1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Myślenie o pieniądzach

Myślenie o pieniądzach

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
To, jak wydajemy pieniądze, wiele o nas mówi. Psycholog ekonomiczny Dominika Maison poświęciła temu tematowi czas i książkę „Polak w świecie finansów”. Oto, co odkryła...

Wydawanie, zarabianie i posiadanie pieniędzy generuje w nas ogromne emocje. Dlaczego tak się dzieje?

Pieniądz jest dosyć wyjątkowym „przedmiotem”. Dzięki niemu możemy realizować marzenia, wymieniać go na usługi i inne przedmioty, posiąść coś, co będzie oznaką naszego statusu, doświadczyć niezapomnianych doznań… Myślę, że na tym właśnie polega jego „magia”. Co ciekawe, badania amerykańskiej uczonej Kathleen Vohs, replikowane także przez polskich badaczy, pokazały, że pieniądz ma na nas wpływ nie tylko jako środek płatniczy, ale też oddziałuje emocjonalnie i nacechowany jest różnymi znaczeniami symbolicznymi. Gdy aktywizowano u badanych pojęcie pieniądza poprzez prezentację tapety na komputer, na której były zdjęcia banknotów, okazywało się, że zmieniało to ich zachowanie. Mieli mniejszą skłonność do współpracy z innymi, uruchamiały się w nich bardziej egocentryczne mechanizmy, ale równocześnie byli bardziej wytrwali w dążeniu do celu.

Co pani zdaniem wpływa na nasz stosunek do pieniędzy?

Historia, kultura, także religia, ale najbardziej – atmosfera rodzinnego domu. Jeśli rozmawia się w nim o pieniądzach jako o gwarancji szczęścia, np.: „Gdybyśmy tylko więcej zarabiali, wszystko wyglądałoby inaczej” – co jest na marginesie wielką iluzją – to dzieci przejmują ten sposób myślenia.

A edukacja ekonomiczna jest w stanie to zmienić?

Edukacja ekonomiczna wnosi wiele dobrego, jednak większość Polaków ma zdecydowanie złe rozumienie terminu „wiedza ekonomiczna”. Wydaje nam się, że to coś niezwykle skomplikowanego, strasznie nudnego, abstrakcyjnego i oderwanego od codziennego życia – rodzaj „wiedzy dla wtajemniczonych”. Tymczasem ekonomia jest nam potrzebna do codziennego życia. Ktoś, kto bierze kredyt czy pożyczkę, powinien wiedzieć, jakie ma prawa, jakie możliwości i co ryzykuje. Ktoś, kto zamierza zainwestować swoje oszczędności, powinien mieć świadomość, że nie ma szans na duży zysk bez dużego ryzyka. O tym właśnie powinno się uczyć w szkołach, a nie o pociągu, który wyjechał z punktu A do punktu B…

Polską specyfiką myślenia o pieniądzach jest chyba nadal przekonanie, że bogacenie się nie jest czymś pozytywnym.

Nie wiem, na ile to specyfika polska, a na ile katolicka, bo to katolicyzm właśnie nie pochwalał bogactwa, a cenił ubóstwo. W przeciwieństwie do protestantyzmu, który zakłada, że bogacenie się jest obowiązkiem człowieka. W Polsce wstydzimy się mówić o swoich sukcesach finansowych. Jest duża grupa Polaków, którzy uważają, że bogactwo można osiągnąć tylko w nieuczciwy sposób, a wiedzę finansową kojarzą z nadużyciami i wykorzystywaniem jej do nieuczciwych celów (ok. 63 proc.badanych zgadza się z tym stwierdzeniem). Zastanawiam się, czy nie wpłynęły na to dodatkowo czasy komunizmu. Ich specyfiką było to, że ludzie bogacili się nie dzięki kompetencji, profesjonalizmowi czy ciężkiej pracy, tylko dzięki wierności systemowi. To wszystko gdzieś ciąży na naszym postrzeganiu bogactwa. I wpływa nie tylko na to, że krzywym okiem patrzymy na tych, co szybko się wzbogacili, ale też na to, że nie potrafimy żądąć słusznych pieniędzy za swoją pracę.

A która opcja przeważa: lubimy chwalić się tym, że coś kupiliśmy po okazyjnej cenie czy że raczej sporo nas kosztowało?

Nie da się tego jednoznacznie określić, myślę, że obie tendencje występują w naszym społeczeństwie. Najważniejsze, co udało mi się ustalić w kwestii podejścia ludzi do pieniędzy, to że jest tych postaw jest bardzo wiele. W książce próbowałam to przedstawić poprzez analizę segmentacyjną, czyli taką, która równocześnie bierze pod uwagę bardzo dużo czynników. W ten sposób zostały wyodrębnione grupy Polaków różniące się od siebie stylem wydawania pieniędzy, podejściem do zarabiania, ale też ogólnym podejściem do życia. Na przykład grupa, którą nazwaliśmy spełnioną elitą (choć słowo „elita” jest tu może na wyrost, bo to aż 10 proc. społeczeństwa), charakteryzuje się dosyć wysokimi dochodami, satysfakcją zawodową, ale też – powiedziałabym – zdrowym podejściem do pieniędzy. Takie osoby potrafią zarówno dobrze gospodarować swoimi finansami, jak i cieszyć się z wydawania.

Inna grupa – nazwana przez nas sfrustrowanymi materialistami – postrzega wartość własną i innych osób poprzez ilość posiadanych pieniędzy oraz dóbr. Co ciekawe, ich potrzeby posiadania nie da się zaspokoić, bo zawsze może okazać się, że sąsiad ma więcej, albo pojawi się nowy model samochodu, który „trzeba” mieć. Ta grupa ma zdecydowanie niezdrowe podejście do pieniędzy, bo dla nich są one uwikłane w poczucie własnej wartości i postrzeganie świata. Materialiści są przekonani, że byliby szczęśliwsi, gdyby mieli więcej pieniędzy.

A czy znalazłaby się taka grupa, która może posiada niewiele, ale w ogóle jej to nie martwi?

Tak, taką grupę obserwujemy we wszystkich badaniach postaw finansowych. Są to osoby o niematerialistycznym podejściu do życia i zazwyczaj równocześnie silnych wartościach rodzinnych. Nie mają dużo zasobów, ale mają silne podstawowe wartości, np. rodzinne. Nie postrzegają pieniędzy jako gwarantów szczęścia czy satysfakcji z życia. Całkiem dobrze nimi zarządzają, choć mniej cieszą się z ich wydawania, bo mają poczucie, że muszą oszczędzać. To też zdrowy stosunek.

Bardzo dobrze różnicę w podejściu do pieniędzy pokazuje porównanie dwóch wymienionych grup: spełnionej elity i sfrustrowanych materialistów. Druga chce mieć pieniądze dla samych pieniędzy, one są dla nich celem samym w sobie, natomiast dla pierwszej grupy pieniądze są tylko środkiem. Gdy pytaliśmy obie grupy, co by zrobiły, gdyby wygrały nagle dużą sumę w toto-lotka, to spełniona elita miała o wiele więcej pomysłów, bo sfrustrowani materialiści samo posiadanie takiej sumy pieniędzy uznawali za wystarczające szczęście.

Ciekawy jest też inny podział w pani książce, który uwzględnia skłonność do wydawania pieniędzy i materializm…

Na podstawie założeń badaczki Miriam Tatzel wyodrębniliśmy cztery grupy: kontrolera cen, rozrzutnika, rozsądnego niewydawacza i poszukiwacza wrażeń. Kontroler ma wysoki poziom materializmu, ale unika wydawania pieniędzy. Można powiedzieć, że dla niego pieniądze są nawet istotniejsze niż posiadanie dóbr. Wydanie czegoś wiąże się dla niego z bólem rozstania. Rozrzutnik pożąda z kolei bardziej rzeczy niż pieniędzy. W obydwu przypadkach posiadanie jest celem samym w sobie. Dwa kolejne typy: niewydawacz i poszukiwacz są bliższe zdrowemu podejściu do finansów. Oni poszukują okazji do oszczędności, ale nie za wszelką cenę. Poszukiwacza wrażeń cieszy to, że może wydać pieniądze na fajną podróż czy warsztat rozwoju, ale też docenia rzeczy, które może dostać „za darmo”, jak spacer, rozmowa czy jazda na rowerze. Rozrzutnik musiałby już coś sobie kupić, by być zadowolonym.

Niesamowite, jak głęboko zakorzenione są w nas niektóre mechanizmy, jak np. chęć zrobienia dobrego interesu.

Nawet ja, mimo że od lat badam takie zjawiska, też im ulegam. Dopiero po fakcie, zauważam, że zadziałał taki, a nie inny, często nieświadomy, mechanizm. Wszyscy jesteśmy ludźmi…

Moim ulubionym przykładem z książki jest ten z kapą. Jeden z badaczy przytoczył historię swojej przyjaciółki, która wybrała się po kapę na łóżko i trafiła na przecenę. Wszystkie kapy, niezależnie od rozmiaru i wyjściowej ceny, przeceniono do sumy 150 dolarów. Nasza bohaterka kupiła największą, mimo że była za duża na jej łóżko, ale w porównaniu z ceną wyjściową dawała poczucie największego zysku. Wpadła w klasyczną pułapkę dobrego interesu. To, że się „nabieramy” na różnego rodzaju promocje, wynika z pewnego automatyzmu przetwarzania informacji. Kosztem są błędy decyzyjne, ale z drugiej strony mniej czasu tracimy na zastanawianie się nad każdym wyborem i mamy czas na inne ważne rzeczy.

Dominika Maison, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, pracownik naukowy Wydziału Psychologii. Założycielka Domu Badawczego Maison, specjalizującego się w badaniach społecznych i finansowych. Jej najnowsza książka „Polak w świecie finansów” ukazała się nakładem wydawnictwa PWN.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy umiesz zarządzać swoimi pieniędzmi?

Na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. (Fot. Getty Images)
Na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Powiedzmy to wprost i szczerze: chcemy mieć pieniądze. Można być dobrym i bogatym. Można być bogatym i uczciwym. Jak je zdobyć?

"Damy o pieniądzach nie rozmawiają” – tak mówiło się w moim domu. Mogło się nawet wydawać, że naprawdę o nich nie myślą, bo są do wyższych celów stworzone. Poza tymi momentami, gdy wychodziły do pracy albo robiły zakupy, pożyczały lub oddawały najbliższym przyjaciółkom „w potrzebie” czy martwiły się, skąd wziąć na buty dla dziecka. Ponure lata 80. odeszły w przeszłość, ale stare inteligenckie zasady nie.

Gdy teraz rozglądam się wokół i patrzę na życie (oraz pensje) moich przyjaciółek, mam poczucie, że wszystkie musiałyśmy słyszeć w domu to samo. Ania pracuje w firmie szkoleniowej od dawna, ma doktorat, niezłomny charakter i zarządza zespołem 30 osób. Zarabia niewiele więcej niż asystentka, za to znacznie mniej niż nasz menedżer. Menedżer zajmuje się głównie tzw. autopiarem, czyli czymś, co moja babcia nazywa trafnie biciem piany. Ania pracuje zgodnie z zasadą, że widocznie płacą jej tyle, na ile zasługuje. A skoro nie więcej, to znaczy, że nie jest dla firmy więcej warta. „Ciężka praca sama się obroni” – to kolejny mit z bajki o grzecznych dziewczynkach. Tymczasem...

Pieniądze są ważne!

Badania pokazują, że na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. W kapitalizmie, szczególnie w czasach kryzysu, trudno liczyć na to, by pracodawca sam zaproponował nam podwyżkę. Jeśli nawet zaproponuje, a my odpowiemy zgodnie z tym, co wpajano nam w domu: „Och, nie, naprawdę, ja wcale nie zasługuję…”, to raczej nie liczmy na to, że w jego interesie będzie przekonywanie nas, że jednak się nam należy.

Podobnych absurdów w naszych zachowaniach można znaleźć wiele. Istnieje lista pułapek myślowych, w które wpadamy. Część z nich staje się szczególnie domeną kobiet. Nie ma jednak powodu, byśmy stali się niewolnikami wpojonych zasad, jeśli nas ograniczają. Możemy wyzwolić się, uświadamiając sobie, skąd się wzięły, a w rezultacie – zacząć żyć tak, jak chcemy. Bo właśnie do tego służą pieniądze – do realizacji marzeń.

Uświadom sobie cel!

„Jeśli nie wiesz, dokąd płyniesz, każdy wiatr wydaje ci się właściwy”.

Do realizacji każdego planu niezbędna jest wizja tego, do czego dążymy. To dotyczy też pieniędzy. Warto zacząć od zastanowienia się, do czego potrzebne są pieniądze. Ile pieniędzy potrzebujesz, by żyć tak, jak chcesz. Może nie musisz tak dużo pracować? Po co masz chodzić pięć dni w tygodniu do pracy, jeśli nie wiesz, ile potrzebujesz zarobić?

Musisz wiedzieć, dokąd zmierzasz, by móc zaplanować, jak tam dotrzeć. Zastanów się, jaki jest twój cel finansowy. Może chcesz kupić dom lub mieszkanie albo co roku wyjeżdżać na egzotyczne wakacje? Może chcesz wyjeżdżać raz na miesiąc na weekend nad morze? Twój cel może być agresywny lub skromny, może też zmieniać się z upływem czasu. By go wyznaczyć, trzeba zacząć od uświadomienia sobie, co jest tak naprawdę ważne dla ciebie. Wolny czas, rozwój duchowy, rodzina, podróże, kariera… Te wszystkie rzeczy znajdą się pewnie na twojej liście. Kluczowa jest jednak hierarchia tych celów.

Gdy uda ci się wyznaczyć sobie cel finansowy, poświęć czas na jego wizualizację: wyobrażaj sobie siebie, gdy ten cel powoli realizujesz i w końcu udaje ci się go osiągnąć. Jeśli chcesz kupić dom na Mazurach – wydrukuj sobie jego zdjęcie i powieś na lodówce. Ważne, by mieć ten cel przed oczami. Następnie ustal, ile potrzebujesz pieniędzy. Musisz zdobyć informację, ile ten dom kosztuje. Jeśli myślisz o kredycie, idź do banku i dowiedz się, czy masz zdolność kredytową albo co musisz zrobić, by ją uzyskać.

Zapisz, ile masz oszczędności, które chcesz na to przeznaczyć. Różnica między kosztem domu a twoimi oszczędnościami jest twoim celem finansowym. Ważne, by wiedzieć, ile się realnie potrzebuje. To pierwszy krok na drodze do celu. A pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy…

Bariery w twojej głowie...

Częstą przeszkodą na drodze do finansowego sukcesu bywa brak dążenia do wygranej. Zastanów się, czy w swoim życiu grasz, żeby grać, czy po to, żeby wygrać? Jeśli masz trudności z koncentrowaniem się na osiąganiu celu, zacznij kształtować w sobie tę umiejętność. Jak to zrobić? Obudź w sobie ducha rywalizacji. Choć może się to wydać niepoważne, zdolności rywalizacyjne możesz trenować, biorąc udział w zwykłych grach. Turniej scrabble czy treningi koszykówki pozwolą ci poczuć smak wygranej. Pamiętaj: tu nie chodzi o nic osobistego. To gra. Podobnie jest z pieniędzmi: grasz nie po to, by kogoś pognębić, ale by zyskać coś dla siebie. Pamiętaj, że bycie dobrym i bycie bogatym wzajemnie się nie wykluczają.

Innym hamulcem na drodze do twojego finansowego celu może być lęk. Uparcie dążysz do zachowania poczucia bezpieczeństwa rozumianego jako status quo. Obaw przed realizacją własnych marzeń możesz mieć mnóstwo. Każdy zdrowo myślący człowiek je ma. Nawet ci, którzy zarobili miliony. Ale oni potrafili podjąć ryzyko mimo lęków. By obawy nie zdominowały twojego myślenia, postaraj się otaczać ludźmi „na tak”. Osoby, które pozytywnie patrzą w przyszłość, a jednocześnie potrafią udzielać wsparcia i doradzać, są niecenionym skarbem. Są obok ciebie na pewno.

 
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że być może realizacja twojego celu będzie wymagać zaangażowania i poświęcenia. Jeśli stawiasz na własny biznes, licz się z tym, że przez pierwszy rok nie będziesz mógł sobie pozwolić na urlop w Kenii, gdzie co roku chcesz spędzać dwa tygodnie. Nie zrealizujesz swojego celu od razu.

To ty rządzisz swoimi pieniędzmi!

Osiągnięcie celu będzie możliwe, jeśli przejmiesz kontrolę nas własnym życiem finansowym. By to zrobić, nie wystarczy wiedzieć, ile masz na koncie. Ważne jest, by nauczyć się planować i kontrolować wydatki. To właśnie określa się zarządzaniem budżetem. Jeśli masz wspólną kasę z partnerem, a on do tej pory zajmował się waszymi finansami i nie dopuszczał cię do nich, czeka cię zadanie wymagające asertywności. Powiedz, że pragniesz zorientować się, jak wyglądają wasze dochody i wydatki. Bądź w tym planowaniu finansów partnerem, a nie funkcjonariuszem. Nie zakładaj, że skoro do tej pory nie byłeś zaangażowany w te sprawy, to nie będziesz mile widziany.

Jeśli masz tylko swoje pieniądze, a do tej pory ich nie kontrolowałeś, spróbuj przez miesiąc zapisywać, ile na co wydajesz. Możesz użyć do tego celu Excela albo notesu. By lepiej kontrolować budżet, przerzuć się na bankowe usługi internetowe. Dzięki temu łatwo sprawdzić, czy pracodawca zapłacił ci pensję i w jakiej wysokości. Jest to szczególnie ważne w przypadku, gdy pracujesz w kilku miejscach lub dorabiasz na boku. Zapisz sobie w kalendarzu zadanie: „sprawdzanie konta internetowego” dwa razy w miesiącu. Gdy już podliczysz, przeanalizuj stan konta.

Część osób bierze na siebie obowiązek płacenia comiesięcznych rachunków, ale nie widzi zarządzania w szerszej perspektywie. Należy pamiętać, że odpowiednia strategia pozwala zapewnić sobie i rodzinie bezpieczeństwo finansowe.

Przemyśl inwestycje!

Jakie inwestycje? No właśnie brak inwestycji to kolejny błąd w podejściu do pieniędzy. Z reguły nie myślimy o inwestycjach, zakładając, że nie mamy wolnych środków, że wymagają one fachowej wiedzy. Oba te argumenty to tylko część prawdy.

By zacząć inwestować, wystarczy niewielka suma. Zacznij już teraz. Odłóż 50 zł. W skali miesiąca dobrze jest oszczędzać około 10 proc. W tym celu najlepiej od razu przelewać tę kwotę po wypłacie na oddzielne konto. Jeśli chcesz inwestować, konieczne jest jednak ciągłe zdobywanie wiedzy. Pamiętając o tym, że nie istnieje idealna strategia inwestycyjna (gdyby tak było, wszyscy by ją stosowali), poświęć czas na poszukiwanie wiedzy o finansach. Wystarczy wyznaczyć sobie moment w ciągu dnia, gdy możesz przeczytać artykuł w gazecie lub tekst w portalu ekonomicznym. Można to robić, jadąc autobusem lub w przerwie na kawę w pracy. Słuchaj wiadomości ekonomicznych w radiu albo znajdź czas na szkolenie. Na rynku istnieją także doradcy finansowi.

Podstawową zasadą początkującego inwestora powinno być to, by nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. W ten sposób zapanujesz nie tylko nad racjonalną stroną inwestycji, ale także nad swoimi obawami.

Powstrzymaj emocje!

Przeszkodą na drodze do bycia bogatym jest nie tylko niechęć do inwestowania. Może to też być nałóg kierowania się emocjami podczas zakupów. Mówi się, że niektórzy kupują to, czego potrzebują, a inni to, czego chcą. Istnieje jednak kilka sposobów na to, by wydawać właściwie.

Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że na podejmowanie ważnych decyzji finansowych potrzebny jest czas. Nie decyduj o kupnie mieszkania, na które cię nie stać, „bo się w nim zakochałeś”. Daj sobie czas. Tym bardziej nie kieruj się emocjami, gdy chcesz je kupić na kredyt. Wprowadź zasadę, że za każdym razem, gdy chcesz wydać na coś więcej niż 500 zł, musisz się z tym „przespać”.

Nie daj się także nałogowi zakupów z poczucia winy: ludziom nie da się zrekompensować czasu, którego z nimi nie spędziłeś, drogimi prezentami. Zamiast tego znajdź alternatywną formę obdarowywania: możesz upiec ciasto lub namalować dla nich obraz. Albo po prostu spędzić z nimi czas.

Gdy wybierasz się do sklepu, zrób listę zakupów. Czy zauważyłeś, że wchodzisz do sklepu, by kupić coś na śniadanie, a wychodzisz z koszem pełnym zakupów? Niebezpieczne pod tym względem są szczególnie wycieczki do centrów handlowych. Promocje wabią i nęcą… Dla otrzeźwienia warto czasem przeliczyć, ile będziesz musiał pracować, by zarobić na wypatrzone na wystawie buty.

  1. Styl Życia

Człowiek bez pieniędzy. Kim jest Mark Boyle?

Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. (Fot. BE&W)
Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. (Fot. BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
By przekonać się, że faktycznie pieniądze szczęścia nie dają, aktywista Mark Boyle zrezygnował z nich całkowicie. Efekty trzyletniego eksperymentu przyniosły mu tyle satysfakcji, że postanowił pójść o kilka kroków dalej i powrócić do modelu życia sprzed rewolucji przemysłowej. Niektóre z jego postulatów możemy realizować nawet w wielkim mieście.

W 2016 roku Mark Boyle, aktywista i pisarz z Irlandii, znany światu jako „Moneyless Men” (człowiek bez pieniędzy) napisał swój ostatni e-mail i zamknął komputer. Miał nadzieję, że już nigdy w życiu nie będzie go musiał otwierać (co nie do końca mu się udało). Postanowił, że od tej pory będzie żył z dala od cywilizacji i całkowicie bez dostępu do technologii. Decyzja była kontynuacją jego eksperymentu sprzed prawie dekady, kiedy to testował,  jak funkcjonować bez pieniędzy. Wcześniej studiował ekonomię i pracował jako dyrektor finansowy w firmach, które zajmowały się produkcją organicznego jedzenia. Coraz krytyczniej patrzył jednak na ciemne strony kapitalizmu, które widział nawet w teoretycznie etycznych miejscach pracy. Jak twierdzi, dopiero czas pozbawiony pogoni za karierą i żądzą zysku pozwolił mu się w pełni rozwinąć. Odkrył że wszystko, czego potrzebuje do szczęśliwego życia, jest w stanie wytworzyć sam, ewentualnie pozyskać przez handel wymienny. Przewidziany na rok eksperyment potrwał trzy razy dłużej. Z czasem Boyle w pewnym stopniu powrócił do pieniędzy, jednak coraz bardziej zaczęło go uwierać uzależnienie od technologii, więc zdecydował się na powrót do korzeni. Postawił na życie bez Internetu, telefonu, prądu, kanalizacji i centralnego ogrzewania. Offline...

Myśli spisane ręcznie

Swoimi doświadczeniami Boyle regularnie dzieli się z czytelnikami na łamach dziennika „The Guardian” oraz w książkach. „The Moneyless Men: A Year of Freeconomic Living” ukazała się po angielsku w 2010 roku, zaś polscy czytelnicy właśnie dostali do rąk tytuł „Offline”.

Boyle pisze ręcznie, z redakcją komunikuje się za pomocą tradycyjnej poczty (co zajmuje tyle czasu, że nie zdążyłam uzyskać od  niego odpowiedzi na moje pytania przed wysłaniem tego numeru do druku). Listownie odpowiada dziennikarzom i czytelnikom, nie ma pojęcia, ile „lajków” zbierają w sieci jego felietony, a nawet udało mu się przegapić brexit. Na potrzeby książki musiał na chwilę porzucić świat offline, by swoje odręczne notatki przepisać na komputerze. Wspomina ten czas jako okropny. Jego przemyślenia skłaniają do refleksji. Podważają zasady współczesnego świata i pokazują, że można żyć inaczej.

„Jako społeczeństwo wyprodukowaliśmy wystarczająco dużo rzeczy, aby przetrwać całe życie. (…) Moglibyśmy zredukować nasze wydatki osobiste do minimum, a dzięki temu przyjąć 21-godzinny tydzień pracy. Zyskalibyśmy życie w czasie wolnym. Moglibyśmy sami uprawiać żywność, zakładać kręgi prezentów i darmowe sklepy, uczyć się umiejętności na małą skalę lub jeździć rowerem zamiast samochodem. Wszystko to zmniejszyłoby emisję dwutlenku węgla, jednocześnie zwiększając nasze szczęście. W dłuższej perspektywie musimy zakwestionować fundamentalne narracje kulturowe naszych czasów: nieograniczony wzrost, oddzielenie od natury, a nawet ekonomię monetarną” – uważa autor „Offline”.

Mark Boyle, 'Offline' (Wydawnictwo Mova, 2020) Mark Boyle, "Offline" (Wydawnictwo Mova, 2020)

Powrót do pierwotności

By zrealizować swoje idee, Boyle zamieszkał w przyczepie, bez prądu i bieżącej wody. Od tej pory wszystko, czego potrzebował, musiał wykonać sam. Bardzo szybko zaczął odczuwać pozytywne efekty tej decyzji. Choć początkowo perspektywa braku pieniędzy wydawała mu się przerażająca, z upływem czasu stawał się coraz spokojniejszy, zdrowszy i bardziej zadowolony ze swojej sytuacji życiowej. Między innymi dlatego, że przestał budować poczucie bezpieczeństwa na stanie posiadania, a zamiast tego odnalazł je w sobie i w kontaktach z innymi ludźmi. „To ja byłem teraz walutą, nie funt. W mojej bezgotówkowej ekonomii nagradzana była przede wszystkim solidarność. Porównaj to ze światem wielkich finansów, w którym zdrowa dawka psychopatii często pomaga w osiągnięciu szczytu, a samolubstwo i bezwzględność to podstawa” – pisał. Trudno nie przyznać mu racji.

Coraz wyraźniej widać, że zapętliliśmy się w żądzy zysku oraz idei stałego wzrostu, zamiast myśleć o tym, co naprawdę ważne. W korporacjach często bardziej liczą się arkusze kalkulacyjne niż ludzie. Widać to było w czasach pandemii, gdy wiele firm masowo zwalniało pracowników, zamiast na spokojnie przyjąć fakt, że przez pewien czas organizacja będzie generowała mniejszy zysk, za to da chleb wielu rodzinom. Czy takie podejście nie byłoby bardziej humanitarne?

Wiele działań „Człowiekowi bez pieniędzy” wydaje się zbyt ekstremalnych. Choćby te dotyczące higieny. Kąpiel w samej wodzie, bez mydła, to najłagodniejsza z nich. Pasta do mycia zębów z rybich kości i ziaren kopru włoskiego, niesprzedane gazety z lokalnego kiosku zamiast papieru toaletowego (Boyle wspomina, że zdarzyło mu się podetrzeć artykułem o sobie samym). Musiał  także zweryfikować przekonania dotyczące diety. Przedtem był weganinem, teraz sam zdobywał pożywienie: trzy razy w tygodniu łowił ryby, a gdy znalazł przy drodze potrąconą przez samochód martwą sarnę, zaciągnął ją do domu i spożytkował każdą jej część. Sam krzesał ogień, bo postanowił zrezygnować nawet z zapałek.

Odcięcie od technologii miało też przykre konsekwencje. Gdy partnerka listownie z nim zerwała, nie miał jak się z nią skontaktować. Nie był w stanie dotrzeć na pogrzeb bliskiej osoby, bo dowiedział się o nim po czasie, z listu od matki. Kiedy brakowało mu spotkań z przyjaciółmi, znalazł jednak rozwiązanie – zaprosił ich na wspólne zbieranie jabłek i przygotowanie z nich cydru. Wszyscy mieli z tego dużo więcej frajdy niż podczas nudnych, cotygodniowych nasiadówek nad kuflem piwa.

Po pierwsze: nie marnuj

Choć przeciętny człowiek nie będzie w stanie wprowadzić wszystkich postulatów Marka Boyle’a w życie, część jego działań może inspirować do zmiany. Choćby te w kwestii żywności, bo marnujemy 1/3 tego, co kupujemy. Boyle pozyskiwał część pożywienia, zbierając przeterminowane rzeczy, których nie chciały już sklepy i to akurat jest już wykonalne, bo na Facebooku prężnie działają grupy freegańskie, których członkowie wymieniają się niepotrzebnym jedzeniem (takim jak gar bigosu, którego nie są w stanie sami przejeść), a także informują, które sklepy akurat pozbyły się przeterminowanego towaru. Przeszukiwanie śmietników w poszukiwaniu całkiem jeszcze dobrych bananów czy awokado dostarcza adrenaliny, choć wciąż obarczone jest kulturowym tabu. Jednak w wielu miastach Polski działają jadłodzielnie, w których można zarówno zostawić to, czego nie potrzebujemy, jak też poczęstować się pozostawionym tam jedzeniem.

Autor „Offline” uprawiał ogródek, łowił ryby i polował, a dzięki temu jadł dokładnie tyle, ile potrzebował. Nie groziły mu ani nadwaga, ani rozrzutność. Ja również od dłuższego czasu próbuję wcielić część tej filozofii w życie. Nie mam ogródka, ale pilnuję, by nie kupować więcej, niż potrzebuję. Trochę pomogła mi w tym pandemia i wymuszone przez nią robienie zakupów na zapas, ale w sensowny sposób – tak by nic nie marnować. Gdy okazało się, że nie mogę w każdej chwili wyjść do sklepu, by dokupić to, na co mam ochotę, do głosu doszła kreatywność. Wymyślanie nowych dań wyłącznie z tego, co miałam w domu, karmiło nie tylko domowników, ale i moje twórcze potrzeby. Do tego dawało chwilę wytchnienia od stresu. Tak jakby zajmowanie się sprawami najprostszymi i jednocześnie najważniejszymi pozwalało być tu i teraz, zamiast zamartwiać się na zapas.

Dokładnie to samo zauważył Mark Boyle. Przeniósł się na wieś, by wieść życie przez popkulturę nazywane „prostym”. W rzeczywistości jednak wcale nie jest ono proste. Boyle musiał wszystko zapewnić sobie sam; był zajęty od rana do nocy, ale może dzięki temu mniej pozostawało miejsca na stres czy nieustające analizowanie. Rytm dnia podporządkowany chwili obecnej i zaspokajaniu bieżących potrzeb − zamiast rozmyślania o tym, co kupić i skąd wziąć na to pieniądze − wpłynął na jego psychikę lepiej niż kursy uważności. „Filozofia mindfulness nie jest już duchowym luksusem, a ekonomiczną koniecznością” – uważa Boyle. W świecie ukierunkowanym na cel, konsumpcję i zaspokajanie potrzeb – pozostawanie w „tu i teraz” wydaje się jedynym ratunkiem.

Życie po życiu

Nie tylko jedzenie można pozyskiwać na drodze wymiany. Kupowanie nowych rzeczy, a tym samym generowanie kolejnych śmieci, jest nieekologiczne, zwłaszcza w świecie tanich produktów z sieciówek, których jakość nierzadko sprawia, że uczciwiej by je było nazwać raczej jednorazowymi.

Przyznaję, że los planety leży mi na sercu i postulaty Marka Boyle’a są mi bliskie. Jednocześnie kocham modę… Ubranie jest dla mnie polem do eksperymentów i autoekspresji. Próbowałam z tego zrezygnować, ograniczając zakupy do minimum, jednak czułam, że na tym polu czegoś mi ewidentnie brakuje. Wtedy odkryłam grupy z modą vintage na Facebooku. Za jedną czwartą tego, co wydałabym w sklepie, mogłam zaopatrzyć się tam w najbardziej niezwykłe używane kreacje, często prawdziwe skarby. Wystawiałam też swoje rzeczy, których już nie potrzebowałam, by dać im drugie życie. Kupiłam używaną zmywarkę, której poprzedni właściciel chciał się pozbyć, bo zrobił właśnie gruntowny remont kuchni.

Podoba mi się też, że na grupach wymian częstą walutą są owoce, czekolada albo wino, a czasem nawet kompletnie niematerialne rzeczy typu taniec czy wiersz! Udało mi się kiedyś wymienić pomarańczę  na bestseller. Znajoma blogerka sprzedaje kosmetyki po testowaniu w niższych cenach, a cały dochód przeznacza na cele charytatywne. Płacąc jej, mam poczucie, że przy okazji mogę zrobić coś dobrego, i jest to przyjemne. Nadal staram się jednak kupować tylko to, czego naprawdę potrzebuję, by nie generować niepotrzebnych śmieci.

Sztuczne pragnienia

Także technologiczny detoks Marka Boyle’a ma swój wymiar ekonomiczny. Nie da się ukryć, że smartfony i Internet to jedne z głównych narzędzi, za pomocą których marki chcą do nas dotrzeć ze swoimi produktami. Gdy nie jesteśmy nieustannie bombardowani reklamami produktów, na które nas nie stać i których tak naprawdę nie potrzebujemy – przestajemy ich pragnąć. Nie jestem w stanie długofalowo zrezygnować z Internetu, tak jak Mark Boyle, na cyfrowy detoks pozwalam sobie tylko na wakacjach. Mogę jednak zrobić coś innego. Przestaję obserwować na Instagramie jakiekolwiek marki, nawet te ulubione. Gdy nie widzę ich produktów na co dzień, zapominam, że istnieją. Uświadamiam sobie, że moje potrzeby były sztucznie wykreowane. Odkąd zaś obserwuję osoby, które mają coś do powiedzenia zamiast do zareklamowania, moje wirtualne życie stało się ciekawsze i wzbogacające. Tak naprawdę myślę, że zakupy często mają zastąpić poczucie szczęścia w życiu. Wolę zapewnić je sobie inaczej: przez dobry związek, wartościowe relacje, realizowanie pasji. Kluczowe stało się dla mnie uświadomienie sobie, że mam wszystko, czego mi trzeba. Mój wewnętrzny dobrostan nie zależy od tego, co posiadam. Gdy w środku czuję się OK, zakupy są tylko miłą, ale zupełnie zbędną otoczką.

Mark Boyle żyje według zasady Gandhiego „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”. Doskonale zdaje sobie jednak sprawę, że droga do spełnienia jego postulatów jest daleka, zaś jego postawa stanowi wyjątek w świecie sterowanym konsumpcją. Warto jednak raz na jakiś czas pozwolić sobie na wolność życia całkowicie bez pieniędzy. „Musielibyście być szaleni, żeby przynajmniej tego nie spróbować, choćby przez tydzień latem – przekonuje Boyle. – Pozwólcie sobie na długie spacery po lesie, weekendowe biwakowanie na plaży, gotowanie na świeżym powietrzu jedzenia, które sami wyhodujecie lub złowicie, jazdę na rowerze, słuchanie akustycznej muzyki przy ognisku, wędrówki po dziczy, zbieranie jagód i orzechów, zanurzenie się nago w jeziorze, spanie pod gwiazdami…” – wylicza.

Rezygnacja z pieniędzy ma bowiem jego zdaniem kluczowy wymiar: pozwala dotrzeć do sedna istnienia, które cywilizacja i konsumpcjonizm skutecznie próbują w nas zagłuszyć.

  1. Psychologia

Jak oszczędzać i nie rezygnować z przyjemności na wakacjach?

Na początku należy zastanowić się, czy skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. (Fot. iStock)
Na początku należy zastanowić się, czy skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
W tym roku miało być inaczej, a jednak znowu po wakacjach masz do spłacenia debet na koncie lub zadłużenie na karcie? Psychoterapeuta Mateusz Ostrowski przekonuje, że zamiast się frustrować, lepiej zdać sobie sprawę z tego, że jakaś część nas pragnie spełniania zachcianek. Druga część – racjonalna – jest w stanie ją trochę okiełznać. I o to „trochę” toczy się cała dyskusja

W tym roku miało być inaczej, a jednak znowu po wakacjach masz do spłacenia debet na koncie lub zadłużenie na karcie? Psychoterapeuta Mateusz Ostrowski przekonuje, że zamiast się frustrować, lepiej zdać sobie sprawę z tego, że jakaś część nas pragnie spełniania zachcianek. Druga część – racjonalna – jest w stanie ją trochę okiełznać. I o to „trochę” toczy się cała dyskusja

Obiecałam sobie, że w tym roku wydam mniej na urlop, ale, niestety, znów mam debet na koncie. Przez kilka miesięcy nad głową będą mi wisiały spłaty. Jak pozbyć się dyskomfortu związanego z tym, że zadłużam się podczas wakacji? Są dwa wyjścia: albo tego nie robić, albo się na to zgodzić. Z jednej strony można sobie pomyśleć: „Niedobrze mi z tym, nie służy mi to, więc próbuję rozwinąć racjonalną stronę mojej osobowości”, z drugiej – można się na ten dług zgodzić: „To jest mój wybór, chcę mieć fajne wakacje, chcę dać sobie coś ekstra – wiem, że to będzie kosztować”. W psychologii pieniądza dużo mówi się o odraczaniu gratyfikacji, czyli odkładaniu przyjemności na później, a korzystanie z kredytu jest takim przyspieszaniem gratyfikacji. Jeżeli to jest mój świadomy wybór i zakładam, że będę w stanie spłacić debet w przyszłości, nie ma w tym nic złego. Pytanie, na ile robię to świadomie, a na ile ulegam wpływom. Czy to zewnętrznym, takim jak reklama, czy wewnętrznym, wynikającym z niespełnionych potrzeb, które chcę zaspokoić właśnie tymi wakacjami, na które się zadłużam.

Tym razem chcę naprawdę coś zmienić, bo wiem, że mam tendencję do wydawania pieniędzy lekką ręką. Jak wzmacniać w sobie tę racjonalną postawę? W podejściu do pieniędzy jesteśmy rozpięci między hedonizmem a racjonalizmem. Taka teza pojawia się między innymi w behawioralnej hipotezie cyklu życia, w której każdy ma w sobie „plannera” dążącego do życia w racjonalny sposób, ale utrudniają mu to różne pokusy, na które podatna jest nasza inna wewnętrzna postać – „doer”, czyli ktoś, kto pragnie przyjemności szybko, tu i teraz. Taka wewnętrzna polaryzacja jest dość powszechna. Najgorszą rzeczą byłoby skupienie się na jednej albo drugiej stronie. Jeśli utożsamię się wyłącznie z wewnętrznym hedonistą, to dopóki mam szczęście, bogatych rodziców i spadek – mogę tak funkcjonować, ale w życiu zazwyczaj dochodzi do jakiegoś ograniczenia, z którym trzeba się zmierzyć – w wariancie najgorszym mogę wręcz wylądować na bruku.

Jeśli przesadzę z racjonalnością, z koncentracją na przyszłości, planowaniu – pozbawię się radości życia. Zbyt zapatrzeni w przyszłość ludzie mają często odłożone duże oszczędności, ale z nich nie korzystają, a przecież jak mówił znany ekonomista John Maynard Keynes: „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”.

Jeżeli uważa pani, że brak pani racjonalności i pragnie ją rozwijać, to powinna pani robić rzeczy, które będą ją wspierać, nie zapominając o swoim wewnętrznym hedoniście. Trzeba dać mu miejsce i sposób na odczuwanie przyjemności, bo inaczej będzie on sabotował te zmiany. I skończy się jak z postanowieniami noworocznymi, których przestajemy przestrzegać po kilku tygodniach. Dlatego dobrze zacząć od mniejszych zmian i przygotować plan szczegółowy, rozpisany na miesiące, a nawet na tygodnie. Realizując go krok po kroku, będzie pani czuć satysfakcję i mieć poczucie sprawstwa, a to zawsze daje napęd. Racjonalną stronę można także wzmacniać przez robienie jednej rzeczy regularnie i z myślą o przyszłości, np. zapisać się do szkoły językowej czy na zajęcia z jogi. Jeśli się uda z jedną rzeczą, będzie łatwiej z kolejną. Wytrenowany „mięsień” silnej woli będzie pracował lepiej.

Uważa pan, że finansowej dyscyplinie może pomóc dyscyplina w innych sferach życia? Tak. Bo jeżeli czegokolwiek uczymy się w sposób przyszłościowo-racjonalny, budujemy w sobie pewną umiejętność, której będzie nam potem łatwiej użyć przy planowaniu finansów. Jeśli mamy w sobie mocnego hedonistę, musimy szukać działań, które będą wzmacniały naszą sferę racjonalną. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że badacze z uniwersytetu w Chicago stwierdzili, że ludzie podejmują bardziej racjonalne decyzje finansowe w języku, który nie jest dla nich ojczysty. To ma głęboki sens, bo przecież pierwszego języka uczymy się głównie przez emocje, a języka obcego w racjonalny sposób: poznajemy gramatykę, reguły. Nam chodzi zaś o nauczenie się przestawiania na ten racjonalny tryb.

Sposobem jest budowanie nawyków, przy czym ważna jest regularność, bodziec, który odpala czynność, i nagroda. Nie można z niej rezygnować, ale nie musi być ona bardzo realna, chodzi o pewien stan satysfakcji. Odkładając jakąś kwotę, za każdym razem może pani sobie wyobrazić efekt, a to przywoła pewne emocje. Jeżeli przy wpłatach będzie sobie pani przypominać ulgę związaną ze spłaceniem debetu, poczucie wolności, mniejszy lęk o przyszłość – to spłaty nie będą już takie bolesne. Z kolei jeżeli narzuci sobie pani reżim szybszej spłaty, to może pani „wędrować” pomiędzy wewnętrznymi stanami: od hedonizmu do życia w tym reżimie. A to nie najlepsze rozwiązanie... Nasz wewnętrzny hedonista jest tym mocniejszy, im bardziej go ograniczamy. Jeśli przez cały rok trzymamy go krótko, a tylko na wakacjach pozwalamy mu na swobodę, to faktycznie zachowuje się nierozsądnie. Gdybyśmy mu dawali więcej przestrzeni w codzienności, to prawdopodobnie nie musiałby aż tak bardzo odreagowywać raz na rok. I w efekcie byłoby nam łatwiej korzystać z tej racjonalnej strony.

A tak rozbrykaliśmy się, więc teraz trzeba się zdyscyplinować. Taką powakacyjną frustracją w pewien sposób karzemy też siebie. Od tego właśnie zaczęliśmy rozmowę. Jeśli przyjmę, że miałem fajne wakacje, bawiłem się i sporo wydałem – wtedy zmieniam optykę i po prostu spłacam zadłużenie. To zdejmuje trochę napięcia. Pamiętajmy jednak, że konflikt w naszej głowie wyraża też to, co się dzieje w całym świecie, bo przecież wymaga się od nas z jednej strony racjonalności, planowania, zachęca do oszczędzania, a z drugiej jesteśmy bombardowani hasłem „kup teraz”. Instytucje finansowe namawiają nas do oszczędzania, jednocześnie kusząc kartami kredytowymi. Żyjemy w otoczeniu, które nie wspiera racjonalnego modelu. Tym większy wysiłek musimy włożyć w to sami.

Mówi pan, że zaciąganie długów może wzmacniać lęk o przyszłość. Z jakim ryzykiem wiąże się życie na kredyt? Na liście stresorów kredyt hipoteczny zajmuje dość wysokie, 20. miejsce. W zależności od osobowości przejmujemy się tym mniej lub bardziej, ale z pewnością duży kredyt zaburza poczucie bezpieczeństwa. No i pojawia się ryzyko, którego często nie bierzemy pod uwagę. Polecam książkę Nassima Taleba, ekonomisty, filozofa pochodzącego z Libanu, „Czarny łabędź”. Tytuł wziął się stąd, że odkrycie czarnego łabędzia wywołało duże zdziwienie, długo znano tylko białe. W książce czarny łabędź jest symbolem mało prawdopodobnej rzeczy, która – jeśli się wydarzy – robi ogromną rewolucję, a po fakcie wszyscy są w stanie to wytłumaczyć. Taki właśnie był kryzys ekonomiczny w 2008 r.: poza nielicznymi wyjątkami nikt go nie przewidywał, gdy się wydarzył, przewrócił rynek do góry nogami, a potem wszyscy mówili, że właściwie można go było się spodziewać. To pokazuje ludzką skłonność do myślenia w kategoriach tego, co znamy, i zakładania, że tak będzie zawsze. Bardzo mało prawdopodobne rzeczy wypieramy, ale przecież one od czasu do czasu się przydarzają. Tak jak doszło do kryzysu w skali makro, tak może dojść do kryzysu w mojej indywidualnej gospodarce. Czy jestem przygotowany na to, że mogę stracić pracę? Jeżeli nie mam oszczędności, a jeszcze generuję długi, to igram z rzeczywistością. Oczywiście mogę sobie poradzić, ale nastawiam się na większe ryzyko.

Pieniądze i emocje zawsze idą ze sobą w parze? Ekonomią rządzą przede wszystkim chciwość i strach. Stąd w marketingu niweluje się strach i wzmacnia chciwość. Strach ma złą renomę – mamy myśleć pozytywnie i nie bać się niczego. Ale jeśli zastanowimy się nad strachem w bardziej atawistyczny sposób, to jest to mechanizm ostrzegawczy, potrzebny biologicznie do przeżycia, a my tę czujność sztucznie usypiamy. Dlatego uwzględnianie strachu i ryzyka ma sens. Szczególnie, że człowiek jest kiepski w szacowaniu niebezpieczeństwa. Decyzje kredytowe zapadają zwykle pod wpływem emocji, reklamy są coraz bardziej skuteczne, sprzedawcy lepiej wyszkoleni, więc faktycznie potrzeba wiele asertywności, żeby decydować racjonalnie. Im bardziej emocjonalnie podejmiemy tę decyzję, tym większe mogą być jej negatywne konsekwencje. Na tej zasadzie wpadamy w dół finansowy po wakacjach, bo „tak bardzo marzyłem o idealnym urlopie”. Dlatego przed podjęciem decyzji warto odwołać się do prostych sposobów: porównać różne oferty, policzyć koszty, to, ile faktycznie będziemy musieli potem spłacić. I wreszcie zastanowić się, czy muszę się zadłużać na wakacje. A może lepiej przesunąć wyjazd? Skoro podczas urlopu zawsze robię debet i potem miesiąc w miesiąc oddaję spore kwoty, to przecież mógłbym te kwoty regularnie odkładać wcześniej, przed wakacjami. Wyszłoby mi nawet taniej, bo bez odsetek. To wymaga rozwijania racjonalnej części, ale też i dbałości o swojego wewnętrznego hedonistę. Moim zdaniem bez zadbania o obie strony osobowości to się nam nie uda.

A może nas nie stać na ten wakacyjny hedonizm? Za mało zarabiamy, ale „wkręcamy się” w pewien system. Zdecydowana większość pożyczek nie jest przeznaczona na rzeczywiste życiowe potrzeby, czyli np. sytuację, że zabrakło mi do pierwszego albo ktoś w rodzinie zachorował i trzeba mu zapewnić prywatne leczenie czy opiekę, albo inwestuję w kurs, który podniesie moje kompetencje. Większość kredytów nastawiona jest na spełnianie marzeń. Chcemy poczuć się bezpiecznie, komfortowo, wyjątkowo... I tu znowu powraca temat trzeźwego podejmowania decyzji. Co będzie dla mnie dobre? Skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. Chcę spędzić wreszcie czas z rodziną? Super, ale co mi w tym przeszkadza przez cały rok? Potrzebuję odpoczynku? Jakie przekonania nie pozwalają mi odpoczywać na bieżąco? Jeśli znajdę rzeczywistą potrzebę, to presja wyjazdu na wymarzone drogie wakacje zmaleje, więc mniej wydam. Hedonistyczne zachowania to często swoista rekompensata. Ale czy potrzebujemy takich trików? Czy nie lepiej rozpoznać swoje potrzeby i starać się zaspokajać je na co dzień?

Jak najlepiej oszczędzać pieniądze? Wzmacniając swojego racjonalistę

  • Najlepszym sposobem racjonalisty na poradzenie sobie z hedonistą są zasady. Mogą być to zasady zewnętrze, jak ustawienie automatycznego przelewu raz w miesiącu na określoną kwotę na konto oszczędnościowe albo stałą ratę spłaty debetu. Jeśli to za mało, można skorzystać z programów oszczędnościowych, które proponują instytucje finansowe. W umowie z nimi zobowiązujesz się do określonych wpłat w określonych terminach. – Ja nazywam to outsourcingiem silnej woli – mówi Mateusz Ostrowski. Tyle tylko że każda taka usługa kosztuje – banki pobierają prowizje. Jeśli sam odkładasz pieniądze, wyjdzie taniej.
  • Warto też umówić się na zasadę wewnętrzną. Prostą, ale wymagającą konsekwencji – chodzi o zbudowanie nawyku. Niech to będzie jedna rzecz, np. chcesz wyjść z debetu i postanawiasz co miesiąc przeznaczać na spłatę określoną kwotę.
  • – Najłatwiej oszczędza się na konkretny cel – mówi Mateusz Ostrowski. Jeśli nie masz celu, brakuje ci nagrody w działaniu nawykowym. Dlatego dobrze jest odkładać na coś, np. jeśli oszczędzasz na emeryturę, możesz wizualizować siebie na ganku przed domem, jeśli na wakacje – nad basenem pod palmami. Cel oznacza pewną realność, bo oszczędzanie i wydawanie sprowadza się właściwie do odraczania i przyspieszania gratyfikacji.
Mateusz Ostrowski terapeuta pracy z procesem, trener biznesu. Członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną i dla par oraz warsztaty rozwoju osobistego. Lubi podróże na Wschód i literaturę science fiction, www.mateuszostrowski.pl.

  1. Styl Życia

Pora na rower - 6 najciekawszych tras rowerowych w Polsce

Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Prezentujemy sześć najciekawszych, podpierając się opiniami znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Oto najciekawsze trasy rowerowe po Polsce według znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Sezon rowerowy w Polsce nie trwa zbyt długo. Z drugiej strony jednak nie mieszkamy też w mroźnej Skandynawii. Jeżeli więc przepadasz za rowerowymi wycieczkami, masz szansę zwiedzić większość najciekawszych zakątków kraju, bez potrzeby brania urlopu na okrągły miesiąc. Przedstawiamy więc listę 6 najbardziej interesujących i najbardziej urokliwych miejsc, do których warto zapuścić się na dwóch kółkach – w wersji górskiej i szosowej. Zostały dobrane tak, aby legitymowanie się licencją kolarską, czy dyplomem skauta nie było konieczne.

Góry Orlickie – Zieleniec

- Jeśli chodzi o moje wybory były one podyktowane kilkoma ważnymi czynnikami, takimi jak klimat, odległość od domu, wysokość nad poziomem morza i jakość dróg – przyznaje Bartosz Huzarski, wybitny były zawodowy kolarz szosowy, wielokrotny uczestnik Tour de France i Giro d'Italia oraz założyciel Huzar Bike Academy. - Jeśli decydowałem się na jakikolwiek wyjazd na zgrupowanie w Polsce, celowałem w jedno miejsce w Górach Orlickich – Zieleniec, czyli górską dzielnicę miejscowości Duszniki Zdrój. Ten opustoszały w lecie kurort narciarski dawał mi wszystkie z tych punktów. Po około 90 minutach jazdy autem byłem na wysokości około 900 m.n.p.m w ciszy i spokoju, doświadczając niemal alpejskiego klimatu. Z dobrą siatką dróg po polskiej oraz bardzo dobrą po czeskiej stronie. Dodatkowo świetna kuchnia i otwartość ludzi sprawiały, że wracałem tam regularnie przed najważniejszymi wyścigami sezonu – podkreśla.

Nadmorski Szlak Rowerowy EuroVelo 10

Zdecydowanie jednym z najlepszych pomysłów jest wybrać się na wycieczkę wzdłuż polskiego wybrzeża, przez większość czasu mając w zasięgu wzroku Bałtyk. Nadmorski Szlak Rowerowy R-10 (EuroVelo 10), biegnący od Świnoujścia do Półwyspu Hel, oferuje od eleganckiej asfaltowej ścieżki rowerowej, przez szuter i leśne dukty, aż po wydmy i dziki wertepy. Po drodze nie brakuje licznych miejsc do spania w domkach letniskowych albo polach namiotowych. Trasa wiedzie przez tak urokliwe miejsca jak parki narodowe – Słowiński i Woliński, dodatkowym argumentem niech będzie widok latarni morskich. Na osobną uwagę zasługuje odcinek, prowadzący przez samą Mierzeję Helską.

Transgraniczna ścieżka Komańcza-Medzilaborce

Na tej liście nie mogło zabraknąć „mitycznego” miejsca ucieczki wszystkich pracowników korporacji z wielkich miast. W Bieszczadach możesz liczyć na gęstą siatkę tras rowerowych, z których szczególnie warto polecić transgraniczną asfaltową ścieżkę Komańcza-Medzilaborce o całkowitej długości 160 km (w tym 60 km przebiega przez Słowację). Po drodze miniesz wiele kapliczek i cerkwi. Innym interesującą propozycją jest szlak rowerowy dziedzictwa historycznego R-64, zwany Śladami Dobrego Wojaka Szwejka. Wędrował nią podczas I wojny światowej słynny bohater powieści Jaroslava Haška w swojej podróży na front wschodni.

Warmia i Mazury – z Giżycka do Mikołajek

Ten region od dawna sławią wszyscy fani kolarstwa i trudno im się dziwić. Przekonuje do siebie pięknymi krajobrazami, zabytkami turystycznymi (sanktuaria i zamki) czy ogromną liczbą uroczysk oraz jezior przy których można rozbić biwak. Znajdziesz tu wiele zadbanych, dopieszczonych pod każdym względem szlaków rowerowych. Większość spokojnie pozwoli na zabranie na wycieczkę małych dzieci w przyczepkach. Grzechem byłoby nie wybrać się w podróż z Giżycka do Mikołajek i z tej drugiej miejscowości do Ełku oraz dookoła jeziora Selmęt Wielki.

Żywiec, Jezioro Żywieckie i okolice

To jedna z ulubionych tras Bartłomieja Wawaka, zawodnika drużyny Kross Racing Team i byłego mistrza Polski elity kolarstwa górskiego (z reguła zapuszcza się tam jednak na szosówce). - Jezioro położone jest w kotlinie górskiej, co dodaje mu wyjątkowego uroku. Możemy je objechać dookoła całe. Trasa widokowa wiedzie po małych pagórkach z którymi upora się każdy. Możemy również przejechać przez zaporę w Tresnej, na której warto się zatrzymać i podziwiać jej imponujący rozmiar. Po drodze znajdziemy wiele miejsc w których można się zatrzymać, np. na świeżutką rybę czy na szybki „coffee break” – mówi Wawak. - Bardziej ambitnych zachęcam do wybrania się także na górę Żar, która znajduje się w pobliżu Jeziora Żywieckiego. Rozpościera się z niej niesamowity widok na okoliczne góry i doliny. Na samym szczycie znajduje się również ogromny zbiornik wodny, który sam w sobie robi wrażenie. Podczas dobrej pogody z jej szczytu startują paralotniarze i szybowce – dodaje.

Wschodni Szlak Rowerowy (1987 km), Green Velo, odcinek podkarpacki

Jedna z turystycznych wizytówek tego województwa. Na przygranicznych, z reguły mało uczęszczanych drogach możesz natknąć się na takie atrakcje jak stare cmentarze z wyrytymi na nagrobkach cyrylicą napisami, drewniane cerkwie (np. św. Paraskewy w Radrużu), arboretum w Bolestraszycach czy pięć sosen wyrastających z jednego pnia przy Sanktuarium Maryjnym na tzw. Płomieniu. Znawcy tego regionu opisują w samych superlatywach swoje wrażenia z wycieczki wzdłuż Pogórza Przemyskiego i Pogórza Dynowskiego aż do Rzeszowa. Trasę da się wytyczyć tak, by ominąć niekomfortowe drogi szutrowe.

  1. Styl Życia

Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami.  Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami. Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Nadmiar dóbr zazwyczaj nie prowadzi do dostatku, lecz do przesytu. Zwłaszcza na talerzu. Za dużo, za rzadko, niezdrowo i o nieregularnych porach – to kulinarne grzechy główne typowego człowieka Zachodu – twierdzi francuska pisarka Dominique Loreau. Od lat mieszka w Japonii i jest zafascynowana zwyczajami i zasadami codziennego życia swojej nowej ojczyzny. W książce „Sztuka umiaru” stawia nas do pionu.

Żołądek VIP

Zaciśnij pięść i przyjrzyj się jej. Takiej mniej więcej wielkości jest twój żołądek. Można go też porównać do małego grejpfruta (w przypadku kobiet) lub dużego (w przypadku mężczyzn).

– Ale żołądek jest rozciągliwym workiem, który pięciokrotnie może zwiększyć swój rozmiar. Dostosowuje się do naszych żywieniowych przyzwyczajeń i w związku z tym nie sygnalizuje, kiedy jest pełny. Należy więc, przede wszystkim, sprowadzić go do jego naturalnego rozmiaru – mówi Loreau.

Jak to zrobić? Zacznij od obserwowania swojego głodu. Czy zdarza ci się, że pomimo poczucia sytości, sięgasz po dokładkę albo deser, choć potem nie czujesz się dobrze? Może nawet nie dajesz sobie okazji, by poczuć głód, bo zanim nadejdzie, zawsze zdążysz go ubiec, podjadając małe przekąski? Jeśli tak – nadwaga pewna. Powinieneś traktować swój żołądek jak luksusowe wnętrze, lożę VIP-ów, do której wstęp mają tylko niektórzy – gdy już się tam znajdą, nie mogą czuć zbyt wielkiego tłoku – radzi Loreau. Delektuj się pokarmem i przestań jeść bez zastanowienia to, co akurat masz w zasięgu ręki.

Po pierwsze: jedz mniej

Dominique Loreau sprawdziła, jakie porcje spożywano pół wieku temu, a ile jemy teraz. I otrzymała szokujące dane. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko porcje były o połowę mniejsze, ale też lodówki, szafki kuchenne, talerze, szklanki, sztućce i… ludzkie pupy! Z dekady na dekadę wszystko niepostrzeżenie rosło. „Kiedyś banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dzisiaj zestaw Big Mac, kanapka, mrożone danie, baton czekoladowy, puszka słodzonego napoju… są uważane za normalny posiłek. Pożywienie, które występuje w postaci pojedynczej porcji, jest przez większość z nas zjadane w całości. Pozwalamy w ten sposób decydować o naszych potrzebach producentom żywności, którzy nie troszczą się w najmniejszym stopniu o to, co może pomieścić nasz żołądek” – pisze Loreau w „Sztuce umiaru”.

Tymczasem natura proponuje idealne porcje: jedno jajko, jedno jabłko, jeden ziemniak… Azjaci przeżywają szok kulturowy, gdy po raz pierwszy przyjadą na Zachód i w restauracji podaje im się np. pastę czy sałatkę takiej wielkości, że w ich kraju mogłyby się nią najeść cztery osoby. A my się do takich przyzwyczailiśmy. Do tego duże porcje działają jak narkotyk: na widok wypełnionego po brzegi talerza wyimaginowany głód narasta. Najadamy się do syta i dopiero potem zaczynamy liczyć kalorie.

Kalorie wymyślono pół wieku temu. Można się obyć bez ich liczenia i chudnąć. Wystarczy posłużyć się wyobraźnią. „Im większa jest porcja, tym więcej zawiera kalorii. To aż tak proste! Jeśli masz trochę nadwagi, nie musisz radykalnie zmieniać sposobu odżywiania się. Wystarczy, że będziesz jadł te same pokarmy, zmniejszając ich ilość o połowę. Pozostawienie każdego dnia resztek na talerzu może sprawić, że schudniemy dziesięć kilo w ciągu roku. Takie małe, codzienne zmiany jest bardzo łatwo wprowadzić, a mogą w efekcie przenosić góry (tłuszczu!)” – pisze Dominique Loreau.

Po drugie: jedz prosto

Nawet jeśli do tej pory nie lubiłeś gotować albo szkoda było ci na to czasu, spróbuj potraktować przyrządzanie posiłków jak praktykę duchową, rodzaj medytacji. To świetny czas, by oderwać się od codziennych spraw i wyciszyć. Skupić uwagę na „tu i teraz”. Jeśli sama/sam lub wspólnie z partnerem/partnerką robicie zakupy i przyrządzacie posiłki, to dokonujecie wyboru, co ma się znaleźć w waszych miskach i na talerzach. W ten sposób dbacie o zdrowie swoje i najbliższych. Do tego dzielicie się z rodziną dobrą energią. Smak domowej potrawy zawsze będzie lepszy od kupionego gotowego obiadu.

Jeśli w ciągu tygodnia nie znajdujesz czasu na przygotowywanie wyrafinowanych dań, możesz ograniczyć się do zasady trzech składników: zboża, proteiny i warzywa. Liczba ich wariantów jest nieograniczona!

Zadowalaj się tylko kilkoma świeżymi, sezonowymi produktami, za to o doskonałym smaku i najlepszej jakości. Budżet domowy na pewno nie ucierpi, a może nawet zaoszczędzisz na butelkę dobrego wina. Proste dania mają tę zaletę, że można delektować się ich naturalnym smakiem. Na przykład makaron z łyżką oliwy, parmezanem pokrojonym na plastry cienkie niczym płatki i kilkoma listkami bazylii, omlet ze szczypiorkiem czy filet z ryby usmażony bez soli, z odrobiną cytryny, podany z ziemniakiem na parze – będą smakować o niebo lepiej niż odgrzana pizza w mikrofalówce. I pamiętaj! Jedz powoli, kęs po kęsie. Uczyń ze swojego ciała świątynię!

Złote reguły

Samodyscyplina to rzadka cecha wśród ludzi Zachodu. Często odstępujemy od swoich zasad, tłumacząc sobie to wyjątkową sytuacją. Jednak jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć tę cenną cechę i nie ulegać presji otoczenia czy łakomstwu. Dążąc do doskonałości, ustal złote reguły, których będziesz w stanie zawsze przestrzegać.

W domu:

  • nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,
  • nigdy nie jedz od razu tego, co wyciągasz z lodówki lub szafki: zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki,
  • nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,
  • rozpoczynaj wszystkie posiłki od zupy lub surówki czy sałatki,
  • po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię, żeby nie zacząć ich podjadać,
  • zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy, żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach.
W restauracji:
  • poproś o podanie sosu osobno,
  • poproś o zapakowanie resztek posiłku,
  • nie jedz chleba,
  • podziel się z towarzyszem przekąską, deserem (zamów 1 porcję na 2 osoby)
Każdego dnia:
  • wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się wieczorem spać,
  • jedz trzy lekkie posiłki,
  • nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw,
  • zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem,
  • po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni,
  • w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, kiedy jesteś sam – dla zdrowia,
  • zimą jedz zupy, latem – surówki i sałatki z warzyw,
  • jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę

Stała miarka

Najlepszym sposobem na zjadanie mniejszych porcji na co dzień, jest spożywanie ich z małej miseczki. Dlatego zaopatrz się w miseczkę o pojemności 600 ml – najlepiej z laki, bo jest lekka, elegancka, doskonale przewodzi ciepło i się nie tłucze.

Możesz wypełnić ją zupą, warzywami, sałatką, ryżem z rybą. To idealna miarka. Jeden posiłek – jedna miseczka. Tak na co dzień jedzą mnisi zen, ale i miliony Chińczyków i Japończyków. Przed włożeniem dania do miseczki, pokrój składniki na małe kawałki, by móc zjeść je łyżką czy pałeczkami. „Spożywany z czarki pokarm nabiera niemalże smaku zen… A jak przyjemnie jest przenosić naszą miseczkę tam, gdzie mamy ochotę spożyć posiłek – na kanapę, na werandę bądź po prostu na dywan!” – zapewnia Dominique Loreau.