1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Krystyna Skarbek – zbuntowana arystokratka i agentka służb specjalnych

Krystyna Skarbek – zbuntowana arystokratka i agentka służb specjalnych

Krystyna Skarbek - ur. 1 maja 1908 w Warszawie, zm. 15 czerwca 1952 w Londynie. Polska agentka brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), wywiadowca Secret Intelligence Service (SIS). (Fot. Forum)
Krystyna Skarbek - ur. 1 maja 1908 w Warszawie, zm. 15 czerwca 1952 w Londynie. Polska agentka brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), wywiadowca Secret Intelligence Service (SIS). (Fot. Forum)
W 1930 roku prawie zdobyła koronę Miss Polonia. Przegrała o włos – krótki, bo w młodości ścinała się na chłopczycę. Później Krystyna Skarbek o włos uniknęła śmierci z rąk gestapo, gdy jako szpieg tajnej armii Churchilla organizowała dywersję na terenach okupowanych przez III Rzeszę. Zginęła siedem lat po wojnie z ręki kochanka. Podobno miała „fatalny dar wzbudzania miłości”.

Nie broniła się, choć przetrwania uczyli ją najlepsi. Umiała ściąć człowieka drutem ukrytym w sznurowadle, który odpowiednio użyty działa jak piłka Gigliego (do przecinania kości w chirurgii). Była prymuską na zajęciach z uderzeń kończących się zmiażdżeniem jabłka Adama, a poprzedzonych kopniakiem w kolano. Tym razem te umiejętności zdały się na nic. Nóż wszedł w pierś tak głęboko, że ludzie, którzy obezwładnili napastnika, nie zauważyli zbrodni. Myśleli, że zemdlała. Leżała na wiktoriańskich kafelkach przed drzwiami do pokoju, który wynajmowała w tanim londyńskim hotelu, założonym przez Polskie Towarzystwo Pomocy. Portier z kucharką oparli ją o ścianę w pozycji siedzącej, a zarządca cucił wodą. Woda wylała jej się z ust, coś było nie tak. Dopiero przybyły chwilę później kierownik hotelu wymacał trzonek noża, wyjął go odruchowo i upuścił. Kochanek-zabójca nie uciekał, a później nie prosił o złagodzenie wyroku. Skazany na karę śmierci, w ostatnich słowach przed powieszeniem wyznał: „Zabić to ostatecznie posiąść”.

Gwiazdeczka

Wspomniany rok 1930. Wicemiss z krótkimi włosami, do tego prawie nieumalowana, za to obdarzona sporym temperamentem (co z pewnością spodobało się przewodniczącej wyłącznie żeńskiego jury Zofii Nałkowskiej). Krystyna miała wtedy niecałe 22 lata i coś więcej niż niezaprzeczalną urodę.

Była „córeczką tatusia”, co akurat niekoniecznie jej się przysłużyło. Jej wywodzący się ze znakomitego rodu ojciec Jerzy Skarbek miał reputację uwodziciela, choć byli i tacy, co mieli go za chama i bufona. Tonął w długach, gdy ożenił się z córką żydowskiego bankiera,  świeżo ochrzczoną Stefanią Goldfeder. Cała Warszawa plotkowała, że Jerzy poślubił pieniądze, a Stefania szlacheckie nazwisko. W tym związku najpierw urodził się Andrzej, za którym Jerzy nie przepadał (twierdził, że syn „kurczowo trzyma się maminej spódnicy”), a osiem lat później – Krystyna. Nazywał ją Vesperale – Gwiazdeczką (od łacińskiej nazwy Wenus, gwiazdy wieczornej). Gwiazdeczka jeszcze nie nauczyła się chodzić, a już dzieliła z tatą pasję do koni. Sadzał niemowlę na kuca i uczył jeździć po męsku – okrakiem. Kiedy Krysia podrośnie, na każdym kroku będzie się starała zaimponować ojcu, np. dosiadając narowistego ogiera. Nauczyła się posługiwać nożem myśliwskim i strzelbą.

Jest rok 1921. Polska podpisała właśnie traktat pokojowy z Rosją i Ukrainą, a rodzice Krysi wysyłają ją na Kresy do cenionej szkoły klasztornej z internatem. Wyleci z niej za podpalenie sutanny księdza odprawiającego codzienną poranną mszę (użyła trzymanej w ręku świecy). Nie do końca rozumiała tę decyzję, przecież pomogła też gasić, a wielebny śmiał się z tego razem z nią. Wróci do rodziców, ale już nigdy nie będzie tak samo. Ojciec, który zaczął chorować na gruźlicę, regularnie jeździ do sanatoriów. W czasie jednego z takich wyjazdów zwiąże się z inną kobietą i porzuci rodzinę. Krystyna nie zamierza się nad sobą użalać. Znajduje pracę w biurze salonu Fiata, a wśród jego najlepszych klientów – kandydata na męża.

Pauline

Upatrzyła sobie dyrektora fabryki firanek. Ma 22 lata, gdy bierze z nim ślub. Kilka miesięcy później jest już rozwódką z comiesięczną rentą wypłacaną przez jej eks. Ewidentnie do siebie nie pasowali. Jej zdaniem mąż był „opętany pracą” i nie dbał o przyjemności, jego zdaniem ona nie nadawała się na elegancką gospodynię domową, która zabawia gości – także dlatego, że w domu w ogóle rzadko bywała.

Wybór kolejnego męża był już bardziej… może nie przemyślany, ale z pewnością bardziej dopasowany do jej wizji życia jako ciągu ekscytujących wydarzeń. Jerzego Giżyckiego, podróżnika i dyplomatę, poznała w Zakopanem, gdzie odpoczywał po dłuższym powrocie z Afryki. Opisał ją jako „nieustraszoną”, bo na ciężkich drewnianych nartach jeździła lepiej niż większość mężczyzn. Krótko po ślubie, pod koniec 1938 roku, wyjechała z nim do Kenii, gdzie objął stanowisko starszego dyplomaty przy nowo utworzonym polskim konsulacie. Gdy wybuchła wojna, podróżowali akurat przez Afrykę samochodem, a że MSZ nie przysłało wskazówek, jak się w tej sytuacji zachować, postanowili, że wracają do Europy na własną rękę. Jerzy chciał się zaciągnąć do polskiej formacji zbrojnej we Francji, ale z powodu wieku (był o 20 lat starszy od Krystyny) i złego stanu zdrowia nie przyjęto go. Już w drodze do Europy podczas kilkutygodniowego rejsu strasznie się kłócili. Na miejscu podjęli decyzję o rozstaniu.

I tu zaczyna się właściwa opowieść o pięknej Polce, agentce brytyjskiego wywiadu. Jeszcze u boku męża Krystyna przez jakiś czas pracowała jako dziennikarka. Dlatego po powrocie z Afryki, znowu wolna, znowu bez konkretnych planów, skontaktowała się z redaktorem „Manchester Guardian”, który – jak się okazało – był współpracownikiem brytyjskiego wywiadu. To on skierował ją do szefa siatki wywiadowczej przy brytyjskim MSZ. Skarbek miała plan szmuglowania z Węgier do Polski ludzi oraz informacji wywiadowczych. Przez góry, na nartach (wcześniej w Zakopanem dla zabawy bawiła się w przemyt papierosów). Trafiła w idealnym momencie – premier Winston Churchill powołał Kierownictwo Operacji Specjalnych (SOE), tajną organizację, której celem było werbowanie cywili mówiących w obcych językach i przeszkolenie ich do dywersji na ziemiach okupowanych przez nazistów.

Grupę wybranych osób, w tym Krystynę, szkolono w sabotażu. Ułaskawiony z 20-letniej odsiadki kasiarz uczył ją, jak otworzyć każdy europejski zamek. Dowiedziała się, jak zmienić wygląd w pół minuty (wata w usta, popiół z papierosa na twarz podkreśli zmarszczki i worki po oczami). Dowiedziała się, jak rozpoznawać, że jest śledzona, i jak przetrwać tortury. Niech wytrzyma 48 godzin, żeby wywiad zdążył ostrzec lub ewakuować tych, których szpieg może „sypnąć”. Pomoże liczenie lub literowanie alfabetu – żeby nie skupiać się na bólu. Pomoże też wiedza, że po długotrwałym odczuwaniu bólu człowiek doświadcza dziwnej przyjemności, a w efekcie ekstazy. Strach może nawet zmienić się w zauroczenie. Ważne wtedy, by ten stan ukryć przed oprawcami, bo przerwą i pozwolą ciału powrócić do pierwotnej wrażliwości. Gdy była już gotowa do walki, przyjęła tożsamość Christine Granville, pseudonim „Pauline”.

Akt łaski

Jej pierwsza misja: ma przedostać się do Budapesztu i zorganizować przerzut tajnych informacji do Generalnej Guberni. Opracowała trasę przez słowackie Tatry. Zima była tak ostra, że „ptaki przymarzały do drzew”, ale Polka zadanie wykonała mimo strat w ludziach. W Budapeszcie Krystyna funkcjonowała pod przykrywką francuskiej korespondentki zatrudnionej w firmie podlegającej brytyjskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych. W pierwszych miesiącach wojny Węgry, ciągle wolne, roiły się od zagranicznych dziennikarzy, którzy stąd obserwowali przebieg działań wojennych, więc Krystyna łatwo wtopiła się w to towarzystwo. W relacjach świadków, agentów, z którymi się kontaktowała, była szczęśliwa. Paradoksalnie wojna uwolniła ją od nudy i monotonii, od przewidywalnej przyszłości. Kolejne kursy przez zieloną granicę – mimo pościgów i ucieczek, zupełnie jak z filmów akcji – kończyły się dobrze. Wracała poobijana, pokaleczona, wyziębiona, ale wracała, mimo że na polskich stacjach kolejowych wisiały plakaty z jej podobizną i informacją o nagrodzie: „Za żywą lub martwą”.

Wpadła w Budapeszcie. Właśnie wróciła z kolejnej trasy, wyczerpana i zagrypiona.

Pod koniec stycznia 1941 roku o czwartej rano budzi ją walenie w drzwi. Przesłuchiwana przez rezydujące w Budapeszcie gestapo zagryza język i plując krwią, wmawia Niemcom, że choruje na gruźlicę. Była bezczelna. Gdy pokazano jej fałszywy dokument, którym posługiwała się w Polsce, odparła, że dziewczyna na zdjęciu nie może być nią, ponieważ tamta jest znacznie ładniejsza. Chorobliwa bladość, kaszel po niedoleczonej grypie plus krew w ślinie sprawiły, że wezwany lekarz najpierw zarządził prześwietlenie, a później zalecił zwolnienie jej ze względów humanitarnych. Wypuszczono ją, co paradoksalnie wzbudziło nieufność własnego wywiadu. Przecież gestapo nie wypuszcza. Całkiem możliwe, że dała się Niemcom zwerbować i została podwójnym agentem. Jej przeżycia w tym okresie są dość zagmatwane. Sama zmieniała ich wersje, co miało ją chronić przed przypadkowym rozpoznaniem. Nie do końca wiadomo, jak na przykład było z próbą uwolnienia matki z getta. Podobno tak: Krystyna zaczepia na ulicy niemieckiego oficera, proponując mu wprost łapówkę za wydostanie z getta starszej pani Skarbek. Oficer prowadzi piękną nieznajomą z walizką z pieniędzmi do swojego mieszkania, żąda seksu. W zamian obiecuje, że pomoże. Obietnicy nigdy nie dotrzyma. Matka Krystyny nie przeżyje getta.

Krótko przed inwazją na Normandię agentka Christine wraca do czynnej służby wywiadowczej Jego Królewskiej Mości. Zrzucona na tyły wroga Skarbek miała wspierać aliancką grupę dywersyjną. Wylądowała w momencie, gdy aresztowano jej szefa. Tak jak stała, poszła na niemiecki posterunek. Bez broni. Wóz albo przewóz. Tym razem pomogła obietnica ogromnej łapówki i sprytny blef. Krystyna przedstawiła się jako żona aresztowanego, a przy tym siostrzenica marszałka Montgomery’ego, i przekonała strażników, że tylko akt łaski wobec więźnia pomoże im ocalić skórę, gdy za miesiąc alianci dotrą w to miejsce.

Za tę akcję tuż po wojnie premier Wielkiej Brytanii nagrodzi ją Orderem Imperium Brytyjskiego. Z jego ręki agentka otrzyma też nagrodę pieniężną – sto funtów. To tyle, bo obywatelstwa jej odmówiono (ponoć w obawie przed możliwością zwerbowania przez komunistów). Do Polski wrócić, oczywiście, nie może, po raz kolejny musi sobie radzić sama. Z trudem udaje jej się uzyskać zgodę na pracę na Wyspach. Pracujew sklepie, w kawiarni, gdzie się da.

Ordery do fartuszka

Próbowała zaczepić się jako stewardesa w liniach lotniczych. Nie pomogła protekcja wiceprezesa, którego znała z czasów Bitwy o Anglię. Miała o osiem lat za dużo jak na standardy linii pasażerskich. Udało się w żegludze. Jej pierwszy przydział, czteropokładowy transatlantyk „Ruahine”, zabierał ponad 300 pasażerów, których obsługiwała 200-osobowa załoga. Armator szczycił się, że zatrudnia byłych żołnierzy, umieścił ten atut w prospekcie reklamowym. Weterani mieli frontowymi opowieściami umilać podróż pasażerom klasy wyższej. Do podstawowych obowiązków Krystyny należało jednak sprzątanie kajut drugiej klasy. Robiła to w jasnobłękitnym kostiumie z kloszową spódnicą, w białym fartuszku i czepku. Do tego stroju, zgodnie z regulaminem obowiązującym personel, przypięła odznaczenia otrzymane na wojnie.

W trakcie pierwszego rejsu do Nowej Zelandii pozna swojego przyszłego zabójcę– Dennisa Muldowneya. On też pracuje jako steward. Ma wobec niego dług wdzięczności,to on wziął „nową” w obronę, gdy podpadła współpracownikom. Była cudzoziemką na statku, którym – jak głosiły plotki – uciekinierzy z Polski za pieniądze brytyjskich podatników ekskluzywnie „wozili się” po świecie, a do tego gwiazdorzyła. Faktycznie, historie, które opowiadała pasażerom, czyniły z niej główną atrakcję rejsu. Dennis pływał już drugi rok, pozował na wygę i nie opuszczał Krystyny na krok. Uczył ją noszenia kilku tac z herbatą jednocześnie, błyskawicznego słania łóżek, często też, po odbębnieniu swoich obowiązków, pomagał jej w szorowaniu toalet. Był prostym, bezpośrednim chłopakiem, który rzucił szkołę w wieku 14 lat. Ona, zbuntowana arystokratka, czuła się przy nim swobodnie i bezpiecznie, zwierzała mu się, płakała w rękaw. Próbowała go nawet wprowadzić w swoje emigracyjne towarzystwo. Bez sukcesu. Uważali go za prostaczka i kpili z niego. Zauważyli też, że jest w niej „wściekle zakochany”, że chodzi za nią krok w krok. W pewnym momencie Krystyna ma tego dość, stara się przerwać ten dziwny układ. Na oczach Muldowneya całuje się z innymi. W końcu mówi mu, że zamierza związać się z przyjacielem z dzieciństwa i na stałe wyjechać z Anglii. To wtedy Dennis po raz ostatni zaczaił się przed jej drzwiami.

Och, James, nie ściemniaj

Wokół jej życia narosły legendy. Jedna łączy ją z Ianem Flemingiem, twórcą przygód Jamesa Bonda. Poszlak jest sporo. Fleming, były oficer wywiadu marynarki wojennej, wysoki, jasnowłosy i niebieskooki przedstawiciel klasy wyższej, był zdecydowanie w typie Krystyny. A ona doskonale pasowała do ideału kobiety Fleminga – trzydziestokilkuletniej Żydówki, „towarzyszki, która nie potrzebuje edukacji w sztuce miłości”. Takiej, jak późniejsza Vesper Lynd, dziewczyna Bonda, pojawiająca się w pierwszej powieści Fleminga „Casino Royale”. Jest zatem bondowska Vesper i jest Vesperiale (Krystyna w opowieściach lubiła wracać do tego, jak w dzieciństwie nazywał ją tata). A w książce, gdy Bond pyta Vesper o imię, dodaje: „Czy mogę je pożyczyć?”.

Istnieje też teoria o romansie z Ianem Flemingiem, który za swoją odprawę po zwolnieniu ze służby wywiadowczej kupił na Jamajce willę Goldeneye (tam pisał swoje książki o Bondzie), rozpoczętym właśnie na pokładzie statku, gdzie Krystyna pracowała jako stewardesa. Fleming podróżował wtedy po świecie częściowo dla przyjemności, a częściowo zawodowo – jako dziennikarz.

Mogło być też mniej romantycznie. Ian i Krystyna poznają się na lunchu przy Charlotte Street dwa lata po zakończeniu wojny. Kontaktują się, owszem, ale tylko w sprawie pracy. Fleming jako dziennikarz pisze o byłej agentce, która coraz bardziej go fascynuje. Być może nawet staje się pierwowzorem samego Jamesa Bonda? Wiadomo na pewno, że się znali i że Krystyna wywarła na Flemingu duże wrażenie.

Jej przygody z pewnością starczyłyby mu na całą książkę. I to niekoniecznie śmiertelnie poważną. Czy zdążyła opowiedzieć Ianowi o zakochanym w niej na zabój asie polskiego wywiadu, który tak źle zniósł odrzucenie, że w jej mieszkaniu wyjął pistolet i zagroził, że postrzeli się w jądra? Ręka mu drgnęła i przestrzelił stopę. Gdy ją wyleczył, rzucił się z mostu. Rzeka była na wpół zamarznięta, więc tylko złamał drugą nogę.

Podobno kilku mężczyzn swego czasu w niej mocno zakochanych zawiązało klub. Zobowiązali się, że nie dopuszczą do publikacji co bardziej intymnych i wstydliwych epizodów z jej życia. W akcie zgonu Skarbek wydrukowanym na egzemplarzu Urzędu Stanu Cywilnego Royal Borough w Kensington zapisano: „Christine Granville, zawód: była żona, lat 37”. Z tej pierwszej wzmianki nie byłaby pewnie zadowolona, ale może chociaż z drugiej? W momencie śmierci miała przecież 44 lata.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).