1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Cztery pokolenia na polskim rynku pracy

Cztery pokolenia na polskim rynku pracy

123rf.com
123rf.com
Wydawać by się mogło, że jesteśmy w stanie znaleźć wiele wspólnych cech składających się na charakterystykę przeciętnego pracownika. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Na rynku pracy możemy wyróżnić cztery pokolenia. Jak do nich dotrzeć?

Obecnie na rynku pracy spotykają się cztery pokolenia różniące się m.in. podejściem do obowiązków zawodowych czy stylem życia. Określa się je mianem: Baby Boomers, X, Y i Z.  Najmłodsze, R, w Polsce dopiero zaczęto wyodrębniać, choć w Stanach zrobiono to już wcześniej. „Warto wziąć pod uwagę, że podział na pokolenia według daty narodzin ma charakter umowny. Można znaleźć osoby urodzone w 1990 roku, które swoją postawą bardziej przypominają pokolenie X, zdarzają się także Iksy, którym znacznie bliżej do Igreków”, mówi Alicja Arndt, ekspert GoldenLine.

Rekrutując na konkretne stanowiska, motywując pracowników, budując dla nich ścieżki kariery ważne jest, aby pracodawcy mieli świadomość różnic pokoleniowych i wiedzieli co jest ważne dla danej grupy i z czego to może wynikać. Z pewnością przełoży się to na efekty ich pracy, a co za tym idzie – rozwój całej firmy.

Jakie mają oczekiwania, jak podchodzą do pracy i obowiązków, co wpłynęło na ich światopogląd? Baby Boomers mają ustalone autorytety już na początku oraz cele, do których dążą ciężką pracą, uważaną przez nich jako najlepszą drogę do sukcesu zawodowego. Najbardziej obawiają się utraty pracy, głównie ze względu na wiek oraz ograniczoną znajomość współczesnych technologii. Zależy im  na stabilizacji i pewności zatrudnienia. Lubią pracować w znanym otoczeniu, na ogół niechętnie podchodzą do zmian. Ich przywiązanie do tradycji i sceptycyzm przy wdrażaniu nowych pomysłów może przeszkadzać im czasem w rozwoju własnym, działu czy firmy.

Gdy w dorosłe życie wchodziło pokolenie X, Polska przechodziła transformację. Większość zdobywała więc swoje pierwsze doświadczenia już w warunkach gospodarki wolnorynkowej. Pojawiały się nowe możliwości i nowe zawody. Osoby te cenią sobie możliwość rozwoju i często mocno poświęcają się pracy. Nadgodziny czy dokończenie zadań w domu, nie stanowią dla nich problemu. Iksy wyrosły w przekonaniu, że na dobrobyt należy sobie zapracować. Ich motto brzmi: „żyję, by pracować”. Przedstawiciel pokolenia X skrupulatnie podchodzi do powierzonych mu obowiązków. Wartości wyznawane przez Iksy to poszanowanie zasad hierarchii w pracy i poważanie wobec osoby przełożonego. Przekłada się to również na lojalność względem pracodawcy. Niechętnie sam zmienia pracę. Pracodawca zapewniający pracownikowi z tego pokolenia podstawowe warunki (miejsce pracy, pensja na czas) może liczyć na pełną lojalność. Choć preferują skupianie się na jednym zadaniu, przez co bywają uważani za mniej wydajnych, jednak są przy tym sumienni, terminowi i gotowi do ciężkiej i oddanej pracy.

Igreki nazywane millenialsami, rozpieszczane przez rodziców spełniających ich zachcianki, były wychowywane w erze konsumpcjonizmu. Doskonale orientują się w nowinkach technologicznych (tablety, iPody, telefony), co czyni ich elastycznymi i mobilnymi. Zmiana pracy jest dla nich czymś zupełnie normalnym. Jest to grupa o wiele mniej samodzielna niż ich poprzednicy, dlatego też chętnie mieszkająca z rodziną – 60% dzisiejszych Amerykanów wraca po studiach mieszkać z rodzicami w ich domu, a w Polsce wskaźnik kidults (dorośli mieszkający z rodzicami) w wieku 25–34 lata liczy ponad 40%. Ciężka praca nie jest dla nich priorytetem. Pracują osiem godzin dziennie, a pozostały czas wolą poświęcić przyjemnościom. Większość z nich widzi się na stanowiskach kierowniczych, w tym najwyższego szczebla, gdyż uważają, że już na starcie kariery należy im się więcej ze względu na ich wyjątkowe zdolności. Często zdarza się jednak, że ich wiedza jest bardziej teoretyczna niż praktyczna. Stawia to przed pracodawcami wyzwanie – jak nakłonić Igreki do nauki od podstaw. Autorytet przełożonego, który według Igreków powinien wykazywać się odpowiednią wiedzą i liczyć ze zdaniem innych – odgrywa tutaj kluczową rolę. Szczeble rozwoju w firmie muszą być starannie zaplanowane przez pracodawcę. Nie można ich najpierw zatrudniać, a dopiero potem zastanawiać się nad drogą rozwoju. Musi być ona opracowana już na początku poszukiwań pracownika. Igreki wymagają także tego, by firma umożliwiła im dostęp do najlepszych mentorów. Im lepsza oferta w tym zakresie, tym wyższa szansa na ich przyciągnięcie. Dla igreków ważne jest uznanie innych. Pochwała na forum często może zdziałać więcej niż cicha podwyżka.

Online i świat realny to dla Wirtualnych (generacja Z) nich jedna rzeczywistość. Nie są w stanie żyć bez internetu. Często określa się je również jako młodszych milenialsów. W powszechnej opinii pokolenie to najbardziej wyróżnia fakt, że najnowsze technologie są dla nich czymś zwyczajnym, gdyż były obecne od początku ich świadomości. Komunikowanie się z wszystkimi i wszędzie, korzystanie z dostępnych kanałów, wyrażanie wprost swoich opinii – nie stanowi dla Zetek problemu. To, z czego często boją się korzystać starsze pokolenia, dla nich jest obiektem fascynacji. Zetki cenią siebie i swoją wiedzę. „W ich przypadku nie wchodzi w grę opcja darmowych praktyk, w trakcie których realizuje się konkretne zadania, a nie tylko parzy kawę. Zresztą, na samo parzenie kawy raczej się nie zgodzą. Oczekiwana przez nich płaca może być wyższa niż dotychczas także ze względu na wiedzę, którą wnoszą do organizacji. Dzięki mediom społecznościowym i otwartości na kolektywne rozwiązywanie problemów Zetki mogą w wieku 20 lat być prawdziwym ekspertem w jakiejś wąskiej dziedzinie. I to tę wiedzę właśnie wyceniają. Sama płaca natomiast musi im wystarczyć przede wszystkim na realizowanie swoich pasji”, tłumaczy ekspertka.  Zetki preferują kolektywny sposób radzenia sobie z problemami. Będą wybierać więc tych pracodawców, którzy zapewnią im taką możliwość. Ważne dla nich będzie np. to, czy ich pracodawca prowadzi działania CSR. Ze względu na wrodzoną umiejętność do szybkiego odnajdywania informacji, są w stanie dotrzeć do każdej, którą się zainteresują i w które wierzą.

Młodych, którzy w Polsce wciąż są traktowani raczej jako Z, w Stanach nazywa się już pokoleniem R. Przełomem była recesja – stąd nazwa. W naszym kraju nie był to tak silny czynnik, aby wyodrębnić kolejne pokolenie. Jesteśmy przesunięci czasowo w stosunku do USA o ok. 5 lat, więc teoretycznie nasze R, jako odrębne pokolenie, powinno zacząć się raczej wśród urodzonych ok. 2005-2008. W Europie R odnosi się do rodziny i relaksu, które dla tego pokolenia w Polsce będą miały kluczowe znaczenie. Niemieccy badacze przeprowadzający badania dotyczące właśnie jej najmłodszej grupy prognozują, że będzie miała wysokie aspiracje zawodowe, ważne będzie dla niej dbanie o wygląd, zdrowe odżywianie oraz konieczność oddzielania pracy od domu i rodziny. W przekonaniu tego pokolenia rodzina nie powinna tracić przez zapracowanego rodzica.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Kasia Sokołowska: "Mam się czym dzielić"

Kasia Sokołowska - reżyserka pokazów mody. Studiowała aktorstwo i reżyserię w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jurorka w programie „Top Model”, prowadząca „Projekt na sukces” w TVN Style. (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Kasia Sokołowska - reżyserka pokazów mody. Studiowała aktorstwo i reżyserię w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jurorka w programie „Top Model”, prowadząca „Projekt na sukces” w TVN Style. (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jestem dumna, że wystarczyło mi odwagi i determinacji, by nie dać się zwieść błyskowi tego, z czym nie było mi po drodze, by słuchać intuicji, wierzyć, że wiem, co robię, bo mam w sobie jakiś talent i jakiś potencjał – mówi Kasia Sokołowska.

Własny program w telewizji to marzenie i wyzwanie jednocześnie. Dlaczego zdecydowała się pani poprowadzić „Projekt na Sukces” w TVN Style? Bo ten format jest ze mną w stu procentach kompatybilny. A mam taką zasadę, że wchodzę tylko do tych rzek, które są „moje”, które „czuję”, taka filozofia zawsze się w moim życiu sprawdzała. Selektywne podejście do wszystkiego, co przynosi los, zdecydowanie procentuje, takie jest moje doświadczenie.

I zawsze jest pani konsekwentna w swoich wyborach? Swoją drogę zawodową zaczęłam od mody – już podczas studiów dostałam propozycję wyreżyserowania dyplomowego pokazu mody, to był mój pierwszy raz, odnalazłam się w mig, pamiętam dokładnie tamtą błyskawicę – myśl, która przeleciała przez głowę: „To jest to!”. I tak oto od 25 lat reżyseruję pokazy mody. Jestem też producentką, dyrektor kreatywną rozmaitych projektów. Swobodnie czuję się też w świecie designu, włączyłam się na przykład w projekt hotelu Lake Hill Resort and SPA w Karkonoszach. Z czasem moja droga rozszerzyła się także na działalność w telewizji, bo zaczęto postrzegać mnie jako eksperta w mojej dziedzinie. Okazało się, że na ekranie poczułam się bardzo swobodnie, publiczność zaakceptowała mnie jako jurora w programie „Top Model”. Nie bez przyjemności odnalazłam się również w biznesie – stworzyłam swoją markę butów Emeralds and Crocodiles, niszowy start-up, który właśnie połączył się z potentatem, jakim jest firma obuwnicza Kazar. Udało mi się więc dość płynnie i owocnie wejść w świat mediów i biznesu.

Czyli „Projekt na Sukces” to program skrojony pod panią. Dokładnie tak. Dotyczy ludzi, niekoniecznie młodych, którzy mają jakiś pomysł – klarowny, przemyślany – ale brakuje im mocy, wiedzy i narzędzi, by wcielić swoją wizję w życie. Albo tych, którzy już ją wcielili, ale z rozmaitych powodów nie potrafią zrobić kolejnego kroku. Potrzebują wsparcia, rady, kontaktu z ekspertami, mentorami, których zapraszam do programu. W tych ludziach jest pasja, ale gotowi są też, by pracować pełną parą. I to mi się bardzo podoba.

Pasja jest najważniejsza? Tak, ale pasja to nie wszystko. Oprócz niej w życiu trzeba się trochę namęczyć. Myślę, że mam „prawo”, by mówić ludziom, że warto się wysilać, bo moja droga jest tego dowodem. Oczywiście, wiele zależy od siły wyobraźni, woli, od warunków zewnętrznych, od wsparcia, szczęścia, ale nudna prawda jest taka, że to żmudna praca najbardziej popłaca…

A pani tę pasję do pracy ma we krwi? Nie wiem, czy we krwi, czy tak ukształtowało mnie dzieciństwo. Było ściśle związane z muzyką, ze sceną i rzeczywiście – z ogromną dyscypliną. Przez 15 lat koncertowałam z muzyką dawną, klasyczną, współczesną, chóralną, kameralną. Miałam siedem lat, kiedy po raz pierwszy wyruszyłam w trasę z moim zespołem. To nauczyło mnie radzić sobie w różnych warunkach, nauczyło mnie samodzielności. A jednocześnie od wczesnych lat byłam przyzwyczajona do takich ciągłych artystycznych uniesień. Uwrażliwiona na to, co oddziałuje na emocje, a to jest jak nałóg – kiedy się tego raz zazna, chce się więcej, tego rodzaju uderzenia adrenaliny człowiek chce już zawsze.

Ale pomiędzy tymi uniesieniami jest nic innego jak codzienna praca właśnie. W moim życiu dość płynnie romantyzm przeplata się z pozytywizmem. Jedną i drugą potrzebę – „odlatywania” i „pracy u podstaw” – mam w sobie głęboko zakorzenioną i ciężko byłoby się którejkolwiek z nich pozbyć. Nawet gdybym chciała…

Kasia ma na sobie: limonkową marynarkę Paprocki & Brzozowski, sukienkę Hervé Léger/Moliera, szpilki Emeralds and Crocodiles Kasia ma na sobie: limonkową marynarkę Paprocki & Brzozowski, sukienkę Hervé Léger/Moliera, szpilki Emeralds and Crocodiles

Należy pani do tych, o których bez cienia wątpliwości mówi się: kobiety sukcesu. Jak pani, na własne potrzeby, definiuje sukces, czym on jest? Chyba nigdy nie zastanawiałam się, dokąd zmierzam, istotny był sam proces, on mnie nakręca, daje satysfakcję. Ja lubię iść. Nie mam potrzeby, by znać dokładny adres mojego celu. I podobnie mam z sukcesem – nie wiem, czy go osiągnęłam, bo nigdy nie nazwałam, co nim dla mnie będzie. Ale, tak na gorąco, mogę powiedzieć, że dobrze mi tu, gdzie jestem – w „tym” miejscu, w „tym” czasie, z „tymi” ludźmi.

I to jest sukces według mojej osobistej definicji. Więc tak, według takiej definicji – czuję się kobietą sukcesu!

Nigdy nie miała pani chwil zwątpienia? Nie zdarzały się błędy, potknięcia? Jestem dumna, że wystarczyło mi odwagi i – a może przede wszystkim – determinacji, by nie dać się zwieść błyskowi tego, z czym nie było mi po drodze, by słuchać intuicji, wierzyć, że wiem, co robię, bo mam w sobie jakiś talent i jakiś potencjał.

To wymaga ciągłej czujności, mobilizacji… Ale dzięki temu dziś nadal się rozwijam i – tak się jakoś szczęśliwie układa – ciągle trafiam przed kolejne drzwi, które mogę otwierać, czasem ze strachem, ale głównie z ciekawością. Jestem życia bardzo ciekawa. Mam 47 lat i wciąż kręci mnie to, co przede mną, to bardzo przyjemne uczucie.

Według mnie nie ma mowy o sukcesie, jeśli zapominamy, kim jesteśmy i od czego to wszystko się zaczęło. Ja muszę wciąż czuć ten dreszcz, który czułam, kiedy pierwszy raz reżyserowałam pokaz. Ten sam, który czuła siedmioletnia dziewczynka, stojąc na scenie. To charakterystyczne mrowienie jest moim barometrem. Dopóki się pojawia, wiem, że wszystko jest w porządku.

Ale jeśli mowa o sukcesie, to ma on według mnie jeden wymiar, o którym w ogóle się nie mówi, a mnie on przysparza sporo kłopotu.

To znaczy? Równie ciężko, przynajmniej ja tak mam, jest znieść ten czas, kiedy telefon milczy, jak też ten, kiedy wciąż dzwoni. Wielu się pewnie teraz uśmiechnie: „Jasne, nie ma większych problemów, woda sodowa uderzyła jej do głowy”, ale to nie kokieteria, trzeba wielkiej dojrzałości, by bez żalu dokonywać selekcji, nie żałować utraconych szans. Kiedy praca kręci tak bardzo, jak mnie kręci moja, trudno – nie komuś, ale samemu sobie – powiedzieć: „nie”. Pierwszą śluzą przy dokonywaniu wyboru są, oczywiście, wspomniana intuicja i przeświadczenie, czy coś „czuję”, ale potem jest naprawdę ciężko. Nie tylko wypalenie zawodowe prowadzi do frustracji. Natrętne myśli: „Czy na pewno dobrze wybrałam?”; „Czy aby na pewno dobrze zrobiłam, że odmówiłam?”, potrafią solidnie zatruć życie. Więc tego, jak radzić sobie z poczuciem tracenia, rezygnowania, wciąż się uczę. Zresztą mam wrażenie, że w ogóle dojrzałość polega na tym, by bezboleśnie dokonywać w życiu rozmaitych selekcji, zostawiać za sobą kolejne „okazje” bez żalu. Bo nie tylko o pracę chodzi, ale też o kontakty z ludźmi – umieć nie wchodzić w te, które nam nie służą, bądź nie tkwić w nich. Nie zawsze i nie z każdym jest nam po drodze. Nie zgadzamy się w różnych ważnych kwestiach i zwyczajnie nie trzeba wtedy szukać na siłę porozumienia.

Kasia ma na sobie: kurtkę i kombinezon MMC Kasia ma na sobie: kurtkę i kombinezon MMC

A z kim zdecydowanie nie jest pani po drodze? Nie lubię takiego swojskiego poklepywania się wzajemnie po plecach, to nie moja bajka. Cenię sobie szacunek i dystans. Nawet jeśli jestem z kimś w jakiejś zażyłości, to nie daje mi prawa, by przekraczać granice, wkraczać w jego przestrzeń. Kilka razy zarzucano mi właśnie, że się nadmiernie dystansuję od różnych osób, spraw. Ludziom dystans kojarzy się bardzo negatywnie. Nie rozumiem tego, dla mnie umiejętność zachowania go, respektowanie go jest oznaką psychicznego zdrowia. To coś, co nazywam życiową higieną. Im jestem starsza, tym mocniej czuję, jak ważne jest, by o nią na co dzień dbać.

Mówi pani o życiowej higienie, a podobno jest pani pracoholiczką… Jestem, to prawda. I akurat z tym przestałam walczyć. Mam w sobie sprężynę, której nie da się wyłączyć. Ale to też jakiś dar. Zaczęłam to postrzegać właśnie w takich kategoriach. Choć przyznam, że był czas, kiedy myślałam, że moja nadaktywność jest przekleństwem. Dziś cenię tę swoją sprężynę, tylko uczę się korzystać z niej rozsądnie. Świadomość i doświadczenie, czyli nic innego jak płynący czas, mi w tym pomagają. Pomagają mi ją okiełznać. Kiedyś mnie bardziej nosiło, dziś potrafię sprawniej kanalizować energię, odróżniać to, co mnie stymuluje, od tego, co wprowadza mnie w mrok.

A odpoczynek? Potrafi pani odpoczywać? Odpoczynek to trudna sztuka. Nie jestem w niej mistrzem, ale już umiem się wyłączać raz na jakiś czas. Podróżowanie daje mi poczucie wolności. Czasem to bezmyślny „plażing”, ale zdecydowanie częściej to „podróż awantura”, tak ją nazywam, kiedy jest niewygodnie, kiedy nie ma planu. Właśnie wtedy, paradoksalnie, potrafię się naprawdę wyłączyć, wyciszyć. Nie męczy mnie duża liczba bodźców, wręcz przeciwnie. Czasem podróżuję sama, czasem w towarzystwie, dobrym towarzystwie. Ale samo słowo „odpoczynek” tak naprawdę najbardziej kojarzy mi się ze słowem „równowaga”.

Kasia ma na sobie: pomarańczowy garnitur Boss, T-shirt Ralph Lauren, buty Kazar Kasia ma na sobie: pomarańczowy garnitur Boss, T-shirt Ralph Lauren, buty Kazar

Jak żyje się w równowadze? Przede wszystkim nie wolno robić zamachów na samą siebie. Takim zamachem jest dla mnie na przykład wchodzenie w konflikt. Konflikt mnie nie oczyszcza. Konfrontacje, rozwiązania siłowe nie wchodzą w grę. Niektórym ludziom pomaga, kiedy otwarcie wykrzyczą swoje emocje, żale. A mnie to dodatkowo osłabia, potrzebuję innych, mniej inwazyjnych sposobów rozwiązywania problemów. Przemoc i agresja w każdym wydaniu bardzo mi szkodzą. Szkodzi mi też brak tolerancji, widzę, że tak bardzo lubimy się wzajemnie oceniać, i bardzo siebie pilnuję w tej kwestii.

Powiedziała pani, że aby coś osiągnąć, najważniejsza jest po prostu zwykła codzienna praca, ale sama wspiera pani innych na ich drodze, choćby w nowym programie. A ile wsparcia pani dostała w życiu? Uważam, że aby dostać wsparcie w dorosłym życiu, trzeba coś najpierw światu zaproponować. I to jest fair. Ja zawsze najwięcej wymagałam i nadal wymagam od siebie. Ale świata nigdy nie zdobywa się w pojedynkę. Generalnie mam szczęście do ludzi, choć bywały momenty, kiedy byłam bardzo samotna, smutna, przekonana, że potraktowano mnie niesprawiedliwie. Jednak dość dobrze radzę sobie z huśtawkami, jakie funduje mi życie, z przyjemnym wyrzutem adrenaliny, ale też z jej gwałtownym spadkiem.

Siłaczka z pani… Mam wrażenie, że jestem silną osobą. Ale to się nie wzięło znikąd. Bo ja dostałam bardzo duże wsparcie na początku drogi. Rodzice obdarowali mnie ogromnym zaufaniem. Potrafili ze mną mądrze rozmawiać i mądrze mną kierować. A potem trafiłam na wspaniałych dyrygentów, moich najważniejszych nauczycieli muzyki, ale też wychowawców. W dorosłym życiu także miałam przywilej spotkania kilkorga wyjątkowych osób. A że rodzice nauczyli mnie także otwartości, umiałam z tego wszystkiego skorzystać. Dostałam wiele dobrego. I teraz mam się czym dzielić.

 

Zdjęcia: Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, makijaż: Kamila Wiedeńska, fryzury: Adam Szaro). Dziękujemy firmie High Level  Sales & Marketing za użyczenie apartamentu w rezydencji Park Lane przy ul. Podchorążych 83 w Warszawie. Zdjęcia: Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, makijaż: Kamila Wiedeńska, fryzury: Adam Szaro). Dziękujemy firmie High Level  Sales & Marketing za użyczenie apartamentu w rezydencji Park Lane przy ul. Podchorążych 83 w Warszawie.

 

 

 

 

  1. Styl Życia

Jak dbać o siebie w pracy?

Czy wiemy jak dbać o siebie, o swoje zdrowie, relacje w rodzinie? Nawet jeśli wiemy, to i tak przy połączeniu tej wiedzy z pracą zawodową, mamy dużą trudność, żeby wszystko razem pogodzić. (fot. iStock)
Czy wiemy jak dbać o siebie, o swoje zdrowie, relacje w rodzinie? Nawet jeśli wiemy, to i tak przy połączeniu tej wiedzy z pracą zawodową, mamy dużą trudność, żeby wszystko razem pogodzić. (fot. iStock)
Masz tendencję do zatracania się w projektach i zapominania o znalezieniu czasu na regenerację? Uważaj, to znak, że źle zarządzasz sobą w pracy. Jak zadbać o siebie pracując? Naucz się to robić tak, by utrzymać życiową równowagę. 

Agata pracowała w agencji reklamowej, w której jako project manager nadzorowała comiesięczne wydawanie magazynu dla jednego z klientów. Jej życie biegło od jednego numeru do drugiego – w ostatnim, najbardziej intensywnym tygodniu zawsze wyrabiała normy godne przodowników pracy z epoki socjalizmu – zostawała po godzinach, rezygnowała z wyjść ze znajomymi, wszelkie sprawy prywatne odstawiała na bok, zajmując się jedynie dopinaniem projektu. Jej szef, widząc zaangażowanie, efektywność wykonanej pracy i wysiłek związany z takim systemem pracy, sam zaproponował Agacie, by potem odbierała sobie dwa dni wolne, żeby się zregenerować przed przystąpieniem do pracy nad kolejnym numerem. I stało się to jej zwyczajem.

Kiedy Agata rozpoczęła pracę w nowym miejscu, okazało się, że nawyk „zachetywania się” wprawdzie pozostał, tylko nikt jej już nie proponował wolnych dni na regenerację sił, a sama też o to nie zabiegała. Po jakimś czasie uświadomiła sobie, że pracując tak nadal, wykończy się, że musi znaleźć sposób, żeby „zarządzać sobą” tak, by chronić swoje zdrowie, utrzymać równowagę między życiem prywatnym i zawodowym, ale też zachować efektywność. Tylko jak to zrobić?

Jesteś cząstką w zespole

Na początek dobrze jest uświadomić sobie, że w pracy zazwyczaj uczestniczymy w procesach, w których bierze udział co najmniej kilka, a nieraz wiele osób. Dlatego szukanie rozwiązania z perspektywy „teraz ja”, która narzuca się jako odwrotność wcześniejszego zaniedbywania własnych potrzeb, może prowadzić na manowce. Trzeba pamiętać, że w pracy jesteśmy częścią zespołu i częścią większego procesu, jakim jest firma, i podlegamy wpływom tej większej całości. Nie da się więc jedynie „zarządzać sobą” w oderwaniu od firmy. Jednym z kluczy do efektywnego zarządzania wydajnością w pracy jest przyjrzenie się temu, jaki rodzaj zaangażowania wykazujemy i co to oznacza dla nas i dla naszego pracodawcy.

Blessing White – firma doradcza specjalizująca się w zagadnieniach przywództwa i zaangażowania – od lat prowadzi globalne badania zaangażowania pracowników. Z publikowanych raportów, opracowanych na podstawie wielu tysięcy wywiadów i ankiet, wyłania się obraz dwóch niezbędnych i powiązanych ze sobą czynników, które powodują, że praca jest efektywna i nie prowadzi do wypalenia zawodowego. Są nimi: udział pracownika w sukcesie firmy oraz osobista satysfakcja ze swojej roli w tejże firmie. Na podstawie tych wyznaczników sprawdzimy, do jakiej grupy należymy i z czym to się może wiązać w przyszłości.

Chomik czy rozwiedziony? - Typy pracowników

Ci, których w badaniach określa się jako „zaangażowanych” oraz „prawie zaangażowanych”, postrzegają swój wkład w sukcesy firmy jako wysoki, a własną satysfakcję z pracy widzą na tym samym – wysokim poziomie. Czyli spełniają się w pracy i czerpią z tego energię do podejmowania kolejnych wysiłków na drodze zawodowego rozwoju. Nie muszą mierzyć się z oporem przed byciem przymuszanym do czegoś i nie marnują na to zdrowia ani energii.

Kolejną grupę definiuje się jako „nowożeńcy i chomiki”. Łączy ich to, że są zadowoleni ze swojej pracy i stanowiska, jednak ich wkład w sukces firmy nie jest zbyt wysoki. Nowożeńcy są świeżymi pracownikami lub znaleźli się na nowym stanowisku i są szczęśliwi, że im się to udało. Jeżeli nie spoczną na laurach i znajdą sens w swojej pracy, z czasem przejdą do ligi zaangażowanych. Chomiki z kolei często sprawiają wrażenie, że pracują ciężko, ale efekty ich pracy są niewielkie. Nie zajmują się ważnymi dla funkcjonowania firmy zadaniami i przez to mają niski udział w jej sukcesach. Niektórzy z nich przyjmują strategię ukrywania się za zasłoną pozorowanej pracy, tak by jedynie pozostać na stanowisku, które ich satysfakcjonuje. Przez innych pracowników często postrzegani są jako figuranci, za których inni muszą robić. To prowadzi do sytuacji, w której ci inni zaczynają z jednej strony czuć się wykorzystywani przez firmę, z drugiej odczuwać objawy wypalenia, bo rzeczywiście pracują więcej niż przewiduje umowa. Jeśli należysz do grupy nowożeńców lub chomików i nie zmienisz swojej strategii działania, bardzo prawdopodobnym scenariuszem jest, w bliższej lub dalszej przyszłości, zrezygnowanie pracodawcy z twoich usług.

„Wypaleni” to grupa pracowników, którzy – odwrotnie niż nowożeńcy i chomiki – obiektywnie z punktu widzenia firmy wykazują się dużą produktywnością, jednak sami nie odczuwają satysfakcji z pracy. Ich stan emocjonalny można określić jako rozczarowanie i wyczerpanie wynikające często z przekonania, że przełożeni podejmują nietrafne decyzje, a współpracownicy nie wykonują swoich obowiązków. Część osób z tej grupy może zdecydować się na zmianę pracy, inni prawdopodobnie zaczną pracować gorzej i z czasem zasilą szeregi „rozwiedzionych”.

„Rozwiedzeni” wnoszą niski lub średni wkład w funkcjonowanie firmy i odczuwają mierną satysfakcję ze swojej pracy. Można powiedzieć, że praca ich nie kręci, a firma nie spełnia oczekiwań, co przejawia się w sceptycznych uwagach i łatwym uleganiu negatywnym nastrojom oraz zarażaniu tymi nastrojami otoczenia. W pracy utrzymuje ich głównie możliwość otrzymywania wypłaty. W zależności od cech osobowościowych energię rozgoryczenia przelewają w nieustanne narzekanie albo w poszukiwanie innego miejsca pracy.

Jak zadbać o siebie pracując?

Żeby podjąć działania naprawcze, trzeba dobrze zdiagnozować swoją sytuację. W przypadku Agaty dobrze byłoby odpowiedzieć sobie na pytania: Co powoduje, że zaczyna przesuwać się na pozycję „wypaleni”? Czy widzi w swoim otoczeniu współpracowników, którzy wpisują się w charakterystykę nowożeńców lub chomików, co powoduje, że przypada na nią nieproporcjonalnie duża część zadań? A może ma wrażenie, że system, jakim jest firma, nie funkcjonuje z jej punktu widzenia efektywnie? Czy ma energię, żeby podjąć działania na rzecz zmiany nieakceptowanych procesów, czy bardziej skłonna jest szukać nowej pracy? Każda z odpowiedzi na te pytania może stać się drogowskazem na drodze poszukiwania rozwiązania. Najważniejsze jest, żeby nie podejmować decyzji jedynie w odniesieniu do swoich indywidualnych procesów, ale by rozwiązania rozpatrywać na tle procesu firmy, działu, zespołu. W innym wypadku rozwiązania nie bywają skuteczne, a nawet mogą wzmacniać niechciane sytuacje. Jeżeli na przykład problem leży w tym, że przejmujesz część nie swoich obowiązków, to praca nad lepszą organizacją nie poprawi twojej sytuacji – jeśli wygospodarujesz sobie więcej czasu, natychmiast znajdą się kolejne rzeczy do wykonania, których przecież nie mogą zrobić ci, którzy mają tego czasu za mało. Rozwiązanie, by było skuteczne, musi zostać powiązane ze źródłem problemu, nie z jego skutkiem.

Asertywność w pracy: jak dbać o siebie i swoje potrzeby? 

Zawsze najlepszym rozwiązaniem jest skonfrontować się z problemem, kiedy zaczynamy go dostrzegać, a nie dopiero wtedy, gdy sytuacja staje się utrwalona. Dotyczy to szczególnie osób, które odczuwają silną niechęć do konfliktów, kłótni, przepychanek i wolą godzić się na niewygody za cenę upragnionego świętego spokoju. Kiedy problem się dopiero pojawia – nie obrósł jeszcze tyloma emocjami, które utrudniają zmierzenie się z nim, więc mniej energii musisz przeznaczyć na jego „obsługę”. Ale nawet jeśli przegapiłaś moment, kiedy rzeczy zaczynały się dziać, warto sprawdzić, co tam ci się uzbierało, i przyjrzeć się temu racjonalnie.

Agata powinna sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chodzi o to, że nie ma możliwości wzięcia wolnych dni za czas, kiedy pracuje „ponadnormatywnie”, czy raczej o to, że musi coś robić za kogoś. W pierwszym przypadku rozwiązaniem będzie rozmowa z osobą, która decyduje o terminach urlopów, przedstawienie jej swojej potrzeby i wskazanie, że jej zaspokojenie pozwoli zregenerować siły, a tym samym – utrzymać efektywność pracy. Jeżeli jednak problem polega na tym, że jest „dociążana” nie swoimi obowiązkami, to rozwiązaniem może być praca nad pogłębieniem umiejętności bycia asertywnym i niewyrażania zgody na przejmowanie czyichś obowiązków.

Tak czy inaczej trzeba zbadać rodzaj góry lodowej, której wierzchołkiem jest „zachetywanie się” w pracy. Nazwany problem to połowa sukcesu. A potem trzeba zająć się jego rozwiązywaniem, bo jak pisze w „Drodze rzadziej wędrowanej” psychiatra M. Scott Peck: „Problemy same nie znikają. Trzeba je rozwiązywać, bo w przeciwnym razie będą nam przeszkadzać w rozwoju. Problemów życiowych nie można rozwiązać inaczej niż poprzez ich rozwiązywanie”.

Ewa Mażul coach, doradca, ekspert ds. komunikacji w biznesie

  1. Psychologia

Pokolenie Z - zagubieni we wszechświecie

Pokolenie Z - wystylizowani, roszczeniowi, bez autorytetów. (Fot. iStock)
Pokolenie Z - wystylizowani, roszczeniowi, bez autorytetów. (Fot. iStock)
Pokolenie Z. Znaki szczególne: dziurawe spodnie, gołe kostki, ufryzowana grzywka, słuchawki w uszach. Wystylizowani, roszczeniowi, bez autorytetów. Czy dzisiejszym nastolatkom jest za dobrze, czy raczej są w kryzysie? Sprawę bada pedagożka i autorka książek Ewa Nowak.

Od 15 lat zbieram tematy do powieści, więc w ostatni czwartek po warsztatach pisarskich dla młodzieży z Mazowsza poszłam z czwórką nastoletnich uczestników na zieloną herbatę. Przy stoliku obok siedziało trzech panów i bez skrępowania opowiadało, jak beznadziejne są ich „gnojki”. Leniwe, przyspawane do smartfonów, bez żadnych zainteresowań, niewysportowane, otyłe. Nawet koledzy ich nie odwiedzają, co trzech tatusiów wcale nie dziwiło, bo „kto by chciał kolegować się z takimi egoistami”. Podsłuchiwaliśmy przez kilka minut. Chciałam powiedzieć na pocieszenie, że niejedna dobra książka zainspirowana jest taką właśnie przypadkowo podsłuchaną rozmową. Chciałam też dodać, że to normalne – na moje pokolenie dorośli podobnie narzekali. Ubiegł mnie Bartosz. – Mój tata mówi mi to prosto w oczy – powiedział. – Szkoda, że nikt nie pomyśli, jak parszywe mamy życie.

Samotność

W Polsce co roku dochodzi do około 65 tysięcy rozwodów. Troje na czworo nastolatków nie ma pełnej rodziny. Dwoje ma przyrodnie rodzeństwo.

– Gdy moi rodzice się rozwodzili, powiedziała mi o tym psycholożka, bo mama uznała, że tak będzie lepiej. To było wyjątkowo wredne. Potraktowała mnie jak śmiecia i jeszcze mi wmawiała, że chce, żebym nie doświadczył traumy, jakiej ona doświadczyła przy rozwodzie dziadków – mówi niby z sarkazmem Bartosz, ale oczy błyszczą mu od łez.

– To jeszcze nic – dodaje czternastoletnia Dominika. – Moja mama wraca do domu i ma jeden temat: „Ale jestem zmęczona”. Jest w domu tylko ciałem, bo duchem w swoich serialach. To jest jej prawdziwa rodzina.

– Facet mojej mamy – podchwytuje temat najmłodsza, trzynastoletnia Martyna – w te tygodnie, gdy jestem u niej, nawet „cześć” mi nie mówi, tak mu przeszkadzam. Siedzi przy laptopie i tylko czeka, aż zniknę. A kiedy jestem u taty, to ta jego Ola zachowuje się podobnie. W kalendarzu na czerwono zaznaczyła tygodnie, w których ja u nich jestem.

Janek jest najstarszy. Ma 16 lat i na warsztatach był mało aktywny. Teraz się włącza: – Ale przynajmniej ich widzisz. Mój tata ciągle pracuje. Oczywiście wszystko na nas i dla nas. Rano widzę tylko jego mokry ręcznik w łazience, a wieczorem już śpię, kiedy wraca. W niedzielę nie wolno wchodzić do sypialni, bo „tatuś musi odespać”, a ja przez drzwi słyszę, że stuka w klawiaturę komputera. Olewa mnie. Na ulicy by mnie nie poznał, ale mama mi wmawia, że tatuś mnie bardzo kocha.

Psychiatria długo utrzymywała, że rozwój poznawczy dzieci i młodzieży jest niewystarczający, żeby rozwinęła się depresja. Teraz wiadomo, że choroba ta dotyka także dzieci i nastolatków. Sama już od studiów wiem, że problemy w domu to, po tych szkolnych, główna przyczyna jej rozwoju.

Narkotyki są wszędzie

– Taty nie widziałam od sześciu lat – wyznaje Dominika, córka wiecznie zmęczonej mamy. – Ma inne dzieci. Ale to nie jest najgorsze, okropne było, kiedy rodzice darli się na siebie, a mama upijała się codziennie, bo już nie chciała patrzeć na tatę. Mogli mi jednak chociaż powiedzieć, że się rozwodzą. A dowiedziałam się, bo jacyś ludzie przyszli, żeby kupić nasz dom. I jak ja mam nie ćpać?

„Nie ćpać?” –  z trudem przełykam ślinę, ale nie pouczam, nie oburzam się. Chcę, żeby wyrzucili z siebie gorycz życia.  – No, ja też muszę znieczulić się codziennie piwkiem – Martyna ma paznokcie obgryzione jak przedszkolak. Patrzę na nią i pytam, czy się nie przesłyszałam. – A co? U nas paczki z papierosami były wszędzie, piwo też. Tylko skręty mama trzymała w szufladzie w sypialni. Nie musiałam się wysilać. Pierwszego papierosa po prostu wyjęłam mamie z paczki. Miałam 11 lat... może nawet 10 – mówi otwarcie.

– Ja piję od szóstej klasy, bo inaczej się tej rzeczywistości nie da przeżyć. O to mam do moich starych największą pretensję – dodaje Janek.

Instytut Psychologii Zdrowia podaje, że rocznie średnio 5 tysięcy osób poniżej 21 lat umiera z powodu nadużywania alkoholu. W wyniku urazów, takich jak upadki, poparzenia i utonięcia giną setki młodych ludzi. Z narkotykami nie jest lepiej – według raportu ONZ jedna czwarta polskich piętnastolatków paliła marihuanę. Co dziesiąty robi to przynajmniej raz w miesiącu.

Czwórka moich nastolatków potwierdza to. Wystarczy mieć kasę. Alkohol i narkotyki są wszędzie. To ich nie porusza. Ostro wypowiadają się natomiast na temat ślepoty rodziców.

– Nie wierzę, że moja mama nie czuje ode mnie papierosów, marychy, nie widzi, gdy wracam narąbany z imprezy. Nie umie rozpoznać, kiedy paliłem. Matka chyba powinna to umieć. – Janek zaciska palce na kubku z herbatą. Jest synem nauczycielki w warszawskim liceum, takim z pierwszej dziesiątki.

– Moja tak samo – włącza się Dominika. – Nawet mnie nigdy nie zapytała, co się dzieje. Pyta, na co mi kasa, ja mówię, że na wycieczkę do zamku, i ona mi daje. Następnym razem znów mówię, że na wycieczkę do zamku. Zero zainteresowania. Trawę kupujemy ze zrzuty i palimy razem. Na przerwach.

– My w ogóle nikogo nie obchodzimy. Musimy sobie sami ze wszystkim radzić i jak ktoś nie ma kasy na konkretne znieczulacze, to albo w coś gra, albo pornosik – mówi piętnastoletni Bartosz.

Pornografia

Janek ścisza głos i nachyla się do stolika. Wszyscy robimy to samo. – Chyba w piątej klasie dotarło do mnie, że nie rozumiem, o co chodzi z robieniem komuś loda. Zapytałem mamy, co to znaczy. Nawrzeszczała na mnie, że nie życzy sobie takich rozmów. No to wpisałem w Google i wszystkiego się dowiedziałem. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem film pornograficzny, zresztą słaby – opowiada.

– Byłam w drugiej klasie podstawówki, gdy zobaczyłam, co mój brat ogląda na telefonie. Do dziś pamiętam tamten szok. Moi rodzice robią coś takiego? Znienawidziłam ich za to. Płakałam strasznie. Wiem, to było za wcześnie, ale tak wyszło. Nie moja wina – mówi Martyna.

Staram się zachować pokerową twarz, ale chyba słabo mi to wychodzi. Gdy miałam 15 lat, wzięcie chłopaka za rękę było wydarzeniem życia.

– Co się pani tak dziwi? – Bartosz patrzy na mnie z politowaniem. – Wszyscy oglądają. Mam nie mieć kumpli? Zresztą mój tata też ogląda i facet mamy też, tylko słabe, soft porno dla staruchów.

– Pornografia jest nudna i tandetna, ale jak ci ktoś podsyła link, to musisz zobaczyć, bo potem się o tym gada i trzeba wiedzieć, żeby być na bieżąco – poucza mnie Martynka.

Na bieżąco? Od razu myślę o syndromie FOMO (Fear Of Missing Out – lęk przed wykluczeniem), ale ten temat nie jest dla nastolatków ciekawy. Wracamy do pornografii. Nastawiam ucha, bo ze statystyk wynika, że ponad 50 proc. chłopców w Polsce  ma kontakt z pornografią przed ukończeniem 12 lat, a 15 proc. ogląda ją raz dziennie. Aż 81 proc. przebadanych przez Instytut Profilaktyki Zdrowotnej gimnazjalistów mówi, że mają za łatwy dostęp do pornografii – 43 proc. korzysta z kupionych przez rodziców smartfonów.

Szczeniackie miłości

– Ostatnio dziadek zapytał mnie, czy mam już dziewczynę – śmieje się Janek. – Kurde, mnie w ogóle nie ciągnie do seksu. Nie wyobrażam sobie, że chciałbym dotykać jakąś dziewczynę, chłopaka też nie. Nie ciągnie mnie po prostu.

– Masa ludzi uprawia seks – mówi Dominika (to ta, która ma 14 lat i od sześciu nie widuje się z ojcem). – A ja mam chłopaka, więc to chyba normalne, że uprawiamy seks od mniej więcej… stycznia. Tak, czyli już rok. Ale to nie jest jakieś super. Wolę poleżeć i coś sobie obejrzeć. Jak czasem widzę na filmach, to to w ogóle tak w realu nie wygląda. Chciałabym, żeby to mnie bardziej nakręcało.

Udaję, że mnie to nie szokuje i pytam, gdzie uprawiają seks. Oczywiście w domu u Dominiki albo u jej chłopaka. Rodzice wracają późno. Prezerwatywy Dominika kupuje za pieniądze, które wyciąga mamie z portfela, gdy ta się kąpie.

W świetnej książce Megan Lovegrove i Louise Bedwell „Nastolatki szczerze o sobie” (wyd. Samo Sedno) największe wrażenie zrobił na mnie właśnie rozdział o tym, jak nastolatki widzą seks. Nie było to jednak aż tak szokujące, jak ta rozmowa. Szkoda, że wszyscy rodzice tego nie usłyszeli, bo może zrozumieliby, że moi rozmówcy, a pewnie nie tylko oni, są tak naprawdę w ogromnym kryzysie.

W tekście wykorzystałam wypowiedzi uczniów: Martyny, Dominiki, Bartosza i Janka (powiedzieli, że jeśli zmienię imiona, to nie ma sprawy) oraz 347 osób, które błyskawicznie wypowiedziały się na forum. Bardzo im dziękuję za szczerość.

"Mamo! Tato! Błagam!", czyli przesłanie nastolatków do rodziców

  • 
Nie zabraniajcie mi spotkań ze znajomymi, pisania z nimi. Jeśli nie będę na fejsie, to będę towarzyskim trupem. Bez znajomych nie przeżyję.
  • 
Nie mówcie mi, jak było za waszych czasów. To nudne, nic nie wnosi i nie ma ze mną nic wspólnego.
  • 
Rozmawiajcie ze mną nie tylko o szkole. Ja mam uczucia. Czasem jestem na granicy samobójstwa, a wy pytacie, czy zjadłem obiad.
  • 
Wytrzymajcie moje wredne zachowania. Nie obrażajcie się na mnie. Jeśli wrzeszczę i jestem chamski, to depresja we mnie krzyczy. Pomóżcie mi, zabierzcie do psychiatry. Żyję w piekle smutku i cierpienia.
  • 
Nie pozwalajcie mi na wszystko i nie udawajcie ślepych. Nauczcie się rozpoznawać objawy uzależnienia.
  • 
Mówcie mi, co się dzieje w mojej rodzinie, i pozwólcie mi o sobie decydować. Może ja nie chcę mieszkać dwa tygodnie z ojcem? Może nie chcę oglądać jego baby?
  • 
Pomóżcie mi się ograniczać. Ustalcie, ile mogę siedzieć przy kompie, a potem tego pilnujcie, bo ja sam siebie upilnować nie umiem.
  • 
Pokażcie mi, że cokolwiek lubicie, że macie zainteresowania. Dajecie mi przykład frustratów niezadowolonych z pracy, z kraju, ze swojego życia. Jak ja mam się nauczyć być szczęśliwym?
  • 
Wiem od dziadków, że seks poznaliście wcześniej niż po ślubie. Porozmawiajcie ze mną o seksie, antykoncepcji, homoseksualizmie, perwersji, śmierci, nienawiści. Rozmowa na te tematy mnie nie zdemoralizuje. Przecież ja o tym ciągle rozmawiam… z kolegami.
  • 
Zobaczcie we mnie człowieka identycznego jak wy. Chcę tego samego, czego wy chcieliście w moim wieku: mieć kolegów, być lubianym, przeżyć coś fajnego i wracać do domu, gdzie na mnie czekają i mnie lubią. Ja mam tylko dziury w spodniach, poza tym jestem… taki jak wy.

  1. Styl Życia

Wiele dobrych wiadomości. Roczny horoskop dla Bliźniąt

Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Bliźnięta czeka jeden z lepszych okresów być może od wielu lat. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki harmonijnym tranzytom dwóch planet społecznych: Jowisza i Saturna, które przemierzają znak Wodnika. Trygony, jakie tworzą i będą tworzyć do Bliźniąt, są sprzyjające i mają wyjątkowo mocne działanie.

Trygon Jowisza zaktywizuje wrodzone umiejętności i talenty komunikacyjne Bliźniąt, ale też przyspieszy wiele spraw. Wniesie do życia więcej dynamizmu i luzu: życie potoczy się lżej, przyjemniej, efektywniej. Jowisz sprawia, że minimum wysiłku nagradzane jest maksimum korzyści. Bliźnięta będą cieszyć się wielością kontaktów oraz lukratywnych okazji biznesowych czy relacyjnych. Trygon Jowisza do Słońca w tradycyjnej astrologii nazywa się królewskim aspektem, czyli wyjątkowo szczęśliwym. To te momenty, kiedy życie pozytywnie nas zaskakuje. Zawsze jednak warto wspomóc farta – prezent od Jowisza – przemyślanymi działaniami i świadomymi decyzjami.

Na Bliźnięta działa też obecnie Saturn. Planeta ta ma swoją ponurą sławę, ale tym razem oddziałuje harmonijnie, dlatego Bliźnięta poczują jej łaskawszą stronę. Czyli? W życiu zapanuje kojąca stabilizacja, ład, ich umysł zostanie zaangażowany do osiągania konkretnych celów. Ze swoją tendencją do tymczasowości i totalnego bałaganu Bliźnięta będą Saturnowi za to wdzięczne. Wpływy Saturna pozwolą im uporządkować chaos, para nie będzie szła w gwizdek. Korzystnego działania Saturna doświadczą w 2021 roku przede wszystkim Bliźnięta urodzone w pierwszej dekadzie, a w przyszłym roku te z drugiej dekady. A zatem z jednej strony Jowisz przyniesie nowe perspektywy i możliwości, z drugiej – Saturn wcieli je w życie. To będzie doskonała okazja, żeby w spektakularny sposób zawalczyć o swoje. Ambitne działania biznesowe mają zielone światło. Ograniczenia lockdownu spłyną po Bliźniętach jak woda po kaczce. Ten czas wyzwoli w nich skuteczną przedsiębiorczość. Bliźnięta dostają właśnie od planet szansę, żeby osiągnąć sukces, zdobyć zaszczyty i dobra materialne.

Bliźnięta urodzone między 9 a 15 czerwca są pod wpływem kwadratury Neptuna, przez którego rzeczywistość może się nieco rozmywać. Wpływów tej duchowej planety często nie odczuwamy w bezpośredni sposób, w postaci jakichś negatywnych wydarzeń, ale Neptun może Bliźniętom przynieść nieefektywne rozprężenie. Jak się to objawia? Spadkiem energii witalnej i zawirowaniami emocjonalnymi. Bliźnięta działają na dużych obrotach, a Neptun będzie im to utrudniał. Sprawność ich błyskotliwego umysłu może szwankować, a nerwowość, lęki i fobie nasilą się. Bliźniętom z drugiej dekady od maja do lipca 2021 roku może usuwać się grunt spod nóg – do działania Neptuna bowiem dołączy Jowisz, który wyjdzie z Wodnika i wejdzie w znak Ryb, tworząc kwadraturę. Końcówka wiosny i większość lata może przynieść im gorszy czas, który najlepiej wykorzystać na zdystansowanie się i porzucenie zbyt dużych oczekiwań. W sierpnia Jowisz znowu wróci do Wodnika, przynosząc dobrodziejstwa Bliźniętom z trzeciej dekady. Od początku 2022 roku planeta ta ponownie wkroczy w Ryby i jej kwadratura zostanie z Bliźniętami na dłużej, czyli do czerwca, a potem od października do końca roku. Bliźnięta powinny w tym okresie działać metodycznie, wystrzegając się popadania w przesadę i życzeniowe myślenie.

W sierpniu i pierwszej połowie września, kiedy Mars utworzy nieprzyjemną kwadraturę, Bliźnięta czekają turbulencje. Wtedy tłumione trudne emocje ujrzą światło dzienne, przez co można się trochę pogubić. Za to od połowy września fantastyczny trygon Marsa w Wadze będzie sprzyjał wszelkim inicjatywom. Dość trudnym momentem będzie 4 grudnia, kiedy dojdzie do kolejnego zaćmienia, tym razem Słońca w Strzelcu. Dodatkowa opozycja Marsa w tym znaku może przynieść Bliźniętom konflikty, spadek sił i poczucie niepotrzebnego szarpania się z własnymi emocjami i ludźmi wokół. Końcówka roku zapowiada się zatem jako czas dużego napięcia. Poprawa sytuacji nastąpi około marca 2022, kiedy Mars znajdzie się w Wodniku i razem z Saturnem utworzą serię trygonów do drugiej dekady Bliźniąt. Do połowy kwietnia 2022 roku Bliźnięta mogą zaliczyć spektakularne sukcesy na polu zawodowym. Potem obecność Jowisza i Marsa w Rybach przyniesie zawirowania i brak oparcia w faktach.

Podsumowując: większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Nie trzeba będzie gimnastykować się kosztem przeciążeń nerwowych i emocjonalnych. Dlatego warto z siebie dać dużo. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.