1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Polka w Dubaju: Jak się żyje w Zjednoczonych Emiratach  Arabskich?

Polka w Dubaju: Jak się żyje w Zjednoczonych Emiratach  Arabskich?

Różnice kulturowe sprawiają, że Europejczycy w kraju arabskim czuja sie co chwilę  zaskakiwani. (Fot. iStock)
Różnice kulturowe sprawiają, że Europejczycy w kraju arabskim czuja sie co chwilę zaskakiwani. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
– Kocham je i ich nienawidzę – mówi po pięciu latach spędzonych w Zjednoczonych Emiratach  Arabskich Aleksandra Chrobak. A w swojej książce "Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach" opisuje kraj ogromnych kontrastów.

Pierwsze wielkie zaskoczenie, kiedy znalazłaś się na miejscu.
Salony w  domach, do których byłam zapraszana. Na podłogach drogie dywany, wzdłuż ścian ułożone specjalne pufy służące do oparcia pleców. I  obowiązkowy element wystroju – wielkie kandelabry, kryształowe albo udające kryształ. Dużo frędzli, pluszu, grube, ciężkie, aksamitne zasłony i  meble à la Ludwik XIV. Chodzi o  porażenie gościa bogactwem, salon jest wizytówką.

No to po kolei. Jak to się w  ogóle stało, że trafiłaś do Emiratów?
Po polonistyce, religioznawstwie i nieskończonej iranistyce w Krakowie wyjechałam do Londynu, do chłopaka. Miłość się skończyła, a ja poczułam, że jest mi w Londynie za zimno i zaczęłam szukać pracy w liniach lotniczych. Trafiłam na dzień otwarty narodowych linii emirackich Etihad. Przepracowałam tam rok.

Latałaś z szejkami?
Szejkowie mają własne linie i robione na zamówienie samoloty, ja obsługiwałam klasę ekonomiczną. Ale wiem, że w Arabii Saudyjskiej zdarzają się nawet całe SPA na pokładzie. Etihad stworzył niedawno specjalne sektory w samolotach – małe mieszkanka z jedną sypialnią, z podwójnym łóżkiem i własną łazienką, które mają zachęcić rodzinę królewską do podróżowania z nimi.

Masz też na koncie pracę w administracji emirackiego NFZ-u.
To oni znaleźli moje CV w sieci i zadzwonili. Byłam asystentką administracyjną: porządkowałam papiery, rozliczałam ubezpieczenia, przyjmowałam skargi, bardzo pomogła mi podstawowa znajomość arabskiego. Klinika mieściła się w Abu Zabi, zamieszkałam więc na jego przedmieściach w jednym z wielu podobnych do siebie komunalnych domów z lat 70. Architektonicznie przypominały trochę minarety, z wieżyczką i portalami w kształcie łuku. Wokół kamienne ogrodzenia, solidna brama – to bardzo ważne, żeby mieszkające tam kobiety czuły się swobodnie.

Jak się mieszkało w takiej okolicy?
Zobaczyłam, jak wygląda prawdziwe życie. Tego nie widać z klubu plażowego w Dubaju. Zresztą już wcześniej, kiedy krótko pracowałam w banku, podpatrzyłam środowisko niższej kadry pracowniczej – najczęściej Hindusów lub Pakistańczyków, którzy muszą wyjść na ulice, żeby wcisnąć komuś kartę kredytową. Nie stać ich na wynajęcie samochodu, maszerują więc w 50-stopniowym upale przez miasto w koszulach typu non-iron, z tekturową teczką pod pachą. Emiraty to miejsce ogromnych kontrastów, między innymi dlatego jednocześnie je kocham i ich nienawidzę. Przygarbiona staruszka może nie potrafić się podpisać, ale wnuczek nauczył ją, jak obsługiwać najnowszy, pozłacany model iPhone’a. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie też szachownica, jaką widać na ulicach: kobiety w czarnych abajach i mężczyźni w białych kandurach.

Po ubiorze można rozróżnić, z jakiego regionu pochodzisz?
Najbogatsze jest Abu Zabi, to stąd płynie ropa, ale to mieszkańcy Dubaju roztaczają wokół siebie aureolę respektu. Trudno podrobić ich styl – tam wszyscy są bardzo modni i kosmopolityczni. Mężczyźni, choć to niedozwolone, noszą złote zegarki, a kobiety biżuterię, mocny makijaż. Wiele razy widziałam, jak spod prostokątnej czarnej szejli, zawiązanej na głowie, wystawała złota chusta Versace. Trzeba pamiętać, że mieszkańcy Emiratów to potomkowie Beduinów, którzy od poławiania pereł i dojenia wielbłądów przeszli od razu do wielkiego bogactwa, płynącego z ropy. Odkryli wartość pieniądza bez przymusu pracowania. Szejk Zajed, który zjednoczył Emiraty, chciał zrekompensować beduińską biedę i jak własnym dzieciom dać im wszystko, co petrodolary mogą kupić. Dlatego dziś każdy ma willę i kilka samochodów. Wielu 20-, 30-letnich chłopaków ma już swoje ferrari. Czym się wyróżnić w takim społeczeństwie, jak zamanifestować swój status? Kupujesz tygrysa albo lamparta. Albo husky, którego potem wyprowadzasz na dwór w 50-stopniowym upale.

Prawdziwi Beduini jeszcze istnieją?
Wszyscy ci, którzy mieszkali w szałasach, dostali pod koniec lat 60. murowane domy. Zdarza się jeszcze chałupa ze strzechą, chociaż w środku gra 60-calowy telewizor. Namioty stawiają co najwyżej z sentymentu. „Prawdziwy Beduin” budzi szacunek, ale tak zwany Bedu, człowiek mieszkający na przedmieściach, często o korzeniach jemeńskich albo saudyjskich, wręcz odwrotnie. Tacy ludzie są dowodem, że zmiany nie dokonały się w pełni, dobra nie zostały równo rozprowadzone i  Bedu zostali na poboczu cywilizacji. Nie są na przykład przyzwyczajeni do korzystania z krzeseł, siadają na nich, jakby siedzieli na dywanie po turecku. U  Bedu, kiedy chłopak kończy 14 lat, dostaje swojego pikapa i prowadzi. Już jako dziesięciolatek nierzadko rządzi rodziną – kobietami i młodszym rodzeństwem. Dziewczynki w wieku ośmiu, dziewięciu lat, chociaż nie są jeszcze dojrzałe biologicznie, dostają zamówione w Internecie albo uszyte na miarę abaje i chusty.

Jakie wrażenie zrobiły na tobie kobiety z Emiratów?
Te bogatsze, bardziej wykształcone, w szpilkach, z blond włosami wystającymi spod chusty, mocno zadzierają nosa. Trudno się z nimi zaprzyjaźnić. Najfajniejsze są kobiety w nikabach, zasłonach na twarz, przez które widać tylko oczy. Dużo przeszły, dużo musiały poświęcić: rok w rok poród, bycie jedną z dwóch, trzech żon, dlatego mają w sobie dużo pokory. Kiedyś w pracy poznałam Salmę. Na dłoniach miałam akurat hennę, Salmę zaciekawiło, że nosi ją biała nie-Arabka. Kiedy usłyszała, że nie jestem mężatką, od razu zaprosiła mnie na wesele do swojej rodziny. Już na miejscu poprosiła, żebym pomogła jej się przebrać. Dzięki temu wiem, jak wygląda tradycyjna bielizna – pantalony z wiktoriańskimi koronkami. Salma jest po czterdziestce, od początku traktowała mnie jak córkę pomimo opinii, jaką mają tam europejskie dziewczyny. Jeśli któraś z kobiet ma synową, na przykład z Rumunii, podczas przedstawiania jej powie, że owszem, jest z Rumunii, ale ma bardzo dobre serce. My, białe, wymagamy dodatkowego wyjaśnienia.

O co najczęściej pytały cię nowo poznane kobiety?
Jak to możliwe, że przyjechałam sama. Nie mogły uwierzyć, że po prostu spakowałam walizkę, i już. Pytały też, czy mieszkam sama. Ponieważ wiem, co to w ich kulturze oznacza, odpowiadałam, że owszem, ale tuż obok jest willa właścicieli i każdy, kto do mnie przychodzi, musi przejść przez podwórko, więc czuję się bezpieczna.

A co z mężczyznami? Udało ci się z którymś zaprzyjaźnić?
Z mężczyznami nie ma przyjaźni: albo jesteś żoną, albo dziewczyną dla przyjemności, albo jesteście na „dzień dobry” w pracy. Lokalsi są bardzo grzeczni. Ci bardziej konserwatywni nie powinni podawać ręki kobiecie, ale zrobiliby to, żeby cię nie urazić, jeśli to wyszłoby od ciebie. Mężczyźni fizycznie okazują sobie dużo ciepła, ale tylko w ramach własnej płci. Arabski pocałunek polega na tym, że dotykają się czołami, nosami i w powietrzu cmokają.

Opisujesz podryw w galeriach handlowych. Dlaczego akurat tam chodzi się na randki?
Bo kobieta i mężczyzna nie mogą do siebie tak po prostu podejść na przykład w kawiarni. Wiele miejsc podzielonych jest na strefę męską i damską: urzędy, biura, szpitale mają oddzielne wejścia dla każdej płci. To żaden odgórny nakaz, tylko tradycja. Wejście na teren centrum handlowego jest jedno, tam randki są możliwe. To dlatego konserwatywne rodziny nie puszczają tam swoich córek samych. Te mniej tradycyjne wysyłają dziewczyny np. z jednym z synów. Panowie, jak nigdzie indziej, pozwalają sobie na bezwstydne spoglądanie kobietom w oczy. Trzecie odwzajemnione spojrzenie to zaproszenie. Wówczas następuje dyskretna wymiana numerów. Po umówieniu spotkania przez telefon najczęściej podjeżdża się wieczorem na nieuczęszczaną plażę, przesiada do jednego samochodu, najlepiej z przyciemnianymi szybami, i to w nim mija randka, chyba że auto rusza do wynajętego mieszkania. Z cudzoziemkami jest trochę inaczej, choć i wobec nas miejscowi są nieśmiali, dopóki nie zostaną z dziewczyną sam na sam. W miejscu publicznym co najwyżej wyszepczą ci swój numer do ucha. Byłam na kilku takich niby-randkach, jedna z nich polegała na przejażdżce lamborghini. Jeśli jednak mężczyzna ma poważne zamiary, nie będzie się z tobą szlajał po plażach, nie zabierze cię na quady czy jet ski. Złoży ci wizytę jego matka.

Tobie raz złożyła.
Tak, przyszła do mnie korpulentna pani w koronkowej woalce i z dłońmi zaczernionymi od henny i zaprosiła do siebie do domu. Podejrzewałam, że ta wizyta powiązana jest z incydentem, który przytrafił mi się wcześniej. Obcy mężczyzna zostawił dla mnie karteczkę z informacją, że ma na imię Hassan, ma 24 lata i odkąd mnie zobaczył, nie może o mnie zapomnieć. Pomyślałam, że to żart: facet prosi mnie o rękę na kartce, ale czegoś takiego nie mogłam przegapić. Przyjęło mnie mnóstwo kobiet w nikabach, bo nawet w domu mógłby je zobaczyć na przykład szwagier, a on nie jest z nimi spokrewniony. Było tam mnóstwo dzieci, którymi one się chwaliły, fotografowały mnie z nimi. O Hassanie nikt nie wspominał, to nie byłoby w dobrym guście. Kiedy powiedziałam, że jestem zaręczona – była to nieprawdziwa, ale skuteczna wymówka – atmosfera trochę siadła. Na szczęście wtedy zjawiła się Nadżla vel Julie, 20-letnia siostra Hassana, która mówi po angielsku. Po wizycie na lusterku samochodu znalazłam złoty naszyjnik z moim przekręconym imieniem „Alix” i numerem telefonu. Potem Julie powiedziała mi, że Hassan jest już żonaty – mężczyzn z Emiratów stać na to, żeby mieć kilka żon. Mimo mojej odmowy kobiety z tej rodziny przyszły do mnie potem na urodziny z tortem.

Julie jako jedyna dziewczyna w rodzinie Hassana studiowała.
Bracia się na to zgodzili, ale kiedy skończy studia, będzie musiała poślubić swojego niewykształconego kuzyna i przeprowadzić się z nim do Arabii Saudyjskiej. Zwierzyła mi się kiedyś, że nie chce ograniczać się do roli żony. Nie będzie miała wyjścia. To bardzo konserwatywna rodzina, a ona to typ pięknej księżniczki zamkniętej w zamku. W pokoju zamiast okna miała atrapę, żeby nikt jej nie podejrzał. A tak swoją drogą wiesz, że w męskim gronie o żonach nie rozmawia się wcale? Mężczyźni nie zapisują kontaktów w telefonie jak my, wstukują same numery, w innym wypadku kolega mógłby zobaczyć, jak żona ma na imię, a to nie do pomyślenia.

Naprawdę rozważałaś wyjście za mężczyznę z Emiratów?
Naprawdę. Jeden z moich adoratorów napomknął, że traktowałby mnie jak księżniczkę. To, oczywiście, było bardzo idealistyczne podejście. Wiem, że naciskałby, żebym przeszła na islam, poza tym na pewno brakowałoby mi samotności, gdybym mieszkała w domu z kilkoma pokoleniami.

Arabki nie narzekają?
Kiedyś w odwiedziny do znajomych ubrałam się w abaję, ale chusty nie założyłam. Koleżanka zapytała, dlaczego jej nie noszę. Odpowiedziałam, że nie jestem muzułmanką. Wtedy zaczęła mnie przekonywać, że islam to raj dla kobiet. Nie musisz pracować, brać udziału w wyścigu szczurów. Zajmujesz się tym, co kochasz: domem, dziećmi, modą, urodą. Nie mogła zrozumieć, jak można tego nie chcieć.

A prawo do decydowania o sobie? Wolność osobista? Jest na nie miejsce?
Kobiety wolności szukają w zamkniętych grupach portali społecznościowych. Tu toczy się alternatywne życie. Profilowe zdjęcie nie zdradza dużo, to zazwyczaj jakieś zwierzątka czy kwiatki. Na takim portalu możesz po raz pierwszy zobaczyć twarz koleżanki z pracy, jej nową fryzurę, której inaczej nigdy byś się nie domyśliła, jej ciało w obcisłych ciuchach. Dziewczyny chętnie korzystają ze Snapchata, bo przesyłane przez niego filmy i zdjęcia można obejrzeć tylko raz i przez kilka sekund. Nie wpadną w niepowołane ręce. Popularny jest Instagram, jego użytkowniczki potrafią się ukryć pod hasłami, których nikt nie rozszyfruje.

Mówimy o obywatelach Emiratów, ale ZEA to też szara strefa. Wspominałaś o imigrantach w koszulach non-iron przemierzających kilometry w upale, ale bywa dużo gorzej.
Często wygląda to jak współczesne niewolnictwo, widać to w sektorze pracy dla niań i pomocy domowych. Jeśli mąż dopuszcza się przemocy domowej, żony często potem znęcają się nad służącymi. To jedyne pole, na którym mają władzę. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda na osiedlach baraków postawionych dla pracujących na budowach imigrantów z Półwyspu Indyjskiego. W jednym mieszka po 20 osób, bez klimatyzacji, w strasznych warunkach. Nie wolno im tam wnosić telefonów komórkowych z aparatem fotograficznym, żeby zdjęcia tych miejsc gdzieś nie wypłynęły. Obywatele Emiratów zarabiają nawet 45 tys. zł,  imigranci – po 800.

Nie będziesz miała problemów w ZEA po wydaniu książki?
Nie planuję wracać – w Emiratach są specjalne paragrafy, które zabraniają krytykowania kraju.

Nie żal ci?
Nie, bo mieszkając w Emiratach, mogłabym co najwyżej wydać laurkę, a to byłoby nieuczciwe wobec dziewczyn – wszystkich tych gospoś, które poznałam. Poza tym w Emiratach już zawsze byłabym „obca”.

Za czym najbardziej będziesz tęskniła?
Byłam kiedyś na weselu, nie wiedziałam, jak zagaić do jednej z kobiet. Wypaliłam, że ma ładny pierścionek, a ona od razu go zdjęła i mi podarowała. Podobne sytuacje zdarzały się nie raz. Będzie mi brakowało tej prostolinijnej szczerości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Marta Frej: "Nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość"

Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów.  (Fot. Marta Lityńska)
Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów. (Fot. Marta Lityńska)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
- Bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je - mówi Marta Frej, ilustratorka i autorka memów, pokazujących kobiecą codzienność - pełną absurdów, ciągłej walki ze stereotypami i niekończącego się udowadniania swojej siły. 

Czym jest dla ciebie feminizm?
Sposobem myślenia, patrzenia na świat, odczuwania, życia, ale też radzenia sobie z trudnymi rzeczami. A mówiąc mniej prywatnie – jest to dla mnie światopogląd, według którego ludzie powinni mieć równe szanse. Jest wiele feminizmów, wiele feministek i coraz więcej feministów. Mam do tego poznawczy stosunek. Według mnie każda osoba musi sama zdefiniować sobie feminizm.

Można śmiało stwierdzić, że wprowadziłaś feminizm do polskiej popkultury.
To duże słowa, ale nie chcę tak o sobie myśleć, bo nie chciałabym, żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy. Popkultura jest ważna, bo to bardzo dobre narzędzie kształtowania opinii i postaw. Ja cały czas żyję trochę na uboczu, nie bywam na salonach i nie jestem osobą publiczną. Zależy mi na tym, żeby nie stracić perspektywy przeciętnej kobiety, która jeździ rowerem, gada z sąsiadami i sąsiadkami, angażuje się w społeczność lokalną. Jednocześnie, bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je.

Ukrywasz się za swoją twórczością?
Chyba trochę tak. To jest kwestia mojej osobowości. Poza tym, często mam nieodparte wrażenie, że osoby, które poznaję w ostatnich latach, mają jakieś konkretne wyobrażenie na mój temat i konkretne oczekiwania, wtedy dość szybko się zamykam, bo to nie jest komfortowe. Muszę nauczyć się to akceptować. Chciałabym znaleźć swój gang kobiet, stworzyć jakąś społeczność. To jest moje marzenie i mój feministyczny kawałek na teraz.

Kobiety, które podczas Strajku Kobiet niosły na transparentach twoją grafikę „Wody odeszły, rodzimy rewolucję” już należą do tego gangu.
To dla mnie największa radość, gdy to co robię, komuś służy. Gdy można to wydrukować i wynieść na ulicę jako manifest, postulat czy znak tego, co się myśli. To największa nagroda, najlepsza wystawa w najlepszej galerii świata.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Katarzyna Kasia we wstępie do najnowszego albumu z twoimi rysunkami „120 twarzy Marty Frej” zadała pytanie: „Czy jesteśmy w stanie zmienić schemat, przeprogramować system, w którym kobiety z góry są na przegranej pozycji?”. Jak myślisz?
Tak! Choć najważniejszą rzeczą, którą musimy sobie wbić do głowy jest to, że nie zrobimy tego od razu. Być może beneficjentkami i beneficjentami tej zmiany będą przyszłe pokolenia i to jest ok. Ważne, by wierzyć w tę zmianę i robić wszystko co się da, by się dokonała.

Na jakim etapie tej zmiany teraz się znajdujemy?
Mam nadzieję, że to już jest dno, od którego się odbijemy. Kobiety od stuleci walczą o swoje prawa i nieprędko pewnie przestaniemy. Toczymy tę walkę na różnych poziomach i różnymi sposobami, z różną świadomością. Ale wszystkie robimy to wiedzione naturalną potrzebą samostanowienia i wolności. Dlatego jestem spokojna, że wola zmiany w nas nie umrze.

Od początku przekazywanie treści feministycznych poprzez sztukę było twoim pomysłem na siebie?
To był przypadek. Przez długi czas płynęłam poprzez życie, ale niespecjalnie odnajdowałam się w mainstreamie. Feminizm pojawił się w moim życiu, gdy byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, posypało mi się wiele rzeczy naraz. I oczywiście wzięłam to na klatę, jak typowa Polka wytresowana do tego, by obarczać się winą za wszystko. Myślałam, że to ja zawaliłam, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Skoro tyle pracy, miłości i entuzjazmu nie wystarczyło, to jak tu żyć dalej ? Skąd wziąć siły i środki? Kiedy już trochę się uspokoiłam i dostrzegłam pewne przykre wzory zachowań i mechanizmy stosunków społecznych związane z płcią, zaczęłam rysować o tym rysunki. Próbowałam to obśmiać, spojrzeć z dystansem, bo co więcej mogłam zrobić? Wtedy potwierdziły się moje przeczucia: moje przeżycia i problemy okazały się przeżyciami i problemami tysięcy kobiet. Tak narodził się mój feminizm.

Kobiety w twoich memach odnajdują siebie.
Okazało się, że ten mój przeciętny głos ma znaczenie. Ta świadomość dała mi chęć do życia, do dzielenia się swoim głosem i opowiedzenia swojej historii, a ściślej mówiąc, herstorii. To ważne, bo nie wszystkie mamy szczęście dostawać komunikat z rzeczywistości: „Halo, twoja herstoria jest ważna i ciekawa”. A każda jest ważna i ciekawa, a co najważniejsze, opowiadanie jej jest ważnym momentem terapeutycznym i emancypacyjnym.

Twoja twórczość jest formą autoterapii?
Na pewno. I być może dlatego, że wynika z przeżyć i doświadczeń, a nie z książek i abstrakcyjnego myślenia pod tytułem „będę udawać kogoś, kim nie jestem, żeby na chwilę uciec od codzienności”, prowokuje moje odbiorczynie i odbiorców do reakcji, polemik, dzielenia się własnymi opowieściami. Dzięki tysiącom komentarzy kobiet sformułowałam listę tematów, które pojawiają się jako najczęstsze problemy: umiejętność powiedzenia nie, stawianie granic, dbanie o swój dobrostan w takim samym stopniu, jak o innych, no i uwolnienie się od jarzma ciągłych ocen, od lęku przed oceną sąsiadek i sąsiadów, koleżanek i kolegów, rodziny... My, polskie kobiety, mamy bardzo niską samoocenę. Bez przerwy spotykam kobiety, które robią wspaniałe rzeczy, są mądre, odważne i pełne innych zalet, a najgorsze zdanie o nich mają one same.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Odpowiedzią na to był twój zeszłoroczny projekt „Jestem silna, bo…”.
Odkąd pamiętam zastanawiałam się kim jest „silny człowiek” - jakie ma cechy, czym się charakteryzuje? Kiedy prosiłam osoby na warsztatach, żeby zamknęły oczy i zwizualizowały sobie silnego człowieka, a potem opisały efekt, przeważająca większość zobaczyła mężczyznę. W końcu jeszcze niedawno funkcjonowało określenie „słaba płeć”... Z drugiej jednak strony, często słyszałam od facetów, że kobiety są silniejsze psychicznie. Do tego dochodzi jeszcze wiele stereotypów dotyczących tego, jak mamy się zachowywać, wyglądać. A że ja strasznie nie lubię gier, w których reguły nie są głośno nazwane i w gruncie rzeczy trzeba się domyślać, jak grać, postanowiłam poprosić kobiety, by dokończyły zdanie „Jestem silna, bo…”.

Nie obawiałaś się, że Polki będą z góry źle nastawione do zdania, które zaczyna się od takich słów?
Miałam takie podejrzenie i to się oczywiście potwierdziło, bo początek projektu był zupełnie inny niż to, co dzieje się teraz. Teraz to zdanie jest już akceptowane, nawet chętnie powtarzane. Na początku każde jego dokończenie budziło opór, zdziwienie, niechęć u dużej części odbiorczyń i odbiorców. Spotkałam się nawet z zarzutem, że promuję „kult siły”, co ma dla mnie wymiar groteski, biorąc pod uwagę, jak brzmi zakończenie większości bohaterek...

Z czasem zdanie „Jestem silna, bo…” urosło na ogromną skalę.
W krótkim czasie dostałam jakieś 2 tys. maili – wtedy zrozumiałam, jak trudne zadanie sobie stworzyłam i jak ciężko mi to będzie udźwignąć. Skala przemocy domowej, która ujawniła się w tym projekcie była przerażająca. Bo z przemocą domową to jest tak, że wszyscy o niej wiemy, wszyscy o niej mówimy, ale nie do końca zdajemy sobie z niej sprawę. A gdy dostaje się maila od kobiety, która ma imię i nazwisko i opisuje swoje przeżycia związane z przemocą domową, a do tego jeszcze pisze: „Jestem silna, bo…”, czyli poradziła sobie z tym wszystkim i wyszła z tego, to zupełnie zmienia się perspektywa. Wtedy dotarło do mnie, że ten projekt powinien nazywać się: „Jestem silna, pomimo że…”, bo okazało się, że największą siłę, według bohaterek tego projektu, dały im te najcięższe przeżycia, z którymi sobie poradziły.

To ćwiczenie było też ważne dlatego, że uświadomiło, że nikt nie jest silny przez cały czas. Możemy codziennie robić sobie takie ćwiczenie i pytać siebie, jak dzisiaj dokończymy to zdanie. I za każdym razem możemy kończyć je inaczej, bo to jest nasza decyzja, my decydujemy, czy to, że dziś wstałyśmy z łóżka to jest powód, dla którego możemy dziś się nazwać silną. I co z tego, że ktoś napisze: „Jesteś silna, bo wstałaś z łóżka – też mi coś”.  Tylko ja sama mogę ocenić, czy jestem silna – mogę sobie tę siłę przypisać, nazwać ją i sobie ją uświadomić oraz być z niej dumna.

Nie czułaś się trochę przytłoczona?
Trochę czułam. Teraz mam przerwę w tym projekcie, choć myślę, że do niego wrócę. To jest bardzo trudne, bo ja jestem tylko kronikarką i tak naprawdę nic nie mogę zrobić. A jednocześnie mam głębokie poczucie, że robię coś prawdziwego i potrzebnego.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Czy zaczynając spełniać się jako artystka myślałaś, że będziesz publikować swoją twórczość w Internecie?
Gdy studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi uczono mnie, że artysta – bo nie artystka, końcówki żeńskie wtedy w ogóle nie funkcjonowały – może tylko wystawiać w dużych galeriach, gdzie przychodzą ważni ludzie i jego elitarny przekaz dotrze tylko do garstki wybranych osób. Zresztą, ukończyłam szkołę imienia Władysława Strzemińskiego i wtedy nikt nie mówił o tym, że Strzemiński za żonę miał wielką artystkę Katarzynę Kobro, którą równo tłukł, a jej prace dopiero od kilku lat są doceniane. Gdybym na studiach wiedziała, że będą media społecznościowe i moi profesorowie dowiedzieliby się, że będę tam cokolwiek publikować, zostałabym wyśmiana. Dopiero gdy zrozumiałam, że nigdy nie będę wielkim „artystą” i że kompletnie w tym świecie nie umiem funkcjonować, zaczęłam publikować w mediach społecznościowych i uwolniłam się od wyobrażeń, jakim artystą powinnam być. I zostałam artystką.

Ale jednak wydałaś album z memami, czyli twórczością typowo internetową, w formie tradycyjnej. Czym jest dla ciebie ten album?
Taką nieoczekiwaną przyjemnością. Już tak przywykłam do Internetu, że onieśmiela mnie za każdym razem, gdy widzę swoje prace na papierze. Ale nie ukrywam, że to wielka przyjemność – dotykanie i posiadanie materialnego albumu ze swoimi pracami. Nawet mi się podobają te moje rysunki!

Bije z ciebie skromność, a przecież jesteś jedną z najbardziej znanych współczesnych artystek feministycznych w Polsce.
Trochę trudno mi w to uwierzyć... Jestem szczęśliwa i jest mi miło, ale z drugiej strony trochę się wstydzę i krępuje mnie, gdy ktoś tak mówi. Wiem, że to skutek polskiego wychowania, gdzie skromność jest największą cnotą dziewczynki. Walcząc z tym odpowiem: Dziękuję, miło mi to słyszeć.

„Twórczość Marty Frej jest – w najgłębszym sensie tego słowa – niepokorna” – to znowu słowa Katarzyny Kasi. Czy ty też jesteś niepokorna?
Ja po prostu nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość, bo bardzo dużo trzeba w niej naprawić. Jestem też bardzo przekorna i jeśli słyszę, że jakaś grupa ludzi (płci męskiej) coś ustaliła dawno temu i dlatego tak trzeba postępować, i że od dziada pradziada (no bo przecież nie od baby prababy) tak było i tak jest najlepiej, to w to nie wierzę.

Polecamy: album '120 twarzy Marty Frej', Wydawnictwo RM. Polecamy: album "120 twarzy Marty Frej", Wydawnictwo RM.

  1. Styl Życia

Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

(Fot. Paweł Zasada)
(Fot. Paweł Zasada)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Jeśli zastanawiacie się, dokąd wyruszyć tej wiosny, by na szlakach nie spotykać uciążliwych tłumów, uciec od miejskiego zgiełku i poznać wciąż nieodkryty na masową skalę region Polski, podpowiadamy – jedźcie na Dolny Śląsk.

Średniowieczne zamki, pałace jak z bajki, tajemnicze sztolnie, dawne kopalnie, jaskinie, ruiny, wygasłe wulkany i góry jak z opowieści fantasy. Rozległe wrzosowiska,  malownicze wodospady i setki kilometrów szlaków – narciarskich, rowerowych i pieszych. Dolny Śląsk to miejsce niezwykłe. Wszystko tutaj jest trochę inne. Architektura, jedzenie, ludzie, przyroda. Nie opuszczając granic kraju, można poczuć się jak na zagranicznej wycieczce.

Dla miłośników gór nie lada gratka, to właśnie tutaj, w województwie dolnośląskim, znajduje się aż 15 z 28 szczytów Korony Gór Polskich. To także w tych okolicach – w Kotlinie Kłodzkiej i położonych wokół niej górach – poprowadzono najbardziej rozbudowaną w Polsce sieć rowerowych tras typu singletrack, prowadzących pętlami różnej długości i pozwalających na zwiedzanie regionu z perspektywy dwóch kółek. Ale na tym oczywiście atrakcje tych okolic się nie kończą.

 

Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada) Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada)

Zainteresowanych odkrywaniem Dolnego Ślaska i poszukujących nieoczywistych i wyjątkowych noclegów w tej okolicy powinna zainteresować najnowsza książka z serii „Odetchnij od miasta”. Jej autorka, Sylwia Kawalerowicz, rozmawia z gospodarzami domów gościnnych, poznaje lokalne targi, słucha miejscowych opowieści i odkrywa niesamowite miejsca. Każdy znaleźć tu może miejsce dla siebie. Nic, tylko ruszać w drogę.

Chociaż na Dolnym Śląsku nie brakuje typowo turystycznych miejscówek chętnie odwiedzanych przez grupowe wycieczki, znaleźć tu można miejsca odludne, niezadeptane, a przy tym piękne, ciekawe i co ważne – gościnne. Prężnie rozwija się tutaj coś, co można określić mianem turystyki w stylu „slow”, w której liczy się doświadczenie, przeżycie, dobre jedzenie, spotkanie z wyjątkowymi ludźmi, nocleg w miejscu z historią, nieoczywistym, ciekawym. Zanocować można tu m.in. w salach wyremontowanego XVI-wiecznego pałacu, przytulnych pokojach stuletniego poniemieckiego domostwa z widokiem na wygasły przed kilku milionami lat wulkan, w nowoczesnej jurcie, prawdziwym ekologicznym gospodarstwie rolnym, starej kaszarni albo designerskim bungalowie pośrodku dzikiej łąki.

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada) Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada)

Vegan House (Fot. Paweł Zasada) Vegan House (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Oprócz propozycji noclegowych w książce czytelnik znajdzie też informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, dokąd wybrać się po lokalne specjały, jakie serowarnie, winiarnie czy gospodarstwa odwiedzić. Wyprawy na Dolny Śląsk były dla mnie wielką przygodą. Odkryłam świat fascynujący, nieoczywisty, czasami intrygująco szkaradny, a czasami obłędnie piękny. Pisząc tę książkę, poznałam ludzi, którzy pozwolili mi zrozumieć, czym są te krainy, odkryć ich trudną historię – często zapisaną w rodzinnych opowieściach, zaszytą w ścianach tutejszych domostw” pisze we wstępie autorka.

„Odetchnij od miasta” to bogaty w zdjęcia poradnik, w którym praktyczne wskazówki dotyczące podróżowania po Polsce przeplatają się z opisami niezwykłych domów gościnnych oraz inspirującymi opowieściami ich gospodarzy. Każde z polecanych noclegów został przez autorkę sprawdzony. Każde miejsce jest nietuzinkowe i przepełnione duchem regionu.

Sylwia Kawalerowicz „Odetchnij od miasta. Dolny Śląsk”, Wydawnictwo Buchmann

  1. Styl Życia

Koczownicy XXI wieku - rozmowa z Jessicą Bruder, autorką książki "Nomadland. W drodze za pracą”

Siedemdziesięcioletnia Linda May to jedna z bohaterek książki „Nomadland. W drodze za pracą”. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała autorce książki, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo. (Fot. Jessica Bruder)
Siedemdziesięcioletnia Linda May to jedna z bohaterek książki „Nomadland. W drodze za pracą”. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała autorce książki, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo. (Fot. Jessica Bruder)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Spakować się do samochodu i ruszyć przed siebie – to marzenie wielu wypalonych zawodowo osób. Jednak dla tych, których do życia w kamperze zmusiła konieczność, niewiele w tym romantyzmu. O koczownikach XXI wieku rozmawiamy z Jessicą Bruder, autorką książki, na podstawie której nakręcono nagrodzony Oscarem film "Nomadland".

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki 'Nomadland. W drodze za pracą'. (Fot. archiwum prywatne) Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki "Nomadland. W drodze za pracą". (Fot. archiwum prywatne)

Kilka lat temu kupiłaś minibus i postanowiłaś ruszyć szlakiem ludzi, którzy mieszkają w kamperach, pracują sezonowo i właściwie cały czas są w drodze. Pamiętasz jeszcze te emocje?
Na początku cały czas towarzyszył mi niepokój, bo musiałam bardzo dużo jeździć i to naprawdę dużym autem. Ale martwiłam się też o to, gdzie będę spać, czy będę bezpieczna, gdzie zaparkuję. Wiedziałam, że dla mnie nie jest to początek nowego życia, tylko chwilowa sytuacja, ale i tak się stresowałam.

Pamiętasz pierwszą noc?
Pewnie! Zaparkowałam w miejscu, gdzie był zakaz nocowania w aucie. Bałam się, że ktoś do mnie zapuka, policja zacznie zadawać pytania… Na szczęście szybko przywykłam. Od niedawna w Stanach obowiązuje zakaz nocowania w aucie, co dla mnie jest naruszeniem amerykańskich wolności, bo możesz zaparkować wszędzie, ale nie możesz spać.

Wyobrażam sobie, że to krzywdzący przepis w sytuacji, gdy auto jest twoim domem, a tak jest w przypadku bohaterów twojej książki „Nomadland”. Jakie jeszcze miałaś wrażenia w pierwszych tygodniach?
Bycie w drodze nieustannie dostarcza bodźców, bo cały czas poznajesz nowych ludzi, trafiasz też do nowych miejsc. To jest fascynujące, ale też wyczerpujące. Ja miałam ten luksus, że w każdej chwili mogłam wrócić do domu. Najdłużej w drodze spędziłam dwa miesiące, potem jeszcze kilka razy ruszałam w kilkutygodniową trasę. Pamiętam, jak bardzo zdezorientowana czułam się, gdy po dwóch miesiącach wróciłam do siebie. Sypialnia nagle wydała mi się ogromna, czułam się dziwnie w mieście, nie mogłam się odnaleźć. Ale dla mnie takie wytrącenie z równowagi było bardzo przydatne.

Co masz na myśli?
Gdy decydujesz się uprawiać dziennikarstwo, które wiąże się z tzw. obserwacją uczestniczącą, to trzeba cały czas siebie pilnować, by za bardzo nie zbliżyć się do bohaterów, nie zacząć patrzeć ich oczami. Jasne, biorę auto, spędzam kilka tygodni w drodze i poznaję ludzi, z niektórymi się zaprzyjaźniam, ale muszę pamiętać o tym, że cały czas jedną nogą jestem w ich świecie, ale drugą muszę pozostać w swoim, jeśli chcę zobaczyć cały obrazek, cały kontekst, i zarazem oddać im sprawiedliwość.

Co było dla ciebie najtrudniejsze w takim życiu?
Czas, kiedy pracowałam przy zbiorach buraków cukrowych – to jedna z tych sezonowych prac, przy których chętnie zatrudniają się nomadzi – był dla mnie totalnie wyczerpujący. Jesteś na nogach przez 12 godzin, jest zimno, przewalasz łopatą tony buraków, a obok ciebie tak samo ciężko pracują ludzie w wieku twoich rodziców. To było dla mnie emocjonalnie trudne, bo sama ledwo sobie z tym radziłam. Po całym dniu pracy każdy mięsień w ciele palił.

A druga rzecz: przez cały czas było mi zimno. Nigdy nie udało mi się dobrze ogrzać samochodu. Miałam co prawda grzejnik na gaz, czasem włączałam go i grzałam, dopóki nie szłam spać. Musiałam go wyłączać na noc, żeby się nie zatruć, i często budziłam się zmarznięta w wychłodzonym aucie. Zimno nie pozwalało mi też skoncentrować się i pisać, więc pod koniec dnia robiłam notatki w jakiejś przydrożnej pizzerii.

Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki 'Nomadland. W poszukiwaniu pracy' (Fot. archiwum prywatne) Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki "Nomadland. W poszukiwaniu pracy" (Fot. archiwum prywatne)

Twoi bohaterowie nie wpadli po prostu na pomysł mieszkania w kamperach i dorabiania sobie przy sezonowych pracach. To w większości ci, którzy z powodu kryzysu gospodarczego stracili pracę i domy, i musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tyle że większość z nich dziś jest na emeryturze.
Spotkałam bardzo wielu ludzi, którzy całe życie żyli modelowo: mieli pracę, płacili rachunki, odkładali pieniądze i dbali o rodzinę. I nagle zdarzyła się w ich życiu katastrofa, o co nietrudno, bo płace w Stanach nie rosną; rosną za to raty kredytów czy ceny wynajmu. Wielu z nich nigdy nie marzyło o życiu w kamperze.

W książce zwracasz uwagę na to, jak łatwo twoi bohaterowie zaczynają tworzyć społeczność, wspierać się, a ich ruch z roku na rok rośnie.
Zdecydowanie, ludzi na drodze jest coraz więcej. Bardzo szybko też zaczęli spotykać się w zorganizowany sposób. Jedną z tradycji nomadów jest Rubber Tramp Rendezvous (czyli Zlot Zmotoryzowanych Trampów), organizowany w styczniu na pustyni blisko miasteczka Quartzsite w Arizonie. Trwa dwa tygodnie i jest okazją do tego, by wymieniać się doświadczeniem, nawiązywać przyjaźnie i uczyć nowicjuszy. Zaczęło się od kilku–kilkunastu osób, a parę lat potem, kiedy ja się tam wybrałam, było już tysiąc uczestników. Ludzie chcą być razem, dzielić się tym, co przeżyli. I choć wiele osób, które spotkałam, mówiło mi, że tak naprawdę są introwertykami, to wciąż potrzebowały one życia towarzyskiego, chętnie również pomagały innym. Poza zlotami też pozostają ze sobą w stałym kontakcie.

W jaki sposób?
Dziś wiele osób korzysta z Messengera, wysyłają do siebie wiadomości, dzwonią, dbają o siebie nawzajem, ten aspekt troski o innych był dla mnie bardzo ciekawy. Podczas pandemii, gdy zamykały się parki, a kempingi zmieniły zasady korzystania, ludzie zakładali strony internetowe, gdzie udzielali informacji o tym, co się dzieje w kraju, jak rozumieć obostrzenia i jak się odnaleźć w sytuacji reżimu sanitarnego czy objawów koronawirusa.

Wiele nauczyłam się zwłaszcza od Lindy May, siedemdziesięciolatki, z którą się zaprzyjaźniłam. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała mi, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo.

Nie chcę przedstawiać życia nomadów w romantycznym świetle, natomiast urzekło mnie to, jak ludzie w drodze dzielą się tym, co mają, a jednocześnie potrafią zdobyć albo skonstruować samemu to, czego właśnie potrzebują. Swoją drogą zabawne jest to, że amerykańskie społeczeństwo ma obsesję na punkcie Doliny Krzemowej i przełomowych wynalazków, które zwykle sprowadzają się do tego, że możesz uprać albo wysuszyć pranie pięć minut szybciej, ale nie wpływają realnie na życie zwykłych ludzi.

Mówisz o drobnych wynalazkach, ale dla mnie samo życie nomadów jest wielkim społecznym eksperymentem.
I to mnie pozytywnie zaskoczyło, jak niesamowicie ludzie potrafią się  adaptować do zmieniających się okoliczności, tworząc światy, w których mogą żyć, nawet jeśli są one tak odmienne od tych znanych nam, żyjącym w ciepłych domach czy mieszkaniach. Ale też to, jak mimo różnej sytuacji życiowej są otwarci na zmiany i na siebie. Miałam wrażenie, że łączą ich silniejsze więzi niż ludzi w dużych miastach, choćby w Nowym Jorku, gdzie mieszkam.

Masz poczucie, że dzisiejsi nomadzi powielają tryb życia pionierów, mit założycielski Ameryki?
Wszystko zależy od punktu widzenia. Co innego gdy jesteś w sytuacji, kiedy nie masz wyboru, a co innego, gdy bycie w drodze jest twoją decyzją – wtedy naprawdę mogą cię zachwycać wspaniałe widoki, przestrzeń, przyroda. Sama miałam nieraz wrażenie, że przeżywam piękne chwile na łonie natury. Nie chcę utrwalać amerykańskiego mitu koczownika, choć wiem, że wiele osób ma takie romantyczne podejście do bycia w drodze. A to życie potrafi być naprawdę trudne. Niektórzy z moich bohaterów zakładają, że będą pracować i jeździć po Stanach w nieskończoność. A na przykład Linda May chciałaby jeszcze osiąść gdzieś na stałe.

Jakie były ich reakcje na książkę?
Społeczność nomadów pozytywnie na nią zareagowała, ale wiele osób mówiło też, że to nie o nich. Myślę, że bierze się to z lęku przed stygmatyzacją związaną z biedą, która w Stanach jest wciąż ogromna. Kwestia bezdomności i ubóstwa jest delikatna, łatwo można kogoś urazić. Wiąże się z tym również wstyd, ludzie martwią się, co inni o nich pomyślą. Z drugiej strony, jeśli o tym nie będą mówić, stracą szansę na to, by poprawić swoją sytuację, ale też poznać osoby, które pozwolą im się zorganizować we wspólnotę.

Wydałaś swoją książkę w 2017 roku. Ile zostało w tobie z tego doświadczenia bycia nomadką?
Zrozumiałam, że poradzę sobie w różnych warunkach, że mogę być samowystarczalna. Nawet gdy zaczęła się pandemia, świadomość, że mam w pełni wyposażone auto, że mogę zostawić wszystko i mimo lockdownu po prostu jechać przed siebie, była wyzwalająca.

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Podczas pracy nad „Nomadlandem” spędziła trzy lata w podróży. Za książkę otrzymała nagrodę sieci księgarń Barnes & Noble (w kategorii „Odkrycie”).

Polecamy książkę: 'Nomadland. W drodze za pracą', Jessica Bruder, wyd. Czarne. Polecamy książkę: "Nomadland. W drodze za pracą", Jessica Bruder, wyd. Czarne.

  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.

  1. Styl Życia

Holandia – ludzie i ich mentalność. Jacy tak naprawdę są Holendrzy?

Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Gospodarni czy skąpi? Zdystansowani czy skupieni na priorytetach? Na pewno życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni. I to nie wszystko, czego możemy się nauczyć od mieszkańców Holandii.

Łukasz i Iza z małą Sarą przeprowadzili się do Amstelveen na obrzeżach Amsterdamu pod koniec listopada. Niedługo potem pojechali na święta do Polski. Kiedy wrócili, w skrzynce na listy czekały na nich kartki świąteczne od sąsiadów z okolicy. Zresztą ci zaraz sami zaczęli pukać do ich drzwi z prezentami. Para z domu obok zaproponowała rowerek, z którego wyrosła ich córka, może się Sarze przyda?

A przecież potoczna opinia o Holendrach brzmi: są zamknięci, trudno nawiązać z nimi bliższe kontakty. Iza i Łukasz uważają, że jest inaczej.

Nic na pokaz

Gdyby mieli określić Holendrów w kilku słowach, powiedzieliby, że są praktyczni i konkretni. Wierzą na przykład w dawanie rzeczom drugiego życia. Niekoniecznie po to, żeby odzyskać część sumy, którą w nie zainwestowali, przyświeca im myślenie bardziej eko: nam już nie jest potrzebny, niech ktoś skorzysta. Zwłaszcza że fakt, że coś jest nowe, nie stanowi dla nich sam w sobie zalety. Dlatego Sara przez rok jeździła na rowerku od Hailey.

Prymat funkcjonalności widać też na ulicy. Ubrania wygodne, często sportowe, dostosowane do pogody, która – choć klimat tu łagodniejszy niż u nas – nie rozpieszcza. Wilgoć i wiatr to zjawiska raczej codzienne. Makijaż? Od święta. Nic na pokaz. Ma być wygodnie. W szkołach i przedszkolach dzieci wychodzą na dwór każdego dnia. Nieważne, czy leje, czy wieje. Nie ma złej pogody – mawiają Holendrzy – jest tylko nieodpowiednie ubranie.

Najbliżsi sąsiedzi Izy i Łukasza szykują właśnie pokój dla najmłodszego synka. Ale nie zaczynają od przeglądania stron sklepów z meblami w poszukiwaniu szafek i komódek. Han wchodzi najpierw na Marktplaats (holenderski odpowiednik Olx), żeby sprawdzić, czy da się kupić coś z drugiej ręki. Albo coś, co będzie można przerobić – bo lubi majsterkować. I nie wynika to z oszczędności, a z przekonania, że wszystko da się wykorzystać. W miastach na osiedlach działa Repair Café. Raz w miesiącu dłubacze hobbyści spotykają się w określonych miejscach i naprawiają sąsiadom rozmaite sprzęty za darmo. Za każdym razem tych naprawiaczy przychodzi nie trzech czy czterech, a dziesięciokrotnie więcej. I wszyscy mają zajęcie. Choć Belgowie, którzy (z wzajemnością) mają szereg dowcipów na temat Holendrów, twierdzą, że drugim dnem takich działań jest skąpstwo. Trudno to ocenić. Powiedzmy w takim razie: dobrze rozumiana protestancka oszczędność.

Holendrzy jeżdżą raczej starymi samochodami, bo nowa sportowa tesla niespecjalnie się sprawdzi, kiedy trzeba się wybrać z rodziną na wakacje. Skoro o komunikacji mowa, to każdy wie, że Holandia to rowery. Jeżdżą na nich wszyscy. Jak to się stało? Jeszcze 50 lat temu liczba samochodów w tym kraju była gigantyczna. A rząd już wtedy zorientował się, że to nie najlepsza sytuacja. My tę lekcję odrabiamy w przyspieszonym tempie dopiero teraz. Holendrzy zainwestowali wielkie pieniądze w stworzenie rowerowej infrastruktury, ścieżek, parkingów – i w przekonanie ludzi, że przesiąść się na rower to niezły pomysł. I udało się. Pod każdym szkolnym ogrodzeniem są stojaki na rowery, podobnie przy stacjach kolejowych – dojeżdżasz rowerem, zostawiasz go i dalej docierasz do pracy pociągiem.

Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock) Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock)

Dystans czy życzliwość?

Fajnie, miło, kartki na święta, ale jednocześnie mówi się o zdystansowaniu Holendrów. Czy ta życzliwość kończy się na progu domu?

– Nie, nie mamy takiego wrażenia – opowiada Łukasz. – Ten czas oczywiście jest nietypowy, bo mamy nakładkę pandemiczną. I rozumiem, że kiedy przyszedłem do sąsiadki odebrać zostawioną dla nas paczkę, czekałem przed drzwiami w ulewnym deszczu, bo nie każdy wpuszcza teraz ludzi do domu. Jednak z drugiej strony nawiązaliśmy w ostatnich miesiącach wiele nowych znajomości, bo pandemia paradoksalnie zbliżyła ludzi zamiast oddalić. Pewnie rzeczywiście najbliższe przyjaźnie Holendrzy zawierają w szkole czy na studiach, ale nie jest prawdą, że nie dopuszczają do swojego grona innych.

Teorii o zamkniętych Holendrach przeczy też coś, co Iza i Łukasz nazywają „obrotem dziećmi”. Co najmniej trzy razy w tygodniu córka jest odbierana ze szkoły przez rodziców kolegi czy koleżanki i spędza u nich popołudnie. Albo oni zabierają cudze dziecko do siebie. To oczywiście znajomości praktyczne, zgodne z „narodowym charakterem”, ale świadczą o otwartości. I życzliwości – bo kiedy sąsiedzi dowiedzieli się, że Łukasz wyjeżdża i Iza przez jakiś czas będzie z Sarą sama, od razu z różnych stron przypłynęły propozycje pomocy. Znowu – nie teoretycznej: „W razie czego zadzwoń”, a konkretnej: „Mogę brać Sarę na dwa popołudnia w tygodniu, żebyś mogła popracować”.

Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock) Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock)

Holendrzy są w kontaktach z innymi bezpośredni. Otwarcie komunikują, co jest w porządku, co nie bardzo. Na przykład w pracy. – Czasem dla osób z zewnątrz krytyka czy po prostu zdecydowana ocena bywa trudna do przyjęcia – ale nie chodzi o to, żeby komuś dopiec, tylko żeby jasno zakomunikować, co w jaki sposób powinno być robione. Mnie to odpowiada – mówi Iza. – I łączy się to, moim zdaniem, z holenderskim praktycznym podejściem do życia. Mówią, co myślą, nie są mistrzami korpogierek.

Rodzina to priorytet

Praca dla każdego jest ważna, ale rodzina ważniejsza. Najpowszechniejszy model to trójka dzieci, dwójka to minimum. Coraz popularniejsze jest zjawisko: pracujemy tylko cztery dni w tygodniu albo pięć, ale w mniejszej liczbie godzin, zarobki będą niższe, ale za to więcej czasu dla rodziny. Codziennie kwadrans przed 18 wszystkie dzieciaki znikają z ulic i placów zabaw – bo o 18 jest obiad. To święty czas dla rodziny. Wszyscy siadają razem do stołu. Absolutnie nie wypada wtedy wpaść do sąsiada, nawet po sól. Jeśli ci się to zdarzy, czujesz się niezręcznie.

Może zresztą stąd opinia o tym, że Holendrzy są zamknięci. Bo skoro rodzina jest dla nich najważniejsza, siłą rzeczy starają się spędzać z nią więcej czasu, dla reszty świata mają go więc mniej. Pora na poszerzenie grona przypada w weekendy. Urlopy to także czas dla najbliższych, często spędzany wielopokoleniowo: rodziny pakują się do kampera czy dwóch z dziećmi, z dziadkami, czasem ze znajomymi. A na te wakacje mają wypłacaną w maju 13. pensję.

Wspólnota i odpowiedzialność

30 kwietnia obchodzone są urodziny króla. Normalnie jest to wielkie święto, ale w minionym roku oficjalnych obchodów nie było, wiadomo, pandemia. Co nie znaczy, że o tym dniu zapomniano. Ludzie sami sobie organizowali uroczystości. Tak jak w Lejdzie, w której Iza i Łukasz mieszkają od ponad dwóch lat. Tydzień wcześniej do skrzynek w okolicy trafiły zawiadomienia: „30 kwietnia o 12 spotkamy się na placyku na osiedlu, tam odśpiewamy hymn. Prosimy o zachowanie bezpiecznych odległości”. A dzieciaki wyrysowały na placyku na ziemi linie, gdzie powinno się stać, żeby było bezpiecznie. Różni ludzie grają na różnych instrumentach, wzięli je więc ze sobą. Grali, wszyscy śpiewali. Bo ważna jest wspólnota. Ta większa, jak naród, i ta lokalna.

Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock) Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock)

W połowie maja w Lejdzie tradycyjnie jest weekend biegowy – odbywają się biegi uliczne, od maratonu do biegu na 5 km. Na ulicach są nie tylko biegacze, ale i kibice, a kibicują wszyscy lejdejczycy. Ludzie wynoszą z domu krzesełka, siedzą, piją, jedzą, gadają ze znajomymi i nieznajomymi. No i się uśmiechają. To kolejna rzecz, która nieodmiennie mnie w Holandii zachwyca. Że ludzie na ulicach, mijani podczas spaceru czy kiedy biegam, uśmiechają się do mnie i do siebie nawzajem. Machają, pozdrawiają nieznajomych. Pewnie wynika to też z tego, że Lejda nie jest metropolią, w centrum Amsterdamu wygląda to inaczej, ale stolica to przecież miejsce turystyczne.

To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock) To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock)

Parę lat temu spędzaliśmy sylwestra u przyjaciela w Hadze – opowiada Iza. – To jedyna noc w roku, kiedy w Holandii wolno puszczać sztuczne ognie. Jasne więc, że sobie wtedy nie żałują. Parę minut przed północą wyszliśmy, jak wszyscy okoliczni mieszkańcy, przed dom z szampanem – taki zwyczaj – składać sobie życzenia. Panowało fajerwerkowo-szampańskie szaleństwo. Byłam pewna, że ulica następnego dnia będzie wyglądać okropnie. Ale kiedy rano wyszliśmy pakować bagaże do samochodu, okazało się, że po imprezie nie ma śladu. „To normalne – tłumaczył Karel, zdziwiony moim zdziwieniem. – Każdy sprząta przed swoim domem, a na placyku wszyscy razem”…

Sąsiadka Izy i Łukasza co sobotę o 13 chodzi po osiedlu zbierać śmieci. Ma worek, zrobiła sobie chwytak do papierów – i sprząta. Tak postanowiła. Żeby było ładnie. – My już pewnych rzeczy nie widzimy – mówią Iza i Łukasz. – Jest dla nas jasne, że na ziemi nie ma petów, że nigdzie nie leżą śmieci, że każdy sprząta po swoim psie.

Zaufanie w relacjach

Marcin, lekarz mieszkający w Holandii od 20 lat, mówi: – Tu o wszystkim się rozmawia. Teraz na przykład toczy się nie najłatwiejsza dyskusja o eutanazji dzieci. Nie wygląda to tak, że rządzący mówią: wy nas wybraliście, to teraz my będziemy decydować. Tylko: dyskutujemy wszyscy, bo to wszystkich dotyczy. Odpowiedzialność za państwo to w dużej mierze odpowiedzialność obywatelska. Jest zaufanie ludzi do władz i odwrotnie – myślenie, że ludzie są w stanie samostanowić i podejmować słuszne decyzje. W zestawieniu krajów, gdzie na świecie panuje największa wolność, Holandia jest na piątym miejscu. Ludzie mocno też rozliczają polityków. Jeśli któryś zostaje przyłapany na kłamstwie, podaje się do dymisji – bez dyskusji. Podczas pandemii zalecenie dotyczące podróży brzmiało: Nie rekomendujemy. I w tym czasie król z rodziną pojechał na wakacje. Na drugi dzień musiał wrócić, a premier, który odpowiada za działania króla, gęsto się tłumaczył. Bo wzburzenie obywateli było ogromne.

Zaufanie do ludzi widać na wielu poziomach. Choćby w tym, że nie ma czegoś takiego jak L4. Jeśli jesteś przeziębiony, dzwonisz do pracy i mówisz, że nie przyjdziesz. Nie musisz tłumaczyć, co ci jest – bo to sprawa prywatna. Dopiero kiedy twoja nieobecność się wydłuża, pracodawca wysyła cię do wskazanego przez siebie lekarza, który ocenia sytuację. Stwierdza, czy jesteś zdolny do pracy czy nie, na jak długo i jak ma wyglądać reintegracja. Bo jeśli nie ma cię dłużej niż dwa tygodnie, to nie wracasz do pracy w pełnym wymiarze, dostajesz czas na wdrożenie się w obowiązki.

Zaufanie przenosi się też na zwykłe relacje międzyludzkie. Biegniemy z Izą ścieżką – z jednej strony pola tulipanów, z drugiej – gospodarstwa ludzi, którzy te tulipany hodują. Przy gospodarstwie budka, przed nią w wiadrze tulipany. – Bierzesz bukiet, wrzucasz do skarbonki pieniądze – mówi Iza. – I to działa? – pytam z niedowierzaniem. – Oczywiście – dla Izy rzecz jest już naturalna. – Zawsze mam ochotę kupić kwiaty, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak biec z bukietem.

Dla innych i dla siebie

W roku 2019 prawie połowa mieszkańców Holandii powyżej 15. roku życia była zaangażowana w wolontariat. Wolontariuszami są rodzice w klubach sportowych dzieci – a każde dziecko do jakiegoś klubu należy. Za zajęcia płaci się niedużo, jest więc umowa, że rodzice pomagają. Niektórzy są też trenerami, klub funduje im kurs. Wielu wolontariuszy jest wśród emerytów. Bo wtedy wreszcie mają na to czas.

– Moja nauczycielka holenderskiego to emerytka – opowiada Iza. – Chodziłam na zajęcia do stowarzyszenia wspierającego kobiety. Wolontariuszki uczyły języków, szycia, haftowania, cerowania, gotowania. Moja nauczycielka była też wolontariuszką w domu opieki i w kościele, gdzie co sobota gotowała zupę dla bezdomnych. Na emeryturze rzadko kto siada na kanapie przed telewizorem. Kontakt z innymi jest Holendrom potrzebny do życia. Zresztą jeśli człowiek cały czas jest aktywny, to na emeryturze będzie automatycznie w lepszej formie – i fizycznej, i psychicznej. W wolontariacie jest się tu praktycznie przez całe życie.