1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro

Jan Sztaudynger – poeta, który uczył radości życia

Jan Sztaudynger na kiermaszu książki, Warszawa maj 1963 roku (Fot. Danuta B. Łomaczewska/East News)
Wisława Szymborska w przemówieniu z okazji uhonorowania jej Literacką Nagrodą Nobla twierdziła, że praca poetów jest „beznadziejnie niefotogeniczna”: – Człowiek siedzi przy stole albo leży na kanapie, wpatruje się nieruchomym wzrokiem w ścianę albo w sufit, od czasu do czasu napisze siedem wersów, z czego jeden po kwadransie skreśli, i znów upływa godzina… Tylko że Jan Sztaudynger nie pasował do tego opisu. Poeta wyczynowiec, z niewiarygodnym wprost twórczym zapałem.

W historii zapisał się przede wszystkim jako fraszkopisarz. Zapytany podczas jednego z wieczorów autorskich na Śląsku, kogo uważa za swojego najgroźniejszego konkurenta, zażartował: – Kochanowskiego! Na te słowa publiczność wybuchła śmiechem, ale w historii polskiej poezji Sztaudynger faktycznie nie miał wielu znaczących konkurentów.

Na jego złośliwych, a jednocześnie ciepłych fraszkach wychowały się pokolenia. I to nie tylko Polaków, bo dzięki bardowi Jaromirovi Nohavicy, który w latach 80. przetłumaczył jego – wydawałoby się niemożliwe do przełożenia – „Piórka”, cięty dowcip Sztaudyngera poznali także Czesi.

No dobrze, a co z opisywaną przez Szymborską figurą pracującego wolno i z namysłem poety? Dopóki Sztaudyngerowskie fraszki wydawane były w wielu mniejszych zbiorach, jego niesłychana wprost produktywność nie rzucała się tak w oczy. Dopiero w 2007 roku, kiedy na rynek trafił zbiór „Piórka prawie wszystkie”, cała prawda wyszła na jaw. Ten opasły tom mieści ponad dwa tysiące utworów. Wpadały mu do głowy, jak mówił, tak szybko, jakby strzelał z karabinu maszynowego. Choćby taka, która do potocznego języka wkradła się na dobre:

Myjcie się, dziewczyny,
Nie znacie dnia ani godziny.

Opowiadał: „Pisząc od godziny wpół do piątej rano do godziny dwunastej w południe – to jest mój rekord życiowy – napisałem ich sto sześćdziesiąt trzy. Kiedy indziej – stwierdziłem to z zegarkiem w ręku – pisałem przez pełną godzinę i fraszek powstało siedemdziesiąt”.

Grzyby i włoskie słówka

Ten sam zapał, z jakim wyrzucał z siebie kolejne strofki, wykazywał też w innych dziedzinach życia. Wiecznie ciekawy świata wciąż wynajdował sobie nowe zajęcia. Nie wystarczyło, że zbierał grzyby. Kolekcjonował na ich temat fachowe książki, poznawał nowe gatunki, uczył się nazw łacińskich i ludowych. I ku zgrozie całej rodziny przyrządzał i zjadał kolejne grzybowe znaleziska. Bliskich uspokajał, że zabiera na noc do sypialni garnek słodkiego mleka, które miało zniwelować skutki ewentualnej trucizny. Z równą zachłannością uczył się języków. Wykształcony na Uniwersytecie Jagiellońskim polonista i germanista dobrze znał też francuski i czeski, a pod koniec życia zaczął się uczyć włoskiego. Żeby łatwiej zapamiętywać słówka, pisał – a jakże – fraszki. Jak wbić do głowy, że „pollo” to „kogut”? Na przykład tak:

Piejąc, każdy pollo
Piękny jak Apollo.

Każdy wie jak, żaden nie potrafi

Czy byłby zaskoczony, wiedząc, co po latach wyprawia się z jego poetyckimi miniaturami? Weźmy taką sytuację. Jest rok 2008. Na Akademii Górniczo-Hutniczej wykład o niekompetencji specjalistów od energetyki wygłasza Waldemar Pawlak. W pewnym momencie wplata Sztaudyngerowską fraszkę:

Krytyk i eunuch z jednej są parafii,
Każdy wie jak, żaden nie potrafi.

Albo rok 1995. Kampania przed wyborami prezydenckimi. To właśnie wtedy jeden z dwuwierszy wykorzystał – bez tytułu i z błędami w interpunkcji – komitet Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby żartobliwie usprawiedliwić nieścisłości w podanych publicznie informacjach o wyższym wykształceniu kandydata.

Uwaga, profesorzy,
Geniusze często uczą się najgorzej. („Studencka przestroga”)

Oburzeni nadużyciem córka poety Anna Sztaudynger-Kaliszewiczowa i jej brat Jan Jacek Sztaudynger wytoczyli komitetowi sprawę sądową, uzasadniając, że ojciec krytykował PRL i nie zgodziłby się na wykorzystanie jego utworu przez szefa SLD, a sąd uznał, że spadkobiercom poety należą się przeprosiny. Rodzinie trudno było zapomnieć choćby historię z pismem „Teatr Lalek”, stworzonym przez Jana Sztaudyngera w 1950 roku. Po kilku numerach urzędnicy z Ministerstwa Kultury i Sztuki odebrali mu redakcję kwartalnika, by powierzyć ją „właściwszej” osobie. Poeta z rodziną znaleźli się prawie bez środków do życia. Dopiero dzięki pomocy przyjaciela Wojciecha Natansona Jan dostał pracę w piśmie „Teatr”. Żalił się potem:

Wilki udające owce zagryzły ideowce. („Ja i lalkarze”)

Skandal na plaży

Erotyczne fraszki (które przyniosły mu największą sławę) nazwał „Szumowinami”. Skojarzenie jeszcze z dzieciństwa – matka i babka przyrządzały znakomite konfitury, a podczas smażenia zbierały z nich mętną pianę gromadzącą się na powierzchni. Małemu Jankowi udało się czasem wyprosić, żeby nalały mu kubek tej dziwacznej mazi – deseru niby-gorszego gatunku, ale jakże smacznego. Sztaudynger, rocznik 1904, pochodził z rodziny o polsko-niemiecko-francuskich korzeniach. Wśród jego przodków byli Franciszek Gautier – mąż zaufania Tadeusza Kościuszki, i Jan Gautier – chrześniak Naczelnika. Kuzynem Sztaudyngera był Albert Chmielowski, czyli święty Brat Albert. Z kolei ojciec poety Izydor pracował w Towarzystwie Ubezpieczeniowym im. św. Floriana w Krakowie. Sztaudyngerowie mieszkali w kamienicy przy ul. Długiej 64. Bywali u nich notable i przedstawiciele krakowskiej bohemy, m.in. krytyk i kolekcjoner Feliks „Manggha” Jasieński, posiadacz wielkiego zbioru sztuki japońskiej. W rodzinnym archiwum zachowało się kilka zdjęć z balu kostiumowego, na którym Izydor, Anna i Feliks oraz kilkoro innych gości dumnie pozują w japońskich strojach z kolekcji Jasieńskiego. Z kolei podczas pewnych wakacji u wuja młody Jan poznał późniejszego prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Pożyczył mu nawet swój kostium kąpielowy, a że przewyższał polityka o dwie głowy i tkanina nie przylegała ściśle do ciała Starzyńskiego, na plaży nieomal doszło do skandalu.

Wzdycham do własnej żony,
Taki już jestem zboczony.

– deklarował Jan po latach małżeństwa z Zofią, z którą poznali się w 1929 roku w Wydawnictwie Świętego Wojciecha w Poznaniu, gdzie pracowała. To ona naciskała na publikację jego wierszy w czasopiśmie „Tęcza”. Postawiła na swoim, a po roku i on dopiął swego – ożenił się ze śliczną redaktorką. I chociaż nigdy nie krył, że lubi flirtować (najładniejszym znajomym i nieznajomym dedykował frywolne wierszyki), bliski przyjaciel, pisarz i tłumacz, Tadeusz Chróścielewski nazywał go jedynie „teoretykiem niewiastologii”. Po latach córka przekonywała Sztaudyngera, że jako stateczny, dojrzały mężczyzna powinien spuścić już nieco z tonu i spoważnieć.

– Postanowiłem pisywać tylko fraszki albo treści religijnej, albo biblijnej – zgodził się poeta. – Chciałbym ci dać przykład, jak taka ostudzona twórczość będzie wyglądać. A więc wierszyk religijny:

Aniele stróżu mój,
Ty zawsze przy mnie stój,
Anioł spojrzał na Jadzię
I zamiast stanąć się kładzie.

Razwmordeczki

– Kiedyś zwrócił się do mnie dziennikarz z łódzkiego „Expressu Ilustrowanego” z zapytaniem, czy popieram inicjatywę desygnowania jakiegoś dnia na Święto Ojca. Przyparty do muru przez redaktora odpowiedziałem: „Popieram z całego serca i proponuję dzień 23 czerwca. Jest to plus minus najkrótsza noc roku, ojciec ma labę, więc największe święto”.

Nie bez znaczenia był tu pewnie fakt, że dzień później Sztaudynger świętował imieniny. Faktycznie laba. Tak czy inaczej data została, do dziś Dzień Ojca obchodzi się właśnie 23 czerwca. Sam poeta był tatą pogodnym i serdecznym, ale niezbyt cierpliwym.

– Nigdy nas nie karcił – wspomina w jednym z wywiadów córka – […] za to… totalnie się wściekał. Na szczęście tak samo szybko jak popadał w furię, nerwy go opuszczały. Po prostu choleryk.

Znacznie więcej wyrozumiałości będzie miał później dla wnuczki Dorotki. Kiedy nie chciała jeść, przygotowywał jej miniaturowe kanapki, które nazwał razwmordeczkami. Dziewczynce tak się spodobały, że od razu pochłaniała cały ich talerz. Jest też wspomnienie, kiedy to Sztaudynger na kilkanaście dni wynajął z wnuczką pokój w domu Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek w górach. Dorotka, znudzona towarzystwem dorosłych, układała na stole domki z kart. Któregoś dnia jedna z sióstr, zwana przez poetę Osą, chciała nakryć do obiadu i chociaż dziewczynka błagała, by nie psuć jej misternej konstrukcji, ta ją zniszczyła. Poeta był tym naprawdę wzburzony. Zażądał, by krewka zakonnica nigdy się już w jego pokoju nie pojawiała. Równie serio traktował nie tylko własną wnuczkę. Miał świetny kontakt z dziećmi. Jeszcze jako młody chłopak, po skończeniu polonistyki i germanistyki, wybrał się na roczne studia pedagogiczne, a jakiś czas potem na dobre wciągnął go temat teatru lalkowego. – Świat dorosłych przygniata sobą świat dzieci – pisał w wydanych w 1938 r. „Marionetkach”, pierwszej polskiej monografii teatru lalek, z której do dziś uczą się studenci. – Teatr lalek przez sam fakt swego istnienia, jeśli tylko stosuje się do poziomu dzieci, staje się elementem prostującym psychikę dziecka, staje się drożdżami jego osobowości.

To inny ważny nurt jego twórczości. Skrajnie różny od rubasznych „Szumowin” i beztroskich „Piórek”. A może po prostu kolejny przejaw nieposkromionej energii, dzięki której był w stanie poświęcić się tak wielu pasjom z równym zaangażowaniem?

Mam was wszystkich…

Energii, która sprawiała, że potrafił cieszyć się jak dziecko, ale i złościć z tą samą siłą rażenia. Pewnego razu, kiedy odpoczywał w Zakopanem (wyprowadzi się tam w końcu na stałe po latach mieszkania w Łodzi) nastolatka na jego oczach cisnęła papierową torebkę na chodnik.

– Proszę pani, czy to ładnie zaśmiecać Zakopane? – napomniał ją poeta.

Dziewczyna ironicznie odpowiedziała: – Zakopane, perła naszych uzdrowisk!

Dla kąpanego w gorącej wodzie Sztaudyngera tego było już za wiele: złapał arogantkę za kołnierz i potrząsnął. Szybko się jednak zreflektował, puścił dziewczynę i przeprosił.

Będę krzyczał za każdym,
co mi Łódź zaśmieca:
„Fe, brudasie, do kąta, a papier do pieca!

Kolegom i klasykom też się zresztą obrywało, zwłaszcza tym, których cenił najbardziej. Jego największym współczesnym rywalem w dziedzinie fraszkopisarstwa był Stanisław Jerzy Lec.

Lec zezem patrzy w moją stronę,
Bo on fraszki ma z-Lecone.

Dowcipkował – czasem beztrosko, czasem z nutą goryczy – niemal ze wszystkiego: z relacji męsko-damskich, bliskich, z siebie samego. Człowiek, któremu los nie szczędził ciężkich doświadczeń, przedstawiciel pokolenia skazanego na wojenną traumę.

Także ostatnia dekada życia przetykana była pasmem nieustannych kłopotów. Sztaudynger choruje, trafia w sumie do 20 różnych szpitali. I nawet wtedy nie traci ochoty na żarty. Kiedy lekarka prosi o podpisanie zgody na operację kręgosłupa, odpowiada:

Mam was wszystkich w dupie,
Róbcie, co chcecie, na kręgosłupie!

W czasie ostatniego rzutu choroby córka zaczęła zapisywać ich rozmowy – tak powstała książka „Chwalipięta, czyli rozmowy z Tatą”. Pracę nad nią zaczęli w domu Anny, a potem kontynuowali w kolejnych szpitalach. Chociaż słabł w oczach, rozmowy i ich późniejsze opracowywanie okazały się dla niego nie tylko przyjemnością, ale wręcz lekarstwem na cierpienie. Leżał w separatce, a życzliwi lekarze pozwalali mu w niej organizować nawet niewielkie spotkania autorskie.

Któregoś dnia znękany bólem i chorobą napisał:

A kiedy do mnie przyjdzie ta z kosą,
Niech będzie ładną, młodą i bosą,
Abym nie słyszał zawczasu
Stukania jej obcasów.

Umiera w roku 1970. Na jego grobie na cmentarzu Salwatorskim w Krakowie znalazł się tekst: „Zmarł po długim i szczęśliwym życiu”.

Ale chciał innego napisu. Córce powiedział, że ten najlepiej się chyba nadaje na jego grobowiec:

Żyłem z wami, kochałem i cierpiałem z wami,
Teraz żyjcie, kochajcie, cierpcie sobie sami.

Korzystałam z książek, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego, m.in. z: „Szczęście z datą wczorajszą” (2014) i „Piórka” (2014), a także „Chwalipięta, czyli rozmowy z Tatą” (2009).

Współpraca Zofia Fabjanowska-Micyk.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze