fbpx

Renata Przemyk i mężczyźni

Renata Przemyk
Renata Przemyk (fot. Celestyna Król)

Właśnie wydaje płytę, w głowie ma już następną. Renata Przemyk. Na muzycznej scenie od 30 lat. To dla niej, także życiowo, długa droga. Dziś mówi: – Miłość jest taką siłą, dzięki której możemy całkowicie zmienić życie, i ja jestem teraz kompletnie innym człowiekiem.

Trzynaście piosenek z różnych momentów twojej kariery i trzynastu gości. Dlaczego nagrałaś płytę z samymi mężczyznami?
Bo postanowiłam przeprowadzić coś w rodzaju badań terenowych. Chciałam przyjrzeć się relacjom damsko-męskim w muzyce. Mężczyzna, przyznaję, nadal stanowi dla mnie wielką zagadkę. A mężczyzna artysta zawsze był dla mnie szczególnie ciekawy. Długo wzbraniałam się przed oddaniem mu części pola w piosence. W życiu zresztą też.

Rzeczywiście dowiedziałaś się czegoś nowego o relacjach?
Przede wszystkim w wielu przypadkach na nowo usłyszałam teksty, które wykonuję od 20 czy 30 lat. Mogłam się przejrzeć w czyichś oczach. Kiedy z Grzegorzem Turnauem śpiewamy „Zazdrosną”, to dla mnie to jest bardzo bliskie, bo to temat, który w swoim czasie intensywnie przeżywałam. Nie umiałam znaleźć granicy, za którą kończy się zdrowe zainteresowanie drugą osobą, a zaczyna zawłaszczenie. Cudowny duet wyszedł z Czesławem Mozilem. We wspólnym „Makijażu twarzy” wychodzi bardzo wrażliwa strona Czesława. Marek Dyjak zaśpiewał „Babę zesłał Bóg” – po warunkach [śmiech]. Z kolei z Wojtkiem Waglewskim nagraliśmy nową wersję „O 7.05”. Utwór, który Wojtek sam napisał dla mnie 25 lat temu.

Tyle ciekawych męskich osobowości, temperamentów. Śmieję się, że takie doświadczenie przychodzi do mnie trochę późno, przydałoby się, kiedy miałam dwadzieścia parę lat. Pootwierały się nowe emocje. Ciężko o tym mówić, żeby nie otrzeć się o banał, patos, ckliwość. Przy nagraniach z Buslavem pojawiły się łzy, po obu stronach.

Kiedy śpiewam solo, biorę na siebie cały ciężar, który tu rozkłada się na dwoje. Do tego dochodzi przyjemność współbrzmienia.

Jaka jest ta najważniejsza różnica między śpiewaniem w pojedynkę a z kimś?
Taka jak w byciu w związku a byciu samotnikiem, introwertykiem. To moje solowe istnienie było spowodowane nawet nie tym, że nie chciałam dzielić z kimś sceny. Raczej nie umiałam. Taki rodzaj niepełnosprawności socjalnej. Autystyczna zosia samosia.

Mocne słowa.
Ale to w gruncie rzeczy prawda. W życiu też nie czułam się bezpiecznie w relacjach, uwielbiałam być sama. Nawet jeśli miałam ochotę coś zmienić, jakoś się „wystawić”, wyjść do ludzi, to i tak szybko wracałam do miejsc i sytuacji dla mnie komfortowych, bo to było zwyczajnie łatwiejsze.

Renata Przemyk
(Fot. Celestyna Król)

Od ponad 30 lat się wystawiasz, wychodzisz do ludzi, występujesz przed tłumami.
Muzyka zawsze była dla mnie schronem. Bałam się tłumu, więc wybrałam idealną pozycję. Na scenie, naprzeciwko, w bezpiecznej odległości. Zresztą dobrze pamiętam, jakie na początku towarzyszyły mi sny i wizje. Wychodzę do publiczności i nie działa mi mikrofon. Zapominam tekstu. Albo mam wykonać piosenkę, której nie znam. Albo że spada mi spódnica. Dopadał mnie paraliżujący strach. Nie potrafiłam się nakręcić pozytywnie. Potrzeba kontroli i perfekcji była przemożna.

Taki strach się dziedziczy? A może to coś niezależnego od genów, wychowania, domu, w którym się wyrasta?
Wpadła mi jakiś czas temu w ręce książka o WWO – wysoko wrażliwych osobach. Wychodzi na to, że kimś takim jestem. Takie niedostosowanie, nadwrażliwość zżerają cię od środka. Dosłownie. Nigdy nie miałam problemów z wagą. Spalam się. Coś, co dla innych jest zwyczajne, mnie kosztuje bardzo dużo energii.

W domu było dużo emocji. Tata zdecydowanie ekstrawertyczny, towarzyski. Mama delikatna, uczuciowa, religijna. Zamartwiała się o nas na wyrost. Że coś się wydarzy, że ktoś czegoś nie zrobi wystarczająco dobrze. Jestem mieszanką wybuchową ich sprzecznych cech.

Moi rodzice to dzieci wojny, oboje urodzili się na samym początku lat 40. Tata niedaleko Bielska, gdzie dorastałam. Natomiast mama pochodzi z kresów, z okolic Lwowa. Miała kilkanaście lat, kiedy przyjechała ze Związku Radzieckiego do Polski. Zawsze była niesamowicie zaradna, w naszym domu nie marnował się żaden okruszek, żadna tasiemka. Nauczyła mnie wielu rzeczy. Na studiach mogłam dorobić, szyjąc ciuchy dla koleżanek, a nawet dużo wcześniej, jak miałam z 11, 12 lat, robiłam dla innych dziewczynek takie dziergane torebeczki na sznurku, takie portfeliki do noszenia na szyi, zapinane na guziczek.

Dla moich rodziców najważniejsze było, żeby mnie i braci wychować na ludzi, którzy poradzą sobie w życiu. Wpajali nam, że trzeba być porządnym człowiekiem, uczciwie pracować. Dzisiaj wiadomo, że to nie wystarczy. Skromność, skarb dziewczęcia – miałam być przede wszystkim skromna. Czytaj: nie wychylać się. A ja, ze swoją wrażliwością, potrzebowałam wiedzieć, że jestem w czymś dobra, ładna, że jestem fajna. To, co chciałby w tym wieku usłyszeć każdy młody człowiek bez wzlędu na płeć.

Skąd się wzięła muzyka?
Do tej pory mam kontakt z panią Halinką, która była moją wychowawczynią w przedszkolu. To ona odkryła, że mam dobry słuch i pamięć. Odwiedziła nawet moich rodziców, próbując ich namówić, żeby mnie zapisali do szkoły muzycznej.

Po czasie zdaję sobie sprawę, że zachwyt, jaki widziałam w oczach pani Halinki, rozbudził we mnie egocentryzm. Odkryłam, jakie to przyjemne. A potem przedszkole się skończyło i zaczęło się zwyczajne szare życie.

Nie masz żalu, że nie poszłaś do szkoły muzycznej?
Wtedy pewnie miałam do rodziców pretensje, teraz widzę to inaczej. Szkoła na drugim końcu miasta, oni zapracowani, próbowali przetrwać. Mieszkaliśmy w takim dwupiętrowym bloku z cegły, budowanym przez wojsko. Jeszcze ze schronami, w których się bawiliśmy. Wszyscy się znali, bo to byli ludzie przesiedleni ze wsi Zarzecze, którą zalano, żeby powstawało Jezioro Goczałkowickie. Było u nas trochę jak w serialu „Alternatywy 4”. Ktoś hodował w piwnicy króliki, ktoś inny kury, były ziemniaki na zimę, kompoty, beczki z kiszoną kapustą, którą udeptywałam stopami. Było wspólne oglądanie meczów. Wesoło, ale też panowała straszliwa ciasnota. Powojenne zasiedlanie: na jeden pokój przypadała jedna rodzina. U nas na 50 metrach, w dwóch pokojach, mieszkały dwie. Plus babcie, nasza i nie nasza. Brakowałoby do tego jeszcze mnie piłującej na skrzypcach!

Za to później, w podstawówce, należałam do Grupy Apostolskiej. Ksiądz, który nas prowadził, wspaniały człowiek, potrafił nam przekazać, że cała idea chrześcijaństwa tkwi w pomaganiu.Właśnie tam rozwijałam też skrzydła wokalnie. Kolega z osiedla umiał grać na gitarze. Tak nam dobrze szło, że zamarzyliśmy o śpiewaniu w kościele, do którego w pewnym momencie wnieśliśmy wzmacniacze. Nasz proboszcz był konserwatywnym człowiekiem. Stwierdził, że to już za wiele i nas wywalił [śmiech].

Renata Przemyk
(Fot. Celestyna Król)

W 1989 roku wygrałaś Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie, co utorowało ci drogę do kariery. A w festiwalowej gazetce FAM-y, na którą zaraz potem pojechałaś jako laureatka z Krakowa, pisano o tobie: „Dziewczyna z kamienną twarzą”. Trafnie?
Faktycznie, stałam jak słup soli. Żadnej ekspresji, choreografii. Z zespołem i ze Sławkiem Wolskim – którego poznałam rok wcześniej – dostaliśmy potem również zaproszenie do Jarocina. Sławek powiedział, że w życiu tam nie pojedzie. Że nas tam zabiją, zjedzą. Saksofon, kontrabas i akordeon to nic, ale ja tego nie udźwignę. Może i było we mnie sporo strachu, ale też od zawsze była we mnie przekora. Jak mi ktoś mówił, że czegoś się na pewno nie da zrobić, robiłam wszystko, żeby udowodnić, że się jednak da. Wymyśliłam sobie, że jeśli uda mi się ten Jarocin przeżyć, to uda się wszystko.

Jakoś przekonałam Sławka. Było lepiej, niż mogłam sobie wymarzyć. Nie chcieli nas wypuścić, skandowali o bis. Pokochali nas, z muzyką kompletnie inną niż ta, którą się tam grało.

Zaraz potem nagraliście płytę „Ya Hozna” z piosenką „Babę zesłał Bóg”, która bardzo szybko stała się hymnem feministycznym. A ty jedną z twarzy polskiego feminizmu.
Dla mnie to było bardzo proste. Od zawsze byłam wyczulona na wszelką niesprawiedliwość, a sytuacja kobiet podpadała pod tę kategorię. Bracia byli wychowani inaczej niż ja. Mnie uczono zajęć domowych, zaganiano do pracy, chłopaków nie. A więc obserwacja, potem literatura, m.in. oczywiście „Własny pokój” Virginii Woolf. Miałam coraz większą świadomość nierówności i głośno mówiłam, że to jest nie fair. Opinia feministki szybko do mnie przylgnęła. Te 20, 30 lat temu to był grząski grunt, w jeden worek z feminizmem wkładano stwierdzenia typu: „Ona nienawidzi mężczyzn”. Dyskredytowano walkę o prawa kobiet, sprowadzając ją do walki płci. Znalazłam się nagle na sztandarach i poczułam, że się mnie zawłaszcza bardziej, niż bym chciała. Publicystyka w muzyce mnie nie interesuje. Inni robią to lepiej.

Po drodze stałaś się także ikoną LGBT.
W czasach przedinternetowych nie od razu wszystko do mnie docierało. Nie miałam męża, dzieci i zdjęć rodzinnych w pismach. Długo byłam samotną matką i opowiadałam, jaką pomoc i oparcie znajduję w przyjaźni. Każdy ma swoją drogę. Ja na swojej spotkałam w końcu Krzysztofa i mam prawie zwyczajne życie rodzinne. Przy mojej pracy to „prawie” robi dużą różnicę [śmiech]. Mieszkamy razem od czterech i pół roku, pracujemy i rozumiemy się jak „kobieta z przeszłością i mężczyzna po przejściach”.

Złości cię, że twój wizerunek rozjeżdża się z życiem?
Buntowałam się, bo czułam, że w ten sposób przestaję należeć do siebie. Ale też tak gdzieś koło 20-lecia mojego bycia na scenie zaczęłam sobie różne rzeczy inaczej układać w głowie. Zmieniałam się, otwierałam. Poczułam, że to, co daję, ma moc, a ja dostaję od ludzi w zamian dobrą energię, której tak potrzebuję. To był czas, kiedy po koncertach zaczęłam wychodzić do fanów, podpisywać płyty, słuchać tych, którzy do mnie przychodzą i chcą rozmawiać. Słuchałam, że ludzie obchodzą rocznice związków na moich koncertach, że z tych związków urodziły się dzieci. Albo że moje piosenki podnosiły kogoś z depresji. Dotarło do mnie, że tym, co robię, mogę się dzielić mniej lub bardziej serdecznie.

Wiesz, skąd wzięła się ta zmiana w myśleniu?
Coś się wyraźnie ruszyło, drgnęło w momencie, kiedy pojawiło się dziecko. Wiem, że miłość jest taką siłą, dzięki której możemy całkowicie zmienić życie, i ja jestem teraz kompletnie innym człowiekiem. Przede wszystkim mam nieporównywalnie większą cierpliwość. Klara nauczyła mnie wybaczać. Wcześniej wszystko było dla mnie czarno-białe. Jak mnie ktoś zawiódł, zrobił dużą przykrość, to koniec. Przede wszystkim nie umiałam wybaczać samej sobie.

Mogłabym powiedzieć, że dzięki dziecku zrozumiałam znaczenie słowa „kompromis”, ale to też nie oddaje całego ciężaru tego, o czym mówię. Może najprościej: oswoiłam się z ludźmi. Także z tym człowiekiem we mnie. Doszłam do tego, że miłość jest wtedy, kiedy masz poczucie, że ktoś jest ważniejszy od ciebie. Przy córce poczułam to po raz pierwszy.

Zdecydowałaś się na adopcję. Jak długo się podejmuje tak poważną decyzję?
Mam raczej wrażenie, że stało się coś, co się miało stać. Ręka boska. Boska reżyseria. Marzyłam o rodzinie, ale też ucinałam każdą relację, jak tylko zaczynała być kłopotliwa. Pamiętam, że nawet miałam przez pewien czas wrażenie, że może jest we mnie rodzaj jakiejś blokady i że nie umiem tak naprawdę kochać. Że na scenie może jedynie wyobrażam sobie miłość.

Po drodze zdecydowałam się na przeprowadzkę na wieś. Dom w bezpiecznej odległości od innych zapewniał mi komfort pracy. Miałam „własny pokój”, ukochaną muzykę, słuchaczy i jakąś tęsknotę, której nic nie mogło uciszyć. Życie od płyty do płyty, od koncertu do koncertu, skończyłam 36 lat i zaczynało do mnie docierać, że za chwilę będzie na niektóre rzeczy zwyczajnie za późno. Dom był już wybudowany, było lato, siedzieliśmy na werandzie z przyjaciółmi i rozmawialiśmy o życiu, o jego sensie. Powiedziałam wtedy coś takiego, że patrząc maksymalnie obiektywnie, w moim życiu wydarzyło się bardzo dużo dobrego i że jestem w stanie zaakceptować, że już nie trafi mi się książę na białym koniu, który spełni moje wygórowane oczekiwania, ale gdybym miała dziecko, które mogę kochać miłością bezwarunkową, to uznałabym swoje życie za sensowne i spełnione.

Od tamtego momentu już się potoczyło samo. To znaczy przeszłam dużo skomplikowanych procedur, badania psychologiczne, rozmowy. I nagle przyszła wiadomość, że jest dziecko zostawione w szpitalu. Że można je przyjąć do domu, a potem będzie czekanie. Rozprawa sądowa dopiero po kilku miesiącach. Zdecydowałam w sekundę.

Nikt nie mówił, że zwariowałaś?
Prawie wszyscy tak mówili.

A ty?
Byłam pewna, że to właściwy krok. Nigdy w życiu, ani wcześniej, ani potem, nie miałam aż takiej pewności do czegokolwiek. Oczywiście, przeżywałam momenty trudne, kiedy byłam przemęczona i niewyspana. Jest cały wachlarz sytuacji, które mogą wystawić miłość rodzicielską na próbę. Takie z serii „Gdybyś nie kochała, tobyś udusiła” [śmiech]. Trzeba było sprostać, czasem nawet przeprosić dziecko za własne zachowanie, jeśli nie zapanowałam na czas nad siłą głosu.

Dziecko zmieniło moje podejście do życia w wielu kwestiach. Na przykład takie proste rzeczy – wcześniej chodziłam tylko na czarno, a Klara uważała, że różowy jest ładniejszy. Prosiła, kupmy sobie takie same sukienki i spinki. I ja to zakładałam, do ludzi, do miasta. Przestałam się przejmować. Jakie to ma znaczenie, co ktoś sobie pomyśli? Ona była szczęśliwa i ja przy niej coraz bardziej. Zresztą często wygłupiałam się pod pretekstem, że robię to dla Klary, a przeżywałam takie dzieciństwo, jakiego sama nie miałam.

Twoja córka ma już prawie 18 lat. Wyjechała, żeby uczyć się w szkole średniej w mieście. Cierpisz na syndrom opuszczonego gniazda?
Nie. Nie jesteśmy tak daleko od siebie, mamy stały kontakt. Jak są słabsze momenty, robimy sobie babskie wieczory. Oczywiście, kwoczę czasem, martwię się. Widzę, że jest wrażliwa, wiem, co może przeżywać. Próbuję sobie wtedy powtarzać, że nawet najbliższe osoby nie są w stanie uspokoić wszystkich twoich smutków, nie da się żyć za kogoś.

Myślę, że zaczęłam o sobie czulej myśleć, bo dbam, bądź co bądź, o matkę swojej córki. Zawsze interesowałam się książkami o duchowości i przekonuje mnie to, co pisze Anthony de Mello o dobrej miłości. Trafną metaforą jest tu sytuacja, kiedy w samolocie w przypadku awarii zakładamy maskę najpierw sobie, a potem dopiero dziecku. Żeby komuś coś zapewnić, trzeba samemu być w dobrej formie.

Krzysiek się czasem ze mnie śmieje: „Uważaj, maska!”. Granice w relacjach z innymi to jest nadal dla mnie coś trudnego, nadal uczę się, żeby się nie spalać, dawać tyle, ile wynika ze mnie, nie oczekiwać wdzięczności, żeby nie musiało być zwrotu. To znaczy jak będzie, to super, ale jak nie, też nic się nie stanie. Sama widzisz, teoretycznie jestem świetnie przygotowana do życia [śmiech].

Ze zmianą w głowie zmieniło się podejście do ciała? Masz w sobie większy luz i akceptację?
Takiego pełnego luzu nigdy nie będzie. Zawsze mi wchodzą w ciało emocje. Ale też życie mnie nauczyło, że ze złych doświadczeń wynikają czasem dobre rzeczy.

W 2007 roku miałam operację. Ale zanim do niej doszło, usłyszałam diagnozę, że nigdy nie będę już śpiewać. Kiedyś się wymądrzałam: „Bez śpiewania też bym sobie poradziła, umiem szyć, jestem po liceum ekonomicznym, po bohemistyce, pracowałam w fabryce zapałek, składałam gorące brzeszczoty do pił w fabryce narzędzi, mam żółty pas w karate. A jakby co, mogę przecież pisać piosenki dla innych”. Ale kiedy przyszła diagnoza, zrzedła mi mina. Wyszłam od lekarki na parking do samochodu. Siedziałam i godzinę płakałam.Na szczęście okazało się, że diagnoza była nietrafna, że to nie jest nieodwracalne. Ta choroba to było kolejne w moim życiu otwarcie. Pozwoliłam sobie pomóc, ale też poznałam przy okazji m.in. świetnego chirurga szczękowego. Zaprzyjaźniliśmy się, zaczęłam spędzać czas z ludźmi spoza branży muzycznej, zobaczyłam trochę inne życie. Krótko po tym dostałam propozycję z Teatru Rozrywki w Chorzowie, żeby wystąpić w „Terapii Jonasza” jako aktorka. Napisałam muzykę do dziewięciu spektakli, ale to było jednak zupełnie co innego. Trzeba robić tak wiele rzeczy naraz.

Trudne było też to, że aktorzy i tancerze przebierali się za kulisami. Z początku stałam skonsternowana, w życiu przy obcych bym się nie rozebrała. Ale musiałam się przemóc, na przebiórkę była chwila i z powrotem na scenę. Nosiłam gorsety, poduchy w biodrach, wywozili mnie na scenę w wannie, pierwszy raz w życiu chodziłam w szpilkach.

Musiało minąć tyle lat, żebym dostrzegła, że do tej pory używałam swojego ciała, ale go nie lubiłam. Teraz patrzę na swoje stare zdjęcia i myślę: „Głupia byłam, o co mi chodziło?”.

Renata Przemyk
(Fot. Celestyna Król)

Świętujesz 30 lat na scenie. Jaki to moment w twoim życiu?
Myślę, że słowo „dojrzałość” jest tu na miejscu.

I jak ta dojrzałość smakuje?
Kiedyś to słowo kojarzyło mi się ze starością, teraz zupełnie tak o tym nie myślę. To rodzaj harmonii, której kiedyś bym się nie spodziewała. Mam rodzinę, stabilizację, odchowane dziecko, fajny moment zawodowy. Teraz wychodzi płyta „Renata Przemyk i mężczyźni”, a ja już myślę o nowej, autorskiej, na którą mam wiele pomysłów. Jestem w najbardziej dojrzałym związku, w jakim w życiu byłam. Oczywiście, mam poczucie, że to dopiero początek drogi. Ale najważniejsze, że to początek dobrej drogi, a ja się już mniej boję. λ

Renata Przemyk, rocznik 1966. W 1990 roku rozpoczęła karierę solową. Ma na koncie 15 płyt studyjnych. Najnowsza „Renata Przemyk i mężczyźni” ukazała się 20 marca.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>