1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Monika Borzym - z wdzięczności dla ciała

Monika Borzym - z wdzięczności dla ciała

Ta mata to takie małe pole do praktykowania akceptacji siebie, ufania swojemu ciału. (Fot. Magda Sobotka)
Ta mata to takie małe pole do praktykowania akceptacji siebie, ufania swojemu ciału. (Fot. Magda Sobotka)
Małe pole o rozmiarze maty służy wokalistce Monice Borzym do akceptacji siebie.

Moja ukochana, w końcu udana mata. Korkowa. Jest dla mnie niezwykle ważna, ponieważ towarzyszy mi w wielu sferach samorozwoju. Przede wszystkim w wieloletniej próbie zbudowania codziennej praktyki jogi, co nie do końca jest spójne z moim charakterem i trybem pracy, który od zawsze jest bardzo nieregularny, wymaga dużo samodyscypliny, ale też daje mi niemało możliwości odpuszczania sobie. A joga to taka dziedzina, którą dobrze praktykować codziennie, uczy systematyczności. To, że mam do tej konkretnej maty słabość – bo wiele poprzednich mi nie pasowało – zdecydowanie pomaga codziennie ją rozkładać i ćwiczyć.

Mata wspiera mnie też w powrocie do lubienia siebie po urodzeniu dziecka. To takie małe pole do praktykowania akceptacji siebie, ufania swojemu ciału. Pole do wzmacniania ciała i charakteru. Dzięki macie dostaję w ciągu dnia czas tylko dla siebie. W zasadzie ostatnimi czasy jesteśmy z tą matą nierozłączne. Wożę ją w samochodzie, bo staram się upolować jakiś moment w ciągu dnia, żeby wylądować w szkole jogi. Nie zostawiam jej tam, bo liczę na to, że może znajdę chwilę w domu, żeby ją rozłożyć i zrobić choć kilka powitań słońca.

Wybrałam tę matę do jogi nie bez powodu. Otóż w moim nowym singlu „Takie ciało” śpiewam o tym, że każde powinno być lubiane, kochane i pokazywane. Nie mówię o bezwzględnej akceptacji, ślepej bezkrytyczności, bo to byłoby nierozsądne i zwyczajnie niezdrowe, i to wcale nie jest obraz prawdziwej miłości. Mówię o akceptacji ciała, które jest mieszkaniem naszej duszy i naszej historii, bo dusza, charakter i to, co go zbudowało, wpływa na to, jak ciało wygląda. Powinniśmy o nie dbać, a formy dbania mogą być różne. Ja mam jogę. Wobec ciała formułujemy różne oczekiwania: jak powinno wyglądać, jak się zachowywać, jak reagować. A prawda jest taka, że dostajemy od naszych ciał ogromnie dużo. Ja dostałam ciążę, w którą zaszłam bez żadnych problemów, dorodnego synka Edwarda, dobrą kondycję po porodzie, głos... Potrafię codziennie wypocić butlę wody, ćwicząc jogę ashtanga, opiekuję się ośmiomiesięcznym synkiem, jestem bardzo aktywna zawodowo i towarzysko, jeżdżę rowerem, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przeprowadzałam się trzy razy, a ono daje radę! Prawie nie choruje i naprawdę rzadko mnie zawodzi. Ćwiczę jogę, żeby się pozbyć brzucha po ciąży, ale też z wdzięczności dla ciała. I to wszystko pozwala mi realizować moja ukochana korkowa mata.

(Fot. Michał Krul) (Fot. Michał Krul)

Monika Borzym, wokalistka. Niedawno ukazała się jej nowa płyta pt. „Monika Borzym śpiewa stare piosenki”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Medytacja jest jak niedziela

Czy umysł lubi medytację, czy postrzega ją jako zagrożenie? (fot. iStock)
Czy umysł lubi medytację, czy postrzega ją jako zagrożenie? (fot. iStock)
Medytacja nie przychodzi tak lekko. Wymaga wielu ćwiczeń. Początki bywają trudne. Umysł stawia opór. Medytacja dla wielu osób jest wyzwaniem, którego umysł często nie chce podejmować. Jednak regularna praktyka przynosi duże efekty, pozwala spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy, a przede wszystkim jest świętem – świętujemy połączenie ze swoim duchowym wnętrzem – przekonuje Katarzyna Chustecka, instruktorka jogi.

Siedzę na poduszce. Nogi skrzyżowane. Obserwuję oddech. Wdech, wydech, wdech... Ciekawe, jak poszło w szkole córce... No nie, stop: wdech, wydech, wdech... A to świnia! Jak on tak mógł się do mnie odezwać?! A może to ja go sprowokowałam? Akurat. Oj. Zaraz... wdech, wydech, wdech... Rany, jak mi się nic nie chce... Wdech, wydech, wdech... Co ja w ogóle robię, mam za dużo czasu, czy co? Spokojnie...Wdech, wydech, wdech...

Jak umysł reaguje na medytację?

Medytacja skupiona na oddechu polega na obserwacji oddychania. Nie używa się tu żadnej werbalizacji, dźwięków ani mantr. Nie nadajesz nawet określeń - wdech, wydech - a jedynie zauważasz przepływ oddechu, śledzisz go uważnie na poziomie czucia.

Kiedy zaczynasz uczyć się medytacji, otwiera się istna puszka Pandory umysłu. Uchylasz drzwi, za którymi twój umysł wyprawia, co mu się żywnie podoba. Ponieważ zapewne nigdy przedtem tam nie zaglądałeś, będziesz w szoku! Umysł jak żywioł kompletnie puszczony samopas zalewa cię falami myśli o przeszłości bądź przyszłości. A więc albo analizuje, co się wydarzyło i przeżywasz to ponownie, zmieniasz wersje swoich wówczas zachowań, słowem nurzasz się w przeszłości lub też lawiruje w przyszłości - jak zrobisz to czy tamto, kiedy już przyjdzie czas i co powiesz Iksińskiej, jak ją wreszcie spotkasz, itd, itp. Uff. Ile zamieszania, a wszystko to kompletnie niepotrzebne. Przyszłość minęła bezpowrotnie i nic tego nie zmieni, przyszłość nigdy nie nadejdzie, bo taka jest jej natura, a jedyne co masz, to ta chwila, teraźniejszość. Ale na jej temat wiemy oczywiście bardzo mało, bo tak rzadko w niej bywamy. Trudno się jednak dziwić, skoro umysł bez końca przerabia przeszłość bądź tworzy miraże przyszłości.

Umysł jest jak jeden z wielu narządów czy części ciała. Wyobraź sobie, że jest to taka sama część ciebie jak powiedzmy mięsień czworogłowy uda. To bardzo ważny mięsień, dzięki któremu możliwych jest wiele ruchów, a bez którego niemożliwe byłoby chodzenie. Następnie wyobraź sobie, że mięsień ten postanowił całkowicie uniezależnić się od twojej woli, w związku z czym nie słucha cię, lecz po prostu prowadzi, dokąd sam chce. Co więcej, w tajemniczy sposób udało mu się ciebie przekonać, że on to ty! Koniec końców idziesz tam, dokąd zaprowadzą cię nogi, bez względu na to, czy ci to rzeczywiście służy czy nie, i jeszcze sądzisz że są to twoje własne wybory. Szaleństwo. Niewola. Ale tak właśnie stało się i dzieje się z umysłem. Ta część ciebie, która miała służyć ci wtedy, kiedy jej potrzebujesz, a następnie wypoczywać, cieszy się niesłychaną autonomią i jeszcze podszywa się pod właściciela. Bo ostatecznie właściciel zapomniał, kim naprawdę jest... Mało tego, to miotanie się umysłu i produkcja nawałnic myśli kosztuje cię sporo energii - wygenerowanie myśli to energia, a zajmowanie się nimi - kolejny koszt. Tak więc koniec końców biegasz całe dnie wewnątrz siebie za rozpuszczonym małym tyranem - swoim własnym umysłem. Nie ma innego wyjścia niż stanąć z nim oko w oko i przejąć ster.

Medytacja jest jak niedziela – świętujesz kontakt ze sobą

Wiedz, że nikt dobrowolnie nie rezygnuje z przywilejów, tak więc na początku czeka cię walka i to podjazdowa. Bądź pewien, że twój umysł zastosuje mnóstwo chwytów, aby odwieść cię od prób zdyscyplinowania go. Nie daj się nabrać, bądź nieprzejednany, ale życzliwy dla siebie i swoich usiłowań. Z czasem pojawi się dystans do pojawiających się myśli i coraz dłuższe okresy koncentracji na oddechu. Nie reagując na pojawiające się myśli, zrozumiesz, że myśli to nie ty, że możesz się bez nich obejść, a kiedy zaczną pojawiać się momenty pustki pomiędzy jedną myślą a drugą, zauważysz że istnieje zupełnie nieznany wymiar doświadczenia. Odzyskasz też wreszcie swoją pozycję właściciela domu, w którym mieszka twoja Dusza. Być może usłyszysz, co ma ci do powiedzenia.

Dzięki temu, że nauczysz się puszczać myśli, będziesz mógł wreszcie naprawdę zatrzymać się i odetchnąć. Możesz wtedy zauważyć, że ten świat całkiem nieźle radzi sobie bez ciebie, że przez te pół godziny czy więcej możesz odpuścić sprawowanie kontroli i odkryjesz, świat się nie zawalił. Popatrz - ty siedzisz i niby nic nie robisz, a świat kręci się nadal. To leczy z nadmiernej odpowiedzialności. Medytacja pozwala odsunąć się z wymiaru działania w wymiar bycia. To jest najważniejszy moment działania - niedziałanie. To jest czas, dzięki któremu działanie może istnieć. Gdyby było tylko działanie, nie moglibyśmy go docenić. Tak jak nie moglibyśmy docenić nocy bez istnienia dnia.

Dlatego właśnie medytacja jest jak niedziela. Jak święto - czas, w którym pozwalasz sobie zostawić to, co ziemskie, zamknięte w ziemskim wymiarze czasu i przestrzeni, i oddać się świętym sprawom swojego wnętrza.

Więc może ten świat nie jest tak beznadziejny, skoro trwa sam! A gdy już nie musisz się nim zajmować, twoja uwaga dotychczas skupiona na czynnościach, na wybranych częściach rzeczywistości, rozluźnia się obejmując i ogarniając wszystko - całość, której ty sam jesteś częścią. Ty jesteś całość, a całość to ty. Świat jest w porządku i ty też jesteś w porządku. Nie pozostaje nic innego, niż przeżyć to życie w radości i zgodzie ze sobą, skoro wreszcie złapałeś ze sobą kontakt. I spijać słodki smak tej prawdy, który sączy się z każdą chwilą medytacji.

A umysł? Spoczywa cicho jak węgielki tlące się w piecu, cały czas gotowe, by ich użyć, kiedy zajdzie potrzeba.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Echoizm – przeciwieństwo narcyzmu. Kim są echoiści? 

Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Zapewne prawie wszyscy wiemy, kim jest narcyz. Wiemy to z różnych publikacji, bo dużo mówi się i pisze o tym typie człowieka. Wiemy to także z codziennego doświadczenia, z życia po prostu, bo dość często spotykamy na swojej drodze ludzi bezgranicznie zapatrzonych w siebie. Ale zdecydowanie mniej wiemy o człowieku, który jest przeciwieństwem narcyza. Chodzi o echoistę.

Echoista - bez głosu

Narcyza kojarzymy również z greckiej mitologii, jednak znowu niekoniecznie kojarzymy już postać dalszego planu, nimfę Echo. Pozbawioną głosu, skoncentrowaną na narcyzie, bez skutku próbującą zdobyć jego miłość. Otóż, ta postać także znalazła swoje miejsce w psychologii. Postawę tę charakteryzują przede wszystkim totalna uległość oraz rezygnacja z własnych potrzeb.

Jednym z pierwszych, który pisał o echoizmie był psycholog kliniczny i wykładowca Harvard Medical School, Craig Malkin. W swojej książce „Rethinking Narcissism” wyjaśnia, że echoizm to także strach przed uczuciem wyjątkowości czy wyróżnianiem się w jakikolwiek dziedzinie. To obawa przed byciem zauważonym, a przez to potencjalnie oskarżonym o… narcyzm! Określenie „echoizm” używane jest głównie w kontekście związku z narcyzem.

Echoista to człowiek, który pasuje do narcyza jak puzzel, gotowy do rezygnacji z siebie, własnych potrzeb, chętny do koncentrowania się w stu procentach na oczekiwaniach drugiego człowieka, jest „idealnym” partnerem dla narcyza. Nietrudno się domyślić, że spotkanie tych dwóch „pasujących do siebie” połówek jest bardzo niebezpieczne.

„Mit o Narcyzie i Echo bardzo dużo mówi o relacjach dwojga ludzi”, pisze Craig Malkin. „Kiedy myślałem o tym, jak Echo reagowała na potrzeby i uczucia ukochanego, przeżyłem tzw. moment „aha!”. Zdałem sobie sprawę, że ludzie, którzy utrzymują bliskie relacje z osobami narcystycznymi, w pewnym momencie rezygnują ze swoich potrzeb na rzecz i dla „dobra” związku, koncentrują się tym, jak czuje się druga strona.”, dodaje psycholog. Ale bez wątpienia, by w taką rolę wejść trzeba mieć w sobie odpowiedni potencjał…


Z domu echoista

„Większość ludzi, którzy zmagają się z echoizmem, nienawidzi własnych potrzeb. Nie czuje się z nimi dobrze, ponieważ z ich dotychczasowych doświadczeń wynika, że gdy za bardzo skupili na sobie uwagę, tracili kontakt z ludźmi, na których im zależało.”, tłumaczy Malkin. Zresztą on sam ma za sobą takie doświadczenie. Jak wspomina był wrażliwym dzieckiem wychowywanym przez matkę, która skupiała na sobie całą uwagę. Mały Malkin chcąc nawiązać z nią jakąkolwiek relację, sam musiał zejść na daleki plan. Zrobił to i niczym echo powtarzał jej potrzeby oraz pragnienia. Nauczył się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. Nauczył się, że to, co w nim, jest nieistotne. Jeśli zyskuje cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuje się w to, co czuje i czego potrzebuje matka. Tylko w ten sposób może „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale jedynie tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy. Zatem Malkin znalazł sposób na to, by poczuć bliskość z matką, ale stało się to dużym kosztem. Wykształcił w sobie mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla człowieka krzywdzące.

Innym potencjalnym źródłem wykształcenia się w człowieku echoizmu jest sytuacja, w której rodzice czy rodzic powtarzają swoim dzieciom, że nie wolno koncentrować się w życiu na sobie. Ten niepozorny komunikat powtarzany często i regularnie potrafi skutecznie zabić w dziecku poczucie wyjątkowości.

Dorosły echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista szybko odnajdzie się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obłaskawić”. I wszystko gra. Jest komplementarnie, pozornie bezpiecznie. Echoista u boku narcyza może nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń.

Przełamać schemat

Co mogłoby sprawić, żeby echoista dostrzeże siebie? Pierwszy krok, to zauważyć swój wdrukowany schemat, że bycie z drugim człowiekiem jest jednoznaczne z zaprzedaniem samego siebie. Bo przecież nie jest! Prawdziwa relacja oznacza być z kimś, przy kimś, ale jednocześnie być przy sobie. Bycie empatycznym, a echoista ma w sobie tony empatii, nie oznacza absolutnie całkowitego porzucenia samego siebie. I to dotyczy nie tylko związków partnerskich, miłości, ale także choćby przyjaźni. Mogłoby się wydawać, że echoista jest doskonałym materiałem na świetnego przyjaciela – potrafi słuchać, poradzić, pomóc, pobyć blisko, itd. Otóż, psychologowie twierdzą zgodnie, że to absolutnie nie jest rys dobrego przyjaciela, bo przyjaźń, jak każda interakcja z drugim człowiekiem, wymaga od nas jednocześnie umiejętności dawania, ale i brania. Trzeba umieć jedno i drugie. Inaczej każdy związek staje się sztuczny, a wtedy nie ma mowy o bliskości. By być naprawdę blisko z drugim człowiekiem trzeba umieć być elastycznym, dopasowywać swoje reakcje do zewnętrznych okoliczności, i tego musi nauczyć się echoista.

  1. Psychologia

Wysoka wrażliwość – jak z nią żyć?

Osoby wysoko wrażliwe powinny nauczyć się sobą zaopiekować. (Fot. Getty Images)
Osoby wysoko wrażliwe powinny nauczyć się sobą zaopiekować. (Fot. Getty Images)
Tego nie można się „oduczyć” i dzięki pracy nad sobą stać się osobą nisko wrażliwą. To tak, jakby ktoś chciał zmienić kolor oczu – mówi psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz. To, co można zrobić, to się o tę swoją inność zatroszczyć.

Niektóre z nas wciąż słyszą o sobie: „przewrażliwiona”, „histeryczka”. Pani proponuje inne określenie: „kobiety, które czują za bardzo”. Taki tytuł nosi też pani nowa książka.
To, co skłoniło mnie do zajęcia się tym tematem, to historie moich pacjentek, ale także krążące opinie na temat tego, że koncepcja psychologiczna dotycząca wysokiej wrażliwości jest wydumanym problemem. Że powstała po to, żeby usprawiedliwić kobietę, która jest niedojrzała emocjonalnie, nie wie, czego chce, a do tego manipuluje innymi, by osiągnąć swoje cele. Wysoka wrażliwość wciąż mylona jest z przewrażliwieniem, z brakiem umiejętności dostosowania się do otaczającego świata, z niedawaniem sobie w życiu rady. Chcę powiedzieć stanowczo: to bzdura! Nieprawdziwa, niesprawiedliwa, bardzo krzywdząca.

I niestety popularna.
Żyjemy w czasie, kiedy przekazy dotyczące emocji i emocjonalności są sprzeczne. Choć wiele mówi się już o wadze umiejętności odczytywania i wyrażania swoich uczuć, to jednocześnie w cenie jest zachowanie twarzy pokerzysty. A kiedy ktoś właśnie swoje emocje wyraża, odpowiedzią otoczenia jest dystans, patrzenie z przymrużeniem oka, jak na kogoś nie do końca poważnego albo gorszej kategorii. Problemem jest nieznajomość podstaw psychologii. A ponieważ ich nam brakuje, mamy tendencję do tego, by rozmaite trudności emocjonalne wkładać do jednego worka z napisem „przewrażliwienie”. Oczywiście są osoby przewrażliwione, czyli takie, których reakcje są nieadekwatne do sytuacji. Jednak to raczej nie jest cecha osobowości. Przewrażliwienie to wynik sytuacji, okoliczności, w jakich ktoś się znalazł – tego, że aktualnie z jakimś tematem jest nam nie po drodze. Tak jak nie po drodze może być kobiecie, która właśnie się rozwodzi, z tematem wielkiej miłości czy walentynek. Może wtedy reagować przesadnie, ale to sytuacyjne i przejściowe. Natomiast wysoka wrażliwość to po prostu cecha charakteru, specyficzny sposób funkcjonowania ośrodkowego układu nerwowego. Nie można się jej „oduczyć” i dzięki pracy nad sobą stać się osobą nisko wrażliwą. To tak, jakby ktoś chciał zmienić kolor oczu. Można założyć soczewki, jednak to będzie tylko udawanie.

Z wysoką wrażliwością się rodzimy?
Tak, bez względu na to, czy wychowaliśmy się w fajnej, ciepłej rodzinie, czy w toksycznej. Nasz mózg po prostu inaczej przetwarza bodźce, które do nas docierają. Mówiąc najbardziej obrazowo, chodzi o to, że intensywniej chłoniemy świat, każdym zmysłem. Dźwięki, zapachy, światło – to wszystko dociera do nas ze zwielokrotnioną mocą. A do tego występuje bardzo duża wrażliwość na ludzi. Takie osoby mają ogromne pokłady empatii, są doskonałymi obserwatorami, po najdrobniejszej zmianie mimiki są w stanie wyczuć czyjeś nastawienie, zmianę nastroju, intencje. To brzmi wręcz fantastycznie, ale taka czułość na szczegóły i umiejętność odbierania świata całym sobą może być bardzo obciążająca, męcząca. Ktoś taki potrzebuje dużo więcej regeneracji i chwil spędzonych w samotności, na odcięciu się od świata. I już to, jak opowiadają moje pacjentki, jest często niezrozumiane przez całą resztę, czyli ludzi nisko wrażliwych.

Według badań proporcje są takie: 20 proc. populacji to osoby wysoko wrażliwe, 80 proc. – nisko wrażliwe. Można poczuć się jak kosmita…
I zapewniam panią, że tak właśnie te osoby się czują. Kiedy koleżanki i koledzy z pracy po ciężkim dniu wybierają się razem na piwo, żeby odreagować i rozluźnić się, osoba wysoko wrażliwa marzy tylko o tym, by wrócić do domu, zaszyć się w ciszy i ciemności. Czuje, że to jest ponad jej siły. A ponieważ dla reszty nie jest to „normalne”, więc zwykle taka kobieta kręci i wymyśla powód, dla którego nie może się spotkać ze znajomymi. Prędzej czy później dostaje łatkę dziwaka czy odludka.

Czy wykształcenie tej cechy to efekt pędzącego współczes­nego świata, czy może tacy ludzie byli zawsze, tylko po prostu nie mówiło się o tym, nie badano tego zagadnienia?
W moim poczuciu i wedle mojej wiedzy ta cecha istniała zawsze. W swojej książce piszę, że pewnie kiedyś kobiety wysoko wrażliwe to były te, które palono na stosach, nazywano czarownicami. Oczywiście to tylko moje gdybanie, ale wydaje mi się, że właśnie ta kobieca intuicja w wydaniu zintensyfikowanym, swoisty nadmiar empatii, zdarzała się zawsze, tylko dopiero dziś zostało to nazwane i opisane. I bardzo dobrze, bo tylko w ten sposób wysoko wrażliwi mogą zdjąć z siebie łatkę dziwaków, nieogarniętych życiowo.
Po napisaniu książki dostaję mnóstwo wiadomości. To tylko potwierdza, że „kobiety, które czują za dużo”, rzeczywiście istnieją i rzeczywiście cierpią. Piszą, że dopiero teraz mogą znaleźć wytłumaczenie dla czegoś, co było źródłem ich kompleksów. Bardzo mnie to cieszy, bo wiedza o tym, jakie jesteśmy i co z czego wynika, daje nam szansę, by się sobą odpowiednio zaopiekować, lepiej zaprojektować swoje życie – to znaczy brać pod uwagę swoją wysoką wrażliwość, kiedy zmieniamy pracę, wybieramy się na wakacje czy kiedy wchodzimy w nowy związek. Ta wiedza to także źródło naszej siły.

Bo kobieta, której zapach perfum koleżanki z pracy przeszkadza na tyle, że nie jest w stanie pracować, nie jest ani histeryczką, ani wariatką.
Nie jest! Podobnie jak ta, która nie potrafi skupić się w szumie biura i której napisanie mejla zajmuje trzy razy więcej czasu, niż kiedy robi to w domowym zaciszu. Czy taka, która zgodnie ze swoimi poglądami chciałaby uczestniczyć w marszach Strajku Kobiet, ale tego nie robi, bo nie potrafi dłużej wytrzymać w tłumie. Z takich właśnie rozterek zwierzają mi się kobiety. Czują, że to, jakie są, w pewnym sensie wyklucza je z normalnego życia. Wyrzucają sobie, że robią z igły widły, więc znoszą ten zapach perfum koleżanki w milczeniu i z bólem głowy! Za wszelką cenę starają się dostosować.

Krytyka innych boli…
Czasem, żeby niedowiarkom zobrazować odczucia osoby wysoko wrażliwej, mówię, że taki człowiek czuje się non stop tak, jakby stał na ruchliwym skrzyżowaniu w Tokio. Proszę sobie wyobrazić, że jest pani średnio 12 godzin na dobę w miejscu, w którym wciąż trąbią, jest tłum, szum, ktoś panią co chwilę potrąca, o coś pyta, ktoś inny krzyczy do telefonu. Głowa nam pęka, a o ucieczce nie ma mowy. Przyjemnie? No właśnie… A tak czuje się przez większość czasu osoba wysoko wrażliwa.
O tym, jak mocno odbiera świat, świadczy z pozoru drobny, ale przewijający się w opowieściach moich pacjentek drobiazg – drapiące metki! Ten dotyk to dla nich tak nieprzyjemne uczucie, że pierwszą rzeczą, którą robią po przyjściu do domu z nowym ciuchem, jest jej wycięcie.

Próba dostosowania się do standardów osób nisko wrażliwych ma swoją cenę, prawda?
Zdecydowanie tak! Koszty są czasem naprawdę duże, dlatego nie wolno tego robić!

Czy można wpędzić się w ten sposób w stany depresyjne?
Badania nad osobami wysoko wrażliwymi prowadzone przez doktor Elaine Aron, twórczynię pojęcia wysokiej wrażliwości, wykazały co prawda, że nie ma żadnych różnic między osobami wysoko i nisko wrażliwymi w zakresie zapadania na depresję i zaburzenia lękowe, ale też kiedy osoba wysoko wrażliwa już choruje na depresję, to bardzo często u jej podłoża leży ten sam powód: ostracyzm i odrzucenie społeczne. To dowodzi tego, jak bardzo cierpią ludzie wysoko wrażliwi.

Wspomniała pani, że swoją wysoką wrażliwość należy mieć na uwadze także wtedy, kiedy wchodzimy w nowy związek. Co to dokładnie oznacza? Na co warto zwrócić uwagę?
Mogłoby się wydawać, że z wysoko wrażliwymi osobami najlepiej dogadują się inni wysoko wrażliwi. Otóż to nie takie proste. Mam w terapii takie pary – wcale nie są to związki idealne, bo to relacje kompletnie „odbodźcowane”, a to też nie jest zdrowe. Pojawia się wtedy taki poziom nudy i rutyny, który może być szkodliwy dla związku. A skoro pyta pani, na co zwrócić uwagę, odpowiem tak: jeśli wysoko wrażliwa kobieta znajduje nisko wrażliwego partnera lub nisko wrażliwą partnerkę, polecam, by z jednej strony dała jemu czy jej żyć – czyli miała na uwadze, że taka osoba potrzebuje większej porcji bodźców – ale z drugiej strony uświadomiła partnerowi, jakie są jej potrzeby: czytelnie, otwarcie, szczerze. I uprzedziła, że fakt, iż potrzebuje być często sama, nie wynika z tego, że nie jest im już po drodze czy że się od siebie oddalają. Ona po prostu wycofuje się, by złapać oddech, a nie wycofuje się z relacji.

Usłyszała pani od którejś pacjentki lub czytelniczki, że przez swoją wysoką wrażliwość zmuszona jest obchodzić się ze sobą trochę jak z jajkiem?
Nie chodzi o to, by obchodzić się ze sobą jak z jajkiem. Wysoka wrażliwość to nie choroba! Chodzi o to, by zapewnić sobie warunki adekwatne do swoich potrzeb, by te potrzeby szanować, brać je pod uwagę w codziennym życiu. Elaine Aron używa pewnej metafory – tłumaczy, by zaopiekować się sobą tak, jak opiekujemy się noworodkiem. Kiedy płacze, nie dyskutujemy, czy ma powód, po prostu otaczamy małe dziecko czułością – przytulamy, karmimy. Wyrazem czułości wobec siebie będzie choćby to, jakie miejsce wybierzemy na wakacje. Ktoś, kto stale przebywa na skrzyżowaniu w Tokio, nie powinien odpoczywać w Nowym Jorku, ale raczej na wsi pod miastem. Raczej joga, a nie crossfit. Po prostu.

Wyrazem czułości będzie chyba także spojrzenie na swoją wrażliwość jako wartość, bo z tej cechy świat może korzystać!
Zdecydowanie może! Osoby wysoko wrażliwe to świetni pracownicy. Pilni, sumienni, skuteczni. Genialnie sprawdzają się podczas negocjacji – wyczuwanie niuansów, subtelnych sygnałów jest tu przecież bezcenne. Zresztą w wielu krajach w dużych firmach prowadzone są specjalne szkolenia dla dyrektorów i osób zarządzających na temat tego, jak wykorzystać ogromny potencjał osób wysoko wrażliwych. Bo jeżeli zapewni się im odpowiednie warunki, będą rozkwitać, z korzyścią dla wszystkich dookoła. To samo dotyczy ich życia prywatnego. Osoba wysoko wrażliwa to genialny przyjaciel – potrafi słuchać, ma ogromne pokłady empatii, dogłębnie wszystko analizuje, więc potrafi też doradzić. A czy nie tego potrzebujemy właśnie od bliskiej osoby?!

Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu „Inner Garden”. Jej książka „Kobiety, które czują za bardzo” ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. materiały prasowe)Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu „Inner Garden”. Jej książka „Kobiety, które czują za bardzo” ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. materiały prasowe)

  1. Moda i uroda

Zapisane w genach

Za urodę odpowiada skomplikowana kombinacja genów. (Fot. BEW)
Za urodę odpowiada skomplikowana kombinacja genów. (Fot. BEW)
Pamiętam, jak moja mama rozdzielała sklejone tuszem rzęsy igłą, obserwowałam to z fascynacją. Dziś zmieniły się produkty do makijażu i kremy, ale wspomnienie zostało. O to, co dziedziczymy po rodzicach, jak dbać o swoją skórę i czego uczyć własną córkę, zapytałam genetyczkę, dermatolożkę i wizażystkę.

Ewa Bartnik, genetyk, profesor biologii, popularyzatorka nauki

Pani profesor, znane osoby w wywiadach na pytanie o to, jak dbają o cerę, mówią, że „ich piękna cera to zasługa genów”…
Raczej dobrego lekarza, przynajmniej gdy patrzy się na amerykańskie aktorki. Oczywiście pewne typy karnacji starzeją się lepiej niż inne. Ważna jest też kwestia struktury kostnej. Jednak na ten temat genetycznie naprawdę nic nie wiemy. Wiemy natomiast, że fotostarzenie ma duży wpływ na wygląd cery, więc na pewno warto stosować kremy z filtrami SPF. Coś na pewno jest zapisane w DNA, ale wiele rzeczy zależy od nas. Są kobiety tak nieprawdopodobnie piękne, że aż serce ściska. Ale skąd to się wzięło? Kształt twarzy, struktura kości, wielkość oczu. To na pewno jest jakaś kombinacja genów. Ale czy wszystkie piękne aktorki mają pięknych rodziców? Niekoniecznie.

Więc nie jest prawdą, że inteligencję dziedziczy się po matce, a urodę po ojcu?
To błędne zdanie, nie wiem, skąd się wzięło. Moim najukochańszym przykładem są Ingrid Bergman i Isabella Rossellini – matka i córka, obie aktorki, obie przepiękne. Tata Isabelli Rossellini był reżyserem, który słynął z tego, że był reżyserem, a nie ze swojej urody. Z drugiej strony mamy przykłady ojców i synów, którzy otrzymali Nagrodę Nobla. Jak Arthur Kornberg, amerykański biochemik i lekarz, oraz Roger Kornberg, chemik, profesor biologii, obaj uhonorowani Noblem. Podobnie jak Bohrowie, ojciec i syn. Myślę, że przykładów znalazłoby się więcej.
Od obojga rodziców dziedziczymy po 23 chromosomy, w tym dwa chromosomy odpowiedzialne za naszą płeć – dziewczynki mają dwa chromosomy X, po jednym od mamy i taty, a chłopcy jeden chromosom X od mamy oraz jeden chromosom Y od taty. Ale geny na inteligencję nie są umieszczone tylko w jednym chromosomie. Podobnie cechy wyglądu, takie jak: kształt twarzy, kolor oczu, włosów, skóry, są zapisane w kilku lub kilkudziesięciu czy więcej genach. Nie można w prosty sposób powiedzieć, po kim te cechy zostały odziedziczone.

Można powiedzieć, że jesteśmy miksem genów rodziców?
Jesteśmy miksem genów naszych przodków. Dzieci nie są przecież identyczne jak rodzice i choć charakterystyczne cechy przechodzą z pokolenia na pokolenie, to zdarzają się różne niespodzianki. Do niedawna jako swoisty papierek lakmusowy zdrady traktowany był kolor oczu. Dziś wiemy, że niesłusznie. Dziecko niebieskookich rodziców może mieć brązowe oczy. A dziecko rodziców o czarnych oczach może mieć zielone tęczówki. Kolor oczu nie zależy wcale od jednego genu. W dzisiejszych testach, które służą do nam do określania koloru oczu czy włosów, na przykład w medycynie sądowej, mamy aż kilkanaście markerów genowych do oznaczenia i dopiero poznanie ich wszystkich pozwala nam ustalić, jaki kolor oczu miał dany człowiek. A geny naszych przodków mogą się wymieszać tak, że dają najróżniejsze odcienie tęczówek. Wiem to po sobie. Mój ojciec miał oczy piwne, mama miała szaroniebieskie, ja mam zielone. Mój mąż z kolei ma szare, a nasze dzieci zielone.

W książce „Co kryje się w naszych genach?” pisze pani, że w przypadku cech charakteru, inteligencji czy predyspozycji do różnych dolegliwości geny mają wpływ w 50 proc., pozostałe 50 proc. to czynniki środowiskowe. Czy podobnie jest z procesem starzenia, jakością cery?
Opowiem pani anegdotkę, którą opowiadam studentom. Gdy byłam młoda, jeszcze nie miałam dzieci, byliśmy z grupą znajomych na kajakach i wysłali mnie do wsi po masło. Musiałam je sama ubijać, bo go nie było. Gospodyni mnie pyta, ile mam lat. Mówię, że 27. Ona mówi: „Ja też!”. Tyle że ta kobieta była bezzębna, pomarszczona, zasuszona. Szóstka dzieci. Złe żywienie.

Czyli jednak warto po prostu dbać o siebie.
Każdej cerze zrobi dobrze stosowanie dobrych kosmetyków. Ja zawsze wydawałam na to dużo pieniędzy. Jestem z 1949 roku, więc sporą część mojego życia spędziłam w czasach, kiedy krem był albo go nie było. Kiedy kosmetyki stały się bardziej dostępne, zawsze stosowałam kremy z filtrem. Moja mama była ruda i bardzo dbała, żebym unikała słońca. Dzięki temu mam mało przebarwień na skórze. Zawdzięczam to nie genom, tylko bezpośrednio mamie.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Aleksandra Jagielska, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, właścicielka warszawskiej Kliniki Sthetic, mama Pauliny

Aleksandra Jagielska, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, właścicielka warszawskiej Kliniki Sthetic, mama Pauliny. (Fot. archiwum prywatne)Aleksandra Jagielska, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, właścicielka warszawskiej Kliniki Sthetic, mama Pauliny. (Fot. archiwum prywatne)

Pani doktor, jak pani pielęgnuje swoją skórę?
Przede wszystkim bardzo dokładnie ją oczyszczam. Do zmywania makijażu używam mleczka kosmetycznego, które rozprowadzam szczoteczką soniczną. Mam przy okazji lekki masaż twarzy. Spłukuję mleczko wodą. Potem przecieram skórę tonikiem na bazie wody różanej. Codziennie rano używam serum z antyoksydantami (moje ulubione to Tannic CF Serum marki Alphascience) i kremu pielęgnacyjnego. Lubię odżywcze formuły, na przykład Vichy Neovadiol czy Lierac Premium. A pod oczy od lat używam Shiseido Benefiance. To bogaty krem, który daje mi uczucie komfortu przez cały dzień. Na noc również nakładam na twarz serum. W okresie jesienno-zimowym jest to produkt z retinolem. W dzień obowiązkowo krem z SPF, staram się wybierać filtry mineralne.

Czy tej uważności w dbaniu o siebie nauczyła się pani od mamy?
Moja mama lubiła się malować, zawsze używała perfum. Ja też to lubię i na co dzień używam perfum. Podobnie jak ona nie lubię pudru. Mama była piękną kobietą, w której się wszyscy kochali, ale nie pamiętam, żeby miała rozbudowane rytuały pielęgnacyjne. Latem robiła sobie maseczki z plasterków ogórka czy rozgniecionych truskawek, to jeszcze zostało mi w pamięci.

A pani córka sięga po kremy, których pani używa?
Ona też lubi się malować, ale kremów jeszcze nie używa na co dzień. Ma piękną młodą skórę, nie ma takiej potrzeby.

Naprawdę? Nie mówi pani córce, że od najmłodszych lat trzeba dbać o skórę?
Nie! Może czasem, jak widzę, że ma bardziej przesuszoną skórę. Paulina nigdy nie miała skłonności do trądziku, podobnie jak moja mama i ja. Wszystkie trzy mamy piękną, porcelanową skórę. Nie jestem zwolenniczką nadmiernej pielęgnacji, gdy nie ma takiej potrzeby. Na wakacjach dbam o to, żeby się smarowała kremem z filtrem. Czasem wysyłam ją na zabieg Geneo. Działa złuszczająco, zwęża pory, dotlenia skórę. To naprawdę wystarczy.

Ale teraz jest tak dużo rzeczy na półkach w drogeriach, do tego reklamy przekonują, że od urodzenia niemal zaczynamy się starzeć, więc trzeba smarować, wklepywać, masować…
Jesteśmy na to odporne, zawsze kierujemy się swoim rozsądkiem. Dlatego zamiast zbędnych kremów dbam o dobrej jakości wodę (nie z plastiku) i jedzenie. Holistyczne podejście jest ważne.

Stosuje pani suplementację?
Na co dzień bierzemy witaminę D3, jesienią i zimą także olej lniany i acerolę. Ja robię sobie jeszcze kuracje z kolagenem.

Ma pani piękne włosy. Dba pani o nie w szczególny sposób?
Jest taki świetny olejek Khadi Ayurvedic Hair Oil, który sobie wcieram w skórę głowy. Lubię też olej z korzenia łopianu z ziołami Nami. Do moich systematycznych rytuałów pielęgnacyjnych należy też kąpiel w soli. Może to być sól z Morza Martwego, ale może też być nasza kłodawska. Wsypuję do wanny kilogram soli, dodaję pół butelki octu jabłkowego i dwie łyżki miodu. Mam mały ręczniczek, którym robię sobie też kompres na twarz. Skóra jest potem jedwabista. Uważam, że takie kąpiele i wcieranie oleju we włosy działają rewelacyjnie.

To proszę zdradzić jeszcze swoje ulubione zabiegi gabinetowe.
Lubię wszelkiego typu mezoterapie, na przykład Restylane Skinboosters Vital. Ostatnio testowałam nowy Dermapen na twarz i szyję. Z zabiegów, które kondycjonują skórę, lubię laser oraz HIFU. Raz w roku robię sobie SonoQueen, które wykorzystuje tę technologię. Chodzę też na refleksologię twarzy do pani Mai Krauze. Twarz po masażu jest zliftingowana, rozświetlona i wypoczęta. Na ciało stosuję zabiegi modelujące, choćby Ondę. Polecam też endermologię.

Łazienkowa półka doktor Aleksandry Jagielskiej: 1. Krem Premium Lierac  50 ml/380 zł. 2. Anti-age booster NEAUVIA 10 × 25 ml/138 zł. 3. Serum Retinol 10TR Intense MEDIK8  15 ml/233 zł. 4. Szczoteczka soniczna Luna 3 foreo 849 zł. 5. Tonik różany PIXI 100 ml/59 zł (Sephora). 6. Serum do twarzy i szyi SPF 50 Lamelat™ pharmann 30 ml/195 zł. (Fot. materiały prasowe)Łazienkowa półka doktor Aleksandry Jagielskiej: 1. Krem Premium Lierac 50 ml/380 zł. 2. Anti-age booster NEAUVIA 10 × 25 ml/138 zł. 3. Serum Retinol 10TR Intense MEDIK8 15 ml/233 zł. 4. Szczoteczka soniczna Luna 3 foreo 849 zł. 5. Tonik różany PIXI 100 ml/59 zł (Sephora). 6. Serum do twarzy i szyi SPF 50 Lamelat™ pharmann 30 ml/195 zł. (Fot. materiały prasowe)

Aneta Kacprzak, makijażystka i stylistka fryzur, stworzyła własną markę akcesoriów Kacase, firmę prowadzi z córką Alicją

Aneta Kacprzak, makijażystka i stylistka fryzur, stworzyła własną markę akcesoriów Kacase, firmę prowadzi z córką Alicją. (Fot. Ania Powałowska)Aneta Kacprzak, makijażystka i stylistka fryzur, stworzyła własną markę akcesoriów Kacase, firmę prowadzi z córką Alicją. (Fot. Ania Powałowska)

Czy pani mama się malowała i stąd pani miłość do makijażu?
Moja mama zawsze się malowała. Ma urodę, która kojarzy się z latami 60. Robiła sobie charakterystyczny dla tego czasu makijaż – kreska na górnej powiece, brew podkreślona, róż Bourjois, kolor na ustach – brąz albo róż. Zawsze była idealnie umalowana. Tak po prostu było, nie odbierałam tego jako czegoś wyjątkowego. Ale tak naprawdę fascynacja makijażem narodziła się dopiero, gdy zaczęłam studiować charakteryzację. Zakochałam się w tym, że można człowieka zmienić, że jest tyle możliwości.


Makijaż należy dopasowywać do wieku czy wszystko wolno?
Kiedyś było takie popularne określenie „stara maleńka”. Pokazuje, że jednak są pewne zasady, których dobrze jest się trzymać. Przede wszystkim nie przesadzać, nie przemalowywać się. Mam dwudziestoletnią córkę i wiem, że dziewczyny chcą się malować. Czasem po prostu potrzebują, żeby na przykład przykryć trądzik. Sypkie kilkuskładnikowe podkłady mineralne, jak Annabelle Minerals, nie tylko maskują, lecz nawet ratują skórę, przysuszają zmiany trądzikowe.

Pani torba z kosmetykami to musiał być raj dla córki.
Moja torba z kosmetykami to moja praca. Nie można jej dotykać. Taka była zasada od zawsze. Ale mamy w domu koszyk z kosmetykami, do którego trafiają rzeczy, których już nie używam na sesjach. Poza kremami i podkładami, które mamy swoje ulubione, można tam zawsze znaleźć różne różności. Wystarczy poszperać.

Jakie są ulubione kosmetyki pani córki?
Alicja czyta uważnie składy, szuka naturalnych produktów dobrej jakości. Używa mineralnych podkładów, przedłuża brew. Zwykle robi sobie delikatną kreskę nad rzęsą, rozciera ją cieniem. Oczywiście, nie raz, nie dwa malowałam Alicję na imprezę i ona wie, gdzie co sobie położyć. Zresztą jest młoda, więc może wszystko! Chociaż serce mnie boli, gdy widzę młode dziewczyny, które robią ze swojej twarzy kopie kogoś innego. Nie zawsze w tym, co jest modne, będziemy dobrze wyglądać. Dlatego dobrze jest usiąść ze sobą przed lustrem. Nie unosić brwi, nie robić min, tylko usiąść bezmyślnie. Wtedy dopiero zobaczymy wszystkie mankamenty, każdą asymetrię. Makijaż to jest magia. Możemy dużo zmienić, ale trzeba się malować, widząc prawdziwą siebie.

Co warto zmienić w makijażu z wiekiem, gdy zmieniają się rysy i jakość skóry? Czy pani makijaż się zmienił?
Kiedyś używałam mocno matujących kosmetyków. Dziś moja skóra wyglądałaby w nich jak zasuszona skórka jabłka. Teraz wybieram lekkie, rozświetlające podkłady. Korektor pod oczy – u dojrzałych kobiet to jak najbardziej konieczne – i to taki fajny, żeby odbijał światło, a nie był kamuflażem, który kumuluje się w zmarszczkach. Lubię też róż na policzkach. Z latami widzę, że ta apetyczna świeżość na policzkach dobrze robi, odmładza. Sama coraz chętniej sięgam po róż, chociaż wcześniej używałam tylko bronzerów. Do tego delikatny rozświetlacz w kremie (jak MyStarLighter polskiej marki Miya), którego używam na kość jarzmową, na powiekę górną i na szczyt kości nosowej. Staram się nie nakładać na brodę, bo to wygląda, jakby się zjadło rosół. Wytuszowane rzęsy zawsze otwierają oko. Cieni używam na co dzień mało. Jeśli już, to naturalny kolor roztarty palcem. Coś opalizującego, żeby oko połyskiwało przy mruganiu. Tylko że nie może to być perła. Lepsze będą drobno zmielone drobinki, wręcz jak brokat. Perła wyciąga każde załamanie skóry.

A co z ustami?
Gdy malujemy usta, a mamy opadające kąciki, co zdarza się z wiekiem – nie należy do końca ich podkreślać. Lepiej wytracić kreskę troszkę wcześniej, żeby makijaż był „niedopowiedziany”. Albo po prostu rozetrzeć odrobinę pomadki palcem.

Z kosmetyczki Anety Kacprzak: 1. Róż NÉo Make up 62 zł (Douglas). 2. Mineralny podkład rozświetlający Annabelle Minerals pojemność podkładu – albo 4g - 39,99zł albo 10g - 64,90zł. 3. Rozświetlacz Miracle Glow Duo MAX Factor 28,10 zł. 4. Cień z palety Master Metals Makeup by Mario 220 zł (makeupbymario.com). 5. Naturalny, wegański tusz do rzęs Nature Enhanced Length ISADora 69 zł. 6. Szminka MIYA 39,99 zł(miyacosmetics.com). (Fot. Materiały prasowe)Z kosmetyczki Anety Kacprzak: 1. Róż NÉo Make up 62 zł (Douglas). 2. Mineralny podkład rozświetlający Annabelle Minerals pojemność podkładu – albo 4g - 39,99zł albo 10g - 64,90zł. 3. Rozświetlacz Miracle Glow Duo MAX Factor 28,10 zł. 4. Cień z palety Master Metals Makeup by Mario 220 zł (makeupbymario.com). 5. Naturalny, wegański tusz do rzęs Nature Enhanced Length ISADora 69 zł. 6. Szminka MIYA 39,99 zł(miyacosmetics.com). (Fot. Materiały prasowe)

  1. Zdrowie

Joga tybetańska - wsparcie podczas leczenia raka

Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. (Fot. iStock)
Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. (Fot. iStock)
Lekarze koncentrują się na ogół na farmakoterapii, często zapominając o uczuciach pacjentów. Prawie połowa osób chorych na raka szuka więc wsparcia psychicznego w metodach niekonwencjonalnych. O korzyściach, jakie przynosi chorym metoda integracji ciała i umysłu za pomocą jogi, przekonuje dr Alejandro Chaoul.   

Czym można wytłumaczyć to, że ćwiczenia jogi tybetańskiej pomagają lepiej się poczuć osobom wyczerpanym rakiem i ubocznymi skutkami leczenia onkologicznego? Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. Pacjenci śpią lepiej i dłużej, nie muszą zażywać takiej ilości lekarstw nasennych jak wcześniej. Zmniejszają się efekty uboczne radioterapii i chemioterapii, przede wszystkim uczucie zmęczenia i mdłości. Wzrasta także uważność i sprawność umysłowa, ludzie pozbywają się obsesyjnych myśli. Kiedy wyciszamy umysł, mamy możliwość spojrzenia na swoje myśli „od wewnątrz”, to fantastyczne. Decydujemy, w którym momencie zatrzymać naszą uwagę.

Jeśli się uspokoimy i wyciszymy, zwolni się rozwój choroby? Niektórzy naukowcy przypuszczają, że stres emocjonalny przyczynia się do nasilenia raka. Stres to niedostrzegalny symptom towarzyszący chorobie nowotworowej. W szpitalu, w którym prowadzę zajęcia, lekarz podczas rozmowy z chorym i jego rodziną zawsze pyta, czy w życiu pacjenta zdarzyło się coś negatywnego. 60 proc. osób odpowiada, że tak. Z całą pewnością stres ma wpływ na rozwój raka u zwierząt, a zmniejszanie napięcia nerwowego hamuje chorobę, co potwierdziły badania. Czy w ten sposób można zwolnić rozwój nowotworu także u ludzi – to dopiero się okaże.

Chyba niełatwo jest przekonać i zmotywować ciężko chorych ludzi do rozpoczęcia ćwiczeń... Tak naprawdę to nic nie obiecuję. Nie mówię im, że wyleczą się z raka. Będą mogli za to z innej perspektywy spojrzeć na swoją chorobę, a dzięki praktykom jogi poprawi się jakość ich życia i zmniejszy stres. Niektórzy pacjenci mówią: „Nie czuję bólu, nie czuję się tak źle jak wcześniej, teraz czuję się lepiej, czuję się fantastycznie – co było wcześniej nawet nie do pomyślenia!”. I to jest bardzo istotne, bo jeśli w tym momencie czuję się dobrze, to dlaczego nie może tak być za minutę, za godzinę, za jakiś czas?

Jogę znam z ćwiczeń, po których jestem rozluźniona głównie fizycznie. Co szczególnego jest w praktykowaniu jogi tybetańskiej, że tak odmienia i czucie, i myślenie? Wszystkie praktyki medytacyjne biorą pod uwagę ciało i umysł. Niestety, na Zachodzie uważa się na ogół, że joga jest zbiorem fizycznych ćwiczeń. Nawet sami instruktorzy zwracają uwagę przede wszystkim na ciało. Tymczasem praktyka obejmuje trzy elementy: pozycje ciała, czyli asany, pranajamy, czyli oddechy, oraz część medytacyjną. Dlatego my jako instruktorzy jogi tybetańskiej zwracamy uwagę na te elementy „od drugiej strony”. Najpierw rozwijamy umysł, później rozwijamy oddech, w końcu dochodzimy do ciała. Na przykład w pierwszym tygodniu pacjent uczy się wyciszać i przekłada uwagę z gonitwy umysłu na własne ciało. W drugim tygodniu pracuje głównie z samym oddechem i emocjami, jakie można uwolnić poprzez oddychanie.

Wydychając powietrze w specjalny sposób, wyrzucamy z siebie złe emocje? Oczywiście, używamy nawet specjalnych wizualizacji. Wyobrażamy sobie dym, który symbolizuje wszystkie negatywne rzeczy, które nam szkodzą. Zaczynamy autentycznie doświadczać, że poprzez taki wydech czegoś się pozbywamy. Przy wdechu wyobrażamy sobie przyjemne światło. Trzeci tydzień ćwiczeń jest związany z przeniesieniem uwagi na ruch ciała. Umiejętność wyciszenia umysłu i pracy z oddechem wykorzystujemy w pracy z ciałem, a poprzez ruch obszar naszego doświadczenia staje się coraz szerszy. Na następnych sesjach rozwijamy coraz bardziej świadomość oczyszczającego procesu praktyki. Pacjenci uczą się, jak wykorzystywać ją w swoim codziennym życiu. Po zakończeniu praktyk każda osoba dostaje podręcznik i płytę DVD, żeby nadal wykonywać te ćwiczenia w domu.

Umysł z ciałem

Terapia raka oparta na psychologii buddyjskiej i jodze tybetańskiej w połączeniu z farmakologicznym postępowaniem medycyny akademickiej jest jednym z przykładów rozwijającej się dopiero dziedziny – medycyny integracyjnej, której założeniem jest ścisła współpraca dla dobra pacjenta lekarza specjalisty i przedstawiciela metody niekonwencjonalnej. Badania i terapia są wspierane grantem naukowym z Narodowego Instytutu Raka w USA.

Rozmowę tłumaczył instruktor jogi Wojciech Pluciński.