1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Cyngielki w akcji. Polskie terrorystki sprzed stu lat

Cyngielki w akcji. Polskie terrorystki sprzed stu lat

Na zdjęciach (od lewej) Aleksandra Szczerbińska i Faustyna Morzycka.  (Fot. BEW PHOTO, Wikimedia Commons)
Na zdjęciach (od lewej) Aleksandra Szczerbińska i Faustyna Morzycka. (Fot. BEW PHOTO, Wikimedia Commons)
Słysząc „terrorystki”, mamy przed oczami obwieszone ładunkami wybuchowymi islamskie szahidki. Tym razem chodzi o Polki, dziewczyny z dobrych domów. Ponad sto lat temu kilkadziesiąt z nich utworzyło komando skupione wokół charyzmatycznego „Ziuka” – Józefa Piłsudskiego.

Niezwykła była rozprawa z patrolem na rogu Gęsiej i Dzikiej. Do policjanta znajdującego się w towarzystwie dwóch żołnierzy, zbliżyła się z uśmiechem na ustach młoda piękna panna. Gdy znalazła się w odległości jakich dwóch kroków od patrolu, bojowczyni dała pięć strzałów i po chwili policjant i żołnierze leżeli wyciągnięci na bruku. Żaden z nich nie żył. Nadbiegający żołnierz z patrolu lotnego strzelał do dziewczyny, ta jednak pełzała prawie na czworakach i szybko znikła na Kupieckiej. Pościg za nią nie dał żadnego rezultatu […].
Oto obrazek z Warszawy 1906 roku. Nigdy nie udało się zidentyfikować akurat tej terrorystki, ale jest i wiele takich, które znamy z imienia i nazwiska.

Pomarańczowe granaty

Dziwne, że odzyskany przez Muzeum Narodowe w Warszawie obraz „Pomarańczarka” Aleksandra Gierymskiego zrabowali po powstaniu warszawskim Niemcy, a nie wywieźli przed pierwszą wojną światową Rosjanie. Bo to właśnie „Pomarańczarka”, a w zasadzie „Żydówka z pomarańczami” chyba najbardziej nadaje się na symbol wojujących z rosyjskim zaborcą kobiet.

Zacznijmy jednak od początku. Kielecka filia Frakcji Rewolucyjnej PPS-u trzymała swój arsenał u „Bronki” – Bronisławy Nawrot-Optołowicz. Znana w środowisku bojowców, nie tylko zajmowała się przechowywaniem broni, często również robiła z niej użytek. Niestety, wpadła. Żandarmi znaleźli u niej pięć mauzerów, dziesięć browningów, trzy gotowe bomby i kilka funtów dynamitu, który miał posłużyć do stworzenia kolejnych ładunków. Centrala w Warszawie postanowiła Bronkę odbić. Zajęli się tym sprawdzeni bojowcy Piłsudskiego – Edward Gibalski i Józef Kobiałko. Plan mieli prosty. Do kieleckiego sądu wpłynęło kolejne zawiadomienie o przestępstwie. Tym razem niejaka Felicja Śledź oskarżyła Bronkę, że ta winna jest jej 15 rubli zaległego długu. Dużo czy nie, proces musiał się odbyć. Oskarżona została przewieziona z aresztu do sądu, gdzie czekała na główną rozprawę. Gdy tylko zatrzasnęły się za nią bramy, okazało się, że Śledź jest tylko wabikiem. Gibalski i Kobiałko rozstrzelali eskortę więźniarki i razem z nią wskoczyli do powozu. Pędził na tyle, na ile sił starczało koniom, pościg wąskimi uliczkami Kielc nic nie dał. Bronka zdołała się ukryć.

I tu wracamy do Gierymskiego, bo Nawrot-Optołowicz przebrała się za Żydówkę handlującą cytrusami. Zarzuciła na głowę chustę, przez łokieć przewiesiła kosz i wsiadła do pociągu do Krakowa. O mały włos nie została zdemaskowana. Rosyjscy policjanci wiedząc, że terrorystka spróbuje wydostać się z miasta pociągiem, rozpoczynają brutalną rewizję kobiet. Robi się naprawdę gorąco: w pewnym momencie żandarm zanurza rękę w koszu, być może szukając broni, a może tylko ma ochotę na owoce? Fałszywa handlarka podnosi lament. Co prawda żandarm kopie ją w plecy, ale na szczęście zaraz po tym idzie dalej.

Kilka dni później na biurku oberpolicmajstra ląduje list. Zbiegła terrorystka informuje w nim, żeby na przyszłość jego podwładni z większym respektem traktowali kobiety, zwłaszcza te, które handlują pomarańczami. W przeciwnym razie wróci do Kielc, a zamiast owoców będzie miała granaty.

Lewa dłoń, prawa dłoń

Zarządzanie „priwislańskim krajem” to nie był dla Rosjan łatwy chleb. Polacy ciągle się buntowali, urządzali manifestacje, aż w końcu, kiedy podkręcono śrubę terroru, sami sięgnęli po broń. Tu najaktywniejsza była Polska Partia Socjalistyczna. Ale nawet w jej łonie pojawiły się dwie frakcje. Jedna na terror chciała odpowiadać jeszcze większym terrorem. Frakcja Piłsudskiego zaś, obawiając się zwiększonych represji, zaproponowała precyzyjne uderzenia w wybrane cele. Tak na celowniku bojowców pojawił się generał-gubernator Gieorgij Skałon, jeden z najbardziej zaufanych ludzi cara. Człowiek, który obiecał, że opór Polaków wypali żywym ogniem. I rzeczywiście to, co zaczęło się dziać na ulicach polskich miast, przypominało już typowy stan wojenny. Doszło do tego, że w samej tylko Warszawie Skałon podpisał w 1905 roku kilkaset wyroków śmierci. Opór zaczął słabnąć. Policja wpadła na trop centrali PPS-u, Piłsudski musiał uciekać. Nie pierwszy raz zresztą. Już raz z Syberii udało mu się wrócić. I właśnie wtedy do akcji wchodzą one, cyngielki. Aleksandra Szczerbińska, w przyszłości żona Marszałka, na razie szeregowa działaczka, dwoi się i troi, żeby każdą komórkę zaopatrzyć w broń, dostarczyć pieniądze i gazetki. Werbuje kolejne kobiety, te zaś kolejne i kolejne. Dochodzi do tego, że Piłsudski decyduje się otworzyć w Krakowie akademię terroru, szkołę, która kształci bojowców w obsłudze broni, ładunków wybuchowych i walce wręcz. Chętnych kobiet jest tyle, że pojawia się potrzeba zorganizowania osobnego kursu. W maju 1906 roku Piłsudski postanawia wrócić do Warszawy. Młodziutka Szczerbińska czeka na niego w zakonspirowanym lokalu, między koszami z browningami, mauzerami i amunicją. „Najciekawszy był kontrast między jego prawą i lewą ręką” – pisała we „Wspomnieniach”. „Lewa dłoń – wąska i nerwowa, kształtna i delikatna, zakończona kobiecymi niemal palcami, to ręka artysty i marzyciela. Prawa była o wiele większa, jakby innego człowieka. Silna, nawet brutalna, z równymi, kwadratowo zakończonymi palcami [...]; była to ręka żołnierza i człowieka czynu”. Czy tak uważna i spostrzegawcza mogła być kobieta obojętna na wdzięki legendy podziemia? Aleksandra i Józef wkrótce zostają parą.

Karabiny pod spódnicą

Ona stanie się kurierską legendą. Trzeba było nie lada sprytu i niezłej tężyzny fizycznej, aby przewieźć 200 lub 300 browningów lub do 80 funtów dynamitu przez dwie linie kordonów. Dwa karabiny można schować pod spódnicą i przywiązać do nóg, rewolwery, dynamit znakomicie nadawały się pod gorset. Na szczęście pracy „dromaderek”, bo tak je ochrzcili bojowcy, sprzyjała ówczesna moda: obszerne spódnice, płaszcze, peleryny. Można było schować pod nimi nawet 20 kilo trotylu. Dynamit sprawiał najwięcej kłopotu. Nie tylko był trujący, ale zwykłe potarcie fiszbiną groziło detonacją. „Ciasno upakowany, ściskał ciało jak wąż z żelaza – odnotowała Szczerbińska. – Ciążył coraz nieznośniej, zapierał dech tak, że w końcu muskuły drętwiały i trudno było ruszyć z miejsca”.

Pewnego razu Aleksandra transportowała z dość korpulentną towarzyszką ładunek dynamitu i rewolwery. Kobieta owinęła się w pasie dynamitem, Szczerbińska ukryła rewolwery. Ruszyły. Bojowcy mieli użyć broni w najbliższej akcji.

40 kilogramów okazało się jednak za dużo na jedną osobę. W pewnym momencie koleżanka Szczerbińskiej potknęła się i przysiadła na chodniku. Za nic nie mogła się podnieść. Widząc na trotuarze damę, pomoc zaoferował carski oficer. Z wielką galanterią podał dłoń. Jakież było jego zdziwienie, gdy spływająca potem kobieta ani drgnęła. Szamotaninie z oddali przyglądał się stójkowy. Coś zaczął przeczuwać, bo nagle ruszył przez tłum i pewnie wszyscy wylecieliby w powietrze, gdyby Szczerbińska nie pospieszyła oficera i razem nie szarpnęli przerażonej kobiety.

Innym razem z inną PPS-owską działaczką Hanną Paschalską miała przewieźć 800 naboi na prowincję. Sama zwykła zaszywać je w pasie, koleżanka jednak wsypała pociski do szerokich majtek wiązanych nad kolanami. Gdy dziewczyny szły dostojnym krokiem ulicą Marszałkowską, Hanka nachyliła się do Szczerbińskiej i wysyczała przez zęby: – Taśma od majtek pękła!

„Jeden nabój już leżał koło jej stóp. Za chwilę wypadł drugi i potoczył się do nóg żołnierza, szczęśliwie stojącego do nas tyłem. Po chwili istny deszcz naboi lunął spod spódnicy do rynsztoka, wywołując zrozumiałe zdziwienie przechodniów” – wspominała Aleksandra. Ale i z tej opresji jakimś cudem wyszła bez szwanku.

Olśnienie

Sierpień 1906 roku. Dokładnie na połowę miesiąca PPS zaplanował po raz pierwszy na taką skalę wielką akcję terroru w kilkunastu miastach. Polegać miała na brutalnych mordach. Do żandarmów, policjantów, urzędników podchodzić mieli bojowcy i strzelać. Ewentualnie rzucać bomby. Wszystko po to, żeby pokazać okupantowi, że duch w narodzie nie ginie. Piłsudski nie poparł tej akcji. Dlaczego?

Dokładnie trzy miesiące wcześniej, 1 maja, odbyła się w Warszawie gigantyczna manifestacja robotników. Po godzinie 17 do swojego mieszkania w Alejach Jerozolimskich wracał austriacki konsul, pan Ugron. Rosyjski żołnierz wylegitymował go i nakazał iść inną drogą. Konsul puścił jednak uwagę mimo uszu i kontynuował spacer. W pewnym momencie dostał kolbą w plecy, zaś w twarz kułakiem. Wybuchł skandal. Pobić austriackiego dyplomatę! W biały dzień!

Słysząc o tym zdarzeniu, Józef Piłsudski doznał nagłego olśnienia. Oto pojawił się sposób na Skałona! Zabicie carskiego oprawcy mogło zakończyć rozlew krwi. Problem w tym, że generał-gubernator był chyba najlepiej chronionym satrapą w historii. Poruszał się tylko w eskorcie kozaków i żandarmów, całymi dniami urzędował w Belwederze. Trzeba go było stamtąd wywabić.

Ustalono plan. Zgodnie z nim 13 sierpnia wicekonsul niemiecki został spoliczkowany na ulicy. Dokonał tego przed kasynem przebrany w mundur rosyjski podstawiony bojowiec. Zdzielił dyplomatę i się ulotnił. Ponieważ skandal był jeszcze groźniejszy w skutkach niż poprzednio, wicekonsul interweniował u niemieckiego cesarza Wilhelma, ten poskarżył się carowi, a car nakazał Skałonowi naprawić krzywdę. Ponieważ rosyjski żołnierz winowajca jakby się pod ziemię zapadł, Skałon musiał zadośćuczynić osobiście. Musiał pojechać do wicekonsula do domu i złożyć mu szczere wyrazy ubolewania. Nie mógł wiedzieć, że to tylko początek misternie obmyślanego planu.

I tu do akcji wkraczają trzy dziewczyny: Wanda Krahelska, Maria Owczarkówna i Albertyna Helbertówna. Wszystkie koło dwudziestki. Wynajęły na rogu ulic Natolińskiej i Koszykowej mieszkanie. Oczywiście, to, że dokładnie pod ich balkonem przejeżdżać miał Skałon w odwiedziny do barona nie było kwestią przypadku. Dokładnie 18 sierpnia pod powozem znienawidzonego Rosjanina eksploduje bomba. Skałon przeżyje ten zamach, ale rozsierdzi tym tylko polskie podziemie. Jego likwidacja stanie się priorytetem. Tym razem do roboty wynajęta zostaje prawdziwa „siłaczka”. To właśnie Faustyna Morzycka posłuży Stefanowi Żeromskiemu do stworzenia literackiej postaci z kanonu lektur szkolnych.

Deszcz szyb

Życiorys Morzyckiej to historia Polski w pigułce. Córka katorżnika przyszła na świat w więziennej celi. Jako nastolatka udzielała się społecznie, w końcu została nauczycielką w Nałęczowie. W 1908 roku spełniły się wreszcie jej marzenia. W tym roku na progu jej chałupy pojawiło się bowiem kilku bojowców. Bez broni, za to wszyscy umazani od stóp do głów, cuchnący na kilometr.

Co się okazało? Wydział inżynieryjny partii odkrył, że istnieje droga ucieczki z ciężkiego więzienia na zamku w Lublinie. W potężnej wieży, która istnieje do dziś, mieściła się latryna i to ona okazała się bramą do wolności: dwa metry pod powierzchnią ekskrementów znajdowało się połączenie z kanalizacją. Wystarczyło tylko zanurzyć się w cuchnącej cieczy i wejść do odpowiedniego kanału. Na ucieczkę zdecydowało się 40 osadzonych, którzy wyszli na powierzchnię prawie dwa kilometry poza murami twierdzy. Kilku z nich trafiło do szkoły pani Faustyny. Będzie musiała za to odpokutować.

Policja – jak po nitce – trafiła na jej trop. Nauczycielka została aresztowana za pomoc uciekinierom. Właśnie to zdecydowało o dalszych jej losach. Odtąd młoda działaczka nie myślała o niczym innym jak o zemście. Okazja nadarzyła się wkrótce. 10 października 1909 roku w Warszawie Faustyna rzuca bombę w samochód generała żandarmerii Uthoffa. Znowu z wynajętego mieszkania. Chodziło o to, aby zabić generała i wywabić Skałona na jego pogrzeb. Dopiero na cmentarzu kolejna, tym razem większa, bomba miała wyeliminować oprawcę, a razem z nim całą rosyjską wierchuszkę. Niestety, nastąpiła katastrofa, a ofiarą wcale nie był rosyjski policjant.

Pierwsza bomba eksplodowała z morderczą siłą. Zamach miał miejsce na ulicy Świętokrzyskiej, posypał się deszcz rozbitych szyb i fragmentów auta. Zginęły dwie niewinne osoby, 13 zostało ciężko rannych. Wśród pokaleczonych były dzieci. Faustyna nigdy sobie tego nie wybaczyła. Popełniła samobójstwo, a PPS dalej polował na Skałona, który zmarł zresztą śmiercią naturalną w roku 1914.

Bohaterskie czyny polskich terrorystek na tym się nie kończą. Dziewczyny dalej siały terror, a gdy Piłsudski zaczął organizować słynne legiony, ruszyły mu na pomoc. Do dziś mówi się o kilku legendarnych cyngielkach, które zgoliły włosy, ukryły piersi pod bandażami i wdziały męskie mundury. Ich wyczyny w okopach to jednak już zupełnie inna historia.

Korzystałem m.in. z książek: „Wspomnienia” Aleksandry Szczerbińskiej, wyd. Novum, Warszawa 1989 i „Polscy terroryści” Wojciecha Lady, wyd. Znak, Kraków 2014.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze