fbpx

Liane Moriarty o książkach z serii „Wielkie kłamstewka”

Zdjąć szpilki, usiąść za biurkiem - rozmowa z Liane Moriarty, autorką "Wielkich kłamstewek"
Najnowszą książkę Liane Moriarty "Miłosc i inne obsesje" wydało wydawnictwo Znak Literanova (Fot. Getty Images, materiały prasowe)

Ekranizacja jej „Wielkich kłamstewek” przyniosła Liane Moriarty olbrzymią popularność także poza rodzimą Australią. Szykują się kolejne adaptacje. Tymczasem sama autorka ostrzega, że nie zamierza pisać z myślą o przenoszeniu jej książek na ekran. Co w takim razie ją napędza i inspiruje?

Prawdę mówiąc, nie do końca rozumiem, dlaczego w książce „Miłość i inne obsesje”, która niedawno ukazała się w Polsce, główna bohaterka pracuje jako hipnoterapeutka. Jest tyle różnych zawodów…
Tak, to prawda, Ellen mogłaby być na przykład psychoterapeutką. Tyle że od zawsze fascynowała mnie hipnoza, hipnoterapia. Poza tym wyszłam z założenia, że gdyby Ellen była psycholożką, to na wszystkie te wydarzenia, jakie serwuję jej w książce, reagowałaby dużo bardziej rozsądnie. Na pewno rozsądniej, niżbym chciała. A ponieważ na co dzień robi to, co robi, cała ta historia staje się znacznie bardziej intrygująca.

Pracę Ellen opisuje pani niezwykle szczegółowo. Chodziła pani na takie sesje?
No dobrze, przyznam się – tak. Najpierw, robiąc research, przez długi czas odwiedzałam bardzo życzliwą hipnoterapeutkę, która cierpliwie odpowiadała na moje pytania. Poświęciłam też sporo czasu na lekturę wielu książek związanych z tematem, a na koniec sama przeszłam kilka sesji hipnoterapii.

Jak było?
Nie okazałam się wzorową klientką, miałam problemy z koncentracją podczas sesji. Rozpraszało mnie to, że jednocześnie próbowałam poddać się całemu temu procesowi, w którym brałam udział, ale też nie potrafiłam wyjść z roli obserwatora, cały czas myślałam, że właśnie dzieje się coś, co mogłabym wykorzystać w książce. Koniec końców nie pozwoliłam sobie przeżyć tego doświadczenia na tyle właściwie, żeby doznać korzyści płynących z terapii.

W książce mamy więc Ellen i zakochanego w niej Patricka. Wdowca samotnie wychowującego dziecko, który o zmarłej żonie mówi ze łzami w oczach. Patrick mógłby uchodzić za mężczyznę idealnego, gdyby nie pewien problem. Stalkuje go była dziewczyna. Ciekawe, że Saskia, czyli wspomniana stalkerka, to miła, inteligentna i troskliwa osoba. Trudno uwierzyć, że jest w stanie tak dręczyć byłego chłopaka, bo nie tylko go śledzi, ale też co chwilę go o tym informuje.
Pomysł na ten wątek i na postać Saskii wzięłam z życia. Swego czasu spotykałam się z mężczyzną, który rzeczywiście był prześladowany przez swoją byłą. Z jego słów wynikało, że była to bardzo stabilna emocjonalnie, rozsądna kobieta, która realizowała się zawodowo. Tym bardziej mnie zaintrygowała. Zastanawiałam się, jak działa ten mechanizm. Co może cię popchnąć do tego, by dręczyć drugiego człowieka? Jak w to wpadasz i nabierasz rozpędu, jak bardzo może się zmienić twoja ocena sytuacji? W efekcie postanowiłam napisać książkę właśnie o takiej zwykłej, przeciętnej stalkerce. Chciałam, by czytelnik polubił Saskię, współczuł jej, jednocześnie nie zgadzając się z tym, co robi.

Podoba mi się, że choć pani książki to właściwie thrillery, jednocześnie są pogłębione psychologicznie. Jak konstruuje pani swoich bohaterów? Jak wiele mają oni wspólnego z realnym światem, ludźmi, których pani zna?
Przede wszystkim dziękuję za komplement, to jest dokładnie ta reakcja czytelnika, na jaką liczę, kiedy piszę [śmiech]. I tak, inspiruje mnie zwykłe życie. Pomysły czerpię z artykułów prasowych, telewizji i książek, z blogów, ale też z żywych rozmów, na przykład podsłuchanych w kawiarniach. Wiele inspiracji dostarczają mi matki, które spotykam, kiedy podrzucam dzieci do szkoły, a także rodzinne anegdotki. Choć tu muszę uważać, bo mając dwie siostry pisarki, wiem, że trzeba szybko działać, żeby zaklepać najlepsze historie! Czasem z pomocą przychodzą mi własne sny, opowieści moich dzieci, rozmowy z przyjaciółmi, no i własne doświadczenia – wszędzie szukam materiału na dobrą historię.
Nie wydaje mi się, żebym miała jakąś specjalnie głęboką wiedzę w dziedzinie psychologii czy intuicję, ale rzeczywiście lubię obserwować ludzi. Myślę nawet, że te obserwacje interesują mnie bardziej niż cokolwiek innego.

Wiem, że podobne pytania słyszy pani teraz bez przerwy, ale to ciekawe, jak sukces może zmienić twórcę. Pamięta pani, jak to było w przypadku „Wielkich kłamstewek”? Upomniało się o panią Hollywood, a efekty mogliśmy podziwiać w bijącym rekordy popularności serialu między innymi z Nicole Kidman, Reese Witherspoon i Laurą Dern w obsadzie.
Na pewno była to dla mnie zmiana, zwłaszcza że wiązała się z tak surrealistycznymi momentami, jak defilowanie po czerwonym dywanie podczas premiery serialu czy wyjście na scenę w trakcie wręczania telewizyjnych nagród Emmy. To nie było łatwe, zwłaszcza dla osoby takiej jak ja, która nie przywykła do chodzenia w szpilkach [śmiech]. Ale potem czeka się na powrót do domu. Najbardziej komfortowo czuję się, kiedy już mogę usiąść przy własnym biurku przed komputerem i wrócić do normalnego rytmu. Takie życie kocham.

Zdjąć szpilki, usiąść za biurkiem - rozmowa z Liane Moriarty, autorką "Wielkich kłamstewek"
Nicole Kidman, Liane Moriarty, Reese Witherspoon i producentka serialu „Wielkie Kłamstewka”, Bruna Papandrea. (Fot. Getty Images)

Tymczasem kolejne pani książki mają zostać sfilmowane. Czy ta świadomość wpływa na sposób, w jaki pracuje pani teraz nad powieściami?
Podjęłam świadomą decyzję, żeby nigdy nie wymyślać historii z założeniem, że będzie adaptowana na scenariusz filmowy. W moich książkach nierzadko ważniejsze niż słowa jest to, co myślą bohaterowie, bo często zostawiają to tylko dla siebie, nie chcą się tym dzielić z innymi. To takie sprawy, o których wiedzą tylko oni i czytelnik. Na pewno nie chciałabym tego zmieniać na potrzeby scenariusza filmowego. Zupełnie nie o to mi chodzi w pisaniu.

Jak to się w ogóle stało, że została pani pisarką? Wiem, że po studiach wybrała pani pracę w reklamie.
Tak naprawdę pisanie zawsze było moim pierwszym wyborem zawodowym, bo w każdym miejscu, w którym byłam zatrudniona, zajmowałam się w jakimś sensie słowem. Ja już w dzieciństwie zakładałam, że pewnego dnia zostanę autorką powieści.

Czemu podobno kibicował pani ojciec.
O tak, bardzo zachęcał nas, swoje córki, do pisania. Do tego stopnia, że zamawiał u nas kolejne książki [śmiech]. W czasie kiedy pracowałam jako copywriterka w agencji reklamowej, stworzyłam naprawdę dużo pierwszych rozdziałów, nigdy nie dopisując reszty. Myślałam, że tak już zostanie.

Aż…
Aż dowiedziałam się, że moja siostra, Jaclyn Moriarty, znalazła wydawcę na swój debiut literacki. Byłam tak zazdrosna, że od razu poczułam bardzo silną motywację [śmiech]. A bardziej poważnie – rzeczywiście dopiero wtedy nabrałam rozpędu niezbędnego do tego, żeby skończyć swoją pierwszą powieść „Trzy życzenia”. Jestem więc wdzięczna swojej siostrze za jej sukces.

A co się dzieje, kiedy kończy pani pracę nad książką? Robi sobie pani wakacje czy od razu zaczyna pracę nad kolejną?
Lubię zrobić sobie przerwę, ale tak naprawdę cały czas szukam nowych pomysłów. I jeszcze coś: zanim przystąpię do pracy nad czymś nowym, kupuję sobie jakiś ekstrawagancki notes na pierwsze zapiski. Od tego zawsze się zaczyna. 

Liane Moriarty, rocznik 1966. Mieszka w Sydney. Pierwszy sezon „Wielkich kłamstewek” oparto na powieści, drugi – na opowiadaniu pisarki. Wykupiono też prawa do ekranizacji jej „Dziewięciorga nieznajomych” i „Sekretu mojego męża”.