, więc tego dnia odłożyłam oleje, które tak kochałam. Nadal uwielbiam ich zapach, fakturę. Ale potrzebowałam przerwy, dystansu, ponownego zdefiniowania sensu i celu. Malarstwo zastąpiła ceramika. Proste manualne rzemiosło stało się odskocznią od wielkiej sztuki. Odciskała w glinie koronki i liście, a po dwóch latach niemal nieustannego lepienia misy, miseczki i talerzyki jej produkcji miała już cała bliższa i dalsza rodzina oraz wszyscy przyjaciele i znajomi. Wtedy właśnie jej pracująca na wysokich obrotach wyobraźnia wyświetliła wizję koronki na słupie ogrodzenia, który mijała, wracając do mieszkania na warszawskim Forcie Bema. W kwietniu 2009 roku słup dostał pierwszą wypaloną z gliny koronkę, a ona przedefiniowała swoją artystyczną tożsamość. Stała się NeSpoon – matrixową koronczarką, która chce upiększać świat. I w najśmielszych marzeniach nie przewidziała, że świat aż tak zachwyci się jej pracami.

Puzzle na rusztowaniach

– Odkryłam, że koronka nie musi mieć funkcji użytkowej, jest piękna sama w sobie. I samą sobą może zdobić nie tylko stół w domu, ale całe miasto. Często jest tak, że jakieś miejsce mnie woła, widzę ścianę, szczelinę w asfalcie, dziuplę drzewa i muszę ją wypełnić wzorem.

Koronka na warszawskiej ulicy. (Fot. Archiwum prywatne NeSpoon)

Najmniejsze, te wypalane w piecu do ceramiki, mieszczą się w dłoni. Największe, sprejowane na murach, zajmują ściany wielopiętrowych budynków. Wszystkie koronki NeSpoon mają jedną cechę wspólną – są piekielnie pracochłonne. – Małe ceramiczne formy robię pod wymiar, pod upatrzone miejsce. Starannie dobieram odcień gliny, rodzaj koronki – najczęściej dbam, by był to lokalny wzór. Później ją przez wiele godzin lepię, bo moje prace są przestrzenne, nie płaskie, wydobywam wzór, robiąc miliony maleńkich dziurek. Musi być perfekcyjnie.
Glina schnie od siedmiu do dziesięciu dni, potem wypalanie przez 24 godziny, szkliwienie, znowu wypalanie, i tak kilka razy, bo NeSpoon lubi, gdy kolory szkliw się przenikają. Zrobienie jednej ceramicznej koronki trwa około dwóch tygodni. Prace nad wielkim koronkowym muralem – jeszcze dłużej.

– Samo przygotowanie szablonu na ścianę mającą 200 metrów kwadratowych zajmuje mi tydzień. Muszę to wszystko zaprojektować, rozrysować w skali 1:1 i wyciąć. Wszystko robię ręcznie.

Szablon na ścianę to tak naprawdę koronkowe puzzle – setki kartek z wyciętymi fragmentami wzoru. Każdą trzeba podnieść, przyłożyć do ściany, przesprejować, odłożyć i wziąć następną, nie pomylić kolejności. I tak przez osiem, dziesięć godzin na rusztowaniu lub podnośniku na wysokości kilku pięter.

Praca na ścianie trwa kilka dni. Non stop niezależnie od pogody. Auckland, Nowa Zelandia. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

– Gdy maluję mural, mam przeważnie cztery, pięć dni na pracę na ścianie. Pracuję cały dzień, do zachodu słońca, z jedną godzinną przerwą. Nieważne, czy pada – a potrafi lać jak w Szwecji – non stop przez cztery dni malowania, czy mróz, czy wieje. Gdy malowałam mój pierwszy mural, dostałam niestabilny podnośnik. Wiało tak strasznie, że gdy na nim stałam, odchylało mnie od ściany na półtora metra. Miałam objawy choroby morskiej, kładłam się spać i wszystko mi się dalej bujało. A kolejnego dnia trzeba było pracować dalej. Obiecałam sobie, że jak nie spadnę i to przeżyję, to nigdy więcej nie zrobię następnego.

Praca na ścianie zajmuje 4-5 dni. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

Wkrótce jednak weszła na kolejną ścianę. Bo chociaż to mordercza praca, uwielbia każdą jej minutę. – Jasne, że wiele razy mam dość. Siadają barki, boli właściwie wszystko, nawet palec – bo nim przyciskam wentyl spreju przez osiem czy dziesięć godzin. Zimą maluję w ciężkim ubraniu roboczym, czasami w zabezpieczającej uprzęży ważącej kilka kilo, w kasku i w masce chroniącej przed toksynami z farb. Klęcząc, leżąc, bo między rusztowaniami też trzeba nałożyć wzór. Ludzie pytają, dlaczego w urban arcie jest tak mało kobiet. Bo to po prostu ciężka fizyczna praca. Jak na budowie.

NeSpoon dba o anonimowość. Trochę dlatego, że, jak mówi w wywiadach, jej imię i nazwisko to przeszłość, teraz jest kimś zupełnie innym. A trochę, bo sporo prac wykonuje nielegalnie. Na szczęście jej „artystyczny wandalizm” obejmuje głównie stare, zniszczone budynki, nigdy nielegalnie nie maluje na nowych fasadach. Ale i tak wychodząc „na robotę”, zawsze ma ze sobą dowód osobisty. I uśmiech dla policjantów. Jej koronki chyba łagodzą obyczaje, bo dotąd nie miała kłopotów z prawem.

Spotkanie z policją. Do tej pory NeSpoon ani razu nie została ukarana mandatem. Nijmegen, Holandia. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

– Policja spisywała mnie kilka razy w różnych krajach. Zawsze się legitymuję i jestem bardzo miła. Nigdy nie dostałam nawet mandatu. Tak naprawdę bałam się tylko raz, gdy przyklejałam swoje prace na ścianach w Nowym Jorku. Tam jest twarda polityka, zero tolerancji i policjanci nie patyczkują się z ulicznymi twórcami, a ja musiałam stać dziesięć minut na ruchliwej ulicy, przyciskając ceramikę do muru, bo klej nie chciał schnąć. Na szczęście nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Ciasto w Portugalii, dyskrecja w Wiedniu

Zauważają ją za to ci, dla których się stara – zwykli przechodnie. Robi koronki dla nich, po to, żeby się po prostu uśmiechnęli, przez moment poczuli lepiej.

– Gdy maluję ściany w małych miasteczkach, pierwszego dnia ludzie mi się przyglądają, drugiego zaczynają przynosić ciasto i owoce, trzeciego idę ulicą i już jestem swoja. Najfajniej jest na południu Europy, we Włoszech, w Hiszpanii czy Portugalii. Ludzie wyciągają krzesełka, stawiają je koło rusztowania i godzinami mi się przyglądają. Są dumni, że ktoś robi coś dla nich, dla ich ulicy. Ponieważ staram się korzystać z lokalnych wzorów, starsze kobiety są często wzruszone, że ktoś pamięta o ich pracy.

Mural dla babci. W tym domu na warszawskiej Ochocie babcia artystki chodziła do gimnazjum. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

Nawet Szwedzi, którzy nie słyną z wylewności, przynosili jej gorącą kawę i nieustannie przepraszali, że u nich ciągle pada deszcz. Tylko dwa razy spotkała się z obojętnością. – Moje prace pokazało chińskie wydanie „Elle” i chyba dlatego dostałam zaproszenie do Hongkongu. Życie toczy się tam w niewiarygodnym tempie, wszyscy przechodnie niemal biegli, nawet zdjęcia robili bez zatrzymywania się. Nikt o nic nie zapytał. To samo było w Wiedniu, zero interakcji, ale tam czułam raczej, że ludzie są taktowni i po prostu nie chcą mi przeszkadzać…

Koronka jest piękna sama w sobie. I samą sobą może zdobić nie tylko stół w domu, ale całe miasto.

Dziś NeSpoon jest obywatelką artystycznego świata – kilka miesięcy w roku spędza, uczestnicząc w festiwalach sztuki i biorąc udział w wystawach (ma na koncie m.in. murale dla muzeum sztuki koronczarskiej we Francji, indywidualne wystawy w Polsce, we Włoszech i w Australii, instalacje w Irlandii, Portugalii, Nowej Zelandii i Indiach, udział w biennale urban artu w Moskwie czy trzymiesięczną rezydencję artystyczną w Berlinie przy otwartym w 2017 roku Urban Nation Museum for Urban Contemporary Art. Pracowała nawet w zamkniętej strefie przy elektrowni atomowej w Czarnobylu).
Polscy fani koronek mogą podziwiać jej dzieła m.in. w formie murali dla Galerii Koronki Klockowej w Bobowej i Muzeum Koronki w Koniakowie, gdzie malowała ścianę z okazji 103. urodzin koniakowskich koronek. Ogromny mural zdobi też gdańskie CH Forum i lubelską Starówkę. We Wrocławiu odnaleźć można jej interaktywną instalację „Brama do wszystkiego”. Emocjonalnie najważniejszy jest jednak dla niej mural koło warszawskich Hal Banacha. Wygląda, jakby wielki koronkowy obrus delikatnie przykrywał dach szarej kamienicy i spływał po jej ścianie. To prezent NeSpoon dla babci, która przed drugą wojną światową w tym budynku chodziła do gimnazjum. Nie po raz pierwszy koronka łączy stare czasy z nowymi.

– Podróżując po całym świecie, wszędzie widzę powrót mody na koronki. Zawsze odwiedzam lokalne targi, szukam kontaktu z koronczarkami. Zazwyczaj są to kobiety, spotkałam tylko dwóch robiących koronki mężczyzn, w Helsinkach i naszej Bobowej. Doskonale działają muzea koronek, nawet w najmniejszych miejscowościach, prowadzą warsztaty, zwiedzający na miejscu mogą się nauczyć, jak robić koronki. We Francji, Włoszech czy w Belgii koronczarstwo ma status sztuki.

Mural na budynku muzeum sztuki koronczarskiej Alencon. (|Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

Myśli o Reichstagu

Choć na świecie najbardziej znana jest z koronek, NeSpoon nie potrafi długo zajmować się jednym medium. Potrzebuje nieustannego ruchu, najchętniej mieszkałaby na artystycznym squacie i non stop współtworzyła powstające tam projekty. W sumie więc dobrze, że nie została malarką. – Oszalałabym, gdybym miała spędzać całe dnie przy sztalugach, choć wciąż oprócz ścian maluję płótna. Dziś, gdy mam dość malowania, wracam do ceramiki, jak już się nawypalam, biorę się do instalacji przestrzennych, projektów konceptualnych czy wideo.

A kiedy czuje, że przez moment świat jest wystarczająco napełniony koronkowym pięknem, daje upust temu, co ją mocno dotyka. Napędzana troską o Puszczę Białowieską zrobiła „Epitafium dla lasu” – odcisnęła w glinie korę starych puszczańskich drzew skazanych na wycinkę, wypaliła ją i przykleiła na warszawskiej ulicy, dając jednocześnie przechodniom możliwość podpisania petycji przeciw wycince puszczy. Te, jak mówi, „pośmiertne maski” drzew wraz z filmem o ich tworzeniu pokazywane są także w galeriach sztuki nie tylko w Polsce. W projekcie „Blizny” na fasadach starych domów wypełniała gliną pozostałe z czasów drugiej wojny ślady po kulach, symbolicznie lecząc miejską tkankę.

– Te dziury i odpryski to fizyczna reprezentacja pamięci o krzywdach, które wtedy zostały wyrządzone. Chciałabym, żeby te rany już się zagoiły. Ciągłe przywoływanie traumy nie pozwala normalnie żyć, funkcjonować, budzi lęki, wywołuje nieufność i wrogość do otoczenia.

NeSpoon woli więc patrzeć w przyszłość. Co roku dwa, trzy miesiące poświęca projektowi „Myśli”, którego realizację zaplanowała na 30 lat. – Chcę ulepić półtorej tony porcelanowych płatków i wysypać je na dziesięciu 15-metrowych stołach wystawionych w galerii. Zwiedzający będą mogli przejść wzdłuż nich i, przeciągając palcami przez płatki, słuchać ich głośnego dźwięczenia. Tak głośnego, że zagłuszy ich myśli. Wierzę, że ten dźwięk w jakiś sposób oczyszcza umysł.

Na razie lepi płatki od sześciu lat, ma ich już kilkaset kilo i kilka razy pokazywała je w galeriach. Ale przestała, bo zwiedzający… zabierają je ze sobą. – Z jednej strony to piękne, że chcą je mieć na własność. Ale po każdej wystawie wraca do mnie o kilkanaście kilogramów płatków mniej. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie ulepię tyle, ile planuję.

Ulepienie jednego płatka zajmuje jej ponad minutę. To trochę jak medytacja – poświęca temu kilka godzin dziennie po to, by później odwiedzający galerię mogli fizycznie dotknąć jej zmaterializowanych w glinie myśli. Ostatnią serię lepiła, siedząc latem na chodnikach Berlina. Uwielbia to miasto między innymi dlatego, że zawdzięcza mu jedno z najsilniejszych przeżyć artystycznych w życiu. – Jako nastolatka widziałam, jak Christo i Jeanne-Claude opakowali Reichstag. Było lato 1995 roku, siedziałam na łące przed budynkiem wśród tysięcy ludzi z całej Europy, panował nastrój radości, optymizmu i wiary w lepszą przyszłość. Zrobiło to na mnie niewiarygodne wrażenie. I teraz też chcę zrobić jednoczącą ludzi, wielkoskalową instalację przed Reichstagiem, przywołać tamten klimat.

Z realizacją tego marzenia NeSpoon nie będzie łatwo – oprócz olbrzymich kosztów potrzebne będą zezwolenia na działanie w reprezentacyjnej przestrzeni miasta. Realizacja projektu Christo zajęła od pomysłu 23 lata, NeSpoon wierzy, że pójdzie jej znacznie szybciej. A ponieważ ograniczenia istnieją tylko w naszych głowach, możemy już wkrótce usłyszeć o instalacji koronczarki z „Matrixa” pod Reichstagiem…