1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Pora na rower - 6 najciekawszych tras rowerowych w Polsce

Pora na rower - 6 najciekawszych tras rowerowych w Polsce

Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Prezentujemy sześć najciekawszych, podpierając się opiniami znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Oto najciekawsze trasy rowerowe po Polsce według znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Sezon rowerowy w Polsce nie trwa zbyt długo. Z drugiej strony jednak nie mieszkamy też w mroźnej Skandynawii. Jeżeli więc przepadasz za rowerowymi wycieczkami, masz szansę zwiedzić większość najciekawszych zakątków kraju, bez potrzeby brania urlopu na okrągły miesiąc. Przedstawiamy więc listę 6 najbardziej interesujących i najbardziej urokliwych miejsc, do których warto zapuścić się na dwóch kółkach – w wersji górskiej i szosowej. Zostały dobrane tak, aby legitymowanie się licencją kolarską, czy dyplomem skauta nie było konieczne.

Góry Orlickie – Zieleniec

- Jeśli chodzi o moje wybory były one podyktowane kilkoma ważnymi czynnikami, takimi jak klimat, odległość od domu, wysokość nad poziomem morza i jakość dróg – przyznaje Bartosz Huzarski, wybitny były zawodowy kolarz szosowy, wielokrotny uczestnik Tour de France i Giro d'Italia oraz założyciel Huzar Bike Academy. - Jeśli decydowałem się na jakikolwiek wyjazd na zgrupowanie w Polsce, celowałem w jedno miejsce w Górach Orlickich – Zieleniec, czyli górską dzielnicę miejscowości Duszniki Zdrój. Ten opustoszały w lecie kurort narciarski dawał mi wszystkie z tych punktów. Po około 90 minutach jazdy autem byłem na wysokości około 900 m.n.p.m w ciszy i spokoju, doświadczając niemal alpejskiego klimatu. Z dobrą siatką dróg po polskiej oraz bardzo dobrą po czeskiej stronie. Dodatkowo świetna kuchnia i otwartość ludzi sprawiały, że wracałem tam regularnie przed najważniejszymi wyścigami sezonu – podkreśla.

Nadmorski Szlak Rowerowy EuroVelo 10

Zdecydowanie jednym z najlepszych pomysłów jest wybrać się na wycieczkę wzdłuż polskiego wybrzeża, przez większość czasu mając w zasięgu wzroku Bałtyk. Nadmorski Szlak Rowerowy R-10 (EuroVelo 10), biegnący od Świnoujścia do Półwyspu Hel, oferuje od eleganckiej asfaltowej ścieżki rowerowej, przez szuter i leśne dukty, aż po wydmy i dziki wertepy. Po drodze nie brakuje licznych miejsc do spania w domkach letniskowych albo polach namiotowych. Trasa wiedzie przez tak urokliwe miejsca jak parki narodowe – Słowiński i Woliński, dodatkowym argumentem niech będzie widok latarni morskich. Na osobną uwagę zasługuje odcinek, prowadzący przez samą Mierzeję Helską.

Transgraniczna ścieżka Komańcza-Medzilaborce

Na tej liście nie mogło zabraknąć „mitycznego” miejsca ucieczki wszystkich pracowników korporacji z wielkich miast. W Bieszczadach możesz liczyć na gęstą siatkę tras rowerowych, z których szczególnie warto polecić transgraniczną asfaltową ścieżkę Komańcza-Medzilaborce o całkowitej długości 160 km (w tym 60 km przebiega przez Słowację). Po drodze miniesz wiele kapliczek i cerkwi. Innym interesującą propozycją jest szlak rowerowy dziedzictwa historycznego R-64, zwany Śladami Dobrego Wojaka Szwejka. Wędrował nią podczas I wojny światowej słynny bohater powieści Jaroslava Haška w swojej podróży na front wschodni.

Warmia i Mazury – z Giżycka do Mikołajek

Ten region od dawna sławią wszyscy fani kolarstwa i trudno im się dziwić. Przekonuje do siebie pięknymi krajobrazami, zabytkami turystycznymi (sanktuaria i zamki) czy ogromną liczbą uroczysk oraz jezior przy których można rozbić biwak. Znajdziesz tu wiele zadbanych, dopieszczonych pod każdym względem szlaków rowerowych. Większość spokojnie pozwoli na zabranie na wycieczkę małych dzieci w przyczepkach. Grzechem byłoby nie wybrać się w podróż z Giżycka do Mikołajek i z tej drugiej miejscowości do Ełku oraz dookoła jeziora Selmęt Wielki.

Żywiec, Jezioro Żywieckie i okolice

To jedna z ulubionych tras Bartłomieja Wawaka, zawodnika drużyny Kross Racing Team i byłego mistrza Polski elity kolarstwa górskiego (z reguła zapuszcza się tam jednak na szosówce). - Jezioro położone jest w kotlinie górskiej, co dodaje mu wyjątkowego uroku. Możemy je objechać dookoła całe. Trasa widokowa wiedzie po małych pagórkach z którymi upora się każdy. Możemy również przejechać przez zaporę w Tresnej, na której warto się zatrzymać i podziwiać jej imponujący rozmiar. Po drodze znajdziemy wiele miejsc w których można się zatrzymać, np. na świeżutką rybę czy na szybki „coffee break” – mówi Wawak. - Bardziej ambitnych zachęcam do wybrania się także na górę Żar, która znajduje się w pobliżu Jeziora Żywieckiego. Rozpościera się z niej niesamowity widok na okoliczne góry i doliny. Na samym szczycie znajduje się również ogromny zbiornik wodny, który sam w sobie robi wrażenie. Podczas dobrej pogody z jej szczytu startują paralotniarze i szybowce – dodaje.

Wschodni Szlak Rowerowy (1987 km), Green Velo, odcinek podkarpacki

Jedna z turystycznych wizytówek tego województwa. Na przygranicznych, z reguły mało uczęszczanych drogach możesz natknąć się na takie atrakcje jak stare cmentarze z wyrytymi na nagrobkach cyrylicą napisami, drewniane cerkwie (np. św. Paraskewy w Radrużu), arboretum w Bolestraszycach czy pięć sosen wyrastających z jednego pnia przy Sanktuarium Maryjnym na tzw. Płomieniu. Znawcy tego regionu opisują w samych superlatywach swoje wrażenia z wycieczki wzdłuż Pogórza Przemyskiego i Pogórza Dynowskiego aż do Rzeszowa. Trasę da się wytyczyć tak, by ominąć niekomfortowe drogi szutrowe.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Życie w Wiedniu - jak się mieszka w Austrii?

Marta Guzowska jest autorem książki
Marta Guzowska jest autorem książki "Wiedeń. Miasto najlepsze do życia" (Fot. Getty Images; Milan Pinter/Wydawnictwo Wielka Litera)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kiedy już będę podróżowała za granicę, wiem, dokąd najpierw się wybiorę. A może nawet trochę tam pomieszkam... Przekonała mnie do tego Marta Guzowska, która w Wiedniu mieszka od 13 lat.

Wiedeń zawsze mi się kojarzył z bombonierką... Bardzo trafne porównanie!

Jest tak szykowny, smakowity i zaskakujący. Nigdy nie myślałam jednak, że równie przyjemnie jest w nim mieszkać. Dzięki pani książce zapragnęłam się wręcz do niego przeprowadzić. Podaje pani wiele obiektywnych argumentów za taką decyzją, wspominając chociażby Global Liveability Index, czyli – w pani wolnym tłumaczeniu – Globalny Wskaźnik Życiowości, który obejmuje takie kategorie, jak: stabilność, infrastruktura, edukacja, opieka zdrowotna, kultura i środowisko (w każdej z nich Wiedeń przoduje), ale ja chciałabym spytać o pani subiektywne „za”. Po pierwsze, woda. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale w Wiedniu jest fenomenalna woda, sprowadzana akweduktem prosto z gór. Ja naprawdę w źródlanej wodzie myję włosy i taką też spuszczam w toalecie. Do tego jest wprost idealna do picia i smaczna. Drugi argument to komunikacja miejska. Jestem słabym kierowcą, ale nawet gdybym była świetnym, to nie chciałabym się poruszać po mieście samochodem. Korki, remonty i w dodatku nigdy nie ma wolnego miejsca do parkowania. Ale w Wiedniu nie ma w ogóle takiej potrzeby. Choć mieszkamy na dalekich przedmieściach, nigdy nie jeździmy do centrum autem. Bardzo ważnym powodem są też ludzie. Wiedeńczycy to oczywiście specyficzna mieszanka fajnych i niefajnych cech, co zresztą można powiedzieć o mieszkańcach prawie każdego dużego miasta, ale ich najlepszą cechą jest ta, że są szalenie uprzejmi w przestrzeni miejskiej, zwłaszcza wobec obcych. Kiedy miałam małe dzieci i chodziłam wszędzie z wózkiem – musiałam go wręcz wyrywać z rąk zupełnie przypadkowych przechodniów, którzy co chwila chcieli mi pomóc go przenieść, wnieść czy przestawić. I to się udziela. Ja też się rzucam od razu, żeby komuś pomóc, właśnie dlatego, że taka jest ogólnie panująca atmosfera w mieście.

Pisze pani, że Wiedeń jako jedno z niewielu europejskich miast zachował urocze kameralne zwyczaje, jak małe kina, które grają ciągle ten sam film. Wychowałam się w małym miasteczku pod Warszawą i jako dziecko latałam właśnie do takich kin, bo wtedy one jeszcze istniały. A w Wiedniu to nadal trwa. Jest tu wiele takich miejsc i nie mają one wcale najnowocześniejszego systemu nagłośnienia, a często nawet nachylenia podłogi. Ale za to mają mały bar i można wejść na salę z kieliszkiem prosecco! Kolejna sprawa to wiedeńskie kawiarnie, do których nie idzie się po to, by załatwić jakieś interesy czy pracować, ale po prostu po to, by posiedzieć. To oczywiście nie dotyczy już młodego pokolenia, bo ono rzadko bywa w takich miejscach, natomiast pokolenia średnie i starsze przychodzą do kawiarni właśnie po to, by się odciąć od rzeczywistości, zasłonić się gazetą na specjalnym drewnianym uchwycie, wypić w spokoju kawę; albo żeby się spotkać ze znajomymi i poplotkować. Bardzo rzadko zdarzało mi się widzieć tu – mówimy o czasach sprzed pandemii – kogoś z komórką przy uchu.

Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images) Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images)

Nie przypuszczałam, że w historii wiedeńskiej gastronomii jest tylu Polaków. Jerzy Franciszek Kulczycki, założyciel jednej z pierwszych kawiarni w Wiedniu. Franciszek Trześniewski, który w 1902 roku zaczął serwować „otwarte” kanapki (nieprzykryte drugim kawałkiem chleba). Oba nazwiska są tu tak zniekształcane, że długo nie mogłam się domyślić, iż Kulczycki był Polakiem; dopiero kiedy przeczytałam o nim na tabliczce na ulicy jego imienia, gdzie znajduje się też jego urocza statuetka.

Wiedeń jest oczywiście miastem wielu znanych kompozytorów i malarzy, ale po lekturze pani przewodnika zapamiętałam głównie nazwiska kobiece. Przede wszystkim cesarzowa Sisi, ale też Alma Mahler, o której, przyznaję, niewiele wiedziałam, poza tym, że była żoną Gustava Mahlera. Miałam dokładnie tak samo. Anegdota, którą opisuję w książce, jest w stu procentach prawdziwa. Otóż kiedy rodziłam córkę, anestezjolog przed cesarką zapytał mnie, jak będzie miała na imię. Powiedziałam: „Alma”, bo bardzo nam się zawsze podobało to imię. Na co on odparł: „Znaczy po Almie Mahler”. Wiedziałam, że był ktoś taki jak pani Mahler, ale niewiele więcej. Zaczęłam drążyć temat i przekonałam się, że Alma była muzą nie tylko Gustava, ale całego Wiednia, moim zdaniem bardzo nieszczęśliwą kobietą i ofiarą swoich czasów, ale też fascynującą osobą. Urodziła się w świecie mężczyzn i przeżyła w nim całe życie. A w takim świecie kobieta musi być jedynie piękna, aby kogoś skusić. Alma miała wielki talent muzyczny, którego nigdy nie wykorzystała. Mąż po ślubie zakomunikował jej wyraźnie, że od muzyki w rodzinie to jest on. Wiedeń długo był bardzo patriarchalnym miastem, ale powoli to się zmienia. Niedawno mieliśmy wybory samorządowe i było w nich bardzo dużo startujących kobiet.

A w jednej z podmiejskich dzielnic, Aspern Seestadt, wszystkie ulice nazywa się na cześć sławnych wiedenek. To moja ukochana dzielnica Wiednia. Leży nad jeziorem – stąd jej nazwa. Gdyby moje dzieci nie chodziły już do szkoły w innej, daleko położonej części miasta, to chętnie bym się tu przeprowadziła. Cudownie zaprojektowana przestrzeń miejska, a w dodatku, tak jak pani mówi, wszystkie ulice i place, oprócz jednego, mają nazwy na cześć kobiet. Niby drobiazg, ale dla mnie wiele znaczy. Wiedeń zaczyna się robić kobietą. Fajnie jest to obserwować trochę z zewnątrz, bo cudzoziemiec nigdy nie stanie się częścią tego miasta, choćby żył tu długo i miał wielu przyjaciół. Chociaż muszę pani powiedzieć, że moje dzieci czują się wiedeńczykami. Nie czują się Austriakami, którymi zresztą nie są, bo mój mąż jest Węgrem, ale wiedeńczykami – tak.

Wiedeń jest chyba jakimś ewenementem na tle całej Austrii. Zdecydowanie. Wiedeń to nie jest Austria, tak jak Berlin to nie są Niemcy, Paryż to nie jest Francja, ale też Warszawa to nie jest Polska. Wielkie miasta mają jednak swoją specyfikę, a ta Wiednia jest już przecudowna. Od lat 30. XX wieku jest „czerwony”, czyli zawsze wybory wygrywają tu socjaldemokraci, podczas gdy cała reszta kraju jest mniej lub bardziej prawicowa. Przez wieki był stolicą wielkiego imperium i to poczucie wielonarodowości i wielokulturowości pozostało. Tu każdy jest u siebie i na miejscu. Ale też pozostała po tamtych czasach potworna biurokracja. To bardzo otwarte, nowoczesne miasto, także bardzo proekologiczne.

To chyba znak naszych czasów, że bardziej utożsamiamy się z miastami niż z krajami. Też to obserwuję. Zwłaszcza w takim kosmopolitycznym mieście, jakim jest Wiedeń, gdzie naprawdę trzeba się namęczyć, by mieć samych znajomych Austriaków, a wręcz jest to niemożliwe. Kocham to. Już się nie dziwię, gdy słyszę, że ciemny jak heban sprzedawca mówi z rozkosznym austriackim akcentem, którego ja nie jestem w stanie się nauczyć, mimo starań. Jak wiadomo, austriacki to nie niemiecki i Niemcy często się śmieją z Austriaków. Powiedziałabym, że niemiecki tu jest bardziej miękki.

Można go wręcz polubić… No, a poza tym nikt nie zwraca uwagi na błędy. Kiedy tu przyjechałam, mówiłam bardzo słabo po niemiecku i okropnie mnie to stresowało. Jak się okazało, tylko mnie. Do dziś pamiętam, jak nauczycielka moich dzieci mówiła: „Przecież mówisz bardzo dobrze po niemiecku. Rozmawiamy? Rozmawiamy!”.

Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta. Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta.

Chyba najbardziej lubi pani wiedeńczyków za ich dziwactwa. Oj tak! Nie wiem, jak mogłam kiedyś myśleć, że to jest nudne miejsce; sądziłam, że ciekawy to może być Londyn albo Berlin. No, może poza wystawami, bo mają tu naprawdę przednie muzea. Jakże się pomyliłam! Wiedeńczycy są cudownie pokręceni. Trzeba tylko zlizać ten lukier z zewnątrz i przyjrzeć się temu, co pod powierzchnią. Oczywiście na to trzeba trochę czasu. Na przykład mają wielkie upodobanie do makabresek, uwielbiają czarny humor i plotki. Jak twierdzi mój znajomy Radek Knapp, który też jest pisarzem i mieszka tu od 40 lat, wiedeńczyk, jak ma problem, to najpierw idzie do kawiarni, czyta gazetę, pije kawę i liczy na to, że problem się sam rozwiąże.

To prawda, że Wiedeń jest najpiękniejszy w grudniu i styczniu? Zdecydowanie tak. Tutejsze jarmarki bożonarodzeniowe to bombonierka do potęgi entej. Robione z ogromnym przepychem. Co prawda kończą się tuż przed świętami, ale umilają ponury adwentowy czas. Niektóre są turystyczne i tandetne, ale wiele jest naprawdę przepięknych. Naszym ukochanym jest jarmark bożonarodzeniowy przy placu Freyung, niedaleko dawnej dzielnicy żydowskiej, obecnie bardzo ekskluzywnej. Druga rzecz to muzyka – przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą dają tu fantastyczne koncerty w kościołach, dostępne dla wszystkich. A w styczniu przed ratuszem rozkłada się wielkie otwarte lodowisko.

To za rok koniecznie przyjadę. Jak tylko pandemia zluzuje. Właśnie, jak wiedeńczycy sobie z nią radzą? W historii mają doświadczenie hiszpanki, na którą zmarł choćby genialny Egon Schiele, ale też cholery i dżumy, na świadectwo której postawili słynną morową kolumnę. Oni rzeczywiście są w pewnym stopniu zahartowani. Krąży tu obecnie wiele dowcipów na temat pandemii. Bo jak nikomu nie jest do śmiechu, to wiedeńczyk uważa, że właśnie wtedy trzeba opowiedzieć dowcip. Był taki moment, na samym początku, gdy wykupiono wszystko, łącznie z papierem toaletowym, ale to była chwila. Obecnie wszyscy podchodzą do kwestii pandemii ze spokojem. Nosimy maseczki i stajemy w kolejce do piekarni w niedzielę rano w dwumetrowych odstępach – tak, mamy tu piekarnie otwarte w niedzielę, chociaż wszystkie inne sklepy są zamknięte. Nie do końca wiem, czy ten spokój bierze się z pogodzenia z sytuacją, na zasadzie „nie takie rzeczy już przechodziliśmy”, czy z przekonania, że i tak kiedyś wszyscy umrzemy.

Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images) Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images)

A może wiedeńczycy wiedzą, że jak już przyjdzie się im pożegnać z życiem, to spoczną na jednym z tutejszych wspaniałych cmentarzy, pod fantazyjnym nagrobkiem? I będą mieli wyprawiony wystawny pogrzeb. W książce piszę, że wiedeńczycy lubują się w pompie, a trudno o coś bardziej pompatycznego niż wystawny pogrzeb. W tym mieście memento mori trzeba rozumieć raczej jako: „Pamiętaj, że umrzesz, a twoje zwłoki podczas wspaniałego pogrzebu będzie podziwiać pół miasta”. Tak więc to, co pani mówi, wcale nie jest wykluczone. 

Marta Guzowska, pisarka, dziennikarka, archeolożka. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru za debiut literacki, kryminał „Ofiara Polikseny”. W Wiedniu mieszka z mężem, dwójką dzieci i psem.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera

  1. Styl Życia

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie "Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie

  1. Zdrowie

Bezruch nam szkodzi – co zrobić, żeby ocalić stawy i kręgosłup?

Niewiele nam pozostaje: ćwiczenia w domu (pomocne mogą być treningi na YT, znaleźć można też jogę czy tai chi), aktywność sportowa w lesie lub w parku, rower... Warto na ruch poświęcić chociaż pół godziny dziennie. Nikt za nas nie odrobi tej lekcji. (fot. iStock)
Niewiele nam pozostaje: ćwiczenia w domu (pomocne mogą być treningi na YT, znaleźć można też jogę czy tai chi), aktywność sportowa w lesie lub w parku, rower... Warto na ruch poświęcić chociaż pół godziny dziennie. Nikt za nas nie odrobi tej lekcji. (fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że rok w pandemii przyniósł nam większe problemy zdrowotne i to niekoniecznie związane z samym koronawirusem. Zamknięcie w domu i ograniczona możliwość poruszania się mają negatywne skutki w różnych obszarach zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego. Mocno zaniepokojeni tym stanem są również lekarze.

Nie ma wątpliwości, że rok w pandemii przyniósł nam większe problemy zdrowotne i to niekoniecznie związane z samym koronawirusem. Zamknięcie w domu i ograniczona możliwość poruszania się mają negatywne skutki w różnych obszarach zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego. Mocno zaniepokojeni tym stanem są również lekarze.

Trudno znaleźć złoty środek. Z jednej strony chronimy się przed zarażeniem wirusem, z drugiej - zredukowaliśmy aktywność ruchową do tego stopnia, że ortopedzi i neurochirurdzy biją na alarm. Coraz więcej osób, w sile wieku, zaczyna wymagać leczenia u specjalistów, w tym leczenia operacyjnego. – Zaczęliśmy obserwować zupełnie nową sytuację. Młodzi ludzie, którzy mieli różne choroby kręgosłupa, ale mogli dobrze funkcjonować dzięki rehabilitacji lub aktywności fizycznej, w sytuacji, gdy zostali odcięci od dotychczasowej aktywności, zaczęli trafiać do gabinetów neurochirurgicznych – mówi dr nauk medycznych Michał Rutkowski, neurochirurg ze Szpitala Żagiel Med. w Lublinie.

Zamknięte baseny, siłownie, kluby fitness… Jednak problemem jest nie tylko brak dostępu do ośrodków sportu i rekreacji. Zmniejszyła się znacznie nasza codzienna aktywność, jak choćby to, że coraz więcej osób pracuje zdalnie i nie wychodzi prawie z domu. Skutek? – Coraz częstsze neuropatie obwodowe*. Do tych najbardziej popularnych możemy zaliczyć dyskopatie (choroby krążka międzykręgowego) szyjne i lędźwiowe. Po czym je rozpoznać? Dyskopatii odcinka szyjnego towarzyszą zwykle bóle promieniujące do ramion, karku, a nawet do potylicy (możemy więc odczuwać bóle głowy). Ponadto pojawia się drętwienie lub inne zaburzenia czuciowe, które odczuwane są w rękach. Możliwe jest nawet uczucie osłabienia kończyn.

Dyskopatie lędźwiowe występują statystycznie najczęściej. Towarzyszą im bóle promieniujące do kończyn dolnych, napady rwy kulszowej, zaburzenia czuciowe, a także trudności w chodzeniu – objawy i ich nasilenie zależą od zmian zwyrodnieniowych w danym odcinku kręgosłupa.

Niestety, do chorób kręgosłupa też możemy mieć predyspozycje genetyczne. Dlatego eksperci podkreślają, że ważne jest zachowanie higieny układu ruchu.

- Zamykanie się w domu i rezygnacja z jakiejkolwiek formy ruchu to prosta droga do neurochirurga – podsumowuje dr Rutkowski.

Jak wygląda obecnie leczenie osób, które z bólami kręgosłupa trafiają do lekarza specjalisty? – U pacjentów ze wczesnymi zmianami stosujemy leczenie objawowe. Nie tylko terapia ruchem jest teraz ograniczona. Zabiegi rehabilitacyjne, w tym zabiegi wodne, są ogólnie mało dostępne – mówi dr hab. nauk medycznych Jan Blacha, ortopeda ze Szpitala Żagiel Med. w Lublinie.

Ta sytuacja, zdaniem profesora, musi się zmienić poprzez edukację. Ruchu wymagają wszystkie zmiany zwyrodnieniowe. U osób z niesprawnością, które są unieruchomione, skutki będą jeszcze gorsze, niż u osób zdrowych.

Wielogodzinne siedzenie przed komputerem, telewizorem i obniżona aktywność ruchowa to nie tylko początek chorób kręgosłupa, ale również chorób zwyrodnieniowych stawów. Nasze stawy nie są odżywiane przez naczynia krwionośne – Chrząstka stawowa odżywiana jest przez płyn stawowy. To ruch stawowy powoduje, że ten płyn krąży i odżywia tkankę – tłumaczy prof. Jan Blacha.

Ruch w tym wypadku to najlepsza profilaktyka. Jakie formy ruchu poleca profesor, aby zapobiegać chorobom stawów i kręgosłupa? – Najpierw uplastycznianie, rozciąganie, potem siła mięśni. Joga, pilates są dobre do uelastycznienia. Rowerek stacjonarny też jest bardzo dobrym pomysłem, ale tutaj już ćwiczymy mięśnie.

To, przed czym najbardziej przestrzega ortopeda to nagłe, intensywne ruchy, które mogą łatwo doprowadzić do kontuzji. – Intensywny ruch może być bardzo niebezpieczny, najważniejsza jest fazowość przechodzenia – podkreśla. Jeśli siedzimy przez kilka godzin przed komputerem to nie pójdziemy od razu biegać. – Po każdym maratonie mam więcej pacjentów – dodaje – Musimy startować od niskiego poziomu, a potem przejść do intensywniejszej formy ruchu. Nie można wzmacniać mięśni bez odpowiedniego treningu. Zaczynamy od powolnego przysiadu, trzymając się krzesła, potem szybszy przysiad, jeszcze szybszy. Później robimy przysiady bez trzymania, a następnie delikatne skłony do przodu i do tyłu. Starajmy się unikać wielogodzinnego siedzenia i robić przerwy. Regularny trening i wzrastająca aktywność pomogą nam osiągnąć etap, który poprawi nasze funkcjonowanie.

Najważniejsze, żeby dostosować ruch i aktywność do swoich możliwości w danym momencie. Niestety, popadamy zwykle w dwa rodzaje skrajności. Jedna polega na „rzucaniu się” w aktywność fizyczną bez odpowiedniego przygotowania. Druga z kolei, bardziej zgubna w skutkach, wiąże się z tym, że w ostatnim czasie przyzwyczailiśmy się do bezruchu. Eksperci zaznaczają jednak, że to od nas zależy jak postąpimy w obecnej sytuacji. Czy dalsza „normalność” będzie wiązała się z poddaniem się i stagnacją, czy znajdziemy w tej „odmienionej” rzeczywistości motywację do aktywności fizycznej, która posłuży naszemu zdrowiu.

* Neuropatie to choroby nerwów obwodowych o podłożu neurologicznym. Mają najczęściej związek z uszkodzeniem lub stanem zapalnym nerwu. Jako jedne z przyczyn neuropatii wymienia się urazy mechaniczne, niedokrwienie i ucisk. Przykładem neuropatii może być zespół cieśni nadgarstka.

Źródło: materiały ze spotkania prasowego z ekspertami Żagiel Med.

  1. Kultura

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca

W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii. (Fot. materiały prasowe)
W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nowe obostrzenia w całym kraju to niedobry moment na planowanie podróży? A może wręcz odwrotnie, może właśnie takie planowanie to dobry sposób, żeby myślami wyrwać się z pandemicznej rzeczywistości? Co powiecie na Stambuł? Pojawił się kolejny powód, dla którego warto go odwiedzić.

Miasto dwóch kontynentów – położone i w Europie i w Azji. Olbrzymie z prawie 20 milionami mieszkańców, nieoczywiste, piękne, mroczne. W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Położone w dzielnicy Beyoğlu, przy słynnym deptaku İstiklal Caddesi (pol. Aleja Niepodległości) w europejskiej dzielnicy Stambułu, swoją działalność rozpoczęło w 1948 roku, a historia budynku, w którym kino się znajduje sięga jeszcze bardziej wstecz – neoklasycystyczną kamienicę ukończono w 1870 roku za panowania sułtana Abdulaziza. To miejsce wielu wyjątkowych premier, festiwali (w tym Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fabularnych w Stambule) przez dwa ostatnie lata było zamknięte na głucho z powodu renowacji. Pracami konserwatorskimi zostały objęte między innymi takie miejsca jak scena, widownia, nagłośnienie i foyer. W odnowionym kinie dostępnych jest 483 miejsc siedzących, odnowiona scena o wymiarach 13x7 metrów, możliwe są tu projekcje w wysokiej jakości obrazu 4K, ale także inne niż filmowe wydarzenia, sala przystosowana jest m.in. do spektakli teatralnych.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Renowacji poddane zostało także mieszczące się w tym samym budynku Muzeum Kinematografii. Instytucja udostępnia cyfrowe kopie wszystkich filmów nakręconych w historii tureckiego kina. W muzeum można też będzie zobaczyć krajowe i międzynarodowe nagrody i wyróżnienia, które kino tureckie otrzymało na przestrzeni lat.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe)

A z ciekawostek – wśród zagranicznych gości podczas ceremonii otwarcia kina i muzeum znalazł się znany reżyser Guy Ritchie, który kręci właśnie w Turcji swój najnowszy film „Five Eyes” z Jasonem Stathamem, Joshem Harnettem i Jacquie Ainsley.

  1. Zdrowie

W przyjaźni z ciałem

„Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. (Fot. Ania Powałowska)
„Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. (Fot. Ania Powałowska)
Porzućmy na chwilę marzenia o idealnej sylwetce, smukłej i wyrzeźbionej. Poszukajmy takiej formy ruchu (a może bezruchu), która rozpuści napięcia i pomoże nam poczuć się dobrze we własnym ciele. W bonusie masz czystą głowę i uczucie lekkości i radości w sercu.

Biegaj w tempie niko niko, czyli z uśmiechem. Już w latach 80. profesor Hiroaki Tanaka z Uniwersytetu Kiusiu w Fukuoce, którego specjalizacją była fizjologia sportu z naciskiem na prewencję chorób cywilizacyjnych, propagował zasadę, że każdy potrzebuje odpowiedniej ilości aktywności fizycznej – nie za mało i nie za dużo. Jak sprawdzić, czy trening jest optymalny dla ciebie? Jak mówił profesor Tanaka w wywiadzie z Oriną Krajewską:

„Jednym z kryteriów jest uśmiech, jeśli możesz się uśmiechać i jesteś w stanie prowadzić rozmowę w czasie treningu, to znaczy, że jego intensywność jest właściwa. Bardzo intensywne ćwiczenia powodują stres, a na pewno nie potrzebujemy go więcej w swoim życiu. Po latach badania optymalnej, indywidualnie dostosowanej intensywności ćwiczeń stało się jasne, że 30 minut aktywności fizycznej dziennie, na tyle lekkiej, aby uprawiać ją z uśmiechem, może zdziałać cuda”.

Profesor Tanaka opracował metodę slow joggingu, wolnego biegu przeplatanego sprintami i ćwiczeniami, na przykład z użyciem hantli. Ale ćwiczyć z przyjemnością można na wiele sposobów.

Gyrotonic

Trening gyrotonic przypomina taniec z maszyną. Ćwiczenia wykonuje się płynnie, uważnie i w harmonii z oddechem. Ta popularna na Zachodzie metoda ćwiczeń u nas dopiero raczkuje, ale warto ją poznać, ponieważ jest to wyjątkowo wszechstronny trening, który dba o cały aparat ruchu, mięśnie i stawy. Ćwiczyć mogą kobiety w ciąży, osoby starsze, a nawet pacjenci w czasie rehabilitacji.

„Metodę tę poznałam we Włoszech, gdzie jest znana i praktykowana od lat”, mówi Stefania Chiarelli, instruktorka gyrotonicu, założycielka Nashe Studio na warszawskim Powiślu. „Twórcą metody gyrotonic jest Węgier Juliu Horvath, który był zawodowym tancerzem. Poszukiwał metody, która pozwoli mu wrócić do pracy po kontuzji i zerwaniu ścięgna Achillesa. Próbował pilatesu, jogi, pływania. Jednak w każdej z tych aktywności czegoś mu brakowało. Dlatego zaczął myśleć nad własnym systemem ćwiczeń. Tak opracował Gyrokinesis®, a potem rozpoczął pracę nad maszyną do treningu. Ćwiczenia ze specjalistycznym sprzętem to właśnie gyrotonic. Teraz, choć ma 79 lat, Horwath nadal dba o zdrowie i o kręgosłup, ćwicząc gyrotonic”, mówi instruktorka.

Gyrotonic to ćwiczenia, które wykonuje się na specjalistycznym sprzęcie. (Fot. Ania Powałowska) Gyrotonic to ćwiczenia, które wykonuje się na specjalistycznym sprzęcie. (Fot. Ania Powałowska)

Metoda ta łączy różne techniki treningowe i formy aktywności, które uczą świadomego ruchu, poprawiają mobilność i gibkość ciała, ale też zwiększają jego siłę i wytrzymałość. Na pierwszy rzut oka gyrotonic jest bardzo podobny do pilatesu.

„W pilatesie pracujemy w dwóch osiach i skupiamy się na wzmocnieniu mięśni w konkretnych partiach ciała. W gyrotonicu maszyna narzuca spiralne i faliste ruchy, można powiedzieć, że jest to ruch trójwymiarowy, może się kojarzyć z pływaniem. W ćwiczeniach skupiamy się na wzmocnieniu mięśni przy kręgosłupie oraz brzucha, które odpowiedzialne są za stabilizację naszej miednicy, jak i całej sylwetki. Ważny jest też oddech. Każdy ruch powinnien być połączony z oddechem, ale na co dzień, w stresie i napięciu, o tym zapominamy. W trakcie sesji pracujemy nad przywróceniem naturalnej synchronizacji ruchu i oddechu”, wyjaśnia Stefania Chiarelli.

Stretching

Kama Nienałtowska ćwiczy od trzeciego roku życia. Jest ekspertką w dziedzinie rozciągania. Stretching jest jej pasją. Uczy go od 17 lat, prowadzi warsztaty i szkolenia ze stretchingu dla polskiej kadry instruktorskiej, artystów profesjonalistów i amatorów. „Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. Mnie przede wszystkim zależy na tym, by pomóc ludziom poczuć się lepiej, rozruszać się. Potem, jeśli ktoś chce, można przesuwać tę poprzeczkę stopniowo coraz dalej”, mówi Kama.

„Zwracam dużą uwagę na świadomą pracę z ciałem. Na treningu pokazuję, dlaczego nasze ciało potrafi tyle, ile potrafi. Podczas całego naszego życia mięśnie i mózg zbierają informacje o tym, jak się poruszamy. Jesteśmy przyzwyczajeni, że coś się da, a czegoś się nie da zrobić. Ja staram się pokazać, jak możemy przekonać nasze ciało, że może pracować lepiej, efektywniej. Nie robimy nic na siłę, ale powoli, w indywidualnym tempie przesuwamy granicę swoich możliwości”, przekonuje trenerka.

Entuzjazm Kamy i jej niezachwiane przekonanie, że każdy, niezależnie od wieku, może zrobić coś dla siebie, są zaraźliwe. „Ważne, żeby zrobić pierwszy krok, nawet malutki, który sprawi, że poczujemy się troszkę lepiej, a potem to powtórzyć. W ten sposób możemy pomału przesuwać strefę komfortu. Stereotypowo rozciąganie to dwa skłony do przodu po treningu i tyle. Kojarzymy je też z ćwiczeniami, gdy ktoś kogoś strasznie dociska. Dociskany płacze i cierpi. Ja proponuję pracę, w której dbamy o równowagę między zakresem ruchu a kontrolą ruchu. Efekty osiągamy bezpiecznie, bez dociskania. Gdy ciało odbiera ruch jako coś przyjemnego, efekty zostają z nami na dłużej”. Czy stretching można ćwiczyć w domu? Zawsze lepiej jest trenować pod okiem instruktora, jeśli jednak nie masz takiej możliwości, skorzystaj z zajęć online lub zajrzyj na Instagram @kamanienaltowska, znajdziesz tam zawsze świeżą dawkę inspiracji i ćwiczeń. „Zaczynam trening od leżenia na macie i skupienia się na oddechu. W czasie ćwiczeń często zapominamy o tym, jak ważny on jest. Napinamy się, staramy się zrobić więcej i więcej. Wtedy ciało się opiera. Dobrze jest zacząć od obserwacji oddechu, poczuć, jak klatka piersiowa wypełnia się powietrzem, zobaczyć, jakie mięśnie przy tym pracują. Zostawić za sobą pośpiech dnia codziennego”, radzi trenerka. Równie ważna jak trening jest regeneracja. „Regularnie chodzę na wizyty do fizjoterapeuty – nie dlatego, że coś mi dolega, ale po to, żeby nic mi nie dolegało. W domu używam mat do akupresury, które relaksują i odstresowują mięśnie”.

Joga Yin

Czyli ćwiczenia z nicnierobienia. Jesteś aktywna, cały czas działasz na wysokich obrotach, a w czasie treningu wyciskają z ciebie siódme poty? Przyjdź dla odmiany na jogę yin-yang prowadzoną przez Julitę Skórską (Instagram @julita.skorska). Zobaczysz, że gdy sobie odpuścisz, świat kręci się dalej.

„W jodze dynamicznej, jak vinyāsa, rozgrzewamy mięśnie. Napinamy je, zmieniając pozycję wraz z oddechem. W ten sposób budujemy siłę, wzmacniamy nasze uziemienie, ale jednocześnie zatrzymujemy się na tym poziomie”, tłumaczy instruktorka. „Joga yin to forma odpuszczająca, w której nie napinamy mięśni. Wchodzimy w pozycję (zwykle siedzącą, leżącą lub wiszącą) i nasze ciało pracuje samo na poziomie tkanek łącznych, powięzi. Pozwalamy na automasaż organów wewnętrznych, dochodzi do oczyszenia na poziomie fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym”.

Koncepcja yin-yang pochodzi z filozofii chińskiej. Mówi o przeciwstawnych siłach, które zamiast walczyć, uzupełniają się. Jak dzień i noc. Yang to energia działania, przejmowania inicjatywy. Yin to noc, księżyc, woda, introwersja, refleksyjność. W życiu chodzi o to, by te dwie energie równoważyć. Działać, gdy jest na to czas, innym razem odpuszczać sobie, rezygnować z walki.

„Obserwuję ludzi w czasie zajęć. Gdy wplatam pozycje relaksacyjne, zaczynają się wiercić, otwierają oczy. Nie chcą się poddać. Sama należę do osób z przewagą yang, więc wiem, jak trudno jest się zrelaksować, porzucić gonitwę myśli. Dlatego trochę na przekór sobie zaczęłam ćwiczyć jogę yin, a potem stworzyłam zajęcia yin-yang. Możemy na nich poczuć obie energie, spróbować dwóch rodzajów praktyki. Stajemy w pozycji wojownika – jesteśmy wyprostowani, mamy napięte mięśnie brzucha, ud. Walczymy tak jak w życiu, działamy, oddychamy. Potem zawisamy w skłonie w stronę nogi, a nasze tkanki wewnętrzne się rozluźniają. Nie musimy nic robić, nic poprawiać”.

Niezwykle przyjemnym elementem zajęć prowadzonych przez Julitę są towarzyszące praktyce zapachy olejków eterycznych, kadzideł oraz dźwięki mis tybetańskich i dzwoneczków Koshi. Jak mówi trenerka, to jej prezent dla uczestników zajęć.

Joga yin uczy odpuszczania i rozluźniania. Nie ma tu czegoś takiego jak pozycja doskonała, nie ma dociskania ani poprawiania. Po prostu wchodzisz w pozycję do momentu, aż ciało stawia opór, i trwasz w bezruchu, obserwujesz, oddychasz.
„Dźwięki dzwoneczków relaksują, ale mogą też poruszać różne emocje, w zależności od tego, co się w nas aktualnie dzieje. Wibracja mis tybetańskich ma jeszcze inne działanie. Wchodzi głęboko w ciało, masuje, uwalnia od stresu, wzmacnia układ odpornościowy oraz hormonalny”.