1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Moi rodzice się starzeją. Problem opieki nad seniorami

Moi rodzice się starzeją. Problem opieki nad seniorami

fot.123rf
fot.123rf
Stosunek do ludzi starych jest podobno miarą naszego człowieczeństwa. Jak wypadamy w tej próbie? Każdy z nas, ale także jako społeczeństwo? Nie najlepiej. Ale od tego problemu uciec się nie da. Wszyscy bowiem kiedyś musimy zmierzyć się z jesienią życia rodziców, a nasze dzieci – z naszą.

Joanna (48 lat, adwokat, samotna, mama dwóch dorosłych córek), od kiedy zamieszkała ze swoim tatą (82 lata), śpi czujnie jak zając. Słyszy każdy szelest dobiegający z pokoju obok. Rozróżnia doskonale, kiedy tata przewraca się z boku na bok, a kiedy zsuwa nogi z łóżka. Wtedy w mgnieniu oka jest przy nim. W zaawansowanym stadium choroby Alzheimera drzwi do łazienki mylą się z drzwiami do szafy albo na balkon. Joanna nie chce słyszeć o oddaniu taty do domu opieki ani o przywiązywaniu go na noc do łóżka. Dlatego zamieszkała z nim i żyje z zegarkiem w ręku. O siódmej szykuje mu śniadanie, potem karmi, podaje poranną dawkę leków. O dziewiątej, kiedy zjawia się opiekunka, wychodzi do pracy. Wraca o osiemnastej, po drodze robi zakupy. Chyba, że z tatą coś jest nie tak, wtedy wszystko rzuca i jedzie do domu. Telefonu nie wyłącza nawet w czasie ważnych spotkań. Wieczorem kolacja, kolejna dawka leków, mycie, czuwanie.

Wcześniej, kiedy tata był w lepszej formie, Joanna wpadała do niego codziennie po pracy (w dzień wynajmowała opiekunkę). Mieszkała niedaleko ze swoim przyjacielem, o którym mówiła: „mężczyzna życia”. Planowali ślub, kupno domu pod miastem. Ale od początku znajomości kością niezgody był ojciec. A ściślej – to, że Joanna poświęca mu za dużo czasu, że całe ich wspólne życie („ile nam go jeszcze zostało, no ile?”) podporządkowane jest staruszkowi („on już swoje przeżył”).

Joanna przyznaje: – Od kiedy tata zachorował, zawsze był na pierwszym planie. Wizyty u lekarzy, rehabilitacja, spacery, a dopiero potem wszystko inne. „Jemu i tak nie pomożesz, a zobaczysz, że zepsujesz to, co zbudowaliśmy” – krakał przyjaciel. I wykrakał. Dziś już nie są razem.

– Przez kilka lat żyłam w rozdarciu między ojcem a narzeczonym. Starałam się być dobrą córką i dobrą partnerką, robiłam wszystko, żeby pogodzić te role. Nie udało się. Więc wybrałam to, co w pewnym sensie wybrać musiałam, ale zrobiłam to z przymusu wewnętrznego. Po prostu nie potrafiłabym oddać ojca do domu opieki. Uważam, że opieka nad nim to mój święty obowiązek.

To nic nie kosztuje

Joanna nie jest wyjątkiem. Jak wynika z badań Millward Brown, przeprowadzonych na zlecenie firmy Promedica24 zajmującej się świadczeniem usług opiekuńczych w Polsce i w Europie, 88 procent Polaków uważa, że starszymi ludźmi powinna zajmować się rodzina. Mimo tych deklaracji aż 49 procent badanych nie pomaga seniorom w ogóle, a 39 procent poświęca na to mniej niż pięć godzin tygodniowo. Ci, którzy pomagają, przyznali, że robią to kosztem urlopu lub odpoczynku (24 procent), życia towarzyskiego (23 procent), a także partnera i dzieci (18 procent).

Według Marty Ziobro z firmy Promedica24 badania można uznać jednak za optymistyczne: – Bo jakby nie patrzeć, 51 procent pomaga starszym. Co więcej: większość deklaruje, że skłania ich do tego wewnętrzna potrzeba niesienia pomocy. Okazuje się, że zamiast iść na łatwiznę, czyli przekazywać rodzicom pieniądze, wolimy pomagać im w sposób bardziej praktyczny: 80 procent dorosłych dzieci wyręcza mamę i tatę w pracach domowych, zakupach, 76 procent – w wożeniu do lekarza. Jestem żywym przykładem tego, co wyszło w badaniach – wspieram rodziców głównie praktycznie: na zmianę z dwoma siostrami wożę ich do lekarzy, robię zakupy itp.

Badania pokazują, że docenianą formą opieki jest dotrzymywanie seniorom towarzystwa (73 procent). Dorosłe dzieci odwiedzają rodziców, a kiedy nie mają czasu, to przynajmniej do nich dzwonią. 39 procent ankietowanych zadeklarowało, że przeznacza na to pięć godzin tygodniowo.

Opieka nad seniorami to już teraz palący problem społeczny, a będzie coraz większy. Szacuje się, że na świecie żyje obecnie ponad 800 milionów ludzi po 60. roku życia, przy czym w 2050 roku będzie ich dwa miliardy. W Polsce osoby w wieku 65 lat stanowią 13,5 procent społeczeństwa, a według prognoz GUS do 2030 r. ich liczba podwoi się.

– Problem narasta, bo zanika model rodzin wielopokoleniowych, których członkowie wzajemnie sobie pomagali. Rodzice nie mogą już liczyć na dzieci tak jak kiedyś, bo dzieci emigrują za pracą często na drugą półkulę – zauważa geriatra dr Andrzej Jóźwiak, ordynator oddziału geriatrycznego w Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Gnieźnie.

Nie pora umierać

Niczego dobrego nie wróżą też tendencje demograficzne – rodzi się coraz mniej dzieci, a ludzie żyją coraz dłużej. Kiedyś niedomagającymi dziadkami opiekowało się kilkoro dzieci i kilkanaścioro wnucząt. Teraz nierzadko jeden wnuczek przypada na czworo starzejących się dziadków. Nic zatem dziwnego, że wielu schorowanych, niedołężnych starszych ludzi pozostawionych jest na łasce losu. – Niestety, nikt nie wie, jaka jest skala tego zjawiska – przyznaje dr Andrzej Jóźwiak. – A szkoda, bo orientacja w tym, ile osób wymaga opieki, pozwoliłaby dobrze ją zorganizować. Istnieją przecież w tym zakresie sprawdzone światowe wzorce. W Skandynawii już dzieci uczy się myślenia o swojej emeryturze, zadaje się im pytanie, jak wyobrażają sobie siebie jako seniorów. Na szczęście także w Polsce, głównie dzięki Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, która już drugi rok z rzędu zbiera pieniądze dla seniorów, ich potrzeby zaczynają przebijać się do społecznej świadomości. Owszem, w Polsce też istnieją programy rządowe skierowane do seniorów, gorzej jednak z ich realizacją. Powstaje coraz więcej domów spokojnej starości, co może zapełnić lukę w opiece nad seniorami, pytanie tylko, kto i w jakim stopniu będzie ją finansował. Bo z całą pewnością kierunek opieki instytucjonalnej musi być rozwijany. Wszystkiego nie można bowiem zrzucić na rodzinę, musi istnieć rozsądny podział obowiązków. 40-latek nie zostawi przecież pracy, żeby zająć się matką czy ojcem. Uważam, że już teraz trzeba mówić młodym ludziom, żeby sami pomyśleli o swojej przyszłości, żeby na ten cel oszczędzali, ubezpieczali się. Natomiast od państwa należy wymagać rozwiązań systemowych. Pewne działania już są podejmowane, choć zapewne jeszcze wiele lat upłynie, zanim przyniosą efekty.

A jest co zmieniać. W zleconym  przez ONZ badaniu Global AgeWatch Index Polska zajęła 87. miejsce na 91 krajów pod względem ochrony zdrowia seniorów, a 62. – pod względem ich poziomu życia. Nasza pozycja w rankingu jest podobna do ocen takich krajów, jak Białoruś, Ukraina, Grecja, Wenezuela i Meksyk. Natomiast pierwsze trzy miejsca zajmują Szwecja, Norwegia i Niemcy.

Marta Ziobro z firmy Promedica24 ocenia niemiecką opiekę nad seniorami jako wzorcową. Na tym tle wypadamy przygnębiająco słabo. – Różnice nie wynikają jednak tylko, jak by się wydawało, z sytuacji finansowej starszych osób w Niemczech i w Polsce – mówi. – Oczywiście, dysproporcje w świadczeniach dla seniorów są ogromne, ale największe różnice dotyczą przede wszystkim sfery mentalnej. Niemcy, nawet ci w wieku 55 lat, są otwarci na pomoc, chętnie przyjmują w swoim domu kogoś, kto posprząta, zawiezie do kina czy lekarza. Natomiast w Polsce zdecydowana większość ludzi w podeszłym wieku odbiera próbę pomocy jako dowód na to, że pora umierać. Pamiętam, jak moja znajoma opowiadała mi o swoim tacie, schorowanym starszym panu. Nie dawał rady o własnych siłach przemieścić się do toalety, ale do końca bronił się przed wynajęciem opiekunki. Wolał co noc się przewracać, co jakiś czas łamać nogi, niż zgodzić się na jej obecność.

Według Marty Ziobro ideałem jest sytuacja, kiedy po pomoc zgłaszają się sami potrzebujący. Wielu z nich stać na wynajęcie opiekunki, choć decydują się na to bardzo rzadko. Na razie klientami tego typu firm są ich dzieci.

– Podzieliłbym ich na dwie grupy – mówi Krzysztof Błażejczyk z firmy Promedica24. – Pierwsza szuka wsparcia w nagłych sytuacjach, gdy na przykład ojciec przeszedł zawał, matka złamała nogę i trzeba rodzicom zapewnić fachową opiekę, ale na jakiś czas. Druga grupa potrzebuje całościowego obsłużenia rodziców, bo ich stan jest poważny, a oni sami nie mają czasu albo mieszkają daleko, albo jedno i drugie. Kiedy rozmawiam z tymi ludźmi, widzę, jak są głęboko przejęci i zatroskani o rodziców. Tymczasem w Polsce pokutuje przekonanie, że jeżeli dzieci załatwiają dla ojca czy matki opiekę obcej osoby, to tak naprawdę zrzucają z siebie obowiązek. A prawda jest taka, że oni nie umywają rąk, tylko biorą za rodziców odpowiedzialność! A poza tym – nie każdy z nas jest przygotowany do wykonywania czynności pielęgnacyjnych wobec ojca czy matki. To na ogół kłopotliwa sytuacja i dla rodziców, i dla dziecka. Jeśli w obsłudze wyręczy ich profesjonalna opiekunka, będą mieli więcej sił na kontakt emocjonalny, na rozmowę.

Starość to nie choroba

Oferta profesjonalnych firm jest bogata: od opieki godzinowej, przez taką z zamieszkaniem opiekunki w domu seniora, po pomoc całodobową (opiekunki zmieniają się co 24 godziny).

Marta Ziobro: – Każdy może sobie zaprojektować kalendarz opieki według własnych potrzeb. Forma godzinowa to idealne rozwiązanie, by bliscy mogli na chwilę odetchnąć, pozostawiając seniora pod fachową opieką, by mogli wyjść z domu na fitness lub do koleżanki z poczuciem, że zostawiają mamę czy ojca w dobrych rękach. Opieka z zamieszkaniem jest możliwa, gdy spełnione są odpowiednie warunki lokalowe, czyli gdy opiekunka ma do dyspozycji osobny pokój.

Krzysztof Błażejczyk: – Potrzeby świadczenia opieki starszym ludziom są u nas gigantyczne. Z naszych kontaktów ze środowiskiem medycznym wynika, że średnia wieku pacjentów oddziałów internistycznych przekracza 70 lat, to są de facto oddziały geriatryczne, a pacjenci przebywają tam bardzo często tylko dlatego, że nie mają zapewnionej opieki poza szpitalem. Ale to nie oznacza, że rzeczywiste potrzeby przekładają się na nasze kontrakty. Powód? Uprzedzenia do obcych opiekunów, brak tradycji w tym zakresie, no i nasza polska mentalność, która każe postrzegać opiekę rodziny jako najlepszą. Dużą rolę odgrywają też ograniczenia finansowe i warunki mieszkaniowe.

Większość z nas nie umie radzić sobie ze starością swoich rodziców. Bo wszystko dzieje się nagle. Ojciec jeszcze wczoraj sadził drzewa na działce, a dzisiaj nie chce mu się wyjść z domu. Energiczna i samodzielna dotąd matka nagle ma trudności z wejściem po schodach albo nie umie włączyć pralki. Podstawowym odruchem dzieci w takich przypadkach jest wizyta u lekarza. Potwierdzają to badania „PolSenior”, największe jak dotąd w Polsce, którymi zostali objęci starsi ludzie. Wynika z nich, że zarówno seniorzy, jak i ich rodziny uważają, że starość musi wiązać się z chorobami.

Tymczasem profesor Tomasz Grodzicki, krajowy konsultant do spraw geriatrii i ordynator Kliniki Chorób Wewnętrznych i Geriatrii UJ, twierdzi, że starość to nie choroba, choć, oczywiście, pojawiają się w tym okresie różne problemy zdrowotne typowe dla tego wieku, jak nadciśnienie, choroby układu krążenia, depresja, a nawet alkoholizm. Podobnego zdania jest doktor Alicja Klich-Rączka, geriatra w Klinice Chorób Wewnętrznych i Geriatrii UJ, która zauważa, że starzejemy się od urodzenia.

„Dlatego ważne, żeby zawsze akceptować siebie – mówi w wywiadzie do książki „StrasiRodzice.pl”. – I to nie na zasadzie: »No trudno, nic się nie da zrobić«, ale żeby przezwyciężyć słabości, akceptować to, na co nie mamy wpływu, a w tych sferach, w których możemy cokolwiek zrobić – działać i zmieniać, co się da”.

Zmieniam swoje nastawienie do rodziców

Zadaniem nas, dorosłych dzieci, ale także państwa, jest przede wszystkim aktywizacja seniorów. Zachęcanie ich do aktywności fizycznej i umysłowej, rozwijania pasji, a zacząć trzeba od propozycji: wyłączamy telewizor i wychodzimy z domu. Bogaty program oferują okrzepłe już w Polsce Uniwersytety Trzeciego Wieku, ale powstają także nowe inicjatywy adresowane do starszych ludzi. We Wrocławiu na przykład uzdolnieni plastycznie seniorzy mogą studiować malarstwo, rysunek, rzeźbę, witraże, a nawet grafikę komputerową na Akademii Sztuki Trzeciego Wieku założonej przez twórcę i wieloletniego dyrektora Autorskich Liceów Artystycznych i Akademickich ALA Mariusza Budzyńskiego.

– Tak naprawdę przyświecał mi zamysł pedagogiczny, żeby na co dzień integrować ludzi starszych z młodzieżą. Dlatego akademia działa przy liceum. Nasi uczniowie razem z – jak oni to mówią – starszakami zostają po zajęciach, jeżdżą na plenery, wspólnie organizują wystawy. Świetnie się dogadują, choć, oczywiście, nie obywa się bez drobnych konfliktów dotyczących głównie zajmowania miejsc w pracowni. Akademia wzoruje się na UTW, niemniej jednak bardziej ukierunkowana jest na kształcenie niż na terapię zajęciową. Studiują u nas (w trzyletnim cyklu) ludzie różnych zawodów, którym nie udało się zrealizować wcześniej swoich pasji. Jeden z naszych słuchaczy, około 60-letni pan, po ukończeniu naszej akademii poszedł na ASP. Jesienią ubiegłego roku prace naszych „starszaków” znalazły się na wystawie w Sejmie. Widzę, jak te studia ich rozwijają i w sensie edukacyjnym, i przede wszystkim ludzkim.

Psychologowie podkreślają: Bardzo ważna jest nie tylko zmiana nastawienia ludzi starszych do ich własnego starzenia się, ale także zmiana nastawienia dorosłych dzieci i wnuków do starzenia się rodziców i dziadków.

Powinniśmy okazywać im więcej wyrozumiałości, cierpliwości i empatii. Wybaczyć krzywdy, schować urazy. Zrozumieć, że nie są w stanie jak dawniej chwytać wszystkiego w lot, szybko reagować. Znaleźć dla nich czas, ale taki naprawdę ukierunkowany tylko na nich, bez patrzenia na zegarek lub w telefon. Wiele badań pokazuje, że to liczy się dla starszych ludzi najbardziej. Musimy nauczyć się słuchać ich z anielską cierpliwością, uwagą, choć czasem słyszymy te same historie. Pytać, dociekać, upewniać się, czy dobrze rozumiemy ich niepokoje. Ośmielać, doceniać, chwalić, okazywać czułość.

Joanna porozumiewa się teraz z ojcem poza słowami. Nauczyła się czytać z wyrazu jego twarzy, drżenia rąk, grymasów, uśmiechów. – Nikogo już nie poznaje, ale jak tylko coś powiem, jak go przytulę, uśmiecha się. Lekarze dziwią się, że ma tak dobre wyniki badań, że jego stan nie pogarsza się w takim tempie, jak przewidywali. Przypomina mi bezradne, bezbronne dziecko, ale widzę w nim też siebie, jaką mogę stać się za jakiś czas. Traktuję go tak, jak chciałabym, żeby mnie traktowały kiedyś moje córki.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Regina Brett: "Zbyt często cierpimy w milczeniu"

Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma Alzheimera”. Potem postanowiłam poznać dziewczynkę, którą kiedyś była. Dopiero kiedy pokochałam dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce – opowiada Regina Brett. Właśnie ukazała się książka na temat jej trudnego dzieciństwa.

Zawsze podziwiałam twój ciepły, piękny uśmiech. Nie sądziłam, że kryje się za nim tyle cierpienia. Twoje wspomnienia „Trudna miłość. Mama i ja” ukazały mi ogrom bólu niekochanego dziecka, którym byłaś. Jak się podnosi z czegoś takiego? Myślę, że wiele osób cierpi z powodu rzeczy, jakie przytrafiły im się w życiu. Upychamy to w środku i jakoś funkcjonujemy – zakochujemy się, realizujemy się zawodowo. Jednak od czasu do czasu ten ból daje o sobie znać, kiedy ktoś lub coś dotyka naszego czułego miejsca – wtedy reagujemy często nie tak, jak byśmy chcieli: złością, a czasem smutkiem. W moim przypadku był to zazwyczaj smutek. Wychowałam się w dużej rodzinie – moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci – ale zawsze czułam się samotna. Ktoś spyta, jak to w ogóle możliwe. Ale jeśli nie masz prawdziwej więzi ze swoją matką, to jest w tobie wielka pustka, której nic nie jest w stanie zapełnić. Z moją córką jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, sama jednak tego nie zaznałam. Żyłam więc z wielkim głodem miłości. Starałam się go zagłuszyć alkoholem lub kolejnymi randkami, ale nie mijał. Na szczęście trafiłam na mądrych ludzi, którzy poradzili mi, żebym zaczęła o tym mówić i pisać. I tak robiłam – najpierw pisałam dziennik, potem artykuły i moje książki motywacyjne. Uważam, że kiedy dzielimy się swoją historią, a inni mogą ją usłyszeć i pomyśleć: „O Boże, miałam tak samo” – to pomaga uleczyć ból przeszłości. Nam wszystkim.

Kiedy jednak pierwszy raz napisałaś o swoim trudnym dzieciństwie, twoja rodzina wcale nie była zachwycona. Widzisz, ja od zawsze byłam pisarką. Już jako mała dziewczynka prowadziłam pamiętnik, w którym notowałam ważne wydarzenia. Czasem pomocne jest już samo zapisanie własnej historii, bo widzisz ją wreszcie czarno na białym, czytasz to i nie możesz uwierzyć: „Ona naprawdę coś takiego zrobiła? On to rzeczywiście powiedział?”. To pomaga poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, ujrzeć je we właściwym świetle. Dziennik czy pamiętnik jest też naczyniem, w które możesz przelać swój ból i łzy. Pierwszy raz podzieliłam się historią mojego dzieciństwa, poza pamiętnikiem, z czytelnikami gazety, w której pracowałam. Pisałam o mężczyźnie, który popełnił samobójstwo, bo tak bardzo cierpiał, a ja czułam, że bardzo dobrze go rozumiem, więc odnosząc się do jego sytuacji, napisałam o swoim cierpieniu. Przypuszczam, że wtedy też po raz pierwszy moi bracia i siostry zobaczyli, z jak wieloma trudnościami zmagałam się jako dziecko. Byli w szoku. Owszem, pamiętali, że byłam wiecznie smutna i płaczliwa, ale było nas tak dużo i każdy z nas miał swoje potrzeby, że łatwo było przegapić potrzeby innych. Zawsze gdy ktoś ujawnia o czymś prawdę, powoduje to małe trzęsienie ziemi. Oczywiście trudno być tą osobą, ale czy mamy wybór? W Ameryce mówimy: „Your secrets will keep you sick”, czyli: „Twoje tajemnice wpędzą cię w chorobę”. Jeśli nic nie mówimy o złu, które się dzieje, tylko je umacniamy. Spójrzmy choćby na Kościół katolicki i jego długie milczenie na temat molestowanych przez księży dzieci. Kiedy więc napisałam po raz pierwszy o tym, że jako dziecko czułam się niekochana i niechciana, większość mojego rodzeństwa uznała, że skrzywdziłam rodziców. A ja przecież wyjawiłam jedynie mały kawałek prawdy. Ogromnego wsparcia udzielił mi mój terapeuta. Zwłaszcza kiedy artykuł ukazał się w książce „Bóg nigdy nie mruga” – byłam przerażona, myślałam, że stracę wszystkich, których kocham, ale okazało się, że dostałam jeszcze więcej miłości, bo ludzie zobaczyli w mojej opowieści samych siebie. Dlatego teraz opowiedziałam im wreszcie o mojej relacji z mamą. Uważam, że zbyt często cierpimy w milczeniu.

Wkraczasz na terytorium, które nadal jest tematem tabu. Piszesz o  matce, która nie potrafi kochać, która nie wspiera, nie zauważa i która nie broni przed złem. Twoje słowa mogą wydać się brutalne: „Moja mama była okropna”; „Tak naprawdę nie miałam matki, nigdy nie byłam córką”. Piszę też, że długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. Później w trakcie terapii musiałam stawić czoło temu przekonaniu i powiedzieć sobie: „Zaraz, chwileczkę, przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość”. Przyszliśmy na ten świat piękni i pełni, a jeśli tacy się nie czujemy, to powinniśmy brać przykład z księżyca, który nawet kiedy nie jest w pełni, to nadal świeci. To, że matka nie potrafi kochać dziecka, nie jest tego dziecka winą. Nie jest też winą matki. Tobie udało się zobaczyć w swojej matce dziewczynkę, która sama była przerażająco samotna. Jedyną istotą, którą naprawdę kochała, był jej pies Frankie. Moja mama była emigrantką z Czechosłowacji, jej rodzice nawet nie mówili po angielsku, kiedy przypłynęli do Ameryki, brat poszedł na wojnę, została więc z nimi sama na farmie. Nie było tam czułości, nie było bliskości, nie było na to czasu – wszyscy starali się przetrwać w obcym kraju, i to jeszcze w czasach Wielkiego Kryzysu. Piszesz, że pomogłaś swojej matce umrzeć i że to był najwspanialszy prezent, jaki jej kiedykolwiek dałaś. W moim odczuciu dałaś jej więcej, niż ona dała tobie. Sądzisz, że pracując nad sobą i swoimi ranami, możemy pomóc też tym, od których tych ran doświadczyliśmy? Mama pod koniec życia cierpiała na alzheimera. To okrutna choroba, która powoli niszczy twój mózg, pozbawiając cię cech, które czynią cię człowiekiem. Bywała złośliwa, niewdzięczna i niesprawiedliwa, co oczywiście automatycznie cofało mnie do dzieciństwa i wspomnień, w których skarżyła na nas tacie  – wiedząc, że dostaniemy za to lanie – czy nie pożyczyła mojej siostrze swojej sukienki na ślub. Ale widocznie Bóg dał mi moją mamę po to, żebym ją kochała. Nie wiem, czemu akurat z jedenaściorga dzieci wybrał mnie, ale to głównie ja zajmowałam się nią w ostatnich latach. Jestem przekonana, że ten czas został mi podarowany po to, by uleczyć naszą relację, bym pokochała ją bardziej, niż ona była w stanie kochać mnie. Wybaczyłaś jej? Wybaczenie nie działa jak zaklęcie, czyli mówisz „wybaczam ci” i wszystko się odmienia. To bardzo długi i bolesny proces, musi taki być, bo inaczej nie będzie prawdziwy. Aby wybaczyć mojej matce, musiałam porozmawiać z nią szczerze o tym, co się naprawdę wydarzyło w moim dzieciństwie. Nie po to, by ją obwiniać, ale by w naszej relacji pojawiła się prawda. Powiedziałam więc: „Mamo, kocham cię, ale nie było ciebie przy mnie, kiedy tego najbardziej potrzebowałam”. Wiesz, co usłyszałam? „Nie wiedziałam, jak to zrobić, bo mojej mamy też nie było przy mnie”. Całe życie czekałam na te słowa, na jakieś wyjaśnienie. Kiedy piszę, że pomogłam mojej mamie umrzeć, mam na myśli to, że byłam przy niej fizycznie i duchowo, modliłam się za nią, a czasem modliłam się o siłę dla siebie, szeptałam: „Boże, wiem, że ona jest twoim dzieckiem, ale jak ty dajesz sobie z nią radę?”. Niektórzy ludzie są trudni do kochania – twój rodzic może być taką osobą, twoje dzieci, twój mąż... Ale według mnie miłość jest działaniem, nie tylko uczuciem, dlatego okazywałam mamie miłość chociażby poprzez robienie zakupów czy bycie dla niej miłą, kiedy ona nie była zbyt miła dla mnie. Nie robiłam tego tylko dla siebie, ale też dla mojej córki, jej dzieci i ich dzieci. Postanowiłam bowiem, że nigdy więcej nie będziemy przekazywać sobie poczucia winy, wstydu i tajemnic. To niesamowite, ale to nas wszystkich naprawdę uwolniło. Ostatnio jeden z moich braci przeprosił mnie za to, co kiedyś mówił, i wyznał, że chodzi na terapię, by poradzić sobie z naszą przeszłością. Potem przeprosiła mnie jedna z sióstr, powiedziała, że wtedy, dawno temu, nie umiała właściwie zareagować; a potem jeszcze kolejna. Kiedy więc przestałam domagać się przeprosin, dostałam je. Minęło wiele czasu, upłynęło wiele lat i wiele łez, ale czuję teraz, że jestem z moim rodzeństwem bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Podoba mi się jedna z rad, jakie dostałaś. Kiedy nie jesteś w stanie traktować swojej matki jako matki, traktuj ją jak siostrę. W takim sensie, w jakim wszystkie kobiety są dla siebie siostrami. Zobacz w niej kobietę, która jest czyjąś córką i czyjąś matką. Kogoś, kto siedzi obok ciebie na przystanku. Zwykle kiedy nasza matka nie jest matką, jakiej potrzebujemy, chcemy ją całkowicie wyciąć z naszego życia. Mój terapeuta powiedział mi, że kiedy spojrzę na nią jak na siostrę, to może okaże się, że nigdy nie była w stanie być matką, jakiej potrzebowałam, ale za to ujrzę w niej kobietę, z którą mogę stworzyć dobrą relację. Będę nawet w stanie ją pokochać, bo nie wniosę do tej relacji bagażu mojego dzieciństwa. Gdybym usiadła obok obcej osoby na ławce, byłabym dla niej przecież miła, prawda? Dlatego mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma alzheimera”. Potem postanowiłam poznać małą dziewczynkę, którą była i którą nadal nosiła w sobie, co było już odrobinę łatwiejsze, bo uwielbiam dzieci. Dlatego przynosiłam jej prezenty, które ucieszyłyby dziewczynkę: lody, batoniki. Bardzo się z nich cieszyła. Dopiero kiedy nauczyłam się kochać dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce. W Kościele katolickim mówi się o odkupieniu. Myślę, że ostatnie lata życia mamy, które spędziła już w ośrodku opieki, były takim właśnie odkupieniem, czasem, w którym pogodziła się z Bogiem i swoim życiem. Inną dobrą radą była właśnie ta, by powiedzieć jej przed śmiercią prawdę. Strasznie się tego bałam. Mama była gotowa, by odejść, ale ten moment nie nadchodził. Zastanawiałam się, dlaczego Bóg jej na to nie pozwala. Na jednym ze spotkań z przyjaciółmi spytałam, jak sądzą, co może jej przynieść ukojenie. Powiedzieli: „Może prawda? Próbowałaś z nią porozmawiać o przeszłości?”. „Nie. Powiedziałam jej tylko, że jestem jej wdzięczna”. „A jesteś?”. „Oczywiście, że nie! Była okropną matką”. „To dlaczego jej tego nie powiesz?”. „Bo nie chcę jej skrzywdzić”. „Ale może ona tego potrzebuje? Może na to właśnie czeka?”. Siostra, z którą byłam najbliżej, przyznała im rację, powiedziała, że powinnam porozmawiać z mamą w imieniu nas wszystkich. Pomyślałam, że tego chyba nie udźwignę, ale potem usiadłam i zapisałam wszystko, co pamiętałam z przeszłości i co dotyczyło każdego z moich braci i każdej z moich sióstr, a było ze strony mamy okrucieństwem. Wzięłam tę listę ze sobą. I stał się cud. Przez 45 minut mama nie miała alzheimera, słyszała mnie i słuchała, mówiąc: „Pamiętam, tak było”. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek przyzna. Spytałam, czemu nie reagowała, kiedy tata nas bił, krzyczał na nas i ubliżał nam – przez chwilę siedziała w ciszy, a potem powiedziała, że raz stanęła w naszej obronie, ale ktoś jej powiedział, że w ten sposób tylko pogorszyła sprawę. I od tego momentu już się nie wtrącała. Nigdy mi o tym wcześniej nie mówiła. I właśnie wtedy, po raz pierwszy w życiu, poczułam, że obie się zrozumiałyśmy. Mama jest główną bohaterką twojej książki, ale inną, równie ważną postacią, jest twój tata. Piszesz: „Często sięgał po pas, a i tak kochał nas bardziej niż ona”, ale też że molestował cię w dzieciństwie. Trudniej było wybaczyć ci jemu czy matce, która cię przed nim nie obroniła? A może rodzeństwu, że ci nie uwierzyli, kiedy o tym opowiedziałaś po latach? Mój ojciec dorastał w trudnych czasach, kiedy miał 14 lat, jego rodzina straciła wszystko. Wychowywał się więc w wielkiej biedzie, do tego prawdopodobnie miał PTSD po kilkudziesięciu wojskowych misjach. Na co dzień życie z nim wyglądało tak, że wszystko było w porządku, rozmawiał z nami i żartował, aż nagle z byle powodu wpadał w szał, krzyczał i bił nas. Dziś jestem przekonana, że zmagał się z poważnymi psychicznymi problemami, choć nikt go nigdy nie zdiagnozował. Raz tak długo bił mojego brata deską, że ta się na nim złamała. Chyba najtrudniej było mi patrzeć na to, jak tata rani braci i siostry, już chyba wolałabym, by uderzył mnie. A mama za każdym razem po prostu wychodziła z pokoju. Myślę, że nienawidziłam – choć nie, to zbyt wielkie słowo – myślę, że o wiele gorzej było mi z tym, że ona nic nie zrobiła, niż z tym, co robił nam on. Ja bym powstrzymała obcego mężczyznę, który biłby swojego psa na ulicy, a ona nie obroniła swoich dzieci. Więc tak, było mi trudniej wybaczyć mamie. Nie dlatego, że winiłam ją za postępki taty, ale dlatego, że była jedyną osobą, która mogła to przerwać, a tego nie zrobiła. Potem, kiedy przyjrzałam się jej przeszłości, doszłam do wniosku, że ona też była molestowana przez swojego ojca.  I to jest kolejny powód, dla którego napisałam tę książkę, by przerwać cykl przemocy i krzywd, by moja córka nigdy już tego nie zaznała. Spędziłam wiele lat na terapii, by uporać się z tym, czego doświadczyłam ze strony taty, zwłaszcza z molestowaniem seksualnym, i doszłam do wniosku, że on nie do końca był świadom, jak wielką krzywdę mi wyrządza, był w jakimś sensie emocjonalnie upośledzony. Ale wiesz, co jest w tym najlepsze? Jestem żywym przykładem na to, że niezależnie od tego, jak wiele zła doświadczyłeś, możesz skierować się w stronę dobra, i są ludzie, którzy są w stanie ci w tym pomóc.
Często mówisz o tym, że odczuwasz ogromny przymus ratowania innych, ale ja sądzę, że najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłaś, było to, że uratowałaś siebie. Jakaś część mnie wyrzuca sobie, że mogłam zrobić więcej, uratować też swoich braci i siostry. Ale cieszę się, że to mówisz, bo kiedy słyszę to od kogoś innego, odczuwam te wyrzuty odrobinę mniej. Nadal mam w sobie odruch ratowania innych, ale wtedy sobie zawsze powtarzam: „Masz za zadanie ich kochać, nie ratować”. Bo kochając ludzi, pomagasz im uratować samych siebie. Co ci pomogło najbardziej w tej drodze uzdrawiania przeszłości? Dwie rzeczy. Pierwsza – pozbyłam się wizji okrutnego Boga, w którego długo wierzyłam. To stało się podczas pewnych rekolekcji, piszę o tym w książce „Bóg nigdy nie mruga”.  Prowadził je ojciec Joe, który ciągle podkreślał, że Bóg go kocha. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. Prędzej, że nie powinnam go obrażać i złościć. Więc kiedy usłyszałam o Bogu, który nas – mnie – kocha, pomyślałam: „Nie chcę mojego Boga, chcę Boga ojca Joe”. Nie wiedziałam, że wolno nam wierzyć w radosnego, pełnego miłości Boga. Jeśli nie masz takiego, pożycz go ode mnie, tak jak ja pożyczyłam Boga od ojca Joe. Ten Bóg przeprowadził mnie przez raka piersi i przez śmierć moich rodziców. Druga rzecz to mieć kogoś, kogo się kocha. Fakt, że tak bardzo kochałam moją córkę, uświadomił mi, że jestem zdolna do miłości. Trzeba mieć kogoś, kogo się darzy czystym uczuciem. To może być nawet pies, kot czy chomik... Bóg, który mnie kocha, i ktoś, kogo kocham ja – to właśnie mnie uratowało.

Regina Brett, jedna z najbardziej poczytnych pisarek w Polsce, autorka takich książek, jak: „Bóg nigdy nie mruga”,  „Jesteś cudem”, najnowsza to „Trudna miłość. Mama i ja”. Mieszka w Cleveland w stanie Ohio. Prowadzi podcast „Little Detours with Regina Brett”, www.reginabrett.com</

  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić?
Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy?
Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli.
Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić?
Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie?
No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek.
Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku?
Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać?
Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Styl Życia

Zaprzyjaźnij się ze sobą. Twoje życie od razu stanie się lepsze – zapewnia Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Kiedy nasz świat się rozpada i nagle stajemy w obliczu niewiadomego, jest to moment próby. Należy wówczas zatrzymać się, nie usiłując niczego definiować. Istotą podróży duchowej nie jest szukanie nieba czy jakiejś krainy szczęśliwości - mówi buddyjska mniszka Pema Chödrön w książce „Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu”.

Klasztor Gampo zbudowano w miejscu, gdzie morze i niebo wydają się łączyć w jedno. Horyzont rozciąga się tam w nieskończoność, a w tym bezkresie szybują mewy i kruki. Sceneria ta, niczym wielkie lustro, zwielokrotnia świadomość niemożności ukrycia się. Ponieważ jest to klasztor, nie ma tu wiele możliwości ucieczki. Nie ma kłamstw, kradzieży, seksu, alkoholu - znikąd ratunku.

Gampo to miejsce, w którym od dawna chciałam się znaleźć. Trafiłam tam dzięki Trungpie Rinpocze, kiedy na jego prośbę objęłam funkcję przełożonej klasztoru. Pobyt w Gampo okazał się ciężką próbą: z powodu moich skłonności do rzucania wyzwań losowi w ciągu pierwszych lat tam spędzonych czułam się, jakby mnie kąpano w ukropie.

Po przybyciu do klasztoru mój dotychczasowy świat legł w gruzach. Wszystkie metody, które do tej pory stosowałam, by ochraniać i oszukiwać siebie, by utrzymywać swój wyidealizowany wizerunek, okazały się bezużyteczne. Pomimo usilnych starań nie byłam w stanie manipulować sytuacją, a moje zachowanie wszystkich irytowało. Nigdzie nie mogłam znaleźć miejsca, w którym mogłabym się ukryć.

Zawsze postrzegałam siebie jako uczynną, łatwo się dostosowującą i powszechnie lubianą osobę. Udało mi się wytrwać w tej iluzji przez większość życia. Jednak w początkowych latach pobytu w Gampo doszłam do wniosku, że mój dotychczasowy sposób życia musi ulec zmianie. Wprawdzie wciąż dostrzegałam w sobie wiele zalet, ale przestałam uważać się za nieomal doskonałość. Stworzenie dotychczasowego wizerunku siebie kosztowało mnie tak wiele wysiłku, a tu nagle rozsypał się on na kawałki! Wszystkie moje nierozwiązane problemy ujawniały się teraz ostro i wyraziście, kłując w oczy zarówno mnie samą, jak i otaczających mnie ludzi.

Nagle i w dramatyczny sposób uświadomiłam sobie wszystko, czego wcześniej w sobie nie dostrzegałam. A jakby tego było mało, inni ochoczo służyli mi informacją na temat mojej osoby i wszystkiego, co robię. Było to tak bolesne, że zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek będę szczęśliwa. Nieustannie spadały na mnie razy, pod którymi pękały moje iluzje. W klasztorze, gdzie tyle czasu poświęca się praktyce i naukom, nie miałam możliwości ucieczki w mechanizm usprawiedliwiania siebie przez zrzucanie winy na innych. Tam takie rozwiązanie nie wchodziło w grę.

Przebywał wówczas w Gampo z wizytą pewien nauczyciel, którego słowa utkwiły mi w pamięcie: "Jeśli zaprzyjaźnisz się sama z sobą, twoje życie stanie się dla ciebie bardziej przyjazne".

Od dawna byłam przekonana o słuszności tej prawdy. Przypięłam sobie nawet na ścianie karteczkę ze słowami: "Jedynie ulegając zniszczeniu, możemy znaleźć to, co w nas niezniszczalne". Zanim jeszcze usłyszałam o naukach buddyjskich, w jakiś sposób czułam, że za tymi słowami kryje się tajemnica prawdziwego przebudzenia, że jego warunkiem jest umiejętność rozstania się ze wszystkim, do czego przywykliśmy.

Niemniej jednak, kiedy do tego dochodzi, kiedy całkowicie tracimy poczucie bezpieczeństwa i nie ma niczego, czego moglibyśmy się uchwycić, odczuwamy to bardzo boleśnie. Motto Instytutu Naropy brzmi: "Umiłowanie prawdy obnaża cię". Można je odebrać jako przesadnie romantyczne, ale trudno zaprzeczyć, że kiedy stawiamy czoło prawdzie, cierpimy. Spoglądamy w lustro i zauważamy zmarszczki na swojej trzęsącej się twarzy, a nasze tchórzostwo, zgorzknienie i złość stają się widoczne jak na dłoni.

Fragment z książki „Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu” Pemy Chödrön, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Styl Życia

Tylko powoli – kilka słów o greckiej radości życia

Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Do czego się spieszyć? Zdążymy, dzień jest długi. Kryzys? Zaciskanie pasa? To tylko teoria. Bo są sprawy, z których Grek nie zrezygnuje. Jak na przykład biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi, picie wina, zabawa. Czym się przejmować, skoro świeci słońce, a ziemia rodzi najlepsze pomidory i oliwki?

Film Michalisa Kakojanisa z Anthonym Quinnem w roli tytułowej ma już prawie 60 lat. Opowiada o czasach sprzed wieku. A jednak powiedzenie: „Jaka piękna katastrofa!” znamy niemal wszyscy, weszło do naszego języka i sposobu myślenia. Czy te słowa ekranowego Greka Zorby, przez wielu traktowanego jako uosobienie greckości, mógłby wypowiedzieć i dzisiejszy mieszkaniec Aten albo Krety? Czy radość życia, specyficzne połączenia beztroski, niefrasobliwości i szaleństwa z odrobiną melancholii – to mieszanka typowo grecka?

Kostas Balamoshev, papirolog, Grek mieszkający od kilku lat w Polsce, mówi, że co prawda ani filmu Kakojanisa nie oglądał, ani powieści, na podstawie której powstał, nie czytał, ale zna parę osób, o których mógłby powiedzieć: tak, to Zorba.

Bo rzeczywiście Grecy szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. Gotowi są rzucić się w nią, nie zwracając uwagi na to, ile kosztuje. Postawić kolejkę całemu towarzystwu w tawernie – a nie zbiera się tam zwykle kilka osób, mowa raczej o kilkudziesięciu – choć w kieszeni pusto – to nic nadzwyczajnego. A kiedy się wali, podziwiać, jak pięknie się wali, zamiast rozpaczać, że się zawaliło. Oczywiście to generalizacje, coś w nich jednak jest. Słońce, kolory nieba i morza, smaki, zapachy – to wszystko sprawia, że życie jest łatwiejsze do zniesienia. Nie bierze się go tak tragicznie i na serio jak często robimy to my, z zimniejszych i ciemniejszych rejonów Europy.

Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)

Sprawy niezbędne

Grecja nie jest krajem bogatym. Do czasu wejścia do Unii Europejskiej było tu wręcz biednie. Potem, dzięki Unii właśnie, zaczęło się wielkie wydawanie pieniędzy. Inwestycje, imprezy. – Punktem kulminacyjnym – mówi Kostas Balamoshev – była olimpiada w 2004 roku. Przeogromna radość w całym kraju, nikt nie zastanawiał się, ile co kosztuje, ile wydaliśmy, ile pieniędzy poszło na obiekty, które w końcu nie zostały wykorzystane i w efekcie szybko zaczęły niszczeć. W dodatku chwilę wcześniej wygraliśmy mistrzostwa Europy w piłkę nożną – wydawało nam się, że jesteśmy w raju. A potem się posypało. Zaczęły się problemy, parę lat temu wisiała nad Grecją groźba bankructwa. Trzeba było naprawdę zacisnąć pasa. I wtedy pojawiły się dwie grupy ludzi. Jedni mówili, że to ci źli z Unii się na nas uwzięli, a to oni przecież mają wobec nas zobowiązania. Druga grupa, trzeźwiej patrząca na rzeczywistość, przyznawała, że jednak sami trochę nabroiliśmy. Przez to chociażby, że to my sami wybraliśmy polityków, którzy doprowadzili nas na skraj przepaści…

Ale czy kryzys spowodował, że Grecy zaczęli oglądać każde euro trzy razy? Nie do końca. Bo, według nich, są rzeczy, z których nie da się zrezygnować. I to nie tylko rzeczy niezbędne. A może raczej katalog rzeczy niezbędnych jest u nich bardziej pojemny.

Parea, czyli towarzystwo

Niezbędne jest choćby biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi. Nie raz na jakiś czas, z okazji rocznicy, imienin czy urodzin. Do tawerny wychodzi się często. Absolutne minimum to raz w tygodniu, ale zwykle znacznie częściej. I nie we dwójkę czy trójkę. Wieczorami w knajpach odbywają się ogromne spotkania – najczęściej rodzinne, chociaż, jak twierdzi Kostas, przyjaciele to w Grecji też rodzina.

A sama rodzina wygląda inaczej niż u nas. To ogromne klany. Teoretycznie rządzi ojciec. On jest „głową”. – Widać takich panów, jak siedzą w kafenionach, dyskutują godzinami przy winie czy kawie, politykują, ale kiedy przychodzą do domu, to już tak głośno nie przemawiają. Bo w domu wszystkim rządzą kobiety – opowiada Jacek Fronczak, miłośnik Grecji, a w szczególności Krety, gdzie spędza każde wakacje od ponad 20 lat. I dodaje, że Grecy są zwariowani na punkcie dzieci. – Kiedyś na Krecie zniknął nam z oczu synek, moi greccy przyjaciele pierwszy raz zobaczyli mnie wtedy zdenerwowanego, pytają: co się stało? Mówię, że syna nie ma, może policja? Popatrzyli na mnie: „Chłopie, na Krecie jest 360 tysięcy osób, oni wszyscy pilnują twojego syna, nic złego nie mogło mu się stać”. I faktycznie zaraz go przyprowadzili, gdzieś tam latał z chłopakami.

Te wielopokoleniowe rodziny mieszkają razem. Nie do pomyślenia jest, żeby schorowaną babcię oddać do domu opieki, w ogóle takie miejsca to raczej nieznana w Grecji instytucja. – Starszymi opiekują się młodsi – mówi Jacek Fronczak – ale też ich słuchają. Ponieważ to są ci najmądrzejsi, ci z doświadczeniem. Choć oczywiście konflikty pokoleniowe są na porządku dziennym, bo starszy wie lepiej, a młodszy robi swoje. I nawet, jak mu te biznesy wychodzą, to i tak ojciec czy dziadek woleliby, żeby jednak hodował te owce i pielęgnował oliwki.

Wieczorami całe to wielkie towarzystwo zjawia się w tawernie. Wokół biegają dzieciaki, rozpuszczone do granic możliwości, nikomu nie przeszkadza, że jest późno, że powinny iść spać. Kiedy się zmęczą, to zasną na dwóch zestawionych krzesłach, a potem tak „na śpiąco” zostaną przetransportowane do domu. Ciepły klimat wymusza inny rytm dnia – zwłaszcza latem dopiero wieczorem zaczyna się swobodniej oddychać, szkoda marnować więc ten czas na spanie, lepiej przeznaczyć go na wspólne siedzenie, jedzenie, gadanie.

Grecka tawerna to nie forma, tylko treść. To nie wykrochmalone serwetki, świece, kieliszki. To stół nakryty papierowym obrusem, szklanki – bo wino pije się tylko ze szklanek, wielkie talerze z mnóstwem małych dań – po to, żeby można się było nimi dzielić. Biesiadowanie zwykle trwa do północy. Jak to wygląda? – Najpierw na stół wjeżdżają przystawki – słynne greckie mezedes – opisuje Jacek Fronczak. – Ale nie jest tak, że każdy zamawia swoje danie. Przystawki pojawiają się na wielu talerzykach na środku stołu, każdy na swój talerz nakłada, na co ma ochotę. To mnóstwo maleńkich dań. Są rozmaite pasty, jak melitzanosalata, czyli pasta z bakłażanów. Opieka się je na grillu, mają wtedy fantastyczny wędzony posmak, miesza z pastą tahini, oliwą i podaje na zimno. Dalej tzatziki – jogurt z ogórkiem i czosnkiem. Jest też pasta z fety z zielonymi papryczkami, lekko pikantna, i taramosalata, czyli pasta z ikry dorsza roztartej z jogurtem, oliwą i cytryną. Są oliwki, są sery. Feta, zawsze owczo-kozia lub owcza, manouri, delikatny owczy ser, na Krecie dodaje się go do sałatki greckiej zamiast fety. Jest mizithra, ich biały ser twarogowy, trochę podobna do naszego bundzu, tylko delikatniejsza. Jest dużo twardych żółtych serów, przypominających sycylijskie pecorino. Pośród mezedes muszą być dolmadakia, małe zawijaski z liści winogron, w środku ryż. Do tego jogurt, żeby w nim dolmadakia zanurzyć. Zresztą jogurt dodaje się do wszystkiego. Do ryb, past, mięsa (marynuje się je często w jogurcie), nawet do deserów, do słodkiej baklavy. Podstawowy przysmak dzieci (i nie tylko dzieci) to jogurt z miodem. Greckiego, gęstego jogurtu w Polsce się nie zrobi, bo musi w nim być bakteria, która nie przekracza linii Karpat. U nas umiera. Sprawdziłem.

Po przystawkach wjeżdżają dania główne – tu każdy zamawia swoje, ale tylko w teorii. Bo, tak jak mezedes, dania główne też lądują na środku stołu, są dla wszystkich, po co się ograniczać do jednego? Do tego wino w karafce i można siedzieć do późna.

Kostas pamięta, że kiedy pracował w tawernie, czasami o drugiej czy trzeciej w nocy trzeba było gościom mrugać światłami, żeby dać sygnał do końca imprezy. I dodaje, że wspólnego ucztowania nie zakończył czy nawet nie osłabił kryzys – tej dziedziny życia, tak ważnej, oszczędzanie w Grecji dotyczyć nie może.

Choć kryzys dotknął w jakimś stopniu każdego. – Na Krecie czy mniejszych wyspach w każdej niemal rodzinie był ktoś, kto pracował jako urzędnik państwowy. Ci urzędnicy pełnili rozmaite funkcje od ważnych do trochę mniej istotnych – jak choćby kontrola stanu trawników w danej miejscowości. Praca mało skomplikowana, do – góra – 13.30, za to pensja świetna, a rodzina dumna. I nagle się skończyło, pieniądze obcięto, dotknęło to wielu osób.

Ale druga, o wiele większa część społeczeństwa, to ludzie żyjący z oliwek i owiec. A tych nie braknie. Ani wspaniałych warzyw, w tym najlepszych na świecie słodkich soczystych pomidorów, ani owoców. Na wsiach i w małych miasteczkach kryzys niewiele zmienił. Jest słońce, nie ma się co napinać. Więc dalej można cieszyć się życiem, czerpać przyjemność z chwili. Byle powoli.

Siga-siga

Włosi powiedzą: „piano-piano”, Hiszpanie – „tranquillo-tranquillo”. Ale znaczy to mniej więcej to samo. Czyli: niespiesznie. Na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, nie ma co się spieszyć, zdążymy. A nawet jak nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. Punktualność, umawianie się na godzinę, nerwy z powodu spóźnienia dłuższego niż akademicki kwadrans? To nie w Grecji.

– Umawiamy się wieczorem – mówi Jacek Fronczak. – Przychodzimy do tawerny, przyjaciół nie ma. Siedzimy, czekamy, po półgodzinie zaczynamy się nerwowo kręcić, w końcu dzwonimy: gdzie jesteście? No jak to, w domu, niedługo będziemy się zbierać, a coś się stało? Przecież umówiliśmy się wieczorem. Co w praktyce oznacza jakoś tak między 20 a 22.

Kostas potwierdza: – Nie musisz się stresować ani spieszyć. Możesz się spóźnić i nic się nie stanie. Mam tak często ze znajomymi, umawiamy się na jedną godzinę, a spotykamy się godzinę później. Kilka razy dałem się nabrać, bo przyzwyczaiłem się do punktualności za granicą. No, może prawie.

W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)

Spadkobiercy Peryklesa

Choć Grecja zyskała państwowość dopiero w XIX wieku, to przecież tu, w greckich miastach-państwach (poleis) narodziła się wspaniała architektura, literatura, sztuka, filozofia. To stąd bierze początek demokracja, którą może nie wszyscy kochamy, ale, jak stwierdził Churchill, na razie niczego od niej lepszego nie wymyślono. Czy i w jakim stopniu dzisiejsi Grecy czują się spadkobiercami tej spuścizny?

– Tak, są z niej dumni – potwierdza Kostas Balamoshev – ale… mało niestety o niej wiedzą. W szkołach uczy się ułamków historii. Oczywiście tego, kim byli Perykles, Sokrates, Platon czy Arystoteles, są wojny perskie, podboje Aleksandra Wielkiego, potem długa luka – i Justynian z bazyliką Hagia Sophia, wreszcie lament po upadku Konstantynopola. I takie fragmenty Grecy mają w głowach. Oczywiście są dumni z ateńskiego Akropolu, z teatru Dionizosa, z Epidauros, kreteńskiego Knossos, mają świadomość kontynuacji historycznej, ale ze znajomością tej wspaniałej historii są na bakier. Gdyby zapytać przeciętnego Greka o czasy hellenistyczne, toby pewnie nic nie wiedział.

Jest też z tym dziedzictwem problem, można powiedzieć, techniczny. – To przekleństwo starożytności – opowiada Jacek Fronczak. – Kiedy się coś buduje i zaczyna kopać ziemię, to często się jakąś starożytność wykopie. A to trzeba zgłaszać władzom. Jak się zgłosi, to koniec, zamykają teren, ruszają prace archeologiczne – i klops, 10–15 lat z głowy. Nie będzie nowych pensjonatów, apartamentów, basenów. Więc co robią Grecy? Jeśli wykopią, to zaraz zakopują. Większość przypadków jest niezgłaszanych.

W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)

Tożsamość narodowa jest mocno u wszystkich Greków rozwinięta. Ale też panują silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. Kostas przyznaje, że czasem między regionami są kłótnie – walczą między sobą dwa tesalskie miasta Wolos i Larissa, konkurują Ateny z Salonikami. – Saloniki nazwano nawet współstolicą, żeby saloniczan dowartościować. Ale ci i tak narzekają, że w Atenach mają lepiej. Jeśli chodzi o wyspy, to położenie geograficzne narzuca pewną izolację. Tak było już w starożytności – izolacja pewnych regionów wpłynęła na mentalność. Ale kiedy pojawia się wspólny wróg, Grecy się jednoczą. Na co dzień bywają kłótliwi, w drobnych kwestiach są awantury, lubią docinać jeden drugiemu, ale kiedy pojawia się ważna wspólna sprawa, są razem – wyjaśnia.

A poza tym to bardzo gościnny naród. Podchodzą do gościa z otwartym sercem. Na dowód Jacek Fronczak przytacza powiedzenie: – Kiedy widzisz kogoś pierwszy raz, to jesteś ksenos – gość (ale i obcy), drugi – to już filos, przyjaciel, a za trzecim razem to oikogeneia – rodzina.

A Kostas dodaje: – Ja zawsze, kiedy jestem w Grecji, odczuwam pewien rodzaj wolności.

  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.