1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kwiat jednej nocy - Felieton Tomasza Sobierajskiego

Kwiat jednej nocy - Felieton Tomasza Sobierajskiego

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Mój serdeczny kolega całkiem niedawno wrócił na matrymonialny rynek. Okres żałoby po jego ostatnim, długim i – do pewnego momentu – szczęśliwym związku dobiegł końca, a on z nadzieją na nowe, otwartym sercem i wiatrem w głowie ruszył na poszukiwanie Szczęścia.

Jako że jest przystojnym, wykształconym, zadbanym czterdziestolatkiem, rozpoznanie rynku trwało krótko i przyniosło nadspodziewanie dobre efekty w postaci szeregu ofert i anonsów kobiet chętnych – jak deklarowały – spędzić z nim resztę życia. Chłopina odżył i zaczął umawiać się na randki. Podekscytowany jak uczniak przejmował się nimi bardziej niż rocznym rozliczeniem w firmie. Przyszedł czas na pierwsze spotkanie. Wyszorowany, ulizany, wykrochmalony i pachnący zjawił się w umówionym miejscu pół godziny przed czasem. Czekając na dziewczę, z emocji kolejno: przewrócił krzesło, wylał kawę, potrącił sąsiedni stolik i potknął się o własne stopy. Aż wreszcie nadeszła wiekopomna chwila. W drzwiach pojawiła się Ona. Była piękniejsza niż na swoim profilu w internetach. Gibka, smukła, czarująca, owiana szalem i paczulowymi perfumami. Usiadła z gracją przy wybranym przez Niego stoliku. Zamówiła bezlaktozową latte i pół bezy, której nie tknęła. Za to kawę sączyła przez długą rurkę, zwijając zmysłowe usta w trąbkę. Patrzył zauroczony. Śmiała się ze wszystkich jego żartów, odrzucając głowę do tyłu. Zamknęła go w swoim świecie w jednej chwili. Był tak szczęśliwy, że aż chciało mu się płakać. Pierwszy strzał i taki udany. Czuł, że są dla siebie stworzeni, a ta randka z pewnością przemieni się w setki kolejnych.

Po kilkunastu minutach wesołej konwersacji wzdrygnęła się lekko, mruknęła coś o własnym zapomnieniu, sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej bilecik wielkości wizytówki. Przesunęła go seksownym gestem po stole na wysokość jego filiżanki. Spojrzał na bilecik, ale z początku nic nie odczytał – oczy ze szczęścia odmawiały mu posłuszeństwa. Spojrzał jeszcze raz. Wziął bilecik w ręce, obie, bo poczuł, że jedna tego nie udźwignie. Na karteczce wydrukowany był zestaw tego, ile i za co będzie musiał zapłacić, jeśli będzie chciał z nią spędzać kolejne randki. Spojrzał na nią niepewnie. Uśmiechała się lekko. Zbity z tropu spojrzał na drugą stronę wizytówki. Tam to samo było napisane po angielsku. Poczuł, jak mrowieje mu kark. Patrzył w dół, bo nie wiedział, jak ma się zachować. Podniósł głowę, przeprosił, wstał i wyszedł. Wrócił po chwili i zostawił pieniądze kelnerce – dużo za dużo jak za dwie kawy i pół bezy, ale nie miał do tego głowy. Jak mi później relacjonował, ocknął się dopiero 100 kilometrów za miastem. Zadzwonił do mnie z trasy. „Jak żyć?” – zapytał. Nie umiałem mu na to odpowiedzieć, ale zadumałem się głębiej nad instytucją randkowania. I doszedłem do wniosku, że randkowanie ssie. Totalnie ssie, przynajmniej od pewnego wieku.

Chodzenie na randki to doskonała zabawa dla nastolatków, którzy zmagają się z własnymi głowami i ciałem. Poznawanie drugiego człowieka, tak innego od nas, jest fascynujące, drżące i cudownie niepokojące. Ale potem, kiedy już jesteśmy dorośli, uformowani, usztywnieni, czasem z doświadczeniem zranienia, bo nasze życie nie ułożyło się w myśl hasła „żyli długo i szczęśliwie” – randkowanie tylko przez ułamek sekundy jest zabawne. Do pierwszego „bilecika”. Poza tym to całe udawanie, że jesteśmy kimś innym, że nie rzucamy skarpetek gdzie popadnie, że myjemy wannę po kąpieli, że zawsze odkładamy kubki do zmywarki, że nie interesują nas żadne sporty i czas spędzany z kolegami na tychże, że marzymy o wyjeździe na bezludną wyspę i rzuceniu korporacji, że potrafimy słuchać i że jesteśmy wierni. To opowiadanie o tym, że lubię las, kolor zielony, zapach bzu, dźwięk skowronka, warkot diesla i szarlotkę babci. A ty? – pytamy, jakby nas to cokolwiek interesowało.

O rany! Losie, chroń! Ale chyba nie da się inaczej, co? Mam nadzieję, że kiedyś, w niedalekiej przyszłości, jak już będziemy zaczipowani, przyłożymy swoje czipy (bez głupich skojarzeń!) do siebie, one przekażą nam informacje o drugim człowieku wprost do mózgu, przeskanują, sprawdzą zgodność i – jeśli zawibrują – super, będziemy razem; jeśli nie, dajmy sobie spokój. A piszę o tym, bo przed nami piękny, prawdziwie słowiański dzień zakochanych, zapomniany i wyparty przez bure walentynki. Dzień, a właściwie noc, podczas której chłopcy zrywali w lesie kwiat jednej nocy, co jest piękną metaforą defloracji kuszącej dziewicy. W tym dniu – 24 czerwca – chodziło o temperaturę ciał, powietrza, poznanie nieznanego, zabawę, przyspieszony oddech, radość z seksu i nieskrępowaną cielesność. I nie było w tym walentynkowego zadęcia, bezguścia, odseparowania, pokazowości i niespełnionych oczekiwań. W noc świętojańską wszyscy bawili się razem, nie myśleli o randkowaniu ani o tym, kto, za co i ile ma zapłacić. Byli sobą i wiedzieli, czego chcą. To był czas, kiedy miłość była za darmo, a kochanie zostawało na chwilę lub na zawsze. Tak bardzo szkoda, że w XXI wieku 24 czerwca stał się grzeszny i zamienił się w masowe pijackie imprezy pod nazwą Wianki, z których nie zostaje nic prócz moralnego kaca.

Dr Tomasz Sobierajski: socjolog, kulturoznawca, badacz społeczny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Uczucie miłości. Co sprawia, że się zakochujemy? - wyjaśnia prof. Bogdan Wojciszke

Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Według prof. Bogdana Wojciszke miłość się nam po prostu przydarza. Czy szukanie jej ma zatem jakiś sens? I czy to dobrze, że dzisiaj głównie na uczuciu opieramy nasze związki?

To my szukamy miłości czy miłość sama nas znajduje? Powiedziałbym, że to drugie. W naszym szeroko pojętym kręgu kulturowym od 50 do 60 proc. ludzi wyznaje, że to się po prostu stało, zakochali się. Nie chodzimy po świecie z zamiarem i silnym postanowieniem zakochania się – to po prostu nas dopada.

Czy można zrobić coś, żeby zwiększyć swoje szanse w tej materii? Może być bardziej uważnym, otwartym? Miłość to bardziej stan ducha tego, kto kocha, niż rezultat tego, jacy są ci, których kochamy. Czyli to nie cechy charakteru obiektu decydują o naszym zakochaniu. Jeśli miałbym sformułować tu jakieś zalecenie, to mogłoby ono brzmieć tak: Jeżeli chcesz się zakochać, to rób coś ekscytującego. Wtedy jest duża szansa, że dostrzeżesz kogoś, kto cię zauroczy. Jest jednak jeden warunek – ta osoba już na samym początku musi ci się spodobać. W stanie ekscytacji pierwsze wrażenie się potęguje i łatwiej może przerodzić się w zakochanie. Jesteśmy wtedy bardziej „podatni” na miłość. I są na to dowody w postaci wielu badań.

Ma pan na myśli eksperyment z mostkiem? To dosyć znane badanie, w którym mężczyźni przechodzili przez chwiejny mostek, na końcu którego czekała na nich piękna modelka. W nagrodę dawała im swój numer telefonu. Okazało się, że im mniej stabilny był mostek, tym uczestnicy częściej do niej dzwonili. Adrenalina, jaką odczuwali, zwiększała atrakcyjność dziewczyny. Ten eksperyment, jak  wiele innych podobnych, pokazał, że ekscytacja biologiczna w konsekwencji wysiłku fizycznego powoduje u badanych podniesienie atrakcyjności już i tak atrakcyjnych kobiet, jakie spotykali podczas eksperymentów. Co ważne, jeśli przed badaniem uczestnicy uznali dane kobiety za ładne, to ich atrakcyjność pod wpływem adrenaliny się zwiększała, a jeśli uznali je za mało atrakcyjne, to po przejściu przez most bardziej się im nie podobały.

Czyli uprawiajmy sport, podróżujmy, podejmujmy różne aktywności – będziemy mieli więcej okazji, by spotkała nas miłość. Ale też nie rozglądajmy się za daleko. W książce „Alfabet miłości“ przywołuje pan inny eksperyment: okazało się, że ludzie, którzy siadali obok siebie na wykładach, częściej się później zaprzyjaźniali. Rozwojowi uczucia sprzyja bliskie sąsiedztwo? Kiedyś ludzie byli znacznie mniej kochliwi niż teraz, bo występowało ograniczenie terytorialne. Poruszali się przede wszystkim pieszo lub na rowerach, o wiele rzadziej przemieszczali się zorganizowanym transportem i nieczęsto podróżowali w dalekie zakątki kraju czy świata. Dlatego też ponad połowa małżeństw w latach 60. była zawierana między osobami, które mieszkały mniej niż 10 kilometrów od siebie. Ta bariera geograficzna obecnie w ogóle zniknęła, głównie dzięki Internetowi.

Dzięki nowym technologiom mamy o wiele więcej szans na spotkanie tego jedynego czy tej jedynej, dlaczego więc coraz mniej osób uznaje, że im się to przydarzyło? Owszem, obecnie straszliwie poszerzyła się pula osób, spośród których można wybierać, ale o wiele częściej okazuje się to problemem niż szansą. Badania konsumenckie wyraźnie pokazują, że jeśli liczba dostępnych opcji przekracza pewien próg, to wybór staje się dla nas trudniejszy, jeśli nie niemożliwy. Jeśli mam cztery smaki dżemów, to mniej więcej wiem, który bym chciał, ale jeśli mam do wyboru 40, to moja decyzyjność spada. Wybór partnera różni się oczywiście od wyboru dżemu, ale zasada jest taka sama. Kiedyś w jednej wsi były, powiedzmy, dwie panny na wydaniu, które ze względu na atrakcyjność i pochodzenie stanowiły najlepszą partię i tylko spośród nich dobrze sytuowani kawalerowie mogli wybierać. W jakimś stopniu było im łatwiej niż na dzisiejszym rynku matrymonialnym.

Dziś trudniej jest kobietom, zwłaszcza tym wykształconym, zdolnym i atrakcyjnym, bo jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią im dorównać. Wyzwanie, przed którym stoją, określa pan sam jako „współczesny mezalians“. Kiedyś typowym zjawiskiem było coś, co się nazywało over-marriage – kobieta wychodziła za mąż trochę powyżej swojego statusu, wynikającego z urodzenia, coś na zasadzie związku Kopciuszka i Księcia. Kobieta wnosiła w związek coś, za co mężczyzna musiał zapłacić: pozycją społeczną lub dobrami materialnymi. Teraz na skutek emancypacji, jest coraz mniej mężczyzn, którzy są w lepszej od niej sytuacji. Zwykle kobieta musiała patrzeć trochę wyżej, a teraz musi patrzeć trochę niżej. Dużo wykształconych kobiet jest obecnie znacznie mniej zależnych od zasobów męskich, bo same mogą sobie je zgromadzić, i choć finansowo wychodzą na tym lepiej, to w kwestii związku już nie bardzo. To poważny społeczny problem.

Ale skoro nie musimy się wiązać, by mieć zapewnione finansowe czy jakiekolwiek inne bezpieczeństwo, i jesteśmy sobie równi, to może nas połączyć ze sobą wyłącznie miłość. To chyba dobrze? Dobrze czy niedobrze, na pewno ma to swoje konsekwencje. Żyjemy w świecie, w którym – szczególnie dla ludzi w średnim wieku – wybory matrymonialne przestały być ostateczne. To znaczy są ostateczne, ale tylko na pewien okres. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że o związek trzeba dbać, ale z drugiej strony mamy poczucie, że jak się nie uda, to się rozstaniemy. Szacuje się, że połowa zawieranych dziś małżeństw za kilka lat się rozpadnie. Małżeństwo nie jest już – jak kiedyś – gwarantem stabilizacji finansowej czy posiadania i wychowania dzieci. To możemy mieć dziś poza nim.

Czy w tej kwestii potrzeby kobiet i mężczyzn się od siebie różnią? Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają potrzeby wspólnotowe, czyli doznawania i udzielania wsparcia, ale jednak się między sobą różnimy. Najlepiej widać to na przykładzie podejścia do seksu, choć przekłada się to także na różne sposoby zaspokajania potrzeby kontaktu.

Kobietom zależy na tym, żeby ich związki były głębsze, ale może ich być niewiele – podobnie z seksem. Natomiast mężczyźni są za bardziej licznymi związkami, ale za to płytszymi. Dlatego też nasze dążenia trochę się rozmijają. Wynika z tego, że kobiety bardziej szukają partnera, a mężczyźni partnerek.

A kompromisem okazuje się seryjna monogamia. Czyli będziemy mieli wiele związków, ale za to z jednym partnerem? Wszystko na to wskazuje. Ale seryjna monogamia to wcale nie nowy koncept. Nasi przodkowie znali już taki model, tylko on inaczej się nazywał. Także mieli po kilka żon czy mężów, tylko o końcu związku decydowały raczej przyczyny naturalne niż potrzeba szczęścia bądź przyjemności – ich partnerzy życiowi po prostu umierali, dziś częściej umiera miłość.

Można powiedzieć, ze Henryk VIII też był seryjnym monogamistą. (Śmiech). Zgadza się. I większość małżeństw zawierał z miłości.

Bogdan Wojciszke profesor psychologii, profesor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się badaniem dynamiki bliskich związków, autor kilkunastu książek.

  1. Psychologia

Związki homo- i heteroseksualne - czym się różnią? Komu łatwiej się dogadać?

Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Płeć przeciwna pociąga i fascynuje swą odmiennością, a czy ta sama ułatwia porozumienie? Czego moglibyśmy się nauczyć o komunikacji i ustalaniu zasad w związku od par homoseksualnych, według badań, bardziej zadowolonych ze swoich relacji niż pary heteroseksualne? Pytamy psycholożkę Katarzynę Miller.

Co jest lepsze dla związku: jak jesteśmy do siebie podobni czy jak się różnimy? Nie wiem. Wiem natomiast, że jeśli ludzie są zafascynowani tym, jak bardzo ich ukochana czy ukochany jest różna czy różny od nich, to potem to samo zaczyna ich niesamowicie wnerwiać. Z kolei jeśli zakochują się w sobie, bo tak wiele ich łączy, to po kilku latach ten fakt też zaczyna ich wnerwiać. Wychodzi na to, że po pewnym czasie w związku każdego zaczynają wkurzać pewne rzeczy, i to jest chyba taki etap, przez który po prostu trzeba przejść.

Czy ma znaczenie, czego dotyczą te różnice? Może niektóre wkurzają bardziej, a inne mniej? Problemem są na pewno różnice światopoglądowe. Bo to w żadnym temacie nie idzie się dogadać, zarówno jak wychowywać dzieci, na kogo głosować, ale też jak uprawiać seks… Jedno uważa, że nie należy sypiać ze sobą przed ślubem, a drugie, że należy. Albo po ślubie jedno uważa, że skoki w bok nie są niczym strasznym, pod warunkiem że się kochamy, a dla drugiego to jest koszmar.

Ja jestem przywiązana do wyników badań, które mówią o tym, że najlepiej dogadują się ze sobą ludzie pochodzący z podobnych środowisk: wykształceni z wykształconymi, majętni z majętnymi, robotnicy z robotnikami. Choć, co też podkreśla psychoterapia, podobne środowisko może oznaczać tyle, że w domu były podobne problemy, niezależnie od tego, czy był to dom bogaty czy biedny, wielkomiejski czy wiejski. Ludzie podświadomie dobierają się na podstawie swoich haków, czyli ciemnych stron. Na poziomie świadomym ludzi chyba najbardziej fascynuje odmienność – zobacz, że zwykle spokojny facet woli wariatkę, a furiat lubi odpocząć sobie przy łagodnej. Najlepiej jak te różnice są komplementarne, czyli się uzupełniają: on uwielbia nowinki techniczne, za to ona organizuje najlepsze przyjęcia.

A gdyby tak ta podstawowa różnica – różnica płci została zniesiona… Czy pary jednopłciowe lepiej się dogadują? Jest im łatwiej czy trudniej? Pary jednopłciowe już z gruntu mają trudniej. Po pierwsze, mają mniej osób do wyboru, bo orientację homoseksualną ma jedynie ułamek społeczeństwa. Po drugie, nadal często towarzyszy im odium społeczne, zwłaszcza w kręgach tradycyjno-fundamentalistycznych. Rzucają się w oczy, wystają z tłumu. Czasem więc, dla własnego bezpieczeństwa, ukrywają swoją miłość.

Ale to może też – paradoksalnie – bardziej scalać ich związek. Razem przeciwko światu. Może też dawać poczucie, że tym bardziej trzeba tę miłość ochraniać. Gdy przypominam sobie życiorysy wielkich artystów gejów, a bardzo wielu jest wśród gejów artystów, to od razu rzuca mi się w oczy fakt, że bardzo trudno im było dobrać sobie partnera, który by odpowiadał im zarówno seksualnie, jak i środowiskowo. Dlatego tak częste są przykłady związków synów lorda z synem portiera. Ale geje w ogóle lubią przekraczać różne granice. Są całkowicie niestereotypowi, a poza tym bardzo uczuciowi i nadmiarowi – to właśnie moim zdaniem odróżnia pary homoseksualne od heteroseksualnych. Tam więcej się przeżywa – także kłótni, konfliktów, rozczarowań. To zawsze są bardzo silne emocje. Poza tym ich podejście do seksu cechuje promiskuityzm, czyli częste zmiany partnerów i podejmowanie kontaktów seksualnych często bez więzi uczuciowych.

Jest takie społeczne przekonanie, że dlatego właśnie związki homoseksualne są nietrwałe. Ja znam bardzo wiele trwałych związków homoseksualnych. Powiedziałabym nawet, gdyby ktoś mnie spytał, czy znam szczęśliwe pary, że znam jedną i to jest właśnie para gejów. Przez całe życie miałam przyjaciół gejów i dużo wiedziałam o ich życiu. Przyznam, że ich skłonność do ryzyka zawsze trochę mnie przerażała. Ale być może na takich trafiałam, to też mogą być kwestie osobowościowe.

Wśród twoich pacjentów zdarzały się osoby homoseksualne? Pamiętam zwłaszcza jednego chłopaka, przychodził do mnie sam, ale potem poznałam także jego partnera i ich krąg towarzyski. Obaj byli niezwykle wrażliwi i bardzo przejęci swoim związkiem, ale też byli dosyć młodzi, więc może to brało się z wieku. Na pewno problemy mieli bardzo podobne do par heteroseksualnych – martwili się, czy im się uda, czy jemu zależy tak bardzo jak mnie. Utwierdzili mnie w przekonaniu, że geje są nadwrażliwi, ale nie wiem, czy to samo powiedziałabym o lesbijkach. Być może wpływ na to ma fakt, że wszystkie pary lesbijskie, jakie znam, są ze środowisk zaangażowanych społecznie i związanych z pozarządowymi organizacjami – te dziewczyny są silne, przedsiębiorcze i inteligentne. Bardzo duże tu uogólnienie zrobiłam, ale cóż, takie pary właśnie znałam.

Przygotowując się do naszej rozmowy, trafiłam na artykuł Joanny Fielding w brytyjskim „Psychologies”. Przez lata była w związkach z mężczyznami, a teraz jest szczęśliwa w związku z kobietą. Powołuje się w nim na brytyjskie badania z 2013 roku, które potwierdzają, że pary homoseksualne są bardziej zadowolone ze swoich związków. Fielding twierdzi, że pary hetero mogłyby się nauczyć wiele od par homoseksualnych. Przede wszystkim ustalania własnych reguł. Ponieważ od zarania dziejów świat akceptował i promował pary heteroseksualne, jest bardzo silny wzór takiego związku. Pary homoseksualne nie są obarczone tym balastem. I mogą sobie ustalać zasady według własnych potrzeb i preferencji. Chcesz zmywać – będziesz zmywała, chcesz zarabiać pieniądze – zarabiaj, albo obie będziemy zarabiać. Nie masz ochoty dbać o dom – zatrudnimy panią do sprzątania a jeść będziemy na mieście. Jakoś sobie poradzimy. To cudowne i bardzo inspirujące. Choć założę się, że społeczeństwo i tak będzie im zaglądać pod stół i pytać, kto tam jest mężem, a kto żoną.

A zawsze jest taki podział? Czasem jest, a czasem go nie ma. Są na pewno różne typy lesbijek, tak jak są różne typy gejów. Są więc lesbijki w typie butch, które wyglądają prawie jak mężczyźni, i one często mają bardzo kobiece partnerki, w typie femme. I wtedy jest bardzo jasny podział. Natomiast myślę, że w seksie może być zupełnie inaczej, choć do łóżka nikomu nie zaglądałam. Ale wracając do poprzedniego wątku – zawsze powtarzam, że pary robią jeden podstawowy błąd: zanim się pobiorą, nie siadają razem i nie ustalają, na czym im najbardziej zależy, czego chcą w związku, a czego nie.

Kolejna wskazówka z artykułu – pary homoseksualne więcej rozmawiają. Wszystko na bieżąco przegadują. Odkładanie spraw na później, przełykanie problemów i pretensji, nieodnoszenie się do palących nas kwestii na bieżąco – to kolejny błąd, jaki popełniamy w związkach. Pary homoseksualne dzięki rozmowom bardziej siebie rozumieją i są siebie bardziej ciekawe.

Fielding twierdzi, że związki homoseksualne są kompletnie wolne od stereotypów. My lubimy zwalać winę na płeć: „on robi tak, bo jest mężczyzną”, „ona myśli to i to, bo jest kobietą”. Tu nie możesz użyć tego argumentu. Nie powiesz, że twoja partnerka jest wkurzona, bo pewnie okres jej się zbliża. Albo właśnie wiesz, że okres jej się zbliża i jak się może czuć. To bardzo ważne widzieć w drugiej osobie tę, którą muszę najpierw poznać, a nie zakładać z góry, jaka jest.

Nie sadzisz, że fakt, że większość par homoseksualnych nie ma dzieci, może wpływać na ich zadowolenie ze związku? Na pewno mogą bardziej się na sobie skupić, są bardziej wolni w sensie czasu, możliwości wyjazdu czy finansowych – wydają więcej pieniędzy na siebie i swoje przyjemności. Ja bardzo lubię nie mieć dzieci i bardzo lubię moje życie – wolne i swobodne. Oczywiście mam też w nim zobowiązania, ale wynikające z moich zawodowych decyzji, na które mam wpływ.

Czego twoim zdaniem moglibyśmy się nauczyć od par homoseksualnych, by być bardziej zadowolonymi w naszych związkach? Może właśnie tego zdrowego egoizmu? Lejtmotyw ostatnich lat mojej pracy terapeutycznej jest taki, żeby zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że ja jestem dla siebie najważniejsza i ty jesteś dla siebie najważniejszy. Szanujmy swoje odrębności, bądźmy wdzięczni za to, że się ze sobą spotykamy, bo wcale nie musimy. Nie czerpmy nieustannie z drugiej osoby, tylko dawajmy sobie wszystko, co najlepsze, a to, co nam zostanie, dawajmy partnerowi. Taki oświecony dwuosobowy egoizm.

  1. Psychologia

„Czy to właśnie ta?” - Gdy mężczyzna wiecznie szuka idealnej partnerki

Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (fot. iStock)
Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Mężczyźni często zastanawiają się, czy jest szansa, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. I bardzo dobrze – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„On nie może się zdecydować, nieustannie szuka, rozgląda się, odchodzi i wraca” – mówią mi młode kobiety. Jakby ciągle pytał: „Czy ta dziewczyna jest tą właściwą, z którą chcę się związać?”. Jak to sprawdzić? Ta czy nie ta? Wątpliwości są zrozumiałe i naturalne. Mogą świadczyć o tym, że mężczyzna poważnie traktuje zobowiązania. To bardzo dobrze, ponieważ związek pociąga za sobą daleko idące skutki szczególnie wtedy, gdy rodzą się dzieci. Pary, które się rozstają, w dalszym ciągu utrzymują ze sobą kontakt, bo wspólnie te dzieci muszą wychować. Decyzja o związaniu się z kimś określa więc sporą część życia.

Któż z nas zresztą nie miał wątpliwości? Kobiety i mężczyźni w długoletnich dobrych związkach mówią, że milion razy zadawali sobie pytanie, czy właściwie wybrali. Jeden z mężczyzn, patrząc na swoją piękną żonę, pół żartem, pół serio powiedział mi: „Codziennie dziękuję i codziennie żałuję!”. Może więc uznajmy, że te wątpliwości są wpisane w ludzką kondycję? Co innego, gdy wybraliśmy sercem, a potem w chwilach kryzysów rodzą się wątpliwości. Jest tu inna sprawa: mężczyźni na ogół nie ufają swojemu sercu. Bardzo dużo główkują, analizują, porównują, co sprawia, że wpadają w pętlę, z której nie ma wyjścia; nie mogą dokonać wyboru. Tak zwany zdrowy rozsądek podpowiada im, żeby jeszcze poczekali, bo to jednak jeszcze nie ta. A ten zdrowy rozsądek jest najczęściej kształtowany przez innych. Gdy nie ufamy wewnętrznej wiedzy, czyli temu, co czujemy, sercu, wtedy bardzo łatwo przejąć się tym, co mówią koledzy, mama, tata, różnymi radami, sugestiami, opiniami, ocenami. To tak jak we wschodniej przypowieści o ojcu i synu, którzy wędrowali z osiołkiem. Najpierw ojciec jechał na osiołku, a syn szedł obok. Przechodzący ludzie wyrzekali: „Jaka bezduszność! Chłopak ledwo nogami powłóczy, a ojciec sobie jedzie!”. Więc zamienili się miejscami – syn jechał na osiołku, a ojciec szedł obok. Ludzie nie mogli się nadziwić: „Jaka bezduszność! Siedzi sobie jak na latającym dywanie, a zmęczony ojciec idzie obok!”. Usiedli na osiołku obaj. „Jak można w ten sposób męczyć zwierzę!”. Zsiedli z osiołka i szli obok niego. „Po co wam ten osioł, skoro go nie używacie!”.

Ktoś z zewnątrz patrzy przez własne doświadczenia, przeszłość, potrzeby, własną mapę świata, swoje filtry, przekonania, ograniczenia, zranienia, przeniesienia. Bardzo ważne więc, abyśmy wspierając się informacjami od innych ludzi, ostatecznie podejmowali decyzję w oparciu o to, jak my się czujemy, bo ta wewnętrzna wiedza nigdy nas nie zawiedzie.

Jak to sprawdzić, że właśnie teraz kieruję się sercem, ufam sobie? Co czuję do tej kobiety? Co czuję, gdy jej nie ma? Czy mi jej brakuje? Co czuję na myśl o tym, że będziemy razem? A co, gdy sobie wyobrażam, że moglibyśmy się rozstać? Odpowiadając na te pytania, zwracam uwagę, co dzieje się w moim wnętrzu. To jest nieracjonalne, dlatego dla wielu mężczyzn może stanowić wyzwanie. Dla naszych przodków kierowanie się sercem było czymś naturalnym.

Co się stało, że serce straciło w męskich notowaniach? Jesteśmy wychowywani, kształtowani i edukowani w sposób, który ma rozwijać racjonalne myślenie, intelekt. Tyle tylko, że intelekt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, które dotyczą głębokich uczuć. To jedna przyczyna. Druga: mamy bardzo dużą podaż wszystkiego. Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który miał problem z zakupem żelazka; nie mógł się zdecydować, które wybrać. Gdy już – po długim czasie sprawdzania dziesiątków modeli – wybrał to najlepsze, doszedł do wniosku, że przydałaby się promocja. Gdy doczekał do promocji, na rynku pojawiły się nowe modele. I znów wątpliwości! Jesteśmy trenowani do tego, żeby kupić najlepsze, idealne.

I w promocji. Dziewczyna też ma być najwyższej jakości? Tak, idealna. Piękna urodą z okładek kolorowych czasopism. Seks z nią jak z baśni z tysiąca i jednej nocy. Zdrowa pod każdym względem, odporna. Gotuje. Rokuje na dobrą matkę. Zarabia, ambitna, stabilna. Idealni rodzice; teściowa do rany przyłóż, z teściem zawsze się można dogadać.

A promocja? Są bonusowe dodatki – wnosi do związku dom albo samochód, albo jedno i drugie. I wyobraźmy sobie, że on już „nabył”, zdecydował się. A po roku, dwóch przychodzą wątpliwości: „I na co mi to było! Na rynku taki wybór!”.

Gdzie ogień namiętności? Mężczyzna może potem do końca życia żałować, że coś ważnego przeoczył. Bo namiętność bywa groźna. Ogień ogrzewa, ale może też spalić, zniszczyć. Traci się kontrolę, racjonalność. Tutaj ważny jest element decyzji, wyboru: „Tak, otwieram się na ten żywioł”. Jeśli jednak się otwieram, to za nim podążam i nie wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Wszystko może się zdarzyć. Nigdy nie ma sto procent pewności, jak potoczy się relacja. Życie bywa nieobliczalne. Najzdrowsza kobieta może poważnie zachorować, może się nam urodzić niepełnosprawne dziecko. Mimo najlepszych chęci możemy nie odnieść sukcesu. To przecież całkowita katastrofa dla racjonalnego męskiego umysłu, który kocha planować, kontrolować, wytyczać i osiągać cele. Jeśli już myślimy w kategoriach sukcesu o związkach, o miłości, musimy przyjąć zupełnie inne kryteria niż te powszechnie obowiązujące; że sukces jest wtedy, gdy wszystko świetnie się układa. Co może być tym nowym kryterium? To, że podążyłem za sercem, a nie sugestiami i namową otoczenia. To prawdziwy sukces – mimo tylu różnych wpływów odważyłem się zaufać sobie. Podjąłem decyzję samodzielnie, czyli z akcentem na dzielność. Kolejnym kryterium sukcesu jest wspólne przechodzenie przez różne kryzysy, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. To, że potrafimy sobie wybaczać. Że potrafimy przechodzić przez rozczarowanie, które w istocie jest przemijaniem idealistycznej fazy miłości. Ani kobieta, którą pokochaliśmy, nie jest taka, jak myśleliśmy, ani my nie jesteśmy tacy, jak mogłoby się wydawać. A wtedy odkrywamy jeszcze większe bogactwo rzeczywistości. Kolejne kryterium sukcesu – gdy wzajemnie uczymy się siebie wciąż od nowa, poznajemy sposoby na to, jak mimo tych różnic, rozczarowań budować związek w oparciu o nowe możliwości.

Jedno jest pewne, jeśli decydujemy się być razem jedynie dla przyjemności, z góry skazujemy siebie i związek na nieszczęście.
Ale przecież trudy życia, konflikty, kryzysy pojawiają się także dlatego, że oboje jesteśmy indywidualistami, którzy czasem ścierają się ze sobą. To dobrze, że związek jest dynamiczny. Dobrze mieć partnerkę, która jest indywidualnością. Mężczyźni, mimo że tego nie werbalizują, często zastanawiają się, czy jest szansa na to, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. Jesteśmy więc otwarci na radość, ekstazę, a jednocześnie na znoszenie trudów, które na pewno się pojawią.

Popatrz na rodzinę, zanim się zdecydujesz – radzą czasem mądrzy ludzie. To ma sens? Czy depresyjna matka niedobrze rokuje, jeśli chodzi o związek z jej córką? Najważniejsze, co czujemy do siebie i jak czujemy się ze sobą. Na tym się opieramy. Aczkolwiek poznanie rodziny, oczywiście, ma sens. Mężczyzna ma okazję przyjrzeć się temu systemowi, jego mocnym i słabym stronom. Jeśli zdecyduje się na związek, wkrótce zacznie do tego systemu należeć. Lepiej, żeby wiedział, co to za ludzie, jak się komunikują, bo wtedy ma większą możliwość dostrojenia się do nich tam, gdzie to możliwe, i postawienia granic tam, gdzie to potrzebne. Znając system rodzinny kobiety, będzie też lepiej ją rozumiał.

A kwestia dzieci – powiedzmy, że ona bardzo chce je mieć, on absolutnie nie chce. Chociaż zdarza się też na odwrót. Co wtedy? Kochamy się, ale w tej sprawie jesteśmy na dwóch różnych biegunach. Wtedy on może zadać sobie pytanie: „Czy zależy mi na tej kobiecie wystarczająco mocno, żeby zrezygnować z tego, czego chciałem? Być może nie chciałem dzieci, nie planowałem ich, jednak bardziej zależy mi, żebyśmy byli razem, więc decyduję się na nie”. Tym bardziej że często potem okazuje się, że tacy mężczyźni są bardzo dobrymi ojcami i po latach nie wyobrażają sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie bez dzieci. Ważne, żeby mężczyzna od początku wiedział, miał jasność, czy jest gotów zaakceptować siebie jako ojca w rodzinie. Jeśli nie będzie miał takiej jasności i zgody, unieszczęśliwi kobietę, a związek wystawi na poważną próbę.

Co z miłością do kobiety z chorobą alkoholową albo uzależnionej od leków czy narkotyków? Jak w takiej sytuacji decydować o przyszłości? Wtedy trzeba postawić warunek: kobieta musi się leczyć. I że to ma być poważne leczenie, a nie „no, to się powstrzymam”. Grupy wsparcia, intensywna indywidualna psychoterapia, przejście przez cały proces odwykowy. Ważne, aby kobieta robiła to z zaangażowaniem, żeby jej zależało. Podjęcie leczenia dotyczy wszelkiego rodzaju uzależnień, zaburzeń i chorób. Fatalnie, gdy mężczyzna zakłada, że to on będzie lekarstwem, że on ją uzdrowi. To nie jest jego rola.

Miłość góry przenosi, wybacza i uzdrawia. To prawda i tego bym się trzymał. Miłość leczy, koi, wspiera i wybacza, jednak nie zastępuje profesjonalnej pomocy, terapii odwykowej czy jakiejkolwiek innej. Nie wchodzimy w rolę terapeutów dla swoich partnerów.

Ona nie je mięsa, on mięso pożera. Ona buddystka, on katolik. To szansa dla obojga na rozwijanie większej otwartości, elastyczności, akceptacji; na poszerzanie świadomości. Na pierwszy rzut oka to są różnice, jednak wiele łączy tych dwoje, na przykład to, że pozostają wierni swoim wartościom. Że wzajemnie akceptują swoją inność. Przypuśćmy, że w takim związku rodzą się dzieci. Jak je wychowywać? Rdzeń wszystkich ścieżek religijnych i duchowych jest taki sam: mamy być współczujący, nie szkodzić innym, szanować życie itd. W tym duchu możemy wychowywać dzieci, ponieważ wartości są wspólne. Dobrze rozmawiać nie tylko o tym, co nas dzieli, ale także o tym, co nas łączy; co jest dla nas ważne i cenne. Wbrew pozorom wszystkich nas, kobiety i mężczyzn, łączy bardzo wiele.  Pod powierzchnią różnic możemy odczuć odprężenie i ciepło.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Wszyscy jesteśmy uzależnieni od iluzji miłości

Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. Hazard, alkohol to nałogi, bez których można żyć. Żyć bez miłości nie można – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. – Kobiety są bardziej bezradne wobec iluzji miłości. Mężczyźni wpadają w nałóg zakochiwania się. A to razem świadczy o głodzie miłości – dodaje Iwona Firmanty, coach. 

Logujesz się na zagranicznych portalach randkowych, a tam są oni, ci, którzy specjalnymi algorytmami odnajdują kobiety zamożne, ale niepewne siebie. I zaczynają z nimi grę w iluzję miłości. Konwersują: SMS-y, mejle. Rano pytają: „Czy już wstałaś, dziubku?”, a wieczorem: „Czy już się przygotowałaś na jutro, papużko?”. Dają fantastyczne dowody miłości, im bardziej ona ich potrzebuje. Skamerzy to zawodowcy – skanują kobiety pod kontem psychologicznym. Szukają tych z dorobkiem i nawijają im makaron na uszy, by potem zastosować jeden z systemów. Na przykład „na żołnierza”: „Chciałbym do ciebie przylecieć, ale armia nie przesłała mi pieniędzy. Przyślij mi na bilet, zwrócę, jak się zobaczymy”. Mają niby-zdjęcia i niby-historyjki o sobie, które szarpią serce: „Czemu jestem sam? Miałem żonę i dziecko, ale zginęli”. Mają opowieści uwiarygadniające: „Babcia mieszka w Berlinie, więc co to dla mnie za problem przylecieć do niej i odwiedzić Polskę”. I kobiety się nabierają. Albo nie: – Jedna z moich klientek – mówi Iwona Firmanty – podczas rozmowy z mężczyzną podała słuchawkę koleżance, która mieszka w USA, bo za nowojorczyka podawał się jej ukochany. Koleżanka powiedziała: „To nie jest biały z klasy średniej, to Afroamerykanin bez wykształcenia, który go udaje”. Zdarza się, że kobieta przytomnieje i myśli: „Zaraz, dlaczego on tak do mnie wydzwania? Właściwie mnie nie zna. Widział jedno zdjęcie i już mnie tak kocha?”. To jednak zdarza się rzadko.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Wojciech Eichelberger: – Miłość jest esencją życia. Jedni dostają ją w sposób naturalny, inni nie i ci właśnie są skłonni kupować jej iluzję nawet po bardzo wysokiej cenie. Nie mówmy więc o uzależnieniu od miłości, ale od iluzji miłości. To szczególnie niebezpieczne dla kobiet w czasie menopauzy. Do niedawna większość pań nie dożywała klimakterium, wycieńczona licznymi porodami. Nie ma więc jasnego przekazu kulturowego podpowiadającego kobietom, jak żyć po klimakterium. Jedyny, jaki istnieje, doradza wycofanie się, abstynencję seksualną i przygotowywanie do odejścia z tego świata. Ale współczesne kobiety słusznie odrzucają ten smutny model. Starają się żyć jak dotąd, jak zwykle, być aktywne zawodowo, życiowo i seksualnie. Tym bardziej że uwolnione od lęku przed ciążą przeżywają renesans seksualnej mocy. Ponieważ jednak nawet w oczach swoich żegnających się z libido męskich rówieśników stają się przezroczyste, często wchodzą w kiepsko rokujące związki z młodszymi mężczyznami. Ci najczęściej okazują się trutniami, którzy wyspecjalizowali się w tym, by urządzać się w życiu, dostarczając kobietom tego, czego najbardziej potrzebują: czyli złudzenia zachwytu, pożądania i bezpieczeństwa. Dla kobiet, które nie miały szczęśliwych związków, to miłosny Disneyland.

Czy to jest uzależnienie, jeśli ona mu uwierzy i da się wykorzystać? No i jak to się dzieje? – Kobiety przepisują majątek na męża, gdy ten twierdzi, że na przykład dzięki temu założy firmę albo wejdzie w spółkę z biznesmenami, których właśnie poznał, i przestanie być na utrzymaniu żony – mówi mecenas Tomasz Romanowski. – Zdarza się też, że zamożne kobiety niedawno poznanemu mężczyźnie, z którym łączy je relacja intymna, powierzają kilkaset tysięcy, bo ten obiecał zainwestować je z zyskiem. Pieniądze często pochodzą ze sprzedaży dorobku życia. W sądzie okazuje się, że na te sumy nie ma najmniejszego pokwitowania. Sposobów na wyłudzenie jest wiele, np. kobieta finansuje budowę domu na ziemi należącej do rodziny partnera. Zakłada, że będą tam razem żyć. Tak się nie dzieje, a w myśl prawa dom nie jest jej własnością. Problemy nawarstwiają się, gdy kobieta przyjmuje obywatelstwo egzotycznego kraju męża. Tam bywa bezradna wobec prawa, które decyduje w sposób dla niej niekorzystny o jej majątku.

– Popyt na zaślepienie iluzją świadczy o tym, jak bardzo sfrustrowana jest kobieca potrzeba romantycznej, zmysłowej miłości – mówi Eichelberger. – Kobiety są gotowe niemal świadomie kupować tę iluzję. Po szarym i trudnym życiu pragną choćby kilku rozkosznych nocy. Nie popieram życia iluzją, bo psychoterapia polega na jej porzucaniu. Ale świadomy wybór iluzji nie jest już życiem w iluzji. A deficyt czasu, uwagi i miłości, jaki panuje we współczesnym świecie, wytwarza ogromny popyt i na taką uświadomioną fikcję. Równie dobrze moglibyśmy się śmiać z ludzi, którzy płacą za bilet, by ulec iluzji kina. Ale jeśli taka kobieta przyjdzie do psychoterapeuty, to znaczy, że życie w uświadomionej iluzji nie zaspokoiło jej potrzeb. Wtedy może odkryje, że pozwoliła odebrać sobie nadzieję na prawdziwą miłość. To, że tak wielu myśli, że nie zasługują na miłość z prawdziwego zdarzenia, jest najgroźniejszą iluzją, która napędza wszystkie uzależnienia. Na szczęście wgląd psychologiczny, a jeszcze bardziej duchowy obalają tę fikcję.

Młode kobiety na uczuciowym głodzie

Iwona Firmanty: – Wydaje się, że ona się zakochała i jej nie wyszło, co w tym dziwnego? Potem znów się zakochała i znów pech. Nikogo to nie dziwi. Ale jeśli popatrzymy na to, co się w tym jej zakochaniu dzieje, zobaczymy, że to nie pech, ale uzależnienie.

Kobiety uzależniają się od mężczyzn, i to od tych zimnych emocjonalnie, z powodu tego, co wyniosły z domu. Matka skupiona na ojcu, który np. pił, zauważała córkę dopiero, kiedy ta przynosiła piątki. Nie dawała jej komplementów, bliskości i ważności. Dlatego Magda nauczyła się, że tylko jeśli będzie przynosiła jeszcze lepsze wyniki, to rodzice ją pokochają, a ona poczuje, że to dobrze, że jest na świecie. Do tej pory nie słyszała od nich nic, co by to potwierdziło. Wymyśliła więc, że narodziła się przez przypadek i dlatego nie odczuwała sensu życia. Poza tym, kiedy zaczęły jej rosnąć piersi, nałożyła workowate ciuchy, żeby nie pokazywać, że przestaje być dziewczynką. Rodzice z problemami z seksualnością zaszczepili je w rodzącej się kobiecości córki.

Uwagę takich dziewczyn zawsze zwracają faceci otwarci, którzy nie mają problemu z nawiązywaniem kontaktów. Oni adorują kobiety superatrakcyjne, które pokazują swoje walory. A te niekochane obserwują ich z daleka i fantazjują, że to one są tymi superkobietami. – Uzależniona od miłości wtapia się w oczekiwania mężczyzny: farbuje włosy, odchudza się, ubiera w stylu, którego nie lubi, ale który on lubi – mówi Firmanty. – Chodzi po domu w różowych pióreczkach tylko dlatego, że on tego chce. Dla mężczyzny idzie na inne studia, niż chciałaby, bo on musi pochwalić się w towarzystwie, że ma żonę z sensowym według niego wykształceniem.

Magda, kiedy zakochała się w Krzyśku, zmieniła się w laskę. On ją szybko zauważył, a że ona miała ogromny głód miłości, w pełni go zaakceptowała. Krzysztof więc się z nią ożenił. Ale ich szczęście nie trwało długo, bo wkrótce został bezrobotny, a potem brak sukcesu zawodowego sprawił, że zaczął pić. Magda, jak przed laty jej matka, uznała, że dobro mężczyzny jest najważniejsze i chodziła do pracy już nie na osiem, ale na 12 godzin. Zasada jest prosta – im bardziej on ma problemy z alkoholem, hazardem itp., tym bardziej ona zaciera ręce, że będzie mu potrzebna. A więc zagłuszy własny ból. Mimo takiego poświęcenia związek sypał się jak domek z kart. Zaczęli spać w dwóch oddzielnych łóżkach.

– Kobiety uzależnione biorą większą odpowiedzialność za związek niż faceci i w ten sposób kastrują partnera – mówi Firmanty. – Chcą też dosłownie kontrolować jego seksualność, bo seks to dla nich dowód miłości. Jeśli od kilku dni się nie kochają, stają się nachalne. A dla mężczyzny to niekobiece zachowanie, a więc o seksie tym bardziej nie ma mowy.

Magda poczuła, że Krzysiek oddala się od niej, i jak alkoholiczka, która wie, że za chwilę zamkną monopolowy, zaczęła szukać nowego mężczyzny. Poznała sprzedawcę, a sprzedawca potrafi się sprzedać, więc ta znajomość przerodziła się w płomienny romans. Też dlatego, że uzależnione od miłości zakochują się od pierwszego wejrzenia. Magda jednak szybko zepsuła i tę znajomość. Pisała do niego SMS-y – kilkanaście dziennie. Fantazjowała o nim, wyręczała we wszystkim, nie stawiała granic. Wkrótce więc i on miał jej dość. Tak straciła obu, gdyż uznali ją za bezwartościową.

– Kochająca obsesyjnie ma silną potrzebę spotkania, kontaktu, dotknięcia, już teraz! Ukochany działa na nią jak substancja uzależniająca. Jest nim naćpana – mówi Firmanty. – Mężczyźni, których kobiety uzależnione wybierają, też zazwyczaj nie zaznali w domu miłości. Ale męski sposób radzenia sobie z tym jest inny, to zamknięcie w sobie. Oni mają wewnątrz chłopca z pampersem, ten chłopiec płacze za miłością, ale na zewnątrz staje się wyrachowany, zalicza dziewczyny, szukając miłości, której nie otrzymał w domu. Kobieta uzależniona wie, jak dostać się do chłopca z pampersem. Na początku robi to, co trzeba: otwiera się na mężczyznę, w pełni go akceptuje. Daje mu totalną miłość, jest na każde skinienie. Ale w pewnym momencie przekracza granicę, nie wystawiając ręki po coś w zamian. A w miłości musi być wymiana, inaczej ten, kto dostał za dużo, myśli: „Pewnie to, co mi dała, jest bezwartościowe. A może to ona jest bezwartościowa?”. I koniec.

Męskie motyle w brzuchu

– Uzależnienie od zakochiwania się to uzależnienie od endorfin – mówi Iwona Firmanty – od podziwu, jaki daje druga osoba, od efektu pierwszego wrażenia. Częściej padają jego ofiarą mężczyźni.

Robert elektryzuje kobiety, tak dobrze wygląda i ma taką energię. Ale gdy siada na kanapie coacha, okazuje się, że tak jak Magda nie dostał w domu miłości. A że był trzecim z rodzeństwa, więc jego starsi bracia byli zajęci obowiązkami, mógł się pozastanawiać, jak pozyskiwać więcej uważności, bo też Bozia nie dała mu ani wzrostu, ani urody. Nauczył się jednak, co robić i w jaki sposób rozmawiać z kobietami. Dziś ma 38 lat, ale nie wyrywa się do związku. Za to jeśli co weekend nie znajdzie nowej kobiety, czuje się niekompletny. A każda kolejna, z którą się spotyka, jest dla niego zabawką. Jak każdy uzależniony od zakochania się ucieka przed budowaniem miłości, bo wie, że nie zbuduje zdrowej relacji. Bywa to nazywane anoreksją uczuciową, bo tego sobie właśnie odmawia: prawdziwego uczucia, czyli miłości.

Co robić, kochani?

Przepracować trudności z dzieciństwa. Oduczyć się nałogowych zachowań. Komunikować ze sobą, czyli z małą dziewczynką albo chłopcem, i zadbać o ich szczęście. Zrozumieć, jak społeczeństwo służy uzależnieniu od miłości. – To ogromne żniwo ludzkie, które terapeutyzujemy – mówi Iwona Firmanty. – Wzięło się z zimnego chowu, ze sfokusowania rodziców na wyniki, a nie na miłość. Inżynierowie, naukowcy, biznesmeni to nasi główni klienci. Skupieni na wynikach zapominają o tym, co nieuchwytne, ale najważniejsze. Jeśli nie zaczniemy wychowywać dzieci w duchu miłości, a nie sukcesu, to gotowych do niszczącej iluzji miłości będzie coraz więcej. – Żyjemy w świecie, w którym sprzedaje się coraz więcej iluzji. Już niedługo iluzje miłości i seksu będą sprzedawane masowo. Stymulatory i awatary zastąpią z wolna realny kontakt z realnym człowiekiem – mówi Wojciech Eichelberger. – Od wieków wielu mężczyzn i wiele kobiet korzysta z usług prostytutek, udając, że to nie jest transakcja, wypierając ze świadomości to, że wszystko jest w tej relacji udawane. Bo nawet iluzja, jeśli w nią bez reszty uwierzymy, potrafi zaspokajać nasze ważne potrzeby. Także potrzebę doświadczania zachwytu, pożądania, ufności i miłości. To smutne, ale skoro pomaga przeżyć, nie sposób tego potępiać. Wygląda więc na to, że iluzja miłości będzie towarem coraz bardziej poszukiwanym.

  1. Psychologia

Potrzeby innych są ważniejsze? Bądź dobra także dla siebie

Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata. (Fot. iStock)
Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jesteś miła, choć zalewa cię złość? Rezygnujesz z własnego komfortu dla czyjejś wygody? Machasz ręką, bo nie chcesz kłopotów? Jeśli tak, to ten tekst jest dla ciebie

Jesteś miła, choć zalewa cię złość? Rezygnujesz z własnego komfortu dla czyjejś wygody? Machasz ręką, bo nie chcesz kłopotów? Jeśli tak, to ten tekst jest dla ciebie.

W życiu rzadko sprawdza się reguła z bajek, że za dobro spotyka nas nagroda. To nie oznacza od razu, że powinnaś stać się wyrachowana i zła – nadal bądź dobra, ale najpierw dla siebie. Jeśli potrzeby innych są dla ciebie ważniejsze, pora to zmienić.

W poszukiwaniu akceptacji

To w dużej części kwestia kulturowa – ciekawy, ale i drażliwy temat w dobie aktualnej dyskusji o tym, czym jest gender. Choć kochany chce być każdy, to kobiety zabiegają o to bardziej niż mężczyźni. Mają mniej pewności siebie i postawę bardziej altruistyczną – w końcu jako potencjalne przyszłe matki jesteśmy szkolone od dziecka, by opiekować się innymi. Badania przeprowadzone w 13 krajach dowodzą, że Polki i Japonki oceniają się najsurowiej. Często umniejszamy własną wartość, „nie pchamy się na afisz”, nie doceniamy się – nic dziwnego, że za krztynę zachwytu gotowe jesteśmy oddać pół królestwa.

Nieobdarzanie siebie uwagą, czułością i troską może wynikać też z głęboko zakorzenionego przekonania, że na to nie zasługujemy, że inni i ich oczekiwania są ważniejsze. Potrzeba bycia w grupie, a więc akceptacji, jest jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb. Nikt nie chce żyć na marginesie, bo przynależność do grupy daje poczucie bezpieczeństwa. Dlatego gotowi jesteśmy pomniejszać swoje sukcesy, nie doceniamy tego, co już osiągnęliśmy, za to z łatwością dostrzegamy zasługi innych. Bywa, że bezpodstawnie, byle się przypodobać i należeć do „stada”.

Sucha studnia

Jest takie powiedzenie, że ze suchej studni nikt nie ugasi pragnienia. Jeśli chcesz poświęcać czas i uwagę innym – super. Jeżeli przynosi ci to radość i spełnienie – jeszcze lepiej. Ale pamiętaj, że aby napoić innych, sama musisz być napełniona. Dlatego więc przede wszystkim trzeba zadbać o realizację własnych potrzeb. Spychane na bok po to, aby zadowolić innych, ujawnią się jako frustracja, rozczarowanie, poczucie krzywdy, na dłuższą metę „zmarnowane życie”. Tylko mając poczucie pełni, możemy dzielić się z innymi swoimi darami. Nie oczekując nic w zamian. Bo jeśli wszystko mam, to niczego mi nie brak. Także niczyjego uznania (choć jest ono oczywiście miłe, i jeśli je dostaniemy, to przyjmiemy je z radością i wdzięcznością). Dobrze jest się dzielić, bo tak chcemy, być zaangażowanym w pracę, bo to nas rozwija i służy dobru innych, a nie dlatego, że musimy, nie po to, by wypełnić cudze oczekiwania (jako „dobra żona”, „dobra matka” czy „dobry chrześcijanin”). W przeciwnym razie, gdy nie dostaniemy nic w zamian, poczujemy się skrzywdzeni.

Sprawdź, jak się postrzegasz

Jak zapełniać tę studnię, by móc potem z niej czerpać? Nie światem zewnętrznym, nie innymi ludźmi, ale realizując własne marzenia (cele – jeśli wolisz) i dbając o siebie. Dopiero wtedy możesz napoić innych.

Ćwiczenie: Jaka jestem

Gdy poszłam wiele lat temu na szkolenie samoobrony dla kobiet WenDo, dostałyśmy polecenie, by z liter, które składają się na nasze imię i nazwisko, ułożyć krzyżówkę z samymi pozytywnymi przymiotnikami na swój temat – „R” jak radosna, „T” jak troskliwa itd. Ty też tak zrób – weź kartkę i długopis, nastaw stoper na 10 minut i pisz. Jeśli twoje imię i nazwisko składa się z 16 liter, przymiotników musi być 16, jeśli z 10, to 10. Może być więcej, ale nie mniej. Litery imienia i nazwiska mogą znajdować się w dowolnym miejscu każdego przymiotnika – na początku, na końcu lub w środku.

Na przykład:

Napisałaś? Czy przez 10 minut udało ci się zebrać pozytywne cechy samej siebie, z którymi się zgadzasz, ze wszystkich liter swojego imienia i nazwiska? Przyszło ci to łatwo czy z trudem? Mogłabyś na głos, przed audytorium, przeczytać je o sobie z pełnym przekonaniem? Nie wstydząc się? Nie uznając, że nie wypada tak się chwalić? Proszę, przeczytaj.

Przyznam się bez bicia, że dziś robię to błyskawicznie i bez wahania, mam dla siebie uznanie na wielu obszarach i myślę o sobie dobrze (co nie znaczy, że pozbyłam się wszystkich mankamentów albo że nie jestem ich świadoma). Ale wówczas, parę lat temu, z moich 16 liter byłam w stanie stworzyć tylko siedem pozytywnych opinii na swój temat. Dużo łatwiej było mi wtedy wypisać, jak jestem niedoskonała. Wówczas w moich oczach wszyscy inni wydawali się ciekawsi, lepsi, bardziej interesujący ode mnie. Cóż to była za łaska, móc przebywać z nimi. Czerpać od nich, grzać się w ich blasku.

– Wszyscy mamy potrzebę miłości i akceptacji ze strony innych ludzi, ale nie potrafimy zaakceptować i pokochać samych siebie – mówi Don Miguel Ruiz w książce „Cztery umowy”. – Im bardziej się kochamy, tym mniej się nad sobą znęcamy.

Pamiętaj, że obraz samej siebie, który wynika dziś z tej krzyżówki, to nie jest prawda obiektywna. To sposób myślenia o sobie samej na ten moment. Jeśli trudno ci było powiedzieć o sobie coś dobrego, to następnym razem na pewno będzie dużo łatwiej. Powtarzaj to ćwiczenie co jakiś czas, gdy już poczujesz się ze sobą lepiej.

Zauważ, czego brak ci do szczęścia

By wiedzieć, czego ci brakuje, sprawdź najpierw, w jakich obszarach masz największe deficyty – to ci pomoże zobaczyć, w jakim miejscu dziś jesteś, co realizujesz, a co wymaga dopełnienia, byś sama ze sobą czuła się lepiej i miała większy stopień satysfakcji z własnego życia.

Ćwiczenie na poziom satysfakcji życiowej

Wypisz na kartce to, co jest dla ciebie w życiu najważniejsze – osiem obszarów. Narysuj koło i podziel je na osiem równych części, a następnie wpisz obszary w koło – w każdej z ośmiu części jeden obszar, np. życie zawodowe, życie uczuciowe, relacje z innymi, zdrowie, finanse, rozwój osobisty itd., słowem wszystko to, co jest dla ciebie ważne. Następnie określ, w skali od 1 do 10, w jakim stopniu jesteś zadowolona z tego obszaru. Sprawdź, co najbardziej wymaga rozwoju, o co w pierwszej kolejności dobrze byłoby zadbać.

Możesz też, jeśli wolisz, rozrysować te obszary w słupkach i ustawić według wartości procentowej – od tego, który przynosi ci najwięcej satysfakcji, do tego, o który zadbałaś dotąd najmniej. Pomyśl, czy jesteś zadowolona z poziomu realizacji twoich życiowych ważnych obszarów. Jeśli tak – to gratuluję, możesz – jeśli tylko chcesz – wyznaczyć sobie nowe cele lub dzielić się tym, co masz, z innymi.

Jeśli któryś z obszarów wydaje ci się mocno zaniedbany, pomyśl, co powinnaś zrobić, by te deficyty uzupełnić i żyć w lepszej równowadze. Pamiętaj, by nie pozostać na zbyt ogólnym poziomie, więc jeżeli uznasz, że nie jesteś zadowolona z jakiegoś obszaru, np. finansowego albo dotyczącego relacji z innymi, to na oddzielnej kartce wypisz konkretnie, co chcesz osiągnąć, i zrób plan, z terminarzem – czyli określ w czasie, co zrobisz i do kiedy, by to poprawić.

To ćwiczenie da ci, oprócz wglądu w to, w jakim miejscu jesteś dzisiaj, także świadomość wpływu na swoje życie. Bo to od ciebie zależy, który obszar może dać ci w przyszłości poczucie większego zadowolenia. Zastanów się też: „skoro ten obszar jest dla mnie ważny, a tak mało jestem z niego zadowolona, to co mnie blokuje, że dotąd nie rozwijałam go w satysfakcjonujący dla mnie sposób?”. Może jesteś nie dość asertywna? Może brakuje ci odwagi, by podjąć poważną decyzję i odkładasz ją na nieokreśloną bliżej przyszłość? Może boisz się, że coś innego przez to stracisz? Pamiętaj, to, co cię zatrzymuje, nie pozwoli ci pójść naprzód. Cudowne rozwiązania same się nie znajdą – podejmij decyzję, co naprawdę jest dla ciebie ważne, i zajmij się tym już teraz. Powtórz za pół roku to ćwiczenie (wpisz od razu do kalendarza termin, żeby nie zapomnieć) i porównaj oba wykresy – sprawdzisz w ten sposób, czy realnie masz wpływ na satysfakcję ze swego życia. I zapełnianie swojej studni.

Siej, a plony wzejdą

Świadomość własnego bogactwa, budowanie na zasobach, a nie deficytach, jest bardzo wzmacniająca – nie chodzi o to, by oderwać się od innych, nie potrzebować ich – przeciwnie. Bądźmy z innymi, ale z innych powodów i z innego poziomu. Nie żeby otrzymywać od nich akceptację i miłość, która nas wypełni i sprawi, że poczujemy się lepiej, ale z poziomu bogactw, którymi same dysponujemy, by się nimi wymieniać, obdarowywać nawzajem, dzielić. Kochajmy innych, ale najpierw siebie.

Jeśli kochamy siebie, nawet jeżeli inni nie odwzajemnią naszych darów, nic nam nie ubędzie, ponieważ nie robimy tego z zamiarem, żeby dostać coś w zamian – bo wszystko, czego pragniemy – już mamy. Inni nie muszą wypełniać nam już pustki w sercu, bo sami sobie to zapewniamy.

Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata, ale to droga, na którą warto wejść, by wieść szczęśliwe, dobre, satysfakcjonujące życie. I zdrowe, bo jak dowiedziono, to, jak o sobie myślimy, wpływa na nasze samopoczucie, a samopoczucie na odporność organizmu. Dbanie i troska o siebie mają zbawienny wpływ nie tylko na to, co i jak o sobie myślimy, ale też jak się czujemy.

Jak zacząć? Sondra Ray, autorka wielu książek poświęconych rozwojowi osobistemu, miłości i samoakceptacji, proponuje: „Chwalić siebie i werbalnie wyrażać dla siebie uznanie, akceptować wszystkie swoje działania, mieć zaufanie do swoich możliwości, sprawiać sobie przyjemność bez poczucia winy. Kochać siebie to kochać swoje ciało i zachwycać się swoim pięknem, to dawać sobie to, czego pragniesz, z poczuciem, że na to zasługujesz. Kochać siebie to pozwalać sobie na wygrywanie, to dopuszczać do siebie innych, zamiast godzić się na samotność. Kochać siebie to kierować się własną intuicją, to odpowiedzialnie tworzyć swoje własne zasady. Dostrzegać własną doskonałość, sobie przypisywać zasługi za to, co się zrobiło. To nagradzać się i nigdy się nie karcić. To mieć do siebie zaufanie, karmić się dobrym pożywieniem i dobrymi myślami. Otaczać się ludźmi, których obecność ci służy. Uważać siebie za równego innym. Wybaczać sobie. Pozwalać na czułość. Być dla siebie autorytetem, zamiast cedować to na kogo innego. Rozwijać swoje twórcze impulsy”.

Uwolnij i wypuść

Za cokolwiek jesteś na siebie zła – za nietrafione decyzje, niesprawiedliwe traktowanie innych, brzydkie uczynki, cokolwiek sobie wyrzucasz – pomyśl, że to się wydarzyło, bo miałaś inną wiedzę na temat siebie i świata, że byłaś w innym miejscu, innym czasie, mniej świadoma. Dziś jesteś kimś innym – wzrastasz, tamtej ciebie już nie ma. Uwolnij tę dziewczynę i wypuść na wolność, a ty idź dalej już sama.

Ludzi, których po drodze spotkasz, traktuj z życzliwością, ale nie większą niż siebie. Gdy będziesz pełna miłości i współczucia dla siebie, relacje z innymi same się ułożą. I skupiaj się na zasobach, nie deficytach – buduj na tym, co masz. Przede wszystkim jednak bądź dla siebie dobra. Od tego się wszystko zaczyna i na tym kończy. Wtedy świat otrzyma stosowny komunikat. Da ci ani mniej, ani więcej, niż ty sama sobie dajesz.

Zastosuj od zaraz:

  • Nie żyj życiem innych, tylko swoim.
  • Bądź łagodna, ale stanowcza.
  • Przyznawaj innym prawa takie jak sobie, a sobie takie jak innym – nie większe i nie mniejsze.
  • Kieruj się współczuciem, pomagaj innym, ale nie swoim kosztem.
  • Angażuj się w to, w co wierzysz.
  • Pamiętaj, że nic nie musisz, wszystko możesz.
  • Doceniaj siebie.