Małgorzata Rejmer: Martwy jak rumuński piosenkarz

Małgorzata Rejmer: Pisanie i pchły

A teraz posłuchamy wspaniałej piosenki wyjątkowej piosenkarki – zaanonsowała Ana, moja nauczycielka rumuńskiego, i powiodła wzrokiem po klasie, w której siedzieliśmy grupą jałową, oporni na wiedzę i nieskłonni do przeżywania niczego.
– Jest to piosenkarka, która była bardzo młoda i piękna, miała śliczną maleńką córeczkę i miłego męża. I rzuciła się z ósmego piętra w dniu swoich urodzin – Ana potrząsnęła głową, a potem rzekła uroczyście – Posłuchamy Madaliny Manole.

Wybrzmiały głosem perlistym słowa piękne w tle muzyki wytwornej. Ana zapytała nas o osobiste odczucia. Koledze z Irlandii się nie podobało. Mnie z kolei, a niech tam, podobało się, raz, że mam inklinację do tragedii i wzruszeń, a dwa, że nie chciałam robić Anie przykrości.

I niby nic, ale dwa tygodnie później spotkało nas znowu słuchanie piosenek. I znów Ana zaanonsowała nam wyjątkową piosenkarkę, i znów była ona młoda i piękna, i znów Ana miała pewną satysfakcję z uświadomienia nas, iż mamy do czynienia z artystką jednakowoż nieżywą, o imieniu Madalina Manole.

Słuchając po raz wtóry piosenki, pogrążyłam się w rozważaniach, że jeśli komuś jest bliżej do śmierci niż do życia, jeżeli fakt własnej egzystencji przyjmowany jest ze zniecierpliwieniem i najchętniej dana osoba żyć by zaprzestała, jeśli ktoś chciałby żyć krótko, umrzeć młodo, to powinien zostać artystą rumuńskim. Nikt tak szybko i traumatycznie nie dokonuje żywota jak artysta rumuński. Zostać artystą rumuńskim to w zasadzie już nie żyć.

Ekspertem od traumatycznych estradowych śmierci jest Stefan, który gustuje w rumuńskiej muzyce z gatunku „kicz w okowach retro”, i tym samym znajduje we mnie sprzymierzeńca. Tak się jednak składa, że ilekroć Stefan zaproponuje utwór w ramach „wieczoru YouTube”, śpiewają dla nas osoby już martwe, piękne i promienne za życia, ale tragiczne w kontekście śmierci.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Na przykład Ioan Luchian Mihalea i Mihaela Runceanu, na nagraniu z roku 1986 wpatrzeni w siebie w blasku świateł migoczących.

Mihaela Runceanu, z twarzy pogodna i urocza, o głosie w barwach jasnych, właśnie za sprawą drugiej płyty odniosła w Rumunii wielki sukces. Podczas występu na festiwalu „Start Melodii ’89” bisowała dwukrotnie, a reakcja widowni była tak frenetyczna, że Mihaela uklękła, aby jej podziękować. Dzień później ukazał się jej trzeci album. Kolejnego dnia już nie żyła. Została uduszona, a jej mieszkanie splądrowane i spalone przez młodego człowieka, który obłowił się w sprzęt elektroniczny, kanister benzyny i pół kilo mięsa. Zdarzyło się to nieopodal mojej ulubionej, dusznej i tłocznej ulicy Mihai Bravu.

Zanim zamieszkałam w tamtych okolicach, przespacerowałam wzdłuż i wszerz dzielnicę Drumul Taberei, tą samą, gdzie trzy lata po śmierci Runceanu został zamordowany piosenkarz, z którym występowała na scenie, Ioan Luchian Mihaela. Mężczyzna także zginął z rąk ludzi, którzy pozazdrościli mu mitycznych dóbr, i tak jak jego przyjaciółka, został uduszony kablem. Jego życie zostało przeliczone na sprzęt elektroniczny, magnetofon kasetowy i 300 gramów złota.

Kiedy omówiliśmy ze Stefanem wszystkie co bardziej smutne przypadki zabójstw, przywołałam przykład morderstwa artystycznego, jakiego dokonała na sobie nasza ulubiona piosenkarka Mirabela Dauer, reklamując nic nie warte patelnie w nic nie wartej telewizji typu Mango.

I wtedy Stefan włączył na YouTube smutną jak spalona łąka piosenkę Mariny Voiki, o kobiecie wykorzystanej przez żonatego mężczyznę, i zaznaczył: ta artystka żyje. Ale w miłości szczęścia nie miała. Uczucia lokowała byle jak, w byle kogo, i zawsze zostawała na lodzie. Aż się postarzała. Aż się pozapadała. Znikła.

– Bardzo ją lubił jeden mój kolega – opowiadał Stefan – więc zdobył jej numer i zatelefonował, czy by nie chciała wystąpić na jego urodzinach. Zgodziła się. Kolega pojechał po nią do Prahowej, w góry, w strugach deszczu. Zgubił się, znalazł, zapukał do jej drzwi. Otworzyła mu mała postać w kapturze naciągniętym na twarz. Powiedziała, że nazywa się Marina Voica. I że nie wyjdzie z domu, bo jest w depresji. I żeby jej nie namawiał, bo zdania nie zmieni.

„Ale skoro pan już przyjechał”, powiedziała, „to może napije się pan ze mną herbaty, bo nie mam tu do kogo ust otworzyć”. Kolega wypił herbatę. Rozmowa się nie kleiła, więc podziękował i wrócił do domu. I tyle.

Wieczór zakończyliśmy italodisco, ja zadowolona, że nie jestem Mariną Voicą, Stefan szczęśliwy, że nie jest rumuńskim artystą estradowym.

?>