1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Felieton Hanny Samson: Prawo wyboru

Felieton Hanny Samson: Prawo wyboru

123rf.com
123rf.com
"Pokot" Agnieszki Holland to ważny głos w obronie bezsensownie zabijanych zwierząt. W kinie, wszyscy stoją po ich stronie. A jak jest w życiu?

Widziałyście "Pokot" Agnieszki Holland? To ważny głos w obronie zwierząt zabijanych bezsensownie przez myśliwych. Jestem pewna, że w kinie wszyscy stoją po stronie zwierząt. A w życiu? W życiu często wolimy nie wiedzieć, gdzie stoimy.

Od dawna nie pisałam o prawach zwierząt, bo miałam wrażenie, że napisałam już wszystko i wielu innych też o tym pisało, no ile można? Ale skoro już wszystko zostało napisane, to chyba czas najwyższy, żeby przestać udawać, że nic nie wiemy o losie zwierząt. Coś w końcu trzeba z tym zrobić!

Zacznę od typowej sytuacji, która zdarzyła się pewnie niejednej wegetariance na jakimś spotkaniu towarzyskim lub rodzinnym, a mnie samej zdarzyła się kilkakrotnie. – Nie, dziękuję – powiedziałam, gdy siedzący obok mnie pan podsunął mi półmisek pełen wędlin. Ale on, jak na dżentelmena przystało, podsuwał dalej. – Nie jem mięsa, jestem wegetarianką – przyznałam się nieopatrznie, chcąc skończyć te nagabywania, ale dopiero wtedy się zaczęło. – Wegetarianka – powtórzył pan, obracając to słowo w ustach jak smaczny kąsek, zaostrzający apetyt.

Już wiedziałam, co dalej nastąpi. To co zawsze. Niewinne pytania, którymi weźmie mnie w krzyżowy ogień, żeby wykazać, że błądzę. – A ryby pani je? – drąży. – Nie – odpowiadam.

Już inni podnoszą głowy znad talerza, już trwa swobodna dyskusja z tezą, jak u Pospieszalskiego. Warto rozmawiać, ale wynik rozmowy już znamy. Wyjdzie na to, że ten cały, pożal się, Boże, mój wegetarianizm nie ma sensu i na pewno prędzej czy później stracę zdrowie, a  tak naprawdę jestem hipokrytką, no bo proszę, jednym zgrabnym pytaniem mój rozmówca przygważdża mnie do ściany. Choćby takim:  Ale buty ze skóry to się nosi?

No i to ja się muszę tłumaczyć, że nie jem mięsa, a nie on, który się nim opycha. – Od jak dawna nie je pani mięsa? – chce jeszcze wiedzieć. – Od ponad dwudziestu lat – odpowiadam. – Ciekawe, kiedy się pani złamie – mówi z przekonaniem, jakbyśmy nie mieli wolnej woli, a powstrzymanie się od jedzenia mięsa przekraczało ludzkie siły.

Moja koleżanka, kiedy je przy mnie mięso w takiej czy innej postaci, zwykle chce się przede mną wytłumaczyć, choć nie oskarżam jej, nic nie mówię, po prostu nie jem mięsa. – Kocham zwierzęta – przekonuje mnie żarliwie, choć w to nie wątpię, znam jej stosunek do psów, które przygarnia, gdy są w potrzebie, i zajmuje się nimi z oddaniem. – Ale uwielbiam mięso i nie wyobrażam sobie życia bez niego! – kończy.

I co ja mam na to powiedzieć?

„Powiem otwarcie: wokół nas funkcjonuje olbrzymia fabryka upodlenia, okrucieństwa i mordowania, która dorównuje wszystkiemu, do czego zdolna była Trzecia Rzesza, a w gruncie rzeczy bije ją na głowę pod tym względem, że jest przedsięwzięciem bez końca, samoodradzającym się, produkującym w nieskończoność króliki, drób, bydło, po to, żeby je zabijać. I twierdzenie, że tu nie ma porównania, że Treblinka była, że się tak wyrażę, metafizycznym przedsiębiorstwem oddanym wyłącznie zabijaniu i unicestwianiu, podczas gdy przemysł mięsny służy w ostatecznym rozrachunku życiu (w końcu, gdy ofiary są już martwe, nie spala się ich na popiół ani się ich nie grzebie, ale przeciwnie, tnie się je na kawałki, zamraża i paczkuje, żebyśmy mogli je skonsumować w zaciszu naszych domów), a więc taka argumentacja jest słabą pociechą dla ofiar, bo to tak, jakby – z góry przepraszam za szokujące porównanie – jakby żądać od zabitych w Treblince, żeby wybaczyli swym oprawcom, bo ich tłuszcz był potrzebny do produkcji mydła, a ich włosy do wypychania materaców”.  To nie ja mówię, to Elizabeth Costello, tytułowa bohaterka wspaniałej książki Coetzeego.

„Pytacie mnie, dlaczego wzbraniam się przed jedzeniem mięsa. Ja ze swej strony dziwię się, że możecie brać do ust ścierwo zwierzęcia, przeżuwać bez odrazy poćwiartowane ciało i przełykać soki cieknące ze śmiertelnych ran”.  A to z „Moraliów” Plutarcha. Tego także nie mówię, by nie psuć nastroju, ale złości mnie ten brak wyobraźni koleżanki, który nie pozwala jej zwizualizować sobie życia bez mięsa. A może warto poćwiczyć wyobraźnię?

123rf.com 123rf.com

Jonathan Safran Foer w słynnej książce „Zjadanie zwierząt“ proponuje, byśmy wyobrazili sobie sytuację kur. „Typowa klatka dla niosek ma powierzchnię 0,04 m² w przeliczeniu na jedną kurę – to trochę mniej niż kartka A4. Klatki stawia się jedna na drugiej. Zwykle układa się od trzech do dziewięciu warstw“. A teraz ćwiczenie: „Wyobraź sobie, że jesteś w windzie. Jest w niej tak dużo ludzi, że nie możesz się odwrócić, nie wpadając (i nie irytując) na swoich sąsiadów. Jest w niej tak dużo ludzi, że właściwie nie musisz stać na własnych nogach, bo przylegające do ciebie ciała utrzymują cię w pozycji pionowej. Całe szczęście, bo druciana podłoga wbijałaby ci się w stopy”.  No i jak? Ta winda stoi i stoi, ale nie łudź się, nikt nie przyjdzie jej naprawić. Otworzy się tylko raz i to już będzie twój koniec.

A może chcecie wiedzieć, jak manipuluje się genotypem kurcząt i zmienia sposób ich odżywiania, żeby pozyskać jak najwięcej jaj albo mięsa z piersi? „W okresie od 1935 do 1995 roku waga przeciętnego brojlera wzrosła o 65 procent, czas jego życia skrócił się o 60 procent, a wymagania żywieniowe spadły o 57 procent. To tak jakby dziecko osiagnęło wagę 300 kilogramów w wieku 10 lat, spożywając tylko batoniki zbożowe i preparaty witaminowe“.

To zaledwie kilka przykładów z „technologii żywności“, których w książce Foera znajdziecie wiele. Jak to możliwe, że się na to zgadzamy?

Foer stwierdza, że okrucieństwo to nie tylko celowe powodowanie cierpienia innej żywej istoty, ale też obojętność na to cierpienie. „Być okrutnym jest dużo łatwiej, niż się wydaje“ – rzuca nam pod rozwagę. I warto to w końcu rozważyć.

Wiele osób już nie je mięsa, ale ciągle jest nas za mało. A wystarczyłoby tylko uwierzyć, że człowiek ma wolną wolę i może wybierać. I że zwierzęta, do jasnej cholery, nie są rzeczą i nie mamy prawa skazywać ich na życie i śmierć w cierpieniu.

Film "Pokot" w reżyserii Agnieszki Holland został polskim kandydatem do Oscara w kategorii "Najlepszy Film Nieanglojęzyczny".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Agnieszka Holland o najnowszym filmie "Szarlatan"

Agnieszka Holland:
Agnieszka Holland: "Może istnieją osoby kryształowe, nie wiem. Dla mnie największą tajemnicą jest dobro, szlachetność i odwaga, bo to o wiele trudniejsze niż konformizm". Fot. materiały prasowe
Ma intuicję. Jej filmy, także te historyczne, zawsze są trafnym komentarzem naszych czasów. Sama Agnieszka Holland przyznaje: – Robię coś nie dlatego, że uważam się za wyjątkową reżyserkę, ale dlatego, że kiedy temat mnie wybierze, traktuję cały proces jako obowiązek.

Korzystałaś kiedykolwiek z usług znachora?
Nie. Raz tylko przy dolegliwościach kręgosłupowych pomagała mi tak zwana szeptunka.

Ale najnowszy „Szarlatan” to nie pierwszy twój kontakt zawodowy z tą tematyką.
Na początku wieku zrobiłam film „Julia wraca do domu”, w którym był wątek kogoś podobnego do znanego uzdrowiciela Harrisa. Brałam też udział w projekcie Sydneya Pollacka o brazylijskim uzdrowicielu Arigó, niepiśmiennym robotniku, w którego nagle wstąpiły talenty uzdrowicielskie, co zostało sfotografowane i opisane w latach 60. Mieliśmy całkiem ciekawy scenariusz, ale w rezultacie nic z niego nie wyszło. Przy okazji Arigó zaczęłam dokumentować różne szamańskie i alternatywne metody leczenia.

Czy ten tajemniczy świat cię jakoś fascynuje?
Kiedyś mnie fascynował. W szkole filmowej zetknęłam się z parapsychologią badaną naukowo. Jeden z kolegów szykował film na ten temat, a ja mu asystowałam. Potem, gdy byłam asystentką Zanussiego przy „Iluminacji”, dokumentowałam różne zjawiska niewytłumaczalne za pomocą fizyki, które reżyser chciał wykorzystać w filmie. W związku z tym byłam w kontakcie z rosyjskimi różdżkarzami, astrologiem, chiromantką i jasnowidzem. W sowieckiej Rosji skwapliwie korzystano z badań nad ludźmi o specjalnych zdolnościach, istniał nawet w Leningradzie instytut techniczeskoj parapsychologii. Wtedy dość skrupulatnie zbadałam te irracjonalne obszary.

I co wyszło ci z tych badań?
Że w tym wszystkim jest dużo szarlatanerii i oszustwa, zwłaszcza wśród uzdrowicieli i znachorów. Ale niewątpliwie są takie zjawiska, których nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć za pomocą aktualnego stanu wiedzy, a które są faktami, można je nawet zmierzyć amperomierzami. Źródło energii jest w człowieku, jednak nie wiadomo, skąd się tam bierze. Ale to nie znaczy, że kiedyś nie zostanie to poznane. I wtedy może się okazać, że pojawią się kolejne tajemnice i kolejne. A człowiek ma taką pychę, że wszystko wie, uważa stan wiedzy, który jest w jego współczesności, za ostateczny. Tymczasem tak nie jest.

Bohater twojego nowego filmu, Jan Mikolášek, nie jest uzurpatorem, on naprawdę zna się na tym, co robi.
To, co on robi, nie jest szamaństwem, ale swego rodzaju talentem, który opiera się na dwóch umiejętnościach. Na diagnozowaniu chorób na podstawie oglądu moczu – analiza moczu wspomaga diagnozę także w dzisiejszych czasach, ale on diagnozował, po prostu patrząc. Przeszedł różne próby, które udowodniły, że jego diagnozy były w 90 proc. trafne. Drugą umiejętność – być może jako syn ogrodnika – miał od dziecka, a potem rozwinął ją podczas I wojny światowej, gdy próbował wykorzystywać zioła w leczeniu ran. Potem dało mu to odwagę, by leczyć siostrę. Uratował ją przed amputacją.

Prawdziwy Mikolášek żył i uzdrawiał w ubiegłym wieku w Czechach. Nadal żywa jest tam jego legenda?
Częściowo. Korzystałam z konsultacji u najlepszych czeskich zielarzy i oni mówili, że stosują do dzisiaj recepty Mikoláška, że on jest dla nich wzorem. Był wybitnym zielarzem i diagnostą, miał spektakularne efekty i to zbudowało jego popularność.

Dlaczego więc w tytule nazywasz go szarlatanem? To określenie ma jednoznacznie negatywne konotacje.
Szarlatanem nazywała go propaganda komunistyczna po śmierci jego protektora politycznego, premiera, a później prezydenta Czech, Zápotockiego. Zápotocký był w obozie koncentracyjnym, wyszedł z niego w strasznym stanie, groziła mu amputacja i Mikolášek go z tego wyciągnął. Dopóki więc żył prezydent, to Mikolášek miał parasol ochronny.

Ivan Trojan i Juraj Loj w 'szarlatanie'. (Fot. materiały prasowe) Ivan Trojan i Juraj Loj w "szarlatanie". (Fot. materiały prasowe)

Człowiek w szponach systemu to twój ulubiony temat. Dlatego zajęłaś się tą historią?
Zajęłam się nią dlatego, że jest gęsta od wątków. Reżim czecho­słowacki nie mógł znieść kogoś, kto się nie mieścił w jego klatce. Im bardziej osobowość była wybitna, niepodległa, niezależna – tym silniej ją miażdżono. Można to zresztą powiedzieć o każdym systemie totalitarnym. Drugi wątek, który mnie zainteresował, to cena, jaką człowiek płaci za swój wyjątkowy talent, czyli to, do jakiego stopnia staje się on więźniem tego daru, do jakiego stopnia daje mu to poczucie bezkarności, boskości i rodzi myślenie typu: „Skoro potrafię coś wielkiego, to zwykła moralność mnie nie obowiązuje”. Kolejny wątek to bardziej uniwersalne pytania o walkę między dobrem i złem, między talentem a pychą. Ciekawe, że pycha może zmusić człowieka do wyparcia swojej tożsamości seksualnej. I kolejne pytanie tego filmu: jak wielką moc ma natura, kiedy się do niej podłączamy?

Na Mikolášku wielkie piętno odciska jego geniusz. Ten bohater budzi sympatię, ale krystaliczny nie jest.
Urzekła mnie w tym scenariuszu właśnie ta niejednoznaczność bohatera. O ile w przypadku „Obywatela Jonesa” czy „Gorejącego krzewu”, mimo że niektóre postaci w tych filmach są ambiwalentne, wiadomo, gdzie jest dobro, a gdzie zło, to tutaj wszystko jest znacznie bardziej poplątane, bohaterem targają sprzeczności. I właśnie ta jego walka o to, żeby nakarmić swoje superego, wydawała mi się ciekawa.

Robiłaś już filmy o geniuszach: Rimbaudzie, Verlainie, Beethovenie. Co takiego cię w nich pociąga?
Bo to wielcy artyści, ale też postaci pełne sprzeczności: gwałtowności i słabości, wrażliwości i bezwzględności. Talent to dar, ale i ogromny ciężar, z którym człowiek w swojej słabości i kruchości trudno sobie radzi. Zawsze interesowała mnie cena, jaką się płaci za bycie geniuszem. Inni moi bohaterowie, jak Palach czy Jones, płacili jeszcze za odwagę.

Mikolášek płaci też za inność, jest gejem.
Każda inność, wielkość, czyli skrajność, jest pewnego rodzaju lustrem, w którym się oglądamy, które zmusza nas do stawiania sobie różnych pytań. A niektóre pytania na własny temat są bardzo niewygodne. To prosta weryfikacja tego, co jest dla nas ważne, a co nieważne.

Ten film jest pełen pytań, a nie ma w nim odpowiedzi. Nie wiemy nawet, jak się kończy. Czy to znaczy, że jesteś w takim momencie życia, w którym masz coraz więcej wątpliwości niż pewności?
I tak, i nie. Wydaje mi się, że moje poczucie tego, co jest dobre, a co złe – albo przynajmniej co jest dążeniem do dobra – nie zmieniło się od mojej młodości. Podobnie jeśli chodzi o konformizm, podłość, prześladowania słabszych – tu moja busola jest niezmienna. Zawsze bardziej interesowały mnie komplikacje niż uproszczenia. A żyjemy w takiej epoce, która wszystko upraszcza, akurat ostatnie dziesięciolecie przoduje w upraszczaniu ludzkich historii, motywacji i charakterów. Uproszczenia są wygodne, nawet u tych, których zawodem powinna być komplikacja; myślę tu o myślicielach, komentatorach, dziennikarzach, artystach – o politykach nawet nie wspomnę. Nie czuję się z tym komfortowo, bo sama wpadam w pewien rodzaj manicheizmu. Ludzie nie chcą komplikacji, wybierają to medium, które odpowiada ich tożsamościowym poglądom. I w związku z tym zniknęła agora, na której spotykałyby się różne poglądy i opinie. Wszystko jest interpretacją, fake news ma taką samą wagę jak zweryfikowany fakt. To bardzo niebezpieczne, oznacza koniec demokracji.

Przyzwyczaiłaś widzów do tego, że swoimi filmami komentujesz to, co się dzieje w Polsce, na świecie. A na festiwalu w Berlinie powiedziałaś wprost, że „Szarlatan” jest bezinteresowny, że nie ma w nim żadnych politycznych konotacji. A jednak są. Homoseksualizm to ostatnio jeden z głównych tematów politycznych.
Kiedy pięć lat temu Marek Epstein przysłał mi ten scenariusz, nie przypuszczałam, że w Polsce nastąpi odgórna i zmasowana nagonka na osoby homoseksualne, nawet mi się to nie śniło. Wydawało się, że wszystko idzie na świecie w kierunku włączania mniejszości w system praw, którymi cieszy się większość. Prawdopodobnie jednak mam jakąś intuicję [śmiech].

To też studium psychologiczne bohatera, który w młodości został zmuszony do zastrzelenia człowieka. Zło rodzi zło?
Myślę, że zło rodzi się często z lęku przed śmiercią i bezradnością w obliczu śmierci. W filmie jest scena, której nie chcę zdradzać, ale która dobitnie to pokazuje. Mikolášek zawsze w obliczu śmierci – czyli na przykład wtedy, gdy nie umiał pomóc, a wiedział, że ktoś zaraz umrze – wpadał w furię, wściekłość. To kolejny wątek filmu – lęk przed śmiercią, nad którym bohater całe życie chciał zapanować.

Mikolášek pomaga, ale jest też bezwzględny. Idzie pod prąd, ale jest konformistą. Każdy z nas nosi w sobie jakiś cień?
Może istnieją osoby kryształowe, nie wiem. Dla mnie największą tajemnicą jest dobro, szlachetność i odwaga, bo to o wiele trudniejsze niż konformizm, układanie się z życiem na swoich warunkach. Ci, którzy wybierają dobro, są dla ludzi jakoś podejrzani. Podejrzany jest altruizm, podejrzana jest odwaga. Czy dobro podszyte jest jakimś cieniem? Myślę, że tak, ale mnie zawsze fascynowały postaci, w których gen odwagi i szlachetności zwycięża. Bo to wcale niełatwe, po drodze jest bardzo dużo różnych pułapek. Generalnie człowiek jest kruchym bytem, zostało to opisane w literaturze, uczy tego choćby psychoanaliza.

Dla wielu możliwość wyboru to najcięższa kara. Na ogół wolimy, żeby ktoś decydował za nas.
W ostatnim czasie to postawa powszechna, taka frommowska ucieczka od wolności. To znaczy od własnego osądu i wyborów. W momencie, kiedy świat się bardzo komplikuje, kiedy coraz więcej w nim zagrożeń i wyzwań zmuszających nas do trudnych wyborów, chętnie składamy te decyzje na ręce kościołów, władców, szczególnie takich, którzy mówią, że mają receptę na lęki.

Musimy w coś wierzyć, żeby żyć?
Bardzo trudno żyć bez poczucia sensu. Zupełny nihilizm prowadzi, myślę, do głębokiego smutku. A jeśli chodzi o leczenie, to uważa się, że wysoki poziom wiary w to, że uda się przezwyciężyć chorobę, jest pomocny. Ale z drugiej strony wiemy dobrze, że są choroby, przy których nawet największy optymizm nie pomaga wygrać z losem. Więc prosta naiwna wiara w to, że nasza wola może zmienić rzeczywistość, jest zwyczajną ułudą.

A wiara, czy raczej przekonanie, że to, co robisz, na przykład film, jest dobre, pomaga?
Mam conradowskie podejście do swoich projektów. To znaczy robię coś nie dlatego, że to wyjdzie albo że uważam się za wyjątkową reżyserkę, tylko dlatego, że kiedy jakiś temat mnie wybierze, traktuję cały proces jako rodzaj obowiązku. Kiedy zaczynam jakąś działalność, czy to artystyczną, czy społeczną, zdaję sobie sprawę z tego, jak to jest niepewne i jak w gruncie rzeczy łatwo jest to zniszczyć, przegrać w boju ze złymi siłami, które się przeciwko temu sprzęgły. Ale nawet wiedząc, że wygrana jest mało prawdopodobna, uważam, że powinnam iść do końca.

Romantycy przedkładali „czucie” nad „mędrca szkiełko i oko”. A tobie co jest bliższe?
Według mnie dobra i zdrowa jest równowaga między elementami racjonalnym i irracjonalnym, wiedzą i intuicją, doświadczeniem weryfikowalnym i takim ze sfery wyobrażeń. Teraz obserwujemy przechył w stronę irracjonalizmu. Ludzie łatwo podważają autorytety naukowców, kwestionują ewidentne wynalazki ludzkości, jak szczepionki, fakt przestaje być faktem, a staje się opinią. To taki ciemny romantyzm naszych czasów, w którym odchodzimy od rozumu. Absolutnie tego nie popieram, bo może być groźne. Ale z kolei racjonalizm, który wyklucza sferę duchową i tajemnicę, też wydaje mi się głupi.

Sięgniesz jeszcze po taki temat? Polecam ci książkę „Boginie z Žítkovej”, obsypaną nagrodami i opartą na faktach powieść Czeszki Kateřiny Tučkovej, opowiadającą o zielarkach niszczonych przez system. Byłyby tam same kobiece role!
Rzeczywiście muszę teraz pomyśleć o filmie z kobietą w roli głównej. A takie tematy? Nie stanę się nagle mistyczką. One trochę mnie znajdują, bo okazuje się, że oto mam gotowość się nimi zająć. W tym też tkwi jakaś tajemnica.

Wróciłaś już na dobre do pracy?
Miałam teraz kręcić dla Apple’a serial w Paryżu, ale odwołali z powodu koronawirusa. Od początku lockdownu jestem w Bretanii, piszę, staram się myśleć, czytam, chodzę na plażę. Miło jest nie pracować bez przerwy, tak intensywnie jak przez ostatnie lata, i mieć niespodziewane wakacje.

Agnieszka Holland rocznik 1948. Wybitna polska reżyserka, nagrodzona Złotym Globem (za film „Europa, Europa”), Złotymi Lwami w Gdyni (za „Gorączkę”, „Kobietę samotną”, „W ciemności”, „Obywatela Jonesa”), Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie (za „Pokot”), nominowana do Oscara za film „W ciemności”. Najnowszy „Szarlatan” wszedł do kin 9 października.

  1. Kultura

"Szarlatan" Agnieszki Holland czeskim kandydatem do Oscara

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oparty na faktach "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland został wybrany jako czeski kandydat do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. O statuetkę powalczy m.in. z obrazem "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta.

We wtorek 13 października, Czeska Akademia Filmu i Telewizji wybrała swojego kandydata do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. Reprezentantem Czech został dramat "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland. Obraz polskiej reżyserki zadebiutował podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie, gdzie uznano go za jeden z najlepszych tytułów tegorocznej edycji, a od 9 października film można również oglądać na ekranach polskich kin. To czwarta, po "Gorzkich żniwach" (1985), "Europa, Europa" (1990) i "W ciemności" (2011), szansa Agnieszki Holland na Oscara.

"Szarlatan" to znakomita, nieszablonowa i niesłychanie zmysłowa opowieść o mężczyźnie, który zapragnął okiełznać naturę. Twórczyni „Obywatela Jonesa” i „Pokotu” gromadzi tu najważniejsze wątki swojej twórczości: bierze na warsztat postać geniusza, obserwuje relacje człowieka z przyrodą, przygląda się wierze, która czyni cuda i po raz kolejny jest naszą przewodniczką po paradoksach XX wieku. A kreśląc zaskakującą love story, przypomina, jak łatwo miłość może zmienić się we własne przeciwieństwo.

Choć rozgrywa się w przeszłości, „Szarlatan” jest filmem jak najbardziej współczesnym – podobnie jak jego bohater, zielarz Jan Mikolášek, dla którego remedium na ludzkie cierpienie jest natura. Jej potężne moce zdolne są uzdrowić ciało, ale w filmie Holland to także przestrzeń prawdziwej wolności dla ducha. Tylko w łączności z nią możemy zrozumieć i zaakceptować to, kim naprawdę jesteśmy. Alchemiczna niemal wiedza o właściwościach ziół, jaką posiadł Mikolášek, i jego zdumiewający dar przenikania do ludzkiego wnętrza sprawiają, że do jego kliniki ciągną tysiące potrzebujących. Ale ten dar ma także swoją ciemną stronę.

Przywołując legendarną postać czeskiego zielarza, reżyserka wydobywa na światło dzienne jego tajemnice, emocje i pragnienia, na które jedynym lekarstwem jest fanatyczne oddanie pracy. „Szarlatan” pokazuje, że talent bywa przekleństwem, a władza zawsze łączy się z pychą. Tworząc fascynującą, pełną sprzeczności postać uzdrowiciela, Agnieszka Holland ucieka od odpowiedzi na pytanie, czy był ludowym lekarzem czy zwykłym oszustem. Prawda, która ją interesuje, dotyczy naszej wiary w cuda, tęsknoty za autorytetem, pragnienia, by żyć w zgodzie z naturą – także naszą własną.

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

W walce o statuetkę Akademii Filmowej "Szarlatan" zmierzy się m.in. z polskim kandydatem, czyli "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta. 93. ceremonia wręczenia Oscarów zaplanowana jest na 25 kwietnia 2021 roku. Nominowanych poznamy natomiast 15 marca.

  1. Psychologia

Córka bez matki. Jak sobie radzić?

Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Tymi niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć w dorosłym życiu. Trzeba pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu – mówi psychoterapeutka Maria Zembrzuska-Peche.   

Utrata córki przez matkę i matki przez córkę jest podstawową kobiecą tragedią – pisze filozofka Adrienne Rich. Nie każda z nas straciła mamę w tym sensie, że mama umarła. Jednak większość z nas – jak się zdaje – przeżywa żałobę po tym, że nie miałyśmy i nie mamy kochającej, czułej i silnej matki. Mamy matki chore, emocjonalnie nieobecne, obojętne, a nawet wrogie.
Taka żałoba trwa wiele lat, czasem nawet całe życie. Wiąże się z cierpieniem, z brakiem, z nadzieją, że relacja z mamą kiedyś się poprawi.

I z tęsknotą. Za czym?
Za tym, czego nie dostałyśmy; za radością, szczęściem, błyskiem w oku mamy, rozpoznaniem, że jesteśmy dla niej skarbem, za czułym dotykiem. Córka potrzebuje tego wszystkiego, żeby swobodnie żyć. Dlatego tak tęskni, czeka.

Czy to może się wydarzyć?
Dopóki żyjemy, wszystko, oczywiście, może się zdarzyć. Życie przynosi nieoczekiwane rozwiązania. Żadna z nas nie jest w stanie przewidzieć, co się stanie. Mama ma swój los, swoje cierpienie, którego nie znamy. Dała i daje tyle, ile może; to jest jej ograniczenie, z którym nic nie możemy zrobić. Żałoba dotyczy nas samych. To my mamy sobie dać to wszystko, czego nie dostałyśmy od mamy.

Żałoba sprawia, że nie możemy ruszyć z miejsca, utknęłyśmy, czujemy się odrętwiałe, bez energii.
Ruszymy dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, co tak naprawdę się z nami dzieje, co czujemy. Trwamy w miejscu, dopóki tego nie odkryjemy. To cała tajemnica. Nie aktywność, nie pytanie siebie, co tu zrobić, jak rozwiązać problem. „Robienie” jest wtórne. Najważniejsze jest pełne uświadomienie sobie, czego doświadczam teraz.

To właśnie może być najtrudniejsze.
Matka jest dla córki – w ogóle dla dziecka, ale mówimy tu o córkach – całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest ze mnie niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, biorę jej cierpienie na siebie. To ja jestem zła. „Ja jestem zła” – często słyszę to od kobiet. To są mocne i dramatyczne wyznania. Szczególnie, gdy dotyczą – a często tak się dzieje – kobiet „światowych”, odnoszących sukcesy, samodzielnych. W gabinecie te kobiety uświadamiają sobie, że często przeżywają siebie tak jak opuszczone, przerażone, małe dziewczynki.

A mama? „Przecież się starała”. „Kochała na swój sposób”. „Też miała ciężko”. „Chciała dobrze”. „Wszystko poświęciła dla rodziny”.
O tak, tłumaczymy, usprawiedliwiamy, idealizujemy nasze mamy. Niekochająca matka to jest w naszej kulturze tabu. Bo matka musi kochać; jest matką, więc kocha. To nie jest prawda. Nie każdy umie kochać. Jeśli matka deklaruje, że kocha, to wcale nie musi znaczyć, że tak jest. Miłość przejawia się we właściwym postępowaniu. Polecam świetną książkę Susan Forward na ten temat „Matki, które nie potrafią kochać...”.

Mamy tyle wyrozumiałości i współczucia dla naszych mam, trudniej ze współczuciem dla siebie.
Bo wtedy musiałybyśmy otworzyć w sobie miejsca pełne rozpaczy, opuszczenia, smutku, strachu. Bronimy się przed bólem, którego nie chcemy czuć. Podstawowym przeżyciem córek, które mają trudne relacje z matkami, jest strach; one czują się opuszczone w „tym wielkim świecie”. To właśnie matka jest dla dziewczynki „tym wielkim światem”. Matka kochająca koi strach. Gdy córka ma wątpliwości co do miłości matki, wtedy doświadcza potwornego strachu. To naprawdę przerażające doświadczenie. Kobieta przenosi je potem na dorosłe życie. Jest przerażona w nieoczekiwanych sytuacjach. Świetnie sobie radzi, a tu nagle doznaje ataku paniki. Skąd to się bierze? Nie wie. Boi się. W procesie psychoterapii w bezpiecznych warunkach może pozwolić sobie na przeżywanie wszystkiego, może panicznie się bać, trząść się, płakać, wyć, czyli czuć to wszystko, co – jako dziewczynka – musiała w sobie zamknąć, stłumić. Teraz ma możliwość przeżyć to wszystko świadomie, w obecności kogoś, kto mówi: „Tak, jestem przy tobie, jesteś w porządku”.

Tego właśnie zabrakło w naszym dzieciństwie.
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Oczywiście, pogrążanie się w gniewie i nienawiści w dorosłym życiu nikomu nie służy. Jednak niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć, pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu.

Te bolesne uczucia, niestety, nie odchodzą na zawsze. Odzywają się w nas w przełomowych momentach życia – gdy rodzimy własne dzieci, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, rozwodzimy, awansujemy, gdy dzieci wychodzą z domu, gdy ktoś bliski umiera.
Pamiętam, jedna z moich córek miała może 12, 13 lat, a ja… przestraszyłam się jej. Uświadomiłam sobie, że boję się własnego dziecka. Już jakiś czas temu zakończyłam własną psychoterapię, jednak ten strach sprawił, że wróciłam. Wtedy zrozumiałam, że to jest proces, droga. Jesteśmy razem, kochamy się, mamy dobrą relację, a jednak to nie jest skończone dzieło.

Co więc uwalnia?
Pogodzenie się, że relacja z mamą jest taka, jaka jest. Że w taki sposób borykam się z trudnościami, z pustką, ze strachem. Że to boli. Że ten ból może wracać. Proces żałoby wiąże się z uznaniem, że jesteśmy takie, jakie jesteśmy, miałyśmy doświadczenia, które sprawiły, że właśnie w ten sposób sobie radzimy. Mamy świadomość tego, co czujemy. Jeśli czuję, że się boję, zauważam to i nazywam: „Tak, boję się”. Wraz ze świadomością i pogodzeniem przychodzi taki czas, gdy to wszystko, co dotyczy relacji z mamą, nie jest już osią życia, pierwszoplanowym doświadczeniem. Czasem się boję, ale przecież żyję i moje życie jest dobre.

Wszyscy mamy zdrowy rdzeń, który nie może być „uszkodzony”, to nasza prawdziwa natura.
Jesteśmy dobrzy. Tak mówią wszystkie tradycje duchowe.

Możemy się na tym oprzeć.
Tak, mamy wiele punktów oparcia. Często szukamy w świecie tego, czego nie dostałyśmy od mamy. Szukamy na przykład relacji ze starszymi, ciepłymi kobietami. Świat jest wielki; możemy znaleźć ludzi, których pokochamy i którzy nas pokochają. Jednak proces zdrowienia zawsze zaczyna się od nas samych. Dorosłość to jest umiejętność oparcia się na sobie, na tym, co czuję, co przeżywam, na tym, że nie wiem. Ja, gdy „nie wiem”, nic nie robię, nie podejmuję działań, obserwuję, co się ze mną dzieje, rozmawiam z bliskimi. Także w żałobie możemy całkowicie oprzeć się na sobie.

Na bólu, lęku, przerażeniu?
Kobiety mnie pytają: „Boję się! Na tym mam się oprzeć?”. Tak, boisz się. Oprzyj się na tym. Na tym, co czujesz i przeżywasz teraz. Na tym, że jesteś zmęczona, pusta, zamknięta. Możemy być pewni tylko tego, co teraz. Jestem pewna, że teraz tu jestem, czuję to, co czuję – to jest to oparcie. Wszystko poza „teraz” jest niewiadomą. Oparcie się na sobie oznacza też własne rozumienie swojej żałoby. „Zakończyłam żałobę”, „nie zakończyłam żałoby” – odwołujemy się do stwierdzeń, które być może wcale nie są nasze. Co to jest żałoba? Ważne jest odszukanie osobistego sensu, czym jest dla mnie, co dzieje się we mnie, pal licho, czy to się nazywa żałoba, czy inaczej. Oparcie się na sobie to zaufanie – tak, to, co czuję i przeżywam, jest dobre. Może być trudne, bolesne, ale jest dobre. Możemy oprzeć się także na trudnej relacji z mamą. Ta relacja dzisiaj, teraz, tak właśnie wygląda. Prawda uczuć daje nam oparcie. Za tym idzie otwieranie się na życie, na to, co się wydarza i ufanie temu.

  1. Kultura

Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiaj urodziny ma Agnieszka Holland, z tej okazji przypominamy wywiad z archiwalnego numeru "Zwierciadła". W szczerej rozmowie reżyserka wyznaje, czy w pracy bywa tyranem, jakie ma zdanie o psychoterapii i jak ocenia polskie kino.

Dostała pani kiedyś lanie?
Raz mama uderzyła mnie ścierką. Nie pamiętam już nawet za co, ale bardzo się wtedy na nią obraziłam, bo w gruncie rzeczy zostałam przez nią wychowana w poczuciu, że mam rację, a także prawo do afirmacji oraz samorealizacji.

Ojciec wychowawczo się nie udzielał?
On zawsze był mniej obecny, poza tym dość szybko umarł – miałam wtedy 13 lat. W domu nie było przyzwolenia na nielojalność, kłamstwo – tu moja mama była bardzo krytyczna, miałam za to dużo swobody opartej na wzajemnym zaufaniu – tak rodziła się moja wiara w to, że mogę i potrafię.

Czy była pani kiedykolwiek pacjentką psychoterapeuty?
Tak, w pewnym momencie życia, w Paryżu, udałam się do psychoterapeuty. To był, pamiętam, bardzo trudny dla mnie okres, niemal depresyjny, i pomyślałam sobie: „Może taka pomoc mi się przyda?”. Ale od razu muszę powiedzieć, że ta historia po prostu nie bardzo wypaliła.

Jako reżyser przejęła pani rolę terapeuty?
Pewnie trochę tak (śmiech). Była to, owszem, dosyć ciekawa pani psychoterapeutka, ale Francuzka. I szybko wyszło na jaw, że trudno leczyć się u cudzoziemca. Gdy zaczęłam opowiadać jej o mnie i o historycznych okolicznościach, które sprawiły, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, zauważyłam, że ona słucha tych wszystkich egzotycznych nowinek z ogromnym zainteresowaniem. Po dwóch sesjach, chcąc utrzymać jej uwagę, zaczęłam kontynuować to, co potrafię najlepiej, czyli opowiadać jej o ciekawych sekwencjach ze swojego życia, i obserwowałam, jak ona jako zainteresowany widz bierze udział w moim „filmie”.

A po trzeciej sesji?
Pomyślałam sobie: „jak to jest możliwe, żebym to ja płaciła za to, za co normalnie płacą mnie?” (śmiech). Odniosłam wrażenie, że nie jestem w tej relacji szczera, ponieważ zamiast w rolę pacjenta weszłam w rolę dobrego opowiadacza. To był mój ostatni raz. Czy cokolwiek mi to wszystko dało? Być może pomogło mi to w uruchomieniu w sobie pewnego mechanizmu, swego rodzaju gotowości na spotkanie terapeutyczne z drugą osobą. Do psychoterapii nigdy już nie powróciłam, ale myślę, że jest to dziedzina pożyteczna, mogąca pomóc wielu osobom.

Trzeba jednak bardzo rzetelnie sprawdzać, kogo się wybiera?
Oczywiście, bo to jest bardzo delikatna materia, a możliwości kontroli np. ze strony Towarzystwa Terapeutycznego ograniczone. Widziałam, głównie w Stanach, przykłady, kiedy niekompetentny czy też osobowościowo niewłaściwy dla danego człowieka terapeuta albo wręcz wykorzystujący sytuację do nabijania sobie kasy, żeruje mniej lub bardziej świadomie na człowieku. I zamiast pomóc, może zaszkodzić.

W serialu „Bez tajemnic”, którego reżyserii się pani podjęła, terapeuta niesie na swoich plecach potężny życiowy bagaż. Poszłaby pani do takiego?
Pewnie nie (śmiech). Ale... jednocześnie taki terapeuta, w związku z tym, jak ciężki bagaż niesie, sprawia wrażenie, że jest w stanie zrozumieć więcej. W „Bez tajemnic” pokazany jest ważny problem: na ile uprawianie psychoterapii stygmatyzuje czy też stwarza kłopoty psychologiczne i życiowe u samego terapeuty. Widać, że Andrzej – w tej roli świetny Jerzy Radziwiłowicz – średnio radzi sobie ze swoim własnym życiem, w myśl przysłowiowego „szewc bez butów chodzi”. Myślę jednak, że wbrew pozorom może być skuteczny.

A nie ma pani poczucia, że w Polsce bezkrytycznie zachłysnęliśmy się psychoterapią?
Chyba nie, choć nie prowadziłam badań socjologicznych. Wydaje mi się, że Polakom psychoterapia jest bardzo potrzebna, zarówno ta zbiorowa, jak i indywidualna, dlatego, że ani nasza szkoła, ani kultura, ani również Kościół nie są osadzone na introspekcji, a sama spowiedź nie zawsze wystarcza. Mimo tej naszej katolickości widzę zbyt mało rozliczania się człowieka samego ze sobą. Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia, więc nasza empatia, zrozumienie kontekstu, korzeni własnych problemów – jest niedorozwinięta. A dobra psychoterapia właśnie tego potrafi nauczyć, bo poza zadaniem terapeutycznym pełni także funkcję pedagogiczną, poznawczą. O ile się orientuję, a rozmawiałam z paroma polskimi psychoterapeutami, są to ludzie świadomi i kompetentni, na dość wysokim poziomie zawodowym. Nie sądzę więc, żeby po Polsce hulała banda hochsztaplerów. Takich „specjalistów” widzę raczej w dziedzinie znachorstwa bądź opracowywania wizji katastrof lotniczych. Na pewno więcej narcyzów możemy spotkać wśród polityków niż wśród psychoterapeutów. Narcyzm uważam zresztą za jeden z głównych naszych współczesnych psychicznych mankamentów, prawdziwie niebezpieczny.

Na jakim fundamencie buduje pani relacje z ludźmi?
Ja mam specyficzny zawód – nie można go uprawiać bez automatycznego autorytetu, to troszeczkę – tak jak mówił kiedyś Andrzej Wajda – mieszanka dwóch komponentów, kaprala i poety. To znaczy trzeba być człowiekiem twórczym i mieć wizję dzieła, które się tworzy, a jednocześnie siłę, która pozwoli narzucić ludziom swoją wolę i do pewnego stopnia nimi manipulować.

Prosta droga do szaleństwa?
Tak, choć, jak widać, jeszcze się jakoś trzymam (śmiech). Ale to jest tak, że ludzie świadomie poddają się tej manipulacji, ponieważ wiedzą, że praca filmowa, zwłaszcza na linii reżyser–aktor ma swoje reguły, które, dodam, nie są sztywne, bo każdy wypadek jest zawsze trochę inny. Niemniej uczestnicy tej gry akceptują pewną hierarchię, w której ja jestem jak dowódca w jednostce wojskowej i nie ma szans na to, że każdy może przyjść i stwierdzić: „nie no, ja bym to zrobił zupełnie inaczej, bo mi się to w ogóle nie podoba”. Nie ma takiej możliwości, bo wtedy po prostu wszystko by się rozpadło. Jest to zatem stosunek hierarchiczny, ale z zachowaniem silnego działania zbiorowego, w którym każdy może odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym i od każdego mniej lub więcej coś zależy, co widać na ekranie. Chodzi o to, by wydobywać z ludzi najlepsze, co mają do zaoferowania. Jeżeli mają jakieś talenty i właściwości, to trzeba spowodować, żeby wyszły one na jaw, a ludzie na ogół dają z siebie to, co najlepsze, jeżeli mają poczucie sensu i czują się docenieni. W związku z tym obowiązkiem reżysera, producenta czy kierownika produkcji jest stworzenie takiej atmosfery, w której ekipa się otwiera.

Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu 'Obywatel Jones'. (Fot. BeW)
Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu "Obywatel Jones". (Fot. BeW)

A co pani robi z anarchistami?
Anarchista nie może zmieścić się w ekipie filmowej. Nie ma dla niego szans. Musi znaleźć sobie inną pracę.

Często mówi pani ludziom „do widzenia”?
Nie, bo na ogół oni idą do tego zawodu ze świadomością, gdzie i jakie są granice, a ja również o tym nie zapominam. Oczywiście, zdarzają się reżyserzy, którzy wykorzystują swoją władzę, powodując tym samym, że ludzie stają się strasznie nieszczęśliwi.

Wypatraszając ich do rosołu?
Tak. Albo żerują na ludziach, przekraczając granice ich bezpieczeństwa prywatnego, zachowując się chamsko, bardzo arbitralnie i tyrańsko. Co ciekawe, czasami osiągają przy tym świetne rezultaty, co widać wyraźnie np. w teatrze. Ale taka postawa jest dla mnie nie do przyjęcia, wierzę, że ludzkie życie jest cenniejsze niż efekt, który się osiąga.

Gdy przyjmowała pani propozycję reżyserowania „Bez tajemnic”, co panią targnęło? Rozsądek? Szósty zmysł?
Na pewno u mnie jest to zawsze instynktowne, muszę czuć, że mam coś do powiedzenia w sprawie i że będzie to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wtedy jest nadzieja, że zainteresuje także innych. „Bez tajemnic” to jest trochę takie ćwiczenie stylistyczne, eksperyment: bardzo dobrze napisany scenariusz, dużo ludzkich spraw i minimalistyczna forma, w której wyraźnie można skupić się na aktorze i tekście. Jurka Radziwiłowicza, który od początku jest z tym serialem związany, cenię, Maćka Stuhra, który zastąpił teraz Krysię Jandę, znam i bardzo lubię. Doszły dwie kobiety – Agata Kulesza jako życiowa partnerka terapeuty i Karolina Kominek jako histeryczna pacjentka Maćka. Agata ma w sobie taki rodzaj wolności, humoru i światła, a jednocześnie jest tak świetną i inteligentną aktorką, że może zagrać wszystko. Wybierając ją do tej roli, wiedzieliśmy, że swoją ludycznością na pewno rozrusza Jurka. Wyszło to naprawdę fajnie i cieszę się, że się na ten serial zdecydowałam.

A jak dużo propozycji pani odrzuca?
Bardzo często odmawiam amerykańskim producentom ze względu na nieciekawe scenariusze. Jeśli chodzi o serial, to warunkiem są też fajni ludzie, którzy go robią. To mała inwestycja, miesiąc życia, np. w Stanach, za to można popróbować innego stylu. Natomiast jeśli chodzi o film fabularny, to są na ogół już trzy lata życia – wtedy muszę mieć dodatkowo jakąś motywację wewnętrzną, szczególnie w moim wieku, gdy ten czas robi się już taki krótki. To musi być naprawdę coś ważnego.

A czy w polskiej filmografii powstaje jeszcze coś, co jest w stanie panią ubawić?
Myślę, że humor jest najbardziej osobistą rzeczą w człowieku. „Rejs” jest dla mnie śmieszny, w „Misiu” są bardzo zabawne kawałki. Być może PRL bardziej się do tego nadawał? Mam wrażenie, że śmiech w tamtych czasach bardzo nam wszystkim pomagał. A teraz? Bierze mnie raczej purnonsens, humor anglosaski czy tradycyjny żydowski, którego kontynuatorem jest Billy Wilder, potem Woody Allen. Na pewno nie jestem w ogóle wrażliwa na tzw. rechot męski, czyli coś tam o jajach, cycach, pedałach. To mnie w ogóle nie bawi. Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat choć raz uśmiechnęłam się na jakimś polskim kabarecie. O współczesnych polskich komediach już w ogóle nie wspomnę. Są żenujące, choć na pewno robią je czasem zdolni ludzie. Problemem jest chyba fakt, że prawdziwy humor wymaga pracy wielu osób. Mało jest takich pojedynczych geniuszów. Przy amerykańskim Saturday Night Show pracuje ogromny team ludzi. U nas na pewno zdolnym do stworzenia komedii człowiekiem jest Julek Machulski, ale jeśli on sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem? Nigdy nie widziałam całego „Świata według Kiepskich”, ale te strzępki, które podejrzałam w Internecie, mają potencjał, chociażby ze względu na obecność tak świetnych aktorów, jak Rysio Kotys czy Andrzej Grabowski. Wie pani, komedia filmowa to ambitne zadanie, trudno utrzymać poziom przez dłuższy czas.

Podjęłaby się pani takiego zadania?
Podjęłabym się. To nie byłaby komedia „uhahaha”, a pewnie lekki wczesnoallenowski absurd. Miałam nawet ze dwa takie projekty, ale nigdy nie udało mi się ich sfinansować. Nikt nie da mi pieniędzy na komedię. Mam łatkę tragika. I żadna terapia tu nie pomoże (śmiech).

 

  1. Kultura

„Obywatel Jones”: o swojej roli i współpracy z Agnieszką Holland opowiada James Norton

Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za chwilę będzie o nim głośno, i nie tylko z powodu „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland, który zdobył w Gdyni Złote Lwy i w którym James Norton gra pierwszą w karierze główną rolę w filmie pełnometrażowym.

Ty, Anglik, znałeś wcześniej postać Garetha Jonesa, którego zagrałeś u Agnieszki Holland?
Prawdę mówiąc, kiedy scenariusz wylądował na moim biurku, o młodym dziennikarzu nazwiskiem Gareth Jones nie wiedziałem nic. Zresztą niewiele wiedziałem też o Hołodomorze, czyli Wielkim Głodzie na Ukrainie. To były dla mnie ważne odkrycia.

A sama Holland? Dobrze znałeś jej kino?
Dla mnie najważniejsza w tym projekcie była Agnieszka, to nie żadna kurtuazja. Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon, byłem strasznie onieśmielony. Miałem szczęście, tę rolę traktuję jak dar opatrzności. Popełniłem ten błąd, że jej filmy obejrzałem krótko przed naszą rozmową, odkrywając, że wiele z nich to klasyki światowego kina, więc jedyne, co miałem przed oczami, to te niezapomniane obrazy. Nie mogłem wydusić słowa!

Długo trwałeś w tym onieśmieleniu?
Myślałem, że Agnieszka jest surowa jako reżyser i jako człowiek. Szybko okazało się jednak, że jest inaczej. Każdego dnia przychodziła na plan uśmiechnięta, optymistyczna, przytulała nas, krzycząc od progu na cały głos: „Dzień dobry!”. Kiedy byliśmy na Ukrainie, było naprawdę zimno, szkoda było nam tracić energię, więc między ujęciami siedzieliśmy zazwyczaj cicho. Tymczasem kiedy obok zjawiała się Agnieszka, dość często zaczynała po prostu śpiewać polskie piosenki. Cała reszta polskiej ekipy momentalnie podłapywała rytm i po chwili wszyscy głośno śpiewali niezależnie od tego, czy znali słowa, czy nie! [Śmiech]. Agnieszka prowadziła też z nami inspirujące rozmowy o Europie, brexicie, Trumpie, populizmie. Ktoś zawsze wtedy wyciągał butelkę wódki, mnóstwo śledzi i mogliśmy tak siedzieć godzinami.

Nic dziwnego, że rozmawialiście na takie tematy. „Obywatel Jones” to opowieść o wielkiej polityce, kłamstwie i skromnych bohaterach takich jak Jones. Twój bohater jest młodym idealistą, dziennikarzem, który w 1933 roku wyjechał do stalinowskiego ZSRR, po czym udało mu się wyrwać spod nadzoru tajniaka i na własne oczy zobaczył głodującą Ukrainę. Wymarłe wioski, kanibalizm, przemoc. Świat zachodni dowiedział się o Hołodomorze dzięki niemu.
Dużo czasu na planie poświęciliśmy dyskusji, czy są jeszcze jacyś naiwni, którzy uważają, że nie powtórzą się wydarzenia z lat 30. Agnieszka jest w tej kwestii pesymistką. Uważa, że nasze czasy są równie mroczne jak te na chwilę przed wybuchem wojny. Może i hasła się trochę zmieniły, ale nadal żyjemy w świecie totalitarnych reżimów, skorumpowanych rządów, które wykorzystują chaos i zamieszanie do realizacji własnych celów.

Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)

Ten film otworzył ci oczy?
Przez całą awanturę z brexitem, która jest najbliższa mojemu sercu, nie miałem dokładnej wiedzy o tym, co się dzieje na Węgrzech, w Polsce czy na Ukrainie. Po raz pierwszy, właśnie podczas pobytu na Ukrainie, byłem w kraju, w którym toczy się wojna. Chodziłem po ulicach Kijowa i na własne oczy widziałem mężczyzn pozbawionych kończyn. Ukraińscy znajomi tłumaczyli, że to żołnierze, którzy wrócili z frontu. To był dla mnie moment otrzeźwienia. Warto wyjść czasem poza problemy własnego podwórka.

Które miejsca w Polsce zrobiły na tobie największe wrażenie?
Bardzo podobały mi się Katowice. I to mimo tego,  że przestrzegano mnie, że bywają przygnębiające. Mieszkałem w hotelu Monopol, dokładnie naprzeciwko Jazz Baru. Kiedy nie mogłem spać albo potrzebowałem się zrelaksować, schodziłem na dół i wtapiałem się w tłum gości.

Oczywiście, Warszawa zrobiła na mnie też ogromne wrażenie, ale przede wszystkim ze względu na Agnieszkę, popularność i szacunek, jakimi się tam cieszy. Przechadzając się z nią po Warszawie, żartowałem, że powinna kandydować na prezydenta!

Trudno było kręcić na Ukrainie zimą?
Bardzo wcześnie na etapie przygotowań zdałem sobie sprawę, że Gareth to ktoś przebywający w ciągłym ruchu. Jest jak chłopczyk, jak szczeniak, który musi się cały czas ruszać, żeby czuć, że żyje. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie siedzi w miejscu. W tym filmie naprawdę biegałem po szyję w gęstym śniegu. Generalnie staram się regularnie ćwiczyć i dbać o siebie, ale zdjęcia rzeczywiście były momentami ekstremalne. Po dwóch minutach biegu byłem kompletnie wykończony [śmiech].

Opowiesz coś więcej o tych trudnych warunkach?
Poza temperaturami, do których nie jestem przyzwyczajony, nosiliśmy ubrania z epoki, właściwe temu regionowi, a więc płaszcze z relatywnie cienkich skór owczych. Nie mieliśmy rękawic. Agnieszce i całej ekipie zależało, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej wiarygodnie i prawdziwie. Oczywiście, wszyscy zapewniali nam wszelkie możliwe wygody, ale i tak zdarzały się momenty, kiedy było naprawdę zimno.

Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe) Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe)

Sporo cię łączy z prawdziwym Garethem Jonesem. Jesteście w podobnym wieku, obaj wykształceni w Cambridge [Norton skończył tam teologię – przyp. red.]. Czułeś więź z tym bohaterem?
Na pewno dzielę z Garethem potrzebę ruchu i wolności. Moja rodzina i przyjaciele się zgodzą, że trudno mi usiedzieć w miejscu. Niestety, nie jestem nawet w ułamku tak odważny i bezkompromisowy jak on. Nie wiem, czy umiałbym dla prawdy położyć na szali swoje życie, czy byłbym gotów na takie poświęcenie.

Gdybyś miał okazję, o co byś go spytał?
Wiemy sporo o jego podróżach, o tym, kogo spotkał, jakich wydarzeń był świadkiem. Ale bardzo niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. Gdybym mógł mu zadać tylko jedno pytanie, to chyba chciałbym się dowiedzieć, czy był kiedykolwiek zakochany. Obawiam się, że odpowiedź mogłaby być negatywna. We wszystkich książkach i artykułach, które przeczytałem, znalazłem tylko jedną jedyną wzmiankę o potencjalnej miłości, o pewnej wyjątkowej dziewczynie. Nic więcej. Czy jej szukał, czy w ogóle o niej myślał? Dla mnie znalezienie życiowej partnerki jest bardzo ważne. Jestem rodzinnym typem. Moi rodzice i siostra bardzo mnie wspierają, dzięki nim mam poczucie przynależności. Budowanie gniazda traktuję jako priorytet. Kariera też jest ważna, ale myśl o spędzeniu samotnego życia mnie przeraża. Gareth był raczej samotnikiem. Nigdy chyba nie czuł mocnych więzi z nikim szczególnym.

A jak to się stało, że chciałeś w ogóle zostać aktorem?
Pociąg do aktorstwa zaczął się w moim przypadku dość wcześnie, jeszcze w podstawówce. Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy, próbowałem ich zmusić, żeby grali w pisanych przeze mnie sztukach. Miałem prawdziwą obsesję! Oni przychodzili grać w piłkę czy wspinać się po drzewach, a ja za każdym razem miałem dla nich gotowy nowy tekst. Wkrótce przestali przychodzić, a ja zmuszałem moich rodziców, żeby bawili się w widownię [śmiech]! Myślę jednak, że się opłaciło.

Cały czas piszesz? Masz zamiar coś wydać?
Aktor przez większość czasu odsłania się, pokazuje swoje emocje i lęki obcym ludziom. Dla mnie jednak to pisanie jest ostatecznym wystawianiem swojej wrażliwości na surową ocenę innych. W kinie albo w teatrze mam swoją postać, za którą mogę się bezpiecznie schować. Pisząc, nie mam nikogo. Chyba jeszcze nie znalazłem w swoim pisaniu azylu, który pozwoliłby mi z uniesioną wysoko głową zmierzyć się z krytyką.

Niebawem zobaczymy cię w wyczekiwanej adaptacji „Małych kobietek” w reżyserii Grety Gerwig. Obsada naprawdę gwiazdorska – Meryl Streep, Laura Dern, Emma Watson, Timothée Chalamet. I ty.
Cały czas w to nie wierzę. To dla mnie ogromna przygoda.

Czy to znaczy, że z aktora brytyjskiego zmienisz się w aktora hollywoodzkiego ?
Na razie nie myślę o przeprowadzce do Hollywood. Za dużo marzeń, za dużo pokus. W „Małych kobietkach” gram Johna Brooke’a, który spotyka się z jedną z sióstr graną przez Emmę Watson. Na planie tego filmu spędziłem cudowne kilka miesięcy, to było niesamowite doświadczenie być wśród tak mądrych, utalentowanych, wyjątkowych kobiet. Pierwszy raz miałem do czynienia z tak dużym i ważnym projektem, z tak ogromnym budżetem. Ale ostatecznie to przecież tylko praca. Od moich innych projektów różniła się wyłącznie tym, że czasem przysiadałem sobie w kącie i pisałem SMS do mamy, że Meryl Streep jest w tym samym pomieszczeniu co ja albo że ze mną rozmawiała! [Śmiech].

Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe) Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)

Jakie wrażenie na tobie wywarła?
Było podobnie jak z Agnieszką Holland. Myślałem, że Meryl może być wyniosła, nawet trochę groźna. A okazało się, że jest zupełnym przeciwieństwem tego wyobrażenia. Można z nią rozmawiać absolutnie o wszystkim, jest otwarta i ciepła. Wydaje mi się zresztą, że wszyscy, którzy zaszli daleko, mają stabilną sytuację zawodową i są w tej branży wystarczająco długo, doskonale wiedzą, że szczyt zarezerwowany jest tylko dla tych, którzy dają coś od siebie. Dla ludzi, którzy potrafią być dla innych wsparciem i służą radą. Taka jest Meryl, taka jest Agnieszka.

Niedawno miałem też rozmowę przez Skype’a ze Stevenem Spielbergiem, do której przygotowywałem się, jakbym szedł na wojnę. Milion razy sprawdzałem połączenie, praktycznie zabroniłem wszystkim oddychać, przyniosłem sobie soki, wodę. I kiedy nadeszła rozmowa, Steven od razu z uśmiechem zapytał, jak się mam, czy wszystko w porządku, rozmawialiśmy, jakbyśmy się już doskonale znali. Momentalnie skrócił dystans. Jestem przekonany, że to dlatego odniósł taki sukces.

James Norton:
urodzony w 1985 roku angielski aktor, znany z ról w serialach: „McMafia”, „Grantchester” i „Wojna i pokój”, a także w filmach: „Wyścig” Rona Howarda, „Pan Turner” Mike’a Leigh. Niedawno wystąpił także w „Małych kobietkach” w reżyserii Grety Gerwig, których polska premiera planowana jest na początek przyszłego roku. Studiował teologię w Cambridge, odebrał też klasyczne wykształcenie teatralne w RADA– Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej w Londynie. W „Obywatelu Jonesie” Agnieszki Holland gra rolę tytułową.