1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Minimalizm - modny trend czy pomysł na lepsze życie?

Minimalizm - modny trend czy pomysł na lepsze życie?

Minimalizm to trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. (Fot. iStock)
Minimalizm to trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Musi istnieć coś pomiędzy mieszkaniem w beczce a w Bizancjum. Jakaś przeciwwaga dla konsumpcjonizmu, nadmiernego gromadzenia dóbr, tego szaleństwa naszych czasów. Tylko jak chcieć mniej? W tym miesiącu Katarzyna Droga testuje minimalizm, by sprawdzić, czy to kolejny modny trend, czy pomysł na lepsze życie.

Minimalizm w życiu. Trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak. Jest jakaś racja w tym, że żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. Gdyby tak pozbyć się tego, co zbędne, przejrzeć wszystko – od mieszkania po relacje? Usunąć te elementy, które nie tylko zajmują przestrzeń, ale też hamują nasze działania. Minimalizm nie jako asceza, lecz jako pomysł na lepsze życie. No to jak odmówić kolejnej znakomitej ofercie kolejnego świetnego banku albo superoperatora. Jak sprawdzić, czy „mniej może znaczyć więcej” jak pisała Dominique Loreau, minimalistka, która czerpała mądrość z kultury japońskiej. Przyjaciółka mojej babci, pani Kazia, mówiła to samo prościej: „co masz wyrzucić jutro, wyrzuć dziś…”, ale Kazia, wzorowa gospodyni, miała na myśli stan spiżarni, podejrzany serek i podpleśniałe piętki chleba. Nie wiem, czy zgodziłaby się z minimalistami, bo chciwie gromadziła wiele przedmiotów, a jej kultowym sprzętem na strychu był kufer pełen staroci. Ja takiego kufra nie mam, ale jestem świeżo po przeprowadzce i sprawdziłam na własnej skórze: to fakt, że natłok rzeczy i spraw odsuwa w dal to, co prawdziwe. Gonitwa za posiadaniem i pośpiech przekładają się na stres, zmęczenie, strach o utratę dóbr. Koniec z tym!

Można uprościć sobie życie? Można. Przyda się jednak jakiś plan. Na przykład ten zaczerpnięty z warsztatów „Proste życie” psychologa Wojciecha Eichelbergera. Zgodnie z dzisiejszą wiedzą na temat działania mózgu, 21 dni wystarczy na zmianę przyzwyczajeń i wyrobienie nowych nawyków. To do mnie dociera, podobnie jak to, że każdy przedmiot w mojej przestrzeni zabiera mi cząstkę uwagi, czasu, emocji – kawałek mojego życia. Czy każdy jest tego wart? Zobaczymy. Postanawiam swoją przygodę z minimalizmem zacząć od posprzątania domu.

Przestrzeń mieszkalna

Dom mam nieduży, akurat, właściwie brakuje oddzielnego kąta do pracy. W ramach dążenia do minimum rezygnuję z planu dobudowania pokoiku na strychu. Tłumaczę sobie, że kiedy wszystko jest w laptopie, pokoik do pisania jest tak samo bez sensu jak absurdalny byłby mały loch pod piwnicą, mimo to oba pomieszczenia budzą we mnie chęć posiadania. Pokoik byłby absolutnie minimalny: tylko ja i laptop, biurko, krzesło, fotel, lampa, by poczytać, mała półka na książki. Loszek zaś jeszcze bardziej zgodny z filozofią M: wąski tapczanik z materacem, lampka, coś dla nadprogramowego gościa. Można w takiej celi odbębnić codzienny rytuał medytacji, a „Proste życie” radzi od niego zacząć dzień.

Najwyraźniej źle podeszłam do tematu, bo zamiast ująć, dobudowuję. Usuwam zatem loszek i pokoik na strychu z wyobraźni, biorę się do realnych książek w przeładowanej biblioteczce. Życie w zgodzie z minimalizmem każe zapytać: po co mi tyle książek? Powinnam je podać dalej do przeczytania, oddać do biblioteki, a zostawić te najważniejsze, potrzebne do pracy. Na przykład po co mi stary Tomek Sawyer, tomy o życiu Ani z Kanady i Polyanny? Sięgam po nie i wiem, że nie mogę się z nimi rozstać. Na marginesach mam notatki, które pisałam jako nastolatka. Wiele z tych książek wyniosłam: całe życie będę grać w zadowolenie („Polyanna”), wiem, że nie wolno ranić ludzkich uczuć („Ania z Zielonego Wzgórza”). Właściwie pasują do mojego programu – w warsztacie „Proste życie” jest ćwiczenie z nienarzekaniem. Przeglądam cały zbiór, książki zbierane latami, niektóre po rodzicach, do każdej czasem wracam. Nie chcę ich ani wyrzucić, ani oddać. Na tym polu klęska. Być może łatwiej pójdzie mi z trylionem drobiazgów na półkach i w szufladach.

Duperele, czyli pamiątki

Zajmują mi czas i zabierają energię. Budzą niepotrzebne emocje. W pudełku z napisem „starocie” lądują przedmioty z półek: popielniczka-muszla (nikt w domu nie pali), fajka z piany morskiej, mały flakonik z marmuru, szkatułka z kamieniami półszlachetnymi, które zbierał stryjek Lutek przed II wojną światową. Nie trzeba będzie odkurzać, pamiętać. Tyle tylko że pusta półka wygląda żałośnie i jednak wyciągam „te skarby” z pudła. Kiedy patrzę na muszlę, mam wrażenie, że są ze mną rodzice, którzy sporo palili i ta popielniczka zawsze była w zasięgu wzroku. Przeżyła ich, ale miło mieć złudzenie, że za chwilę ktoś położy na niej papierosa. Fajka należała do pradziadka sybiraka, mówił, że przyniosła mu szczęście. Flakonik przyjechał z podróży do Turcji, a każdy kamyk w szkatułce to osobna historia. Potrzebuję ich. Przeszły test minimum: potrzebne, wprawdzie nie do przeżycia, ale do pamięci o życiu innych.

Szuflada z zeszytami? Jakie ładne i jak porządnie prowadzone! Wołam córkę, niech zobaczy, albo nie – dwója za brak pracy domowej. Pamiętniki i zapiski, dzięki którym napisałam książkę. Kto by wpadł na pomysł, żeby to wyrzucać? Zostają. Stare numery „Przeglądu Sportowego” to co innego. Mogę też wyrzucić notatki ze swoich wykładów, ale już te napisane ręką ojca – nie, zbyt duża pamiątka. Testu nie przeszły: rachunki z roku 1955, zaświadczenia o stanie zdrowia sprzed dekady, dowody wpłat za nieistniejące już telefony stacjonarne. Jestem zadowolona, mam mniej szpargałów, więcej miejsca na pamiątki. Mój wniosek: nie wyrzucaj niczego, co ma swoją historię i budzi dobre emocje. Odkurzanie ich jest podróżą w czasie, a pustka po nich nie ma wartości.

Porządki w szafie - co naprawdę się przyda?

Tu będzie zdecydowanie łatwiej, bo prawie nie działa reguła sentymentu. Korzystam z podpowiedzi warsztatu „Proste życie” – ustawiam worki z napisami: „zima”, „do PCK”, „do wyrzucenia”. Zasada pierwsza: czego nie założyłam na siebie przez rok, nie włożę już nigdy. Do wora z tym! I po kolei: sukienka kupiona dwa lata temu, bardzo ją lubię, problem taki, że za ciasna. Ale może stanie się motywacją? Jak by to było przyjemnie schudnąć do niej na następny sezon? „Nigdy do niej nie schudniesz, tylko zawala miejsce” – skrzeczy głos rozsądku, lojalny z minimalizmem. Nienawidzę tego głosu. „Już mi się kiedyś udało” – odpowiadam mu – „i to było nieopisania dobre uczucie”. Niech czeka, kiecka i kilka spódnic, których jedyną winą jest to, że się nie dopinają. Jakże przydadzą się, kiedy wreszcie schudnę! Robię worek „po schudnieciu”. A co z tymi oto bluzeczkami, które sprały się i na pewno nie założę ich „do ludzi”. I stare dresy, wygodne jak żadne? Wyrzucić. Chwileczkę… Prócz ludzi istnieją w moim życiu chwile pracy w ogrodzie, sprzątania, remonty. Przydadzą się wtedy niechybnie. Zostają jako "domowe". Mam jednakże sukcesy: dwie kiecki, których nie założyłam od lat. Porządne, markowe, zupełnie nie w moim stylu, jedną kupiłam, bo była okazja, a drugą dostałam. Oddam z miłym poczuciem, że ktoś się ucieszy. Lądują w worku PCK, ten wygląda najlepiej, bo mam sporo rzeczy, z których wyrosły moje córki. Wpada mi w ręce własna sukienka ze studniówki, z aksamitnego materiału zdobytego w Peweksie. Przyda się… Nie, nigdy się już nie przyda, podobnie jak dwie sukienki ciążowe sprzed dwudziestu lat. A jednak… płaczę nad nimi z powodu upływu czasu i ze wzruszenia. Warsztat „Proste życie” powiada: nie siedź w przeszłości, wracaj do „tu i teraz”, dotknij chwili obecnej. To dotykam, słyszę zegar, patrzę na wskazówkę i stwierdzam, że straciłam na szafy dwie godziny. Na pociechę znajduję kilka rzeczy, których serdecznie nie znoszę, więc wrzucam je w niebyt worków. Klęskę z ciuchami usiłuję zatuszować redukcją przedmiotów kuchennych.

Kuchciki

Mam w domu kredensik z lat siedemdziesiątych, zwany słupkiem. W nim kuchciki – skarby prawdziwe: młynki do kawy, stare trzepaczki do białek, otwieracze, filiżanki z PRL-u, o proszę… znalazła się kamienna miseczka, której szukałam przed świętami. Zapasowy otwieracz też tu jest, jakże przydał się, gdy zaginął nowy! A kiedy zabrakło prądu, ręczne trzepaczki zastąpiły mikser. Cóż, ja żyję w Polsce, nie w Japonii. Potrzeba poczucia bezpieczeństwa jest najsilniejsza. Potrzeba – to słowo rozbłyska w mojej głowie jak żarówka Pomysłowego Dobromira. Po co ja to wszystko robię? Dla zyskania wolności, czasu i życiowej przestrzeni, zapanowania nad swoim życiem. Na razie straciłam sporo czasu, utknęłam na dobre w przeszłości, przestrzeni nie zyskałam wcale. Może trochę po słoikach, które są całkowicie pozbawione charakteru. Wnioski są raczej ponure: mam za dużo przedmiotów i nie umiem się ich pozbyć. Uciekam się do ćwiczenia polegającego na zapytaniu każdej rzeczy: Po co mi jesteś potrzebna? Czy korzystam z ciebie dla rzetelnych potrzeb? Laptop w liczbie jeden (starego, zostawionego na wszelki wypadek nie liczę), torebka naprawdę jedna, komórka, okulary, krzesło i biurko – wychodzą z analizy obronną ręką. Mogę usunąć z biurka flakon z kwiatami i zdjęcia członków rodziny, ale nie chcę. Potrzebuję zerknąć na twarze moich bliskich i lubię ładne kwiaty. Wracam do ćwiczenia, które przemawia do mnie najbardziej „po prostu posprzątaj po kolei”: przedpokój, kuchnię, pokój do pracy i sypialnię. Idę jak burza, wiem, że więcej znaczy mniej, a ładniej znaczy przyjemniej. To działa. Wniosek? Warto zweryfikować, czego potrzebuję naprawdę. Natomiast nie warto czynić z minimalizmu kolejnej zmory w życiu.

Katarzyna Droga, wieloletnia redaktor naczelna miesięcznika Sens, autorka sagi „Pokolenia”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Zaklęte w szkle

Im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne.
Niewiele potrzeba, by nim zachwycić. (Fot. Karolina Lewandowska/Projekt Pracownie
Im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne. Niewiele potrzeba, by nim zachwycić. (Fot. Karolina Lewandowska/Projekt Pracownie
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Szkło jest szlachetne, trwałe i praktyczne. A szklane dekoracje pięknie odbijają światło, zwłaszcza jeśli to światło świec czy lampek, które chętnie wieszamy w domu nie tylko w czasie świąt, ale również jesienią i zimą.

Maku, pracownia szkła Matyldy Makulskiej, mieści się przy ulicy Koziej w Warszawie, a właściwie nad tą ulicą, bo znajduje się dokładnie w łuku łączącym dwie przeciwległe kamienice, tuż obok gwarnego i turystycznego Krakowskiego Przedmieścia. Zaciszna, wybrukowana Kozia ma klimat i magię dawnej Warszawy, mimo że – jak większość zabudowań na Starówce – została zniszczona i odbudowana po wojnie. Pracownia też jest zaciszna, a i proces, który się tu odbywa, można porównać do magii, bo wygląda jak ożywianie lodowych tafli.

Przejrzystość

Szkło wraca do łask, a przecież jeszcze kilka lat temu wszystkim wydawało się, że zostanie całkowicie zastąpione przez tani i praktyczny plastik. Tymczasem znowu jadamy ze szkła, przechowujemy w nim drobne przedmioty, zapasy, ozdabiamy nim wnętrza i zewnętrza. Z pozoru kruche, w rzeczywistości jest bardzo wytrzymałe i odporne, może nam służyć latami. – Ja najbardziej lubię szkło z powodu jego przejrzystości. Nie ma drugiego materiału, który dawałby taki efekt. Może poza pleksi i plastikiem, ale to nie są szlachetne materiały – zaznacza Matylda. – Szkłem otaczamy się na co dzień i nawet nie dostrzegamy, jak bardzo jest piękne i wyjątkowe. Mnie daje tyle możliwości, że ciągle coś w nim wymyślam i produkuję. Zakochała się w szkle podczas zajęć w pracowni szkła i witrażu w liceum plastycznym w Dąbrowie Górniczej. Po liceum wybrała Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. To jedyna wyższa uczelnia w Polsce, która ma wydział szkła i ceramiki. Pracownię założyła pod koniec studiów. Zaczynała z jednym małym piecem, który nadawał się tylko do wyrobu biżuterii. Dziś, już na Koziej, ma dwa duże piece (mają nawet swoje imiona: Stefan i Teodor), a w ofercie oprócz biżuterii – talerze, podstawki, zawieszki. Zwłaszcza te ostatnie zdominowały produkcję, na biżuterię zostaje mniej czasu. Nadal jednak można kupić u niej kolczyki jak sople lodu, zrobione z kawałków lustra, czy malowane i wydrapywane. Wykonuje je ze szkła z recyklingu, czyli ze ścinków, które dostaje od szklarzy albo które zostają jej samej po wycięciu na przykład talerzy.

Szklana miseczka, cena 120 zł Szklana miseczka, cena 120 zł

Kształt

Podczas pracy trochę się kurzy, dlatego większość obróbki wykonuje się w wodzie. – Pod tym względem ceramicy mają o wiele gorzej – śmieje się Matylda. – Najbardziej pyli się z powodu proszków, którymi posypuje się piec czy formy do wypiekania – dodaje. Samo szkło jest ciężkie, metr kwadratowy o grubości czterech milimetrów waży dziesięć kilo. A trzeba je przenosić, podnosić, kłaść. Matylda pracuje w technice fusingu, która polega na stapianiu w odpowiedniej temperaturze płaskiego szkła. – Moim tworzywem są gotowe tafle – to mogą być zwykłe szyby okienne lub specjalne szkło fusingowe – które wycinam, nadaję im kształt, maluję i wypalam – tłumaczy. W technice, którą wybrała, nie można wykonać na przykład wazonu, bo do tego potrzeba szkła dmuchanego, ale misę czy głęboki talerz – już tak. Przykładowo, aby zrobić talerz, najpierw z płaskiej tafli wycina się kształt. Zwykle potrzebne są dwa lub trzy szklane kółka, między którymi umieszcza się barwnik. – Ale równie dobrze może być tylko jedna warstwa. To zależy na przykład od sposobu barwienia – wyjaśnia artystka. I kontynuuje: – Do wyrobu takiego talerza potrzebujemy dwóch wypałów – jednego na płasko, by wykonać wzór, a drugiego na specjalnej formie – by uzyskać kształt. Oba wypały mają inną temperaturę. Formy są bardzo delikatne, wykonane z papieru ceramicznego i pokryte wspomnianym specjalnym proszkiem, by szkło do nich nie przywierało. Płaskie szkło układa się na powierzchni i pod wpływem temperatury dopasowuje się ono do formy pod spodem. Brzmi prosto i przyjemnie, jednak Matylda wyznaje, że od momentu, w którym wymyśli projekt, do wprowadzenia go do sprzedaży mija często pół roku. Najpierw trzeba go przetestować, czyli zrobić kilka lub kilkanaście prób ze szkłem w piecu, by zobaczyć, czy w praktyce projekt odpowiada jej tak, jak odpowiadał w teorii, albo by dopracować go tak, by wreszcie była zadowolona. I niejednokrotnie końcowy efekt to jedno wielkie zaskoczenie.

Misa „Ręka”, cena 250 zł Misa „Ręka”, cena 250 zł

Blask

Boże Narodzenie w Maku zaczyna się już pod koniec lutego – wtedy Matylda wymyśla pierwsze projekty świątecznych zawieszek, a w połowie roku zaczyna je produkować. – Talerze wychodzą u mnie zawsze jako pojedyncze krótkie serie, natomiast ozdoby choinkowe to już masowa produkcja. Dlatego już od kilku lat zlecam je do wycięcia maszynowego. Czyli robię projekty zawieszek, daję do wycięcia, a potem są już obrabiane, malowane i wypalane u mnie w pracowni – opowiada Matylda. Zawieszki mają tradycyjne kształty: bałwanka, renifera, płatka śniegu, choinki, piernikowego ciasteczka, ptaszka, niedźwiadka. W tym roku do tego grona dołączył lis. Można powiedzieć, że to nowa wersja bombki, rzadziej się tłucze, bo zrobiona jest z czteromilimetrowego szkła, podczas gdy klasyczna bombka ma grubość mniej niż milimetr. Do tego czyste, białe szkło lepiej oddaje klimat zimy i odbija blask świątecznych świecidełek. Zresztą klienci Matyldy kupują zawieszki nie tylko jako ozdobę na choinkę, wieszają je w oknach, na ścianach, ozdabiają nimi stół.

Ozdoba świąteczna 20 zł/szt. lub 150 zł/10 szt.; ozdoby wielkanocne 50 zł/3 szt Ozdoba świąteczna 20 zł/szt. lub 150 zł/10 szt.; ozdoby wielkanocne 50 zł/3 szt

Jej projekty są klasyczne i minimalistyczne, mają podstawowe kolory i proste kształty. – Pomysły przychodzą do mnie znienacka, zawsze tak miałam. Nie siedzę godzinami przy biurku, tworząc rysunek za rysunkiem. Często dzieje się to w trasie, zapisuję je wtedy szybko na telefonie. Już jakiś czas temu zrozumiałam, że jeśli chodzi o projekt, to im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne. Niewiele potrzeba, by nim zachwycić – mówi Matylda. 

www.maku-pracownia.pl

  1. Styl Życia

Cabin Porn - chata na końcu świata

W Gospodarstwie na Wzgórzu na preriach Dakoty Południowej nie ma prądu ani instalacji wodno-kanalizacyjnej. Jenna Polland, właścicielka domku, zbudowała wieżę ciśnień, dzięki której prysznic jest zasilany grawitacyjnie. Zdjęcie z książki
W Gospodarstwie na Wzgórzu na preriach Dakoty Południowej nie ma prądu ani instalacji wodno-kanalizacyjnej. Jenna Polland, właścicielka domku, zbudowała wieżę ciśnień, dzięki której prysznic jest zasilany grawitacyjnie. Zdjęcie z książki "Cabin Porn. Wnętrza, Wydawnictwo Smak Słowa.
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Posiadanie własnej kryjówki, azylu ukrytego gdzieś wśród dzikiej natury wydaje ci się nieosiągalnym marzeniem? Każde z tych przytulnych miejsc na zdjęciach stworzyli ludzie tacy jak ty. Wymagało to czasu, entuzjazmu i dobrych przyjaciół do pomocy, ale okazało się możliwe.

Rzucić wszystko i uciec, najlepiej na łono przyrody – okazuje się uniwersalną potrzebą ludzi na każdym kontynencie. Tylko jak to zrobić, gdy nie dysponuje się odpowiednim budżetem na budowę domu? Zbudować chatkę, samodzielnie, z łatwo dostępnego drewna lub z materiałów z odzysku.

Zach Klein po sześciu latach spędzonych w Nowym Jorku i intensywnej pracy nad kreowaniem wirtualnych społeczności zapragnął zmiany. „Chodziło mi o to, by spędzać czas w gronie znajomych, dalej od pracy zawodowej, bliżej natury i ludzi, a jednocześnie uczyć się czegoś nowego. Nie mieliśmy żadnego doświadczenia w budowaniu, a jednak oczami wyobraźni widziałem las, w którym przycupnęły chatki postawione przez nas samych” – pisze w książce „Cabin Porn. Wnętrza”.

Marzenie długo dojrzewało. Zach przez ponad rok szukał ziemi w przystępnej cenie, zataczając coraz większe kręgi wokół Nowego Jorku. W końcu znalazł 20 hektarów lasu na zboczu potoku Delaware. Strome kamieniste zbocze, brak prądu i kanalizacji odstraszały innych chętnych. Niedługo po zakupie ziemi Zach stworzył stronę internetową Cabinporn.com, aby wraz ze znajomymi kolekcjonować zdjęcia miejsc, które będą inspiracją do budowy ich własnych domów. Stronę od 2010 do 2017 roku odwiedziło 10 milionów osób, a 24 tysiące przysłało zdjęcia własnych chatek.

Chatka Scotta o powierzchni 28 metrów kwadratowych w Beaver Brook w Barryville, stan Nowy Jork. Pierwsza chatka zbudowana na ziemi kupionej przez Zacha Kleina, założyciela strony Cabinporn.com. Chatka Scotta o powierzchni 28 metrów kwadratowych w Beaver Brook w Barryville, stan Nowy Jork. Pierwsza chatka zbudowana na ziemi kupionej przez Zacha Kleina, założyciela strony Cabinporn.com.

„Nie dziwi mnie, że Cabinporn.com zdobyła tak wielką popularność” – wyznaje. „Im głębiej bowiem wciąga nas świat technologii, tym bardziej uskrzydla nas natura. Owe fotografie konsekwentnie przypominają nam, że każdy z nas nosi w sobie dom gotowy do zbudowania, jeśli tylko zechcemy spróbować. Otuchą napełnia myśl, że prosta konstrukcja może zapewnić nam schronienie i pozwala serdecznie ugościć innych. Narzędzia nigdy nie były tańsze, a know-how – nigdy bardziej dostępny. Grupy społecznościowe, zarówno online, jaki i offline, pomagają nawiązać kontakty z ludźmi, którzy służą swoim doświadczeniem i pokazują, jak wiele możemy sami dla siebie zrobić”.

Wpisane w krajobraz

Drewniane chatki jak z dziecięcych rysunków, domki na drzewie czy letniskowe, ziemianki, lepianki, mieszkalne tratwy – wszystkie one mają pewne cechy wspólne. Czas. Choć chatę z drewna może postawić kilka osób w kilka dni, jeśli tylko budowniczowie mają odpowiednie narzędzia, to zwykle cały projekt zajmuje więcej czasu.

„Ptasia budka”, dom do obserwacji ptaków, zbudowany przez Damiana Maynarda w Hadelandzie w Norwegii. „Ptasia budka”, dom do obserwacji ptaków, zbudowany przez Damiana Maynarda w Hadelandzie w Norwegii.

Budowa schroniska Böseckhütte na wysokogórskim szlaku w austriackich Alpach trwała 20 lat. Ale to wyjątkowy przypadek. Najpierw jednak trzeba poznać miejsce, w którym stawiamy dom. Zobaczyć, którędy wędruje tu słońce, skąd wieje wiatr i idealnie dopasować budynek do panujących w danym miejscu warunków.

Schronisko Böseckhütte w austriackich Alpach. W środku spartańskie warunki:nie ma piecyka ani wody. Schronisko Böseckhütte w austriackich Alpach. W środku spartańskie warunki:
nie ma piecyka ani wody.

Prosta konstrukcja i materiały z odzysku. To druga wspólna cecha domków DIY, „zrób to sam”. Ben Sargent kupił dwustuletnią stajnię w stanie Nowy Jork, rozłożył ją, a następnie złożył ponownie w Górach Zielonych w stanie Vermont. Pracował dwa lata, zanim wszystkie deski trafiły na swoje miejsce. Sercem domu jest zabytkowy piecyk z płytą, która wciąż nadaje się do gotowania. Większość wyposażenia została zaadaptowana lub uratowana przed zniszczeniem, jak podłogi pochodzące z pobliskiej szkoły.

Bent Apple Farm – dom zainspirowany domkiem dla lalek, powstał z dwustuletniej stajni. Wnętrze jest celowo proste i surowe. Bent Apple Farm – dom zainspirowany domkiem dla lalek, powstał z dwustuletniej stajni. Wnętrze jest celowo proste i surowe.

W podobnym stylu swój domek, w typie Brda, czyli trójkątnego domku letniskowego, zbudowali w Anglii Siobhan i Peter. Szyby zdobyli od firmy zajmującej się podwójnym szkleniem, drewno to pozostałości z renowacji innych domów, a konstrukcję zbudowali z walijskiego modrzewia od lokalnego dostawcy.

Reclaimed A-Frame, w budowę tej chatki właściciele zainwestowali jedynie 2600 dolarów. Pembrokeshire, Anglia. Reclaimed A-Frame, w budowę tej chatki właściciele zainwestowali jedynie 2600 dolarów. Pembrokeshire, Anglia.

Chata to styl życia

Życie w zbudowanej przez siebie od podstaw lub odnowionej chacie – niezależnie od tego, czy są to amerykańskie i kanadyjskie cabins, niemieckie Hutten, angielskie cottages, rosyjskie dacze i chyżyny, czy skandynawskie hytter – oparte jest na zespoleniu z naturą i pogodą. Na minimalizacji potrzeb i rzeczy.

Bianca Apostol i Daniel Vernooij w swoim domu na czterech kołach. Gandawa, Belgia. Bianca Apostol i Daniel Vernooij w swoim domu na czterech kołach. Gandawa, Belgia.

Jeden z bohaterów książki „Cabin Porn. Wnętrza” mówi, że „czynność tak prosta, jak zaparzenie kubka porannej kawy, urasta tu do rangi misternego rytuału: trzeba porąbać drewno, powoli podgrzać wodę i doglądać zmielonych ziaren, jakby pełniło się duchową posługę”.

Domek „kukułcze gniazdo”, usytuowany wśród wierzchołków drzew, sześć metrów nad ziemią. Gjerstad, południowa Norwegia. Domek „kukułcze gniazdo”, usytuowany wśród wierzchołków drzew, sześć metrów nad ziemią. Gjerstad, południowa Norwegia.

Nahiro Nakumara, który porzucił Tokio na rzecz życia na wyspie Hokkaido, najdzikszym rejonie Japonii, podkreśla konieczność większej samodzielności i samowystarczalności. „Kiedy mieszkałem w Tokio, wszystko rozwiązywałem za pomocą pieniędzy” – mówi. „Jeśli w domu pojawił się jakiś problem, wzywałem fachowca. Teraz, kiedy coś trzeba zrobić, najpierw próbuję to zrobić sam”. A w niedogodnościach wiejskiego życia – takich jak praca w polu latem czy odśnieżanie zimą – Nahiro widzi nie ograniczenia, lecz możliwości: „Tutaj nie trzeba chodzić na siłownię”.

The Undercroft, okrągły dom inspirowany projektami ziemianek. Berllan Dawel, Walia. The Undercroft, okrągły dom inspirowany projektami ziemianek. Berllan Dawel, Walia.

Zdjęcia pochodzą z książki "Cabin Porn. Wnętrza", Wydawnictwo Smak Słowa.

Cabin Porn. Wnętrza oprac. Zach Klein, wyd. Smak Słowa Druga część albumu „Cabin Porn. Podróż przez marzenia – lasy i chaty na krańcach świata” Zacha Kleina. Tym razem możemy zajrzeć do środka niesamowitych domków. Cabin Porn. Wnętrza oprac. Zach Klein, wyd. Smak Słowa Druga część albumu „Cabin Porn. Podróż przez marzenia – lasy i chaty na krańcach świata” Zacha Kleina. Tym razem możemy zajrzeć do środka niesamowitych domków.

  1. Psychologia

Jak mężczyźni pamiętają swoją pierwszą miłość?

„Magia” pierwszej miłości często jest przez mężczyzn lekceważona. Tymczasem jest to doświadczenie, z którego można wiele skorzystać w życiu dorosłym. (fot. iStock)
„Magia” pierwszej miłości często jest przez mężczyzn lekceważona. Tymczasem jest to doświadczenie, z którego można wiele skorzystać w życiu dorosłym. (fot. iStock)
To od nas zależy, czy zechcemy skorzystać z potencjału pierwszej miłości, aby odmłodzić i ożywić obecny związek, a także poczuć się młodymi. Mimo lat – mówi Benedykt Peczko.

Pamiętasz swoje młodzieńcze miłości?
Oczywiście. Było ich kilka. Szczególnie jedną zapamiętałem jako doświadczenie, które mnie odmieniło, wyniosło na inną orbitę. Poznałem ją na rodzinnych wczasach, zakochałem się po uszy. Gdy wróciłem do domu, zauważyłem, że straciłem kontakt z przyjaciółmi, z kolegami. Moja wrażliwość wyostrzyła się, odczuwałem wszystko niezwykle intensywnie – muzykę, zachody słońca, krajobrazy. Czytałem poezje, liryki, które przemawiały do mnie jak nigdy dotąd. Czułem wiersze od podszewki, każdy rytm, rym, uczucia zawarte między słowami. Czułem się tak, jakby świat wnikał we mnie poprzez otwarte serce. Zachwycałem się pięknem mojej dziewczyny, widziałem piękno dookoła. Byłem zdziwiony, że inni nie zachwycają się światem, którego niezwykłość tak mnie oszałamiała.

To jest ta magia. Magia pierwszej miłości. Najczęściej szybko mija, a jednak pozostawia ślad: otwarcia, zachwytu, oddania, piękna, niewinności… Mistyczne doznania. Co się z nami dzieje, gdy się zakochujemy?
Doświadczamy bardzo silnej więzi z ukochaną osobą. Marzymy. Tęsknimy. Niepokoimy się, że możemy ją utracić. To jest także jedno z pierwszych doświadczeń związanych z przekraczaniem ego. Ktoś zakochany przestaje sam sobie wystarczać. Kochana osoba staje się ważniejsza od przyjaciół, planów, celów. Jej brak jest wyraźnie odczuwany, boli. Bez niej życie traci smak. Jeśli miłość jest odwzajemniona, odczuwamy rezonans, zrozumienie bez słów – trudno ubrać w słowa rezonowanie na poziomie istnienia. To jak odkrywanie tajemnicy. Tajemnicy, która jest zarezerwowana tylko dla nas – zakochanych.

Takie doświadczenie to skarb, potencjał rozwojowy, drogowskaz. Jest w nas zapisane, zawsze dostępne.
Odnoszę wrażenie, że mężczyźni dzielą swoje życie na sektory – szczenięca, romantyczna miłość już była i minęła, teraz jest życie na poważnie; mają świadomość wyzwań, przed którymi stoją. Jeśli już wracają do tamtych zdarzeń, to robią to raczej, aby je pomniejszyć, zlekceważyć: „Jaki głupi człowiek był, jaki naiwny!”. Tracą tym samym korzenie swojego miłosnego aspektu. Pierwsze miłości to trening, przygotowanie do dojrzałej miłości. Odkrywamy, czym miłość jest. Nikt nam tego nie może wytłumaczyć. Możemy czytać o miłości, przeczuwać, czym jest, mieć intuicję, jednak dopóki jej nie doświadczymy, jesteśmy jak teoretycy pływania: nigdy nie weszliśmy do wody po to, by pływać, nie spróbowaliśmy tego sami. Dopiero gdy się zakochujemy, zaczynamy rozumieć, co to znaczy kochać.

Przyjaciel zrezygnował z organizowanego przez szkołę europejskiego konkursu muzycznego, bo to wiązałoby się z przeniesieniem na jakiś czas do innego kraju, a on był zakochany i nie chciał rozstawać się z dziewczyną. Minęło 20 lat, a on ciągle żałuje tamtej decyzji, wyzywa siebie od głupków.
Teraz łatwo tak powiedzieć, jednak gdyby wtedy pojechał, a po jakimś czasie wrócił i zobaczył, że dziewczyna ma innego chłopaka, to mogłaby być tragedia. Wtedy dopiero by żałował! Jakże często tworzymy iluzje, jak fantastycznie by było, gdyby tylko… Wyolbrzymiamy wyimaginowane wspaniałości tego, czego nie wybraliśmy. Jakiś czas temu było głośno o ludziach, którzy na spotkaniach „naszych klas” przypominali sobie o dawnych miłościach, zrywali dotychczasowe związki i wiązali się z dziewczynami i chłopcami z dawnych lat. To nie może się udać, ponieważ w takiej sytuacji przechodzimy przez regresję wiekową i próbujemy nadrobić coś, co przeminęło. Zapominamy, że jesteśmy już innymi ludźmi, w innym miejscu swojego życia.

Pierwsza miłość otwiera serce, ale to nie znaczy, że można cofnąć czas i wrócić do tego, co było?
Raczej nie można, dlatego że tamto zakochanie było aktualne w tamtej czasoprzestrzeni, na danym etapie rozwoju każdej z tych osób. Przez lata gromadzimy inne doświadczenia, fascynują nas inne rzeczy, budujemy własny obraz świata, różnic przybywa. Zmęczeni obowiązkami możemy zechcieć wrócić do tamtych cudownych dni. To iluzja, że powrót jest możliwy. Chyba że dawnych zakochanych obecnie fascynuje to, co teraz w sobie odkrywają już jako dorośli, dojrzali i doświadczeni.

Jak zachować pamięć o pierwszych miłościach, czerpać z ich potencjału, jednak nie ulegać iluzji?
Zakochani patrzą sercem i widzą sercem. Widzą to, co dla innych jest zakryte, niewidoczne. Właśnie ten sposób widzenia warto pielęgnować. Oprócz planów na przyszłość, zadań, wyzwań, obowiązków, formalnych zobowiązań warto wracać do miłosnego potencjału i go hołubić. Nawet jeśli w naszym świecie to wydaje się nierealne, nieprzeliczalne, nie do skalkulowania, niepraktyczne.

Miłość romantyczna idealizuje: ukochana wszystko robi doskonale, cudownie chodzi, mówi, tańczy. Jednak mija jakiś czas i okazuje się, że ma też wady, różne nieprzyjemne strony.
Niezależnie od tego w dalszym ciągu możemy być w niej zakochani. Możemy widzieć ograniczenia, nawyki, niekorzystne sposoby zachowania i wiedzieć, że to nie one stanowią istotę tej kobiety. Możemy być zakochani w jej głębokiej wewnętrznej naturze, unikalnej tożsamości. Często słyszę od mężczyzn: „Miłość to bajka, a życie to życie”. To są dramatyczne wyznania. Wydaje się, jakby w ich życiu nie było miejsca na zakochanie, na zatrzymanie i poczucie, że oto jestem w miłosnym kontakcie z kobietą, z którą dzielę życie. Mówię wtedy, że to od nas samych zależy, w jaki sposób organizujemy swoje życie, jakie podejmujemy decyzje; czy decydujemy się podtrzymywać taki styl życia jak dotychczas, czy otwieramy się na doświadczanie miłości. Po wielu latach miłosne związki obumierają, tracą smak. Mężczyźni są tym sfrustrowani. Pocieszają się, że tak to już jest, na tym polega życie. Na tym polega ich życie.

W ubiegłe walentynki odwiedziłam moich 70-letnich znajomych. On kupił jej ogromne pluszowe serce, które po naciśnięciu śmiało się do rozpuku, a oni śmiali się razem z tym sercem! Tłumaczyli mi, że odkąd w Polsce przyjęło się święto zakochanych, robią sobie takie prezenty. Są prawie pół wieku po ślubie.
Pogratulować!

Proponujesz mężczyznom sięganie po inspirację do ich przeszłości?
Tak, a oni na to: „Mam się zachowywać jak nastolatek? Patrzeć z nią w rozgwieżdżone niebo? Słuchać ptaków? Śpiewać jej piosenki?”. A dlaczego nie?

Wyobrażam sobie szczęście kobiety, gdyby mężczyzna napisał dla niej wiersz.
Albo kilka razy w tygodniu przynosił kwiaty, robił drobne prezenty, kupował książki, wysyłał czułe SMS-y w ciągu dnia. Przecież tak to było, gdy zaczynaliśmy. I to działało. Gdy robimy teraz podobne rzeczy, wtedy wracamy do tamtego stanu – ciekawości, podekscytowania, radości. To znane powiedzenie, ale warto je tu przytoczyć: jeśli chcesz żyć inaczej, musisz myśleć inaczej, czuć inaczej i działać inaczej. W nowy sposób. Jeśli nie wprowadzimy zmian, nic się nie zmieni. Możemy zacząć od pooglądania zdjęć z początków naszego związku, przywołania dobrych wspomnień, odwiedzenia naszych romantycznych miejsc. W ten sposób celebrujemy naszą miłość i ożywiamy ją.

Związek moich znajomych uratowały randki. Po 20 latach znów zaczęli się umawiać. Postanowili, że oboje będą tego pilnować – wolna godzina w ciągu dnia, telefon do męża i wspólna kawka na mieście. Wieczorem zakupy, a potem wspólnie obejrzany film. Kolacja w ulubionej restauracji. Od czasu do czasu jednodniowa wycieczka. Spacer po parku. A to wszystko nazywane jest randkami.
Chodzi o to, aby nawiązać kontakt z tamtym wewnętrznym stanem zakochania: jak to wówczas odczuwałem, co mnie motywowało, jak się zachowywałem. Nie chodzi oczywiście o wierne kopiowanie zachowań, ale o przeniesienie jakości stanu wewnętrznego. Pozwolenie sobie, aby w obecności bliskiej osoby moje serce było otwarte, żebym mógł przeżywać zachwyt, intymność, tajemnicę – inni tego nie widzą i nie rozumieją, ale my rozumiemy się bez słów. Jesteśmy w przepływie, w rezonansie. Tutaj ważne jest pozwolenie sobie na to – nie jestem niepoprawnym romantykiem czy naiwniakiem, po prostu daję wyraz miłosnemu potencjałowi we mnie i to czyni mnie młodym. Miłość odmładza, dodaje sił i energii. I oczywiście wspiera wszystkie obszary naszego życia. Jakość życia zmienia się nieprawdopodobnie.

Najlepiej podobno zakochać się we własnej żonie. Znane są takie badania: spytano mężczyzn, którzy ożenili się po raz trzeci, o to, czy kolejne związki były lepsze od pierwszego. Ci mężczyźni powiedzieli, że spokojnie mogliby zostać w pierwszym; że gdyby poświęcili tyle czasu, uwagi i adoracji pierwszej żonie, ile później kolejnym partnerkom, pierwszy związek z pewnością by rozkwitł.
Dojrzali mężczyźni mówią, że doskonale widzą procesy starzenia się, zmiany, które następują. A jednocześnie wiedzą, że pułapką jest zwracanie uwagi na szczegóły: ile partnerka waży, jak wygląda, ponieważ w ten sposób gubi się istotę jej osoby. Gdy zachowujemy zdolność bycia zakochanym, pozwalamy sercu patrzeć i widzieć poza zmarszczkami, zachwycać się. Niedoskonałości nie przesłaniają kobiety – wybraliśmy ją, a nie jej karierę, umiejętności, stan posiadania czy cokolwiek innego. Mówimy: „Kocham twoją kuchnię”. Ale przecież gdyby tylko o to chodziło, moglibyśmy zatrudnić kucharkę. Kocham cię, bo ty jesteś ty, a nie dlatego, że jesteś fajna, dobrze gotujesz, tyle w życiu osiągnęłaś, tyle dobrego zrobiłaś dla rodziny. Za to możemy być wdzięczni, a wdzięczność może tworzyć dodatkowe korzystne środowisko do zakochania, ale go nie zastępuje. Moja żona mówi: „Czas mija, uroda pozostaje”. W miłości chodzi o wewnętrzną urodę, która nigdy nie będzie miała zmarszczek. Kochając, swobodnie przechodzimy z poziomu operacyjnego w naszym związku na poziom egzystencjalny.

Gdy mężczyźni mówią, że byli naiwni, może chodzi im o to, że byli niewinni?
Czym była ta „naiwność”? Nieskażonym, czystym, niewinnym widzeniem. I była w niej taka siła! Powrót do niewinności zakochania możemy połączyć z doświadczeniem, które nabyliśmy przez lata. Możemy być jednocześnie dojrzali i romantyczni.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. 

  1. Styl Życia

Dom Beaty Sadowskiej - opowieści ognia i gór

Mimi, suczka Beaty Sadowskiej, podobnie jak domownicy, uwielbia się wygrzewać przed kominkiem. (Fot. Celestyna Król)
Mimi, suczka Beaty Sadowskiej, podobnie jak domownicy, uwielbia się wygrzewać przed kominkiem. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
U podnóży Alp, z kominkiem, krowimi dzwonkami i widokiem na Mont Blanc. W tym klimatycznym górskim wnętrzu Beata Sadowska znajduje schronienie i spokój, nie tylko w czasie pandemii.

Dom jest położony na wysokości 1250 metrów nad poziomem morza, nie jest więc typowo górskim domem. To stara, prawie 300-letnia stodoła, przerobiona na mieszkania. Jak to się mówi, dom z duszą. Idealnie wkomponowany w otoczenie, zrobiony z kamienia i drewna. Kiedy pierwszy raz przyjechałam go obejrzeć, Paweł, mój partner, bał się, że mi się nie spodoba. Było wtedy strasznie zimno, a do tego lało. Pomyślałam sobie: „Boże, gdzie ja jestem?!”. Ale kiedy weszłam do środka i zobaczyłam ogień w kominku, poczułam, że tu jest właśnie moje miejsce. Od razu skradł mi serce.

(Fot. Celestyna Król) (Fot. Celestyna Król)

Ciepłolubna

Lubię przestrzenie, które są prawdziwe, nie z katalogu, nie wygładzone i nieskazitelne, ale które pokazują historię ludzi w nich mieszkających. Lubię też inteligentną architekturę, która się wpisuje w krajobraz. A ten dom tak właśnie ma. Salon połączony z kuchnią, z wielkim oknem i widokiem na Mont Blanc, jest jednocześnie kuchnią, jadalnią, pokojem dzieci, biurem moim, Pawła i jeszcze legowiskiem naszej suczki Mimi. Jest stale bijącym sercem domu. Paweł się czasem denerwuje, że szybko robi się tu bajzel, ale mu tłumaczę, że jak dom żyje, to musi być to widać.

(Fot. Celestyna Król) (Fot. Celestyna Król)

Nie lubię, jak dom jest muzeum, i nie lubię, jak jest katalogiem sztuki współczesnej. Żadna z tych historii nie jest moja. Wolę łączyć te dwa światy. Mamy tu mnóstwo starych sprzętów, ale takich naprawdę starych, jak drewniane narty, stare łyżki, zdjęcia i obrazy na ścianach. A do tego bardzo wygodne łóżko z porządnym materacem, zupełnie współczesne lampy, przy których mogę prowadzić warsztaty czy nagrywać wykłady, i sprzęt grający, bo oboje bardzo lubimy muzykę.

Wygodne łóżko to podstawa. (Fot. Celestyna Król) Wygodne łóżko to podstawa. (Fot. Celestyna Król)

Mamy też kominek. Jestem z natury ciepłolubna, a w ogień mogę się gapić godzinami. Uważam, że ma w sobie niesamowitą magię. Uwielbiam taki obrazek: dzieci siadają przed nim wieczorem na wielkich pufach i zasypiają kołysane rytmem naszych głosów, a my je tylko przenosimy potem do łóżeczek.

Nowoczesność miesza się tu z tradycją. (Fot. Celestyna Król) Nowoczesność miesza się tu z tradycją. (Fot. Celestyna Król)

Dom ma dwa tarasy, na jednym jest słońce rano, na drugim – po południu. Latem podążamy za nim, przenosząc się tam, gdzie akurat świeci. No i ta natura wokół... Wchodzi oknami, drzwiami i każdą wolną przestrzenią. Góry to kolejny żywioł, który mogłabym podziwiać bez przerwy. Z jednej strony piękne, z drugiej – budzące szacunek i uczące pokory. Oczywiście każdego, kto jest rozsądny. Nasi goście po dwóch dniach pobytu mówią, że tak odpoczęli, jakby byli tu co najmniej tydzień. Nie ma nic bardziej kojącego, a jednocześnie dodającego energii niż te dwa widoki: ogień i góry.

Drewniane drzwi w łazience prowadzą do prysznica i sauny, idealnego zakończenia górskich wycieczek. (Fot. Celestyna Król) Drewniane drzwi w łazience prowadzą do prysznica i sauny, idealnego zakończenia górskich wycieczek. (Fot. Celestyna Król)

Wspólnie z Pawłem postanowiliśmy, że odkąd pojawiły się dzieci, nie będę ekstremalnie chodzić po górach. Praca Pawła – a jest przewodnikiem wysokogórskim – jest już wystarczająco wymagająca i niebezpieczna, żebyśmy oboje się narażali. Ale nadal spaceruję i biegam po górach. To nie są żadne sporty wyczynowe, robię to wyłącznie dla siebie i odpoczynku, dla większej przestrzeni i ciszy w głowie.

'Ten obraz, podobnie jak cały dom,skradł mi serce. Nie wiem, co w nim takiego jest, ale napełnia mnie radością' - mówi Beata Sadowska. (Fot. Celestyna Król) "Ten obraz, podobnie jak cały dom,skradł mi serce. Nie wiem, co w nim takiego jest, ale napełnia mnie radością" - mówi Beata Sadowska. (Fot. Celestyna Król)

Podarowany czas

Pandemia zastała nas właśnie tutaj. Na początku, zgodnie z rozporządzeniami, mogliśmy wychodzić dwa kilometry od domu, potem na godzinę w ciągu dnia. Cieszyliśmy się zatem każdą chwilą na łonie natury. Dla wielu osób ten czas był okazją do zatrzymania się, skupienia na sobie i swoich potrzebach. Wyobrażam sobie, że tam, gdzie są patologia i przemoc, zamknięcie w domu mogło być wielkim dramatem. Z pewnością trudno było też ludziom, którzy nie lubią i nie potrafią być razem albo są przestymulowani do tego stopnia, że cisza, bezruch i spokój ich męczą. Dla mnie to był czas podarowany.

Oryginalne krowie dzwonki nad łóżkiem. Alpejskie krowy, pasąc się na pastwiskach, przemieszczając się, bez przerwy nimi dzwonią. Latem Beata uwielbia zasypiać przy tym dźwięku. (Fot. Celestyna Król) Oryginalne krowie dzwonki nad łóżkiem. Alpejskie krowy, pasąc się na pastwiskach, przemieszczając się, bez przerwy nimi dzwonią. Latem Beata uwielbia zasypiać przy tym dźwięku. (Fot. Celestyna Król)

Na co dzień kursuję zwykle między Warszawą a Chamonix, Paweł ma pracę w górach, więc często jest w terenie. Dawno się więc nie zdarzyło, żebyśmy spędzili jako rodzina tyle czasu razem. W dodatku razem z przyjaciółką właśnie na ten moment zaplanowałyśmy start naszego wspólnego dzieła – platformy poświęconej rozwojowi osobistemu Mentalist.pl. Nie przypuszczałyśmy, że tak idealnie wstrzelimy się w moment i w potrzeby ludzi. Bo nagle wszyscy zaczęli bardzo dużo czasu spędzać przed ekranami komputerów i smartfonów. Ale też zagłębiać się w siebie, stawiać sobie podstawowe, jakże ważne pytania: Kim jestem? Gdzie jestem? Z kim jestem? Chciałabym, żeby Mentalist.pl stał się przestrzenią, która będzie inspirowała do znajdywania na nie właściwych odpowiedzi. Nasi eksperci i wykładowcy mówią dużo o zarządzaniu stresem i budowaniu odporności, ale też o intuicji, szukaniu swojej drogi, zmianie. Sama w tym czasie nagrywałam dużo live’ów z psychologami i socjologami, ale też z moimi ćwiczeniami oddechowymi i rytuałami tybetańskimi. Nadal to robię.

Idealnie wkomponowany w otoczenie, surowy i prosty, a jednocześnie ciepły i przytulny – taki właśnie jest ten dom. (Fot. Celestyna Król) Idealnie wkomponowany w otoczenie, surowy i prosty, a jednocześnie ciepły i przytulny – taki właśnie jest ten dom. (Fot. Celestyna Król)

To nie tak, że nagle doceniłam ciepło domowego ogniska, bo ja je doceniam od dawna. I tak jak kocham podróże, tak uwielbiam z nich wracać. Zawsze uwielbiałam. Dom był i jest moją oazą. Ja z niego nigdy nie uciekam i wciąż z wielką przyjemnością do niego wracam. I to się nie zmieniło. 

  1. Psychologia

Sztuka samoograniczania. Skromniej znaczy lepiej

Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mamy wszystkiego za dużo, a pragniemy jeszcze więcej. Toniemy w nadmiarze, a dokładamy sobie kolejną zdobycz. A może by tak zamiast zdobywać – zacząć się pozbywać?

Pozbywanie się jest nie lada sztuką. Wiedzą o tym wszyscy, którzy muszą spakować rzeczy przed przeprowadzką albo remontem. Tego szkoda, tamto cenne, owo może się przydać. O wiele łatwiejsze jest gromadzenie. Widzimy coś i czy jest nam to potrzebne, czy nie, wkładamy do koszyka. Bo kiedyś będzie jak znalazł. Bo po okazyjnej cenie. I ani się obejrzymy, jak gromadzenie staje się swego rodzaju przymusem. Przed laty Warszawę obiegła informacja o starszej kobiecie, która do swojego mieszkania na Żoliborzu znosiła rzeczy ze śmietnika. Kiedy nie dawała znaku życia, zaniepokojeni sąsiedzi wezwali pomoc. I wtedy okazało się, że kobieta została uwięziona przez rupiecie, którymi zawaliła mieszkanie od podłogi po sufit. Znam inną starszą panią, która trzyma w kuchni zapasy cukru, mąki, kasz. Na wszelki wypadek. Z kolei pewien mężczyzna nie jest w stanie pozbyć się niczego po rodzicach, mimo że ci nie żyją od 15 lat. Mój znajomy, dziennikarz, od lat zbiera gazety. Ma ich w pokoju takie sterty, że przemieszcza się pomiędzy nimi wąskim tunelem. Gdy pytam, kiedy się ich pozbędzie, odpowiada: „Nie po to zbierałem je przez całe życie, żeby teraz wyrzucać”.

Korzystam z tego, co mam

Skąd w ludziach taka potrzeba? Psycholog Jarosław Przybylski: – Pod potrzebą nadmiernego gromadzenia rzeczy mogą kryć się różne psychologiczne problemy, a nawet choroby. Często okazuje się, że źródła manii zbieractwa sięgają przeżyć z okresu dzieciństwa. Na przykład ludziom, którzy jako dzieci nie mieli stałego domu, nieustannie się przeprowadzali albo żyli w domach dziecka, przedmioty mogą dawać poczucie stabilności, kompensować cierpienie, działać niczym lekarstwo. Tacy ludzie przywiązują się do rzeczy, ponieważ te nigdy ich nie zranią. Czasem przedmioty są czymś w rodzaju tarczy ochronnej, zasłony oddzielającej człowieka od świata, poprzez którą zbieracz chce niejako odwrócić uwagę innych od siebie i skierować ją na to, co gromadzi. Z kolei przechowywanie rzeczy po bliskich zmarłych bywa rozpaczliwą próbą odwrócenia biegu zdarzeń, zatrzymania bliskich choćby pod postacią owych rzeczy. Robienie zapasów jest natomiast domeną starszych ludzi, którzy przeżyli niedostatek, wojnę. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad swoim życiem. I dopóki pozwala im normalnie funkcjonować, nie ma powodów do obaw. Gorzej, gdy staje się maniakalne, wtedy może oznaczać nawet poważną chorobę, zwaną zespołem Diogenesa.

Jak wyjaśnia psycholog, przypadłość ta polega na manii zbieractwa i zagracania swojego domu rzeczami, które chory traktuje jako absolutnie niezbędne do życia, choć nie są mu do niczego potrzebne. Choroba ta dotyka ludzi niezależnie od wykształcenia i statusu majątkowego. I co ciekawe, cierpiące na nią osoby podobnie jak hazardziści nie uważają swojego zachowania za patologiczne. Amerykańscy psychologowie badający tę chorobę odkryli, że za gromadzenie zapasów potrzebnych do przeżycia odpowiada przedczołowa kora mózgowa, ta sama, która jest też odpowiedzialna za podejmowanie decyzji, przyswajanie złożonych informacji, porządkowanie myśli. Otóż okazuje się, że u osób dotkniętych zespołem Diogenesa praca tej części mózgu jest zaburzona. Przyczyny tych zaburzeń nie poznano do końca, podejrzewa się wpływ urazów głowy i niektórych leków.

Przestać gromadzić to pierwszy niezbędny krok do uporządkowania swojego życia. Ale drugi – zacząć pozbywać się tego, co niepotrzebne – często okazuje się nie do przejścia. Dlatego na początek warto zrobić eksperyment polegający na tym, że korzystamy tylko z tego, co mamy. A mamy dużo, o wiele więcej, niż myślimy.

Przekonałam się o tym w dość spektakularny sposób w pewien piątek przed majowym weekendem z niehandlową niedzielą. Przyjaciółka zaprasza mnie na Mazury, więc nie robię zakupów. Ale nieoczekiwanie dopada mnie bolesna kontuzja i z planów nici. No i jak tu przeżyć dwa dni z pustą lodówką? Okazuje się jednak, że wcale nie taką pustą. Z tego, co w niej znalazłam, dało się wykroić śniadanie (kozi serek, maślanka), obiad (risotto z cukinią i suszonymi pomidorami), kolację (pomidory), a nawet poniedziałkowe śniadanie (reszta koziego serka). Gdybym wyjechała, to wszystko wylądowałoby pewnie w koszu. No a gdybym wiedziała, że zostanę – przeznaczyłabym kilka godzin, dużo energii i pieniędzy, żeby zaopatrzyć dom w niezbędne produkty, bez których – jak mi się wydawało – nie da się przetrwać nawet jednego dnia. Przetrwałam dwa, a mogłabym więcej. Zyskałam czas i energię. Zrobiłam miejsce na świeże jedzenie w lodówce. Zaoszczędziłam. A przede wszystkim odkryłam, że nie tylko jedzenia w lodówce mam za dużo.

Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” stawia podobną diagnozę: Ludzie Zachodu uginają się pod ciężarem nadmiaru – stosu gadżetów, sprzętów, ubrań, które ich przytłaczają, zajmują miejsce, obciążają umysł, emocje. A każda zbędna rzecz zagraca nie tylko przestrzeń, ale też i głowę. No bo skoro już coś mam, to muszę tego używać, odkurzać, konserwować. A jeśli nie używam – to biję się z myślami: „dlaczego” i mam wyrzuty sumienia, po co tę rzecz kupiłam, skoro stoi i się marnuje. Tak czy siak owo „za dużo” zajmuje mój umysł! Dlatego autorka nawołuje: „Usuń zbędne rzeczy ze swojego otoczenia, a przegonisz je ze swojego umysłu. Stwórz wokół siebie przestrzeń, zanim dasz się wciągnąć w błędne koło, z którego będzie ci coraz trudniej wyjść. Dobra materialne ograniczają nas dużo bardziej niż zła pogoda czy brak pieniędzy!”. Proponuje zacząć od przyjrzenia się rzeczom, które nas otaczają, tym wszystkim przedmiotom codziennego użytku, drobiazgom stojącym na szafkach i biurku. I od zadania sobie pytań: Czym te rzeczy są dla mnie? Czy są mi naprawdę potrzebne?

Psycholog Jarosław Przybylski: – Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. A że reklam jest dużo, a każda z nich wmawia nam, że owe „dobra” uczynią nas młodszymi, zdrowszymi, piękniejszymi, szczęśliwszymi, no to lecimy, kupujemy i stawiamy na szafce jak prawdziwe trofeum.

Kim jestem i o czym marzę

Porządkowanie przestrzeni, która nas otacza, zawsze trzeba zacząć od porządkowania siebie: Kim jestem dzisiaj? Co lubię robić? Z czym (i w czym) dobrze się czuję? Co sprawia mi prawdziwą radość? W jakim kierunku chciałabym się rozwijać? Jakie są moje marzenia?

Takie pytania zadał sobie ponad 20 lat temu Janusz Olenderek, wtedy warszawianin, prezes Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, dziś gospodarz Ośrodka Działań Twórczych „Mandala” w Targoszowie w Beskidzie Niskim. Swojego miejsca szukał długo. Absolwent warszawskiej ASP, po studiach żył z malowania, pracował jako nauczyciel w liceum plastycznym. Życie wiódł niespieszne, na swój sposób ciekawe, ale jakby uśpione. W 1989 roku rozpoczął pracę w Urzędzie Rady Ministrów. Dwa lata później dostał propozycję objęcia stanowiska dyrektora Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, która koordynowała tworzenie w Warszawie filii Uniwersytetu Europejskiego w Brugii. Nagle z sielskiej rzeczywistości trafił w samo centrum wydarzeń.

– Miałem poczucie, że oto dzieje się historia i ja w niej uczestniczę – wspomina. Dostaje pensję, od której kręci się w głowie. Ma do dyspozycji biuro w stylowej rezydencji w parku Natolińskim, samochody służbowe, dwa telefony komórkowe. Spotyka ludzi z pierwszych stron gazet, pracuje w świetnym zespole. Natolin rozkwita. Staje się wizytówką Polski, gości prezydentów i premierów. – Można powiedzieć, że żyłem jak w raju. Miałem wszystko, czego dusza zapragnie, a tak naprawdę czułem, że to nie jest moje miejsce. Dusiłem się jak koń w za ciasnym chomącie. Dużo się nauczyłem, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym w taki sposób spędzić całe życie. Tęskniłem do ciszy.

Do podjęcia decyzji o rzuceniu pracy dojrzewał powoli. O swoich zamiarach mówił współpracownikom, nikt jednak nie wierzył, że dyrektor może ot tak to rzucić i odejść. Do dziś niektórzy pukają się w czoło. A on odszedł. – Przełomu nie było – mówi. – To był długi proces. Zaczął się zapewne już w młodości od wielkich pragnień, żeby zamieszkać w górach. Co jakiś czas oglądałem tu różne domy, ale wtedy nie mogłem sobie pozwolić na kupno. Miałem jednak przekonanie, że kiedyś będzie to możliwe. Wszystko ma swój czas. Utkwiło mu w pamięci zdanie z jakiejś książki: Żyjmy tak, żeby na łożu śmierci mieć poczucie, że się nie zmarnowało życia, że się zrealizowało swoje marzenia. To jedno zdanie było kroplą, która przelała czarę. Porozmawiał chwilę ze sobą: „Żyję w komforcie, otoczony przyjaźnią, prestiżem, jestem przez wszystkich rozpieszczany, ale czy zrealizowałem to, o czym marzę?”. Odpowiedź brzmiała: „Nie!”.

– Dla kogoś z zewnątrz to mogło wyglądać jak desperacki krok – mówi. – Ale dla mnie to nie była żadna rewolucja, tylko ewolucja. Decyzji nie podjąłem z dnia na dzień, nie rodziła się w bólach, nie analizowałem argumentów za i przeciw. Po prostu odszedłem w głębokim przeświadczeniu, że tak należy zrobić. A wszystko dlatego, że zadałem sobie pytanie: Kim jestem i o czym marzę?

Zamykam przeszłość

Psycholog Jarosław Przybylski: – Posiadanie rzeczy stabilizuje i porządkuje nasze życie, daje też poczucie bezpieczeństwa. Więc nie chodzi o to, aby kompletnie wyzbyć się wszystkiego. Chodzi o to, aby pozbyć się nadmiaru rzeczy, bo wszelki nadmiar wprowadza w naszą codzienność chaos, przytłacza nas i zamyka w uciążliwej rutynie.

Od czego zacząć? Może właśnie od przejrzenia lodówki? To świetne miejsce do trenowania pozbywania się tego, co niepotrzebne. Jak słusznie zauważa Dominique Loreau, zawsze znajduje się w niej coś, co nadaje się do wyrzucenia, natychmiast. A my, choć otwieramy lodówkę tak często (a może właśnie dlatego), już nawet nie widzimy w niej tego, czego nigdy nie używamy, co sobie stoi, aż spleśnieje. Autorka proponuje przyjrzeć się zawartości naszych lodówek i na początek opróżnić tylko jedną półkę. Prawda, jaki miły i zachęcający widok? No to opróżnijmy drugą i trzecią. Taki lodówkowy remanent powinien natchnąć nas do zmiany przyzwyczajeń w robieniu zakupów. Czyli do kupowania tylko tego, co zużyjemy. Bo jak powiedział Seneka: Nigdy nie jest mało tego, co starcza. Eksperyment z lodówką pokazuje, że mniej naprawdę znaczy więcej – mniej zbędnego jedzenia oznacza więcej miejsca na półkach, więcej ładu, ale też czasu i pieniędzy w portfelu. Podobny efekt możemy uzyskać, przeprowadzając remanent w całym domu. A potem przyjdzie kolej na porządkowanie życia.

Jak się do tego zabrać? Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” pisze: „Jeśli naprawdę pragniesz zmienić swoje życie, usunąć z niego wszystko, co powoduje w nim szeroko pojęte zatłoczenie, jeśli chcesz, żeby twoje życie nabrało rozpędu, zyskało nową jakość, najbardziej radykalnym sposobem jest wyjechać w długą podróż”.

Taką metodę praktykuje wielu Amerykanów. Raz na jakiś czas rzucają pracę, pozbywają się wszystkiego, co mają, często nawet domu, i wyruszają w długą, trwającą czasem lata wyprawę. A wszystko po to, aby przemyśleć swoje życie. Ci, którzy odbyli taką podróż, twierdzą, że w starych dekoracjach, wśród starych rzeczy i nawyków żadnej zmiany przeprowadzić się nie da.

Nie każdy może pozwolić sobie na tak radykalne rozwiązanie. Ale każdy może spróbować choć raz w życiu zafundować sobie jakiś dłuższy wyjazd. Opuszczenie domu na dłużej zmusza nas do uporządkowania go przed wyjazdem, dokonania selekcji tego, co ze sobą zabierzemy, a więc do przejrzenia rzeczy w bardziej wnikliwy sposób, niż to robimy zazwyczaj. To idealna okazja do pozbycia się tego, co nie jest nam już potrzebne. Do zamknięcia za sobą nie tylko tych prawdziwych drzwi, ale także tych symbolicznych, za którymi zostawiamy przeszłość. Podobno to nieporównywalne do żadnego innego uczucie. Lekkości, radości, wolności. Jarosław Przybylski: – Już Horacy powiedział, że najlepszy jest umiar, złoty środek. A my dzisiaj kompletnie o tym zapomnieliśmy, chcemy więcej i więcej. Współczesny człowiek dał się owładnąć konsumpcyjnemu szaleństwu – kupuje nawet to, co zupełnie nie jest mu potrzebne. Bo akurat jest promocja albo coś ładnie wygląda. I w ten sposób zawala dom gadżetami, których nigdy nie używa. Gdzie tu zdrowy rozsądek?   

Dominique Loreau w książce „Sztuka umiaru” pisze: „Aby czuć się dobrze, powinniśmy unikać wszelkiego nadmiaru w naszym życiu. Oznacza to również uświadomienie sobie, że w życiu nie ma wzlotów bez upadków, ale nie ma też samych upadków bez wzlotów! To my jesteśmy panami i strażnikami ciała i umysłu. Tylko my jesteśmy w stanie się o nie zatroszczyć i dobrze je poznać. Jedynie my sami możemy uświadomić sobie naszą tożsamość kulinarną, nasze upodobania, aspiracje i myśli”.

Wiele osób, zwłaszcza młodych, może zbulwersować problem, który poruszam. Już to słyszę: „Samoograniczanie się? Z czego? Przecież jestem na dorobku, nie mam stałej pracy, oszczędności, swojego mieszkania, rodziny”.

To wszystko prawda. Ale ja widzę także drugą stronę medalu: rozbuchane oczekiwania młodych, którzy chcą mieć wszystko już, natychmiast. Którzy bez ogródek werbalizują swoje roszczenia: „Skoro skończyłam trzy kierunki, znam cztery języki, zjeździłam pół świata, to należy mi się ciekawa, dobrze płatna praca”. Pytam wtedy: „A co naprawdę lubisz robić? Co jest twoją pasją?”. I tu zapada na ogół cisza. Albo pojawia się święte oburzenie: „Powinnam dostać pracę, jestem przecież bardzo dobrze wykształcona!”.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Młodzi ludzie nie mają dzisiaj wymarzonej sytuacji, ale czy młodzi mieli ją kiedykolwiek? Po co im ten nadmiar kierunków studiów, wszelkiego rodzaju kursów, warsztatów? Czy nie lepiej skupić się na jednej dziedzinie, ale penetrować ją do głębi? Albo – tak jak to bywa w wielu krajach – po maturze dać sobie prawo do rocznej przerwy, rozejrzeć się, zastanowić, co chciałbym robić, popracować w wymarzonym miejscu. I dopiero wtedy zadecydować. Moim zdaniem młodych ludzi gubi dzisiaj nadmiar możliwości i niedostatek wiedzy o sobie. Studiują po kilka kierunków, a nie mają pojęcia, kim są, co im leży na sercu. A od tego trzeba zacząć.