1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Aktywność fizyczna a stres

Aktywność fizyczna a stres

Działanie sportu jest dwutorowe: chodzi nie tylko o te czysto fizjologiczne zmiany, które zachodzą w organizmie, ale też o aspekt psychologiczny. (Fot. iStock)
Działanie sportu jest dwutorowe: chodzi nie tylko o te czysto fizjologiczne zmiany, które zachodzą w organizmie, ale też o aspekt psychologiczny. (Fot. iStock)
Aktywność fizyczna pomaga radzić sobie ze stresem – to wiemy. Ale co tak naprawdę dzieje się w organizmie pod wpływem ćwiczeń fizycznych? O tym, dlaczego po wysiłku mamy lepszy nastrój i bardziej optymistycznie patrzymy na świat oraz jak zmienić styl życia, aby na co dzień być bardziej zrelaksowanym, opowiada Kamil Rajczyk, fizjolog sportu. 

Wyniki licznych badań wskazują, że regularny i odpowiednio zaplanowany ruch może przynieść korzyści porównywalne z efektami leczenia farmakologicznego. Czy rzeczywiście sport możemy traktować jako naturalny antydepresant?
Jest nawet takie powiedzenie, że sport jest w stanie zastąpić każde lekarstwo, ale nie ma lekarstwa, które by zastąpiło sport. W swojej praktyce obserwuję, że u osób, które zgłaszają się do mnie z różnego rodzaju schorzeniami, kiedy włączamy regularną aktywność fizyczną, z czasem trzeba zmniejszać dawki lekarstw, ponieważ tak silna terapia farmakologiczna przestaje być potrzebna. Podobnie jest w przypadku stresu i stanów obniżonego nastroju – sport sprawdza się jako najtańsze i najzdrowsze lekarstwo.

Na czym polega jego działanie?
Można powiedzieć, że jest dwutorowe: chodzi nie tylko o te czysto fizjologiczne zmiany, które zachodzą w organizmie, ale też o aspekt psychologiczny. Sport ma dobroczynne działanie w przypadku negatywnych stanów emocjonalnych, ponieważ zaangażowanie całego organizmu w dynamiczną aktywność pozwala na chwilę zapomnienia, odciąga od życia codziennego. Są dyscypliny szczególnie sprzyjające wyładowaniu emocjonalnemu – na przykład sporty walki często poleca się osobom, które na co dzień mają dużo stresu, bo na macie mogą się wyżyć, wyrzucić wszystkie trudne emocje. Ważny jest też aspekt socjalizacji – rozpoczynając przygodę ze sportem, poznajemy innych aktywnych ludzi, wchodzimy do różnych grup, w których łączy nas wspólny cel. Poza tym w miarę jak uprawiamy jakąś dyscyplinę, stajemy się coraz lepsi, osiągamy coraz lepsze wyniki, a to wpływa na nasze samopoczucie i podniesienie samooceny.

A od strony czysto fizjologicznej – jakie dokładnie procesy zachodzą w organizmie człowieka podczas aktywności fizycznej?
Wysiłek powoduje bardzo dużo zmian w organizmie, poczynając od układu sercowo-oddechowego, za sprawą którego zwiększa się liczba oddechów i ilość pompowanej krwi przez serce, a to pozytywnie wpływa na dotlenienie wszystkich organów ciała, w tym mózgu. Poza tym najmocniej wchodzi tu w grę endokrynologia, czyli szereg różnego rodzaju neuroprzekaźników wydzielanych podczas wysiłku, które mają dobroczynny wpływ na nasze samopoczucie. Największe znaczenie mają endogenne opioidy, do których zaliczamy już endorfiny. Są to substancje, które pobudzają te same receptory co opioidy egzogenne, czyli na przykład wszelkiego rodzaju używki. Z punktu widzenia psychologicznego endorfiny bardzo mocno działają w układzie nagrody, odpowiadają za „haj biegacza”, czyli uczucie flow, podniecenia, ekstazy, mają też działanie przeciwbólowe. Aby jednak odczuć euforyzujące właściwości endorfin, musimy postawić na aktywności o większej intensywności, przy których mamy powyżej 60 proc. maksymalnego poboru tlenu, takie jak bieganie, gra w tenisa albo chodzenie po górach. Zwykły spacer czy wolniutki trucht nie dadzą takiego efektu.

Jakie jeszcze substancje odpowiadają za polepszenie samopoczucia po treningu?
Aktywność ruchowa wpływa na układ serotoninergiczny, a więc zwiększa wydzielanie serotoniny, czyli tak zwanego hormonu dobrego samopoczucia produkowanego w pniu mózgu. To on odpowiada za odczucie przyjemności i wpływa na zmniejszenie agresji, zniwelowanie zmęczenia, wprowadza w pozytywny nastrój. Generalnie u osób, które mają zaburzenia genetyczne w wydzielaniu serotoniny, istnieje dwukrotnie wyższa szansa na popełnienie samobójstwa. To najlepiej obrazuje, jak mocno ten neuroprzekaźnik wpływa na nasze samopoczucie. Ruch przyczynia się też do aktywacji neurotroficznego czynnika pochodzenia mózgowego (BDNF), czyli białka wydzielanego przez neurony. Wpływa ono pozytywnie na rozwój komórek nerwowych, co przekłada się na poprawę pamięci, lepsze myślenie itd. BDNF zwiększa też wydzielanie dopaminy, tak zwanego hormonu szczęścia, czyli kolejnego neuroprzekaźnika wytwarzanego i uwalnianego przez komórki nerwowe w mózgu i rdzeniu kręgowym, który wpływa na dobre samopoczucie, odpowiada za energię, motywuje do działania.

Czy osoby, które uprawiają sporty ekstremalne, są lepiej oswojone ze stresem?
Wszystkie sporty, które wpływają na wydzielanie adrenaliny i noradrenaliny, przyzwyczajają  organizm do działania stresu. I kiedy taka osoba jest później narażona na inny czynnik stresogenny niż wysiłek fizyczny, na przykład podczas trudnej sytuacji w pracy, jej organizm lepiej sobie poradzi. Często bywa tak, że z czasem próg wydzielania tych hormonów się przesuwa, więc potrzebujemy coraz silniejszego bodźca stresowego, żeby się wydzieliły. Widać to zresztą po osobach uprawiających sporty ekstremalne: z biegiem czasu potrzebują coraz silniejszych wrażeń, żeby poczuć to, co na początku przygody z tymi sportami. Ale żeby oswoić swój organizm z adrenaliną i noradrenaliną, nie musimy od razu skakać ze spadochronem – chodzi bardziej o intensywność wysiłku, gdyż  hormony te są wydzielane, kiedy wzrasta zapotrzebowanie energetyczne mięśni. Czyli podobny efekt możemy uzyskać, na przykład trenując bardzo intensywnie na bieżni.

Ale również po sesji jogi, pilatesu czy ćwiczeń relaksacyjnych czujemy się lepiej, a to dyscypliny mniej dynamiczne, które nie powodują tak silnego wydzielania endorfin czy adrenaliny. Jak to się dzieje?
Tego typu formy ruchu działają mocno uspokajająco. Wszelkiego rodzaju stretching wpływa na rozluźnienie mięśni, joga usprawnia regulację oddechu. Wzrasta aktywność układu przywspółczulnego unerwiającego wszystkie gruczoły – zmniejsza się liczba skurczów serca, rozluźniają naczynia krwionośne, co przekłada się na wyciszenie całego organizmu. Układ ten oddziałuje przeciwstawnie do układu współczulnego, który odpowiada za wydzielanie adrenaliny, noradrenaliny, wzrost częstotliwości oddechu, skurczów serca. Jest to więc zupełnie innego rodzaju działanie niż w przypadku aktywności dynamicznych, gdzie mamy okazję się wyżyć i doświadczyć pozytywnego działania wszystkich neurotransmiterów.

Jaki program profilaktyczny antystresowy wdrożyć, żeby dbać o swoje zdrowie psychofizyczne na bieżąco?
Przede wszystkim powinniśmy sięgać po te aktywności, które dają nam frajdę, ale tak naprawdę kluczem do sukcesu jest systematyczność. Wszelkiego rodzaju zmiany adaptacyjne w organizmie powstają w efekcie systematycznego wysiłku, więc jeżeli chcemy włączyć wysiłek jako narzędzie w walce ze stresem, to musimy po prostu ćwiczyć regularnie. Jednym z popularniejszych zaleceń jest zasada 3 x 30 x 130, czyli 3 razy w tygodniu po 30 minut wysiłku z tętnem 130/min. Natomiast w najnowszych zaleceniach mówi się także o konieczności włączenia wyższych intensywności wysiłku, a więc interwałów – czyli na przykład zamiast przebiec po prostu 5 km z jednostajną prędkością, to żeby w ramach treningu zrobić też przebieżki czy skipy.

A czy możemy ze sportem przeholować i doprowadzić do tego, że wysiłek fizyczny będzie przez nasz organizm odbierany nie jako pozytywny bodziec, ale jako stres negatywny?
Jeżeli przesadzimy z intensywnością albo długością treningu, to możemy doprowadzić do przetrenowania organizmu i spowodować, że – zamiast się odstresować – pobudzimy wydzielanie kortyzolu, czyli hormonu stresu. Wyczucie tej cienkiej granicy jest kwestią bardzo indywidualną. Przetrenowanie może dawać wiele przeciwstawnych symptomów: u jednej osoby może to być rozdrażnienie, u innej zmęczenie, można mieć problemy ze snem albo nie odczuwać satysfakcji z treningów. Najłatwiej rozpoznać ten stan na podstawie badań – nieprawidłowości w morfologii krwi czy zmiany w układzie hormonalnym powinny być dla nas sygnałem ostrzegawczym. Z mojej praktyki generalnie wynika, że większość osób jest właśnie przetrenowana. Ludzie ćwiczą zbyt zawzięcie, za szybko chcą osiągnąć efekty, przez co się forsują. W takich sytuacjach wdrażamy zazwyczaj plan zaradczy, żeby organizm mógł się odbudować i odzyskać równowagę w funkcjonowaniu. Dlatego pamiętajmy, że nawet z aktywności fizycznej trzeba korzystać mądrze.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Na czym polega witarianizm?

Dieta witariańska jest w 100 proc. naturalna, niskotłuszczowa, bezglutenowa i niskosolna. (Fot. iStock)
Dieta witariańska jest w 100 proc. naturalna, niskotłuszczowa, bezglutenowa i niskosolna. (Fot. iStock)
Wyłącznie świeże warzywa i owoce, bez gotowania, na zimno albo po podgrzaniu do 42 stopni – to elementy kuchni witariańskiej, która znajduje coraz więcej zwolenników. Ale czy witarianizm to propozycja dla każdego?

Gdy po ośmiu latach wędrówek po ośrodkach rozwoju duchowego w Indiach Sławomir Bubicz wrócił do kraju, był w Polsce pierwszym dyplomowanym instruktorem jogi według Iyengara. Pionierem został także, zakładając pierwszą szkołę tej aktywności – Akademię Hatha-Jogi w Warszawie. – Przeszedłem na witarianizm i od tego czasu schudłem 20 kg! Wreszcie poczułem się lekko – opowiada.

– To ma na celu zachowanie cennych dla zdrowia substancji odżywczych, w tym enzymów i witamin, które zwykle giną w procesie gotowania – tłumaczy Anna Sośnierz, witarianka. Według niej obróbka termiczna żywności powoduje, że maleje przyswajalność minerałów, i prowadzi do niszczenia enzymów, a to z kolei przyczynia się do tego, że szybciej się starzejemy i cierpimy na choroby cywilizacyjne: nadciśnienie, depresje czy cukrzyce.„Surya” oznacza słońce, dawcę wszelkiego pożywienia. Zwolennicy witarianizmu mawiają, że ich dania są właśnie „gotowane słońcem”. Jedyna dozwolona obróbka to rozdrabnianie, suszenie i marynowanie. Dzięki tym zasadom witariańska kuchnia jest lekkostrawna i wysoce energetyczna.

Menu witariańskie

Surowe warzywa i owoce, czyli nuda? Niekoniecznie – w menu Surya coś dla siebie znajdzie zarówno zwolennik włoskiej, japońskiej, jak i wschodniej kuchni. Chleb witarian, nazwany także Surya, składa się z siemienia lnianego, selera naciowego, marchwi, cebuli, sezamu, kolendry, czosnku i kminku. Żadnych konserwantów! Ciekawość wzbudza witariańska wersja pizzy (chleb Surya, ser z nerkowca oraz świeże i suszone warzywa) czy „zawiniątka à la sushi” – suszone wodorosty otaczają drobno siekane: marchew, białą rzodkiew i awokado, a dodatkiem jest sos z suszonych moreli, pomidorów i imbiru. Pierogi to plastry buraka marynowane w soku z cytryny, którym nadano kształt półksiężyców i nadziano serem z migdałów.

Kiedy pierwszy raz rzucisz okiem na talerz witariańskiego spaghetti, pomyślisz: „to musi być makaron”. A jednak nie jest. Skutecznie upodabniają się do niego pokrojone na specjalnej tarce długie i cienkie skrawki cukinii i marchewki. Najbardziej jednak zaskakują słodycze. Delicją jest babeczka ze zmielonych rodzynek, sezamu i pestek słonecznika, podawana z purée z truskawek i daktyli. W ustach rozpływa się sernik na bazie orzechów włoskich, nerkowca oraz daktyli. W osłupienie wprawia mnie informacja o lodach „z nutą marchewki, szpinaku i buraka”. Wszystko to popijać można shake’ami i sokami ze świeżych owoców i warzyw.

Prawdziwe wyzwanie

Jarek Składanek, wydawca komiksów, przez trzy lata był witarianinem na 100 proc. – Mam kiepskie doświadczenia – przyznaje. Zrezygnował, bo bardzo schudł, zaczął mieć problemy ze zdrowiem i kompletnie przestały mu smakować sałatki i surówki. – Rosły mi w ustach, czułem do nich wstręt. Potrzebne mi było urozmaicenie – tłumaczy Jarek. Wrócił do wegetarianizmu. Dwójka jego znajomych także zrezygnowała po trzech latach spędzonych tylko na witariańskim wikcie.– To chyba maksymalny czas, jaki wytrzyma organizm w naszym klimacie – podsumowuje Jarek.

Niekoniecznie. Ula Rzeszutek z Fundacji Viva od kilkunastu lat je tylko na surowo. – W tym czasie raz skusiłam się na gotowanego brokuła i raz na kaszę gryczaną. Źle się potem czułam – przyznaje. Poza tym jedyny gotowany i ciepły produkt, jaki przyjmuje, to... herbata. U znajomych wiadomość o tym, co je, budzi zdziwienie, niektórzy uważają, że to fanaberia. Na przyjęciach jest zasypywana pytaniami – to bywa uciążliwe. Najczęstsze pytanie to: „skąd brać w witariańskim menu białko?”.– Jest w szpinaku, brokułach, brukselce. Trzeba ich tylko więcej spożywać – odpowiada Ula. W ogóle odkąd jest na nowej diecie, jada znacznie więcej i częściej. A to koktajl z czterech bananów, a to sałatkę z zielonych liści, szpinaku i sosu awokado, a to zmiksowany pomidor z selerem…

Dla organizmu Uli witariański wikt jest zbawieniem – ma wiele alergii i nietolerancji pokarmowych i zanim zaczęła jeść tylko surowe warzywa i owoce, ciągle zmagała się z jakimś uczuleniem. Egzemy na skórze, bezsenne noce, kaszel… Alergia na gluten i inne składniki przetworzonej żywności uniemożliwiała jej wręcz normalne funkcjonowanie. Gdy za namową siostry spróbowała diety witariańskiej, problemy minęły jak ręką odjął. – Nawet lekarze nie chcieli w to uwierzyć – opowiada. I jeszcze jedno – nagle poczuła w sobie mnóstwo energii. – Musiałam z nią coś zrobić – tłumaczy. Dlatego zaczęła uprawiać jogging i bierze udział w maratonach. Codziennie biega 10 km, a na ostatnim Maratonie Warszawskim pokonała ponad 42 km. To jej nie wystarcza. Latem urządza rowerowe wycieczki po Europie.

Siła witarianizmu

Jej przypadek zdaje się potwierdzać inny witarianin – Kamil Jurkiewicz, mistrz Polski w prawie nieznanym sporcie siłowym – girevoy sport. W ciągu 10 minut robi aż 110 wyrzutów rąk, trzymając w każdej 24-kilogramowy odważnik. Jeśli policzyć, to w ciągu 10 minut podrzuca... ponad 5 ton. W rwaniu jego rekord wynosi 220 razy po 24 kg. Czyli także ponad 5 ton.

– Takie zawody to gigantyczny wydatek energetyczny, tak samo jak i intensywne treningi przed nimi – mówi Kamil. – Ale trzeba mieć solidną wiedzę, by uprawiać sport siłowy przy diecie witariańskiej – zaznacza.

Białko czerpie z alg słodkowodnych: spiruliny i chlorelli, rano robi sobie z nich koktajl. Dwa razy dziennie pije soki z kiełków słonecznika i fasoli mung, bo zawierają pełną gamę aminokwasów. Co tydzień kupuje 5–6 kg kiełków! Nauczył się też samodzielnie wytwarzać probiotyki (kultury bakterii, które wpływają korzystnie na układ pokarmowy) ze sfermentowanej pszenicy. Zjada ogromne porcje sałatek, ale przed zawodami ogranicza owoce, bo zawierają dużo cukru. I pozwala sobie na pewien luksus – 20 proc. pokarmów, które spożywa, jest gotowanych. Dlaczego tylko 20 proc? – Gdybym jadł więcej, ograniczałbym funkcje immunologiczne organizmu – tłumaczy.

Jest absolutnym fanem witariańskiej diety. – Ona utrzymuje masę ciała na optymalnym poziomie – chudzi przybierają na wadze, otyli – chudną. Ja mam tylko 8 proc. tłuszczu. Witarianizm ma same pozytywy. Każdemu polecam, by spróbował – dodaje.

Ostrożności nigdy za wiele

Kuba Sobiecki, dietetyk, który specjalizuje się w stosowaniu dietoterapii w leczeniu chorób cywilizacyjnych, twierdzi, że gdy pierwszy raz usłyszał o diecie witariańskiej, w jego głowie zapaliła się czerwona lampka.

– To sposób żywienia, na temat którego jest obecnie bardzo mało badań naukowych i który znacząco odbiega od innych diet – tłumaczy. Plusem kuchni „surojadków” jest według niego to, że nie prowadzi do stanów zapalnych w organizmie. – W zwykłym jedzeniu jest dużo składników, z którymi nasz układ odpornościowy musi sobie radzić. Cukier i tłuszcz, a zwłaszcza nasycone kwasy tłuszczowe, powodują wzbudzanie stanu zapalnego w organizmie – wyjaśnia Sobiecki. – Dieta witariańska może być więc stosowana np. w pierwszej fazie łagodzenia objawów schorzeń reumatologicznych.

Minusy diety? Może nie pokrywać zapotrzebowania na niektóre składniki odżywcze, takie jak wapń czy białko. – Teoretycznie możliwe jest dostarczanie ich organizmowi za pośrednictwem diety witariańskiej, ale wymagałoby to spożywania bardzo dużych ilości odpowiednich owoców i warzyw – podkreśla Sobiecki. Ze skąpych badań naukowych wynika, że długotrwała surowa dieta może prowadzić do niższej gęstości kości czy większej częstotliwości zaburzeń miesiączkowania.– To nie jest dieta, którą bym zalecał na dłuższy czas, gdyż nie dysponujemy danymi o jej długotrwałym wpływie na zdrowie i potencjalnych negatywnych konsekwencjach – konkluduje. Dietetyk przyznaje, że obróbka termiczna zmniejsza zawartość pewnych witamin i może też ograniczać ich przyswajalność. – Wszyscy powinniśmy spożywać owoce i warzywa, z których połowa może być gotowana, a reszta – świeża – zaleca.

  1. Zdrowie

Miara zdrowia

Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Czy umiemy żyć bez technologii? Trudno sobie wyobrazić bez niej świat. I może nie ma sensu sobie wyobrażać, biegu tej rzeki już nie zawrócimy. A jak technologia może wspierać naszą troskę o zdrowie i aktywność fizyczną?

Mój mąż biega regularnie. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu, stałą trasą – cztery kilometry; wiem, bo zmierzyłam własnym zegarkiem. On zegarka nie chciał, bo po co. Przecież nie trenuje. Biega „przez rozum” i „dla zdrowia”. Nie dla przyjemności. Fakt, specjalnie za bieganiem nie przepada. Pomyślałam: spróbujemy. I kupiłam mu zegarek sportowy. Nie, nie stał się od razu entuzjastą biegania, ale sam przyznaje, że to dużo zmieniło. Sprawdza, jakie miał tempo, który kilometr był szybszy, który wolniejszy. Twarde dane, czyli liczby, prowokują do przemyśleń. OK, wczoraj było słabo, ale położyłem się późno, rano źle mi się wstawało – i trening wolniejszy. A dziś ładna pogoda, dobra nawierzchnia – cyferki od razu bardziej satysfakcjonujące.
I można by powiedzieć, że tylko o cyferki chodzi. O tempo, o dystans. To prawda, ale nie cała. Bo w ten sposób uczymy się obserwować siebie. Swój organizm. Swoje możliwości. Ograniczenia. Zależność między snem, dietą, nawodnieniem a wydolnością. Niby to wiemy, ale kiedy mamy czarno na białym, lepiej działa. Uczymy się monitorować swoją formę. Patrzeć na siebie jak na całość, a nie widzieć tylko fragmenty.

Zabawa i motywacja

Bywa tak, że kiedy postanawiamy: „Zaczynam się ruszać”, nasze pierwsze działania to kupno sportowego zegarka. Czy to dobra kolejność? Wojtek Staszewski, biegacz i trener z KS Staszewscy, mówi: – Lubię powiedzenie starych trenerów, że sprzęt nie powinien być lepszy od zawodnika. Ale z drugiej strony… Jeśli ktoś ma pieniądze, a dobry zegarek zmotywuje go do aktywności, to właściwie dlaczego nie?
Bo rzeczywiście fajny gadżet motywuje. Zegarek – na rynku jest sporo marek, jak choćby Garmin czy Polar – to właśnie taki gadżet. Wyrzuca mnóstwo liczb, które opowiadają nam naszą historię. – Można śledzić postępy, wyznaczać sobie cele i nieźle się przy tym bawić. Ja lubię taką zabawę – mówi Wojtek.
A jego żona Kinga, też trenerka, dodaje: – Widzę wśród podopiecznych, że wielu z nich fascynują „przyznawane” przez system nagrody. Najdłuższy bieg, najszybsze pięć kilometrów, najszybsza mila. Niektórych to bawi, niektórych mobilizuje. Jeśli chcesz, to kupuj, baw się tym, niech będzie to wspomagaczem sportu.
Wojtek twierdzi, że jest też coś, co leży na granicy zabawy i monitorowania postępów. – Garmin – ja z tej marki korzystam, ale właściwie wszystkie sportowe zegarki mają taką funkcję – po każdym treningu mówi mi, jaki jest mój pułap tlenowy. Pokazuje, kiedy rośnie, czyli rośnie moja wydolność, pokazuje, kiedy spada i powinienem się martwić. I zastanawiać się, czy to zmęczenie, czy może zaniedbywanie treningów.
Kinga potwierdza: – Jeśli znam swojego podopiecznego, wiem, w jakich tempach i tętnach biega, i nagle tętno jest bardzo wysokie, to sygnał. Trzeba sprawdzić, o co chodzi, czy może warto skonsultować się z lekarzem. Bo ważne są nie tylko o postępy bądź ich brak, lecz także bezpieczeństwo.
Doktor Anna Plucik-Mrożek, lekarka chorób wewnętrznych, dyrektor medyczny Exercise is Medicine Polska, mówi, że dla niej jako dla lekarki właś­nie pomiar tętna jest najważniejszy. – Można sobie wyliczyć maksymalne tętno treningowe (220 minus wiek). Kiedy kwalifikuję do aktywności fizycznej, mówię na przykład: „Proszę zaczynać od 60 proc. tętna maksymalnego”. Pacjent na zegarku może to spokojnie kontrolować, a ja wiem, że nie przesadzi. Albo mówię, jakiego tętna nie powinien przekraczać – i mam poczucie, że jest bezpieczny. Nie chodzi tu tylko o osoby przewlekle chore, ale także o te, które nigdy wcześniej nie ćwiczyły. Przy wymagającym treningu interwałowym proszę czasem pacjentów, zwłaszcza na początku, żeby dochodzili do 90 czy 100 proc. tętna maksymalnego. Jednym rzutem oka na nadgarstek łatwo sprawdzić, jak to wygląda. Także w spoczynku, w nocy można śledzić tętno; jeśli jest zbyt niskie, zastanawiamy się, o co chodzi, może za dużo leków, może coś trzeba zmienić.
Wiele zegarków ma też pulsoksymetr mierzący saturację. W czasie pandemii to jest rzeczywiście przydatne. Ale ma zastosowanie nie tylko teraz. – Jeśli ktoś jest przewlekle chory na płuca czy serce, tłumaczę, że kiedy w czasie treningu saturacja spada, to znak, że trzeba przerwać, skonsultować się z lekarzem – zaleca doktor Plucik-Mrożek.
Kinga Staszewska podkreśla jeszcze jedną zaletę zegarków: – Mogę na aplikacji Garmin Connect połączyć się z podopiecznymi i od razu widzę, gdzie biegli, jakie mieli tętno, jakie różnice wzniesień. Aha, zadałam trening wolno po płaskim, a tu się ktoś zbuntował i zrobił kros po lesie – a był na to zbyt zmęczony i nie powinien!
Czy umiemy jeszcze w ogóle ćwiczyć bez technologii? Umiemy, ale robimy to coraz rzadziej. Czy to dobrze? – Tak, oczywiście – uważa doktor Plucik-Mrożek. – Bo zegarki nie tylko liczą kalorie, dystans, tempo, czas, nie tylko mobilizują, ale wręcz przypominają o aktywności. I to nie tylko tej stricte sportowej. Po prostu o tym, żeby wstać z fotela, zrobić kilka skłonów czy wymachów ramion. Moja koleżanka na gwiazdkę dostała taki zegarek. Siedzieliśmy sobie kiedyś razem, nagle ona podrywa się z krzesła i wychodzi. Pytam, co się stało. Ona na to: „Zegarek powiedział, że muszę wstać. Zejdę po schodach, wejdę i możemy dalej gadać”. Niby śmieszne, ale często, przyznajmy z ręką na sercu, siedzimy godzinami przy komputerze i po prostu zapominamy, żeby się choć przez parę minut poruszać.

1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)

Lajki na fejsie

Wojtek Staszewski dodaje: – Fajne są też zdjęcia, które można sobie wstawić na Facebooka. Na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami. Wrzucasz zdjęcie, które robisz na trasie, przez aplikację możesz na nim umieścić informację, ile przebiegłaś kilometrów, w jakim tempie, w jakim czasie. A potem kolekcjonować lajki. I super. Ale to też z mojej strony prosta informacja. Chcę na przykład napisać, że warto biegać dłuższe dystanse, ale nie należy robić tego zbyt szybko. Wrzucam więc swoją fotkę, trochę się chwalę, ale też przekazuję komunikat: „Biegam w tempie 6'30", wolno, wy też się nie spieszcie”.
Nowoczesne zegarki sportowe mają wiele funkcji. Nie tylko tych ściśle ze sportem związanych. Na przykład ocenią stopień nawodnienia organizmu. Znowu: przecież wystarczy regularnie pić wodę, ludzie przez wieki radzili sobie z tym bez zegarka. Tak, ale jeśli ktoś nie czuje pragnienia, przypominajka w zegarku nie zaszkodzi.
– Mój syn – opowiada doktor Plucik-Mrożek – używa zegarka do monitorowania snu. Jak długo, czy sen mocny, czy dominują fazy płytsze. A wielu pacjentów korzysta z funkcji liczenia kalorii.
Kolejna sprawa: liczenie kroków. Niektórzy uważają, że minimum to 10 tysięcy kroków dziennie, inni, że wystarczą 3 tysiące. Sprawa jest otwarta, ale górnej granicy raczej nie ma. I jeśli technologia pomoże ci cel osiągnąć, nie ma co szukać dziury w całym. Niektóre zegarki powiedzą ci też, jaki jest poziom naładowania baterii. Twojej. Ocenią – na podstawie zapisu pulsu – ile tego dnia zostało ci energii. Czy jest szansa na efektywny trening, czy raczej na spokojny spacer? Albo pomagają kontrolować twój poziom napięcia. Jeśli będzie za wysoki, powiadomienia na zegarku przypomną o ćwiczeniach oddechowych, dzięki którym się rozluźnisz.
Żaden gadżet zdrowia oczywiście nam nie zagwarantuje. I nie załatwi dobrej formy. Ale może pomóc. 

  1. Styl Życia

Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami. Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Nadmiar dóbr zazwyczaj nie prowadzi do dostatku, lecz do przesytu. Zwłaszcza na talerzu. Za dużo, za rzadko, niezdrowo i o nieregularnych porach – to kulinarne grzechy główne typowego człowieka Zachodu – twierdzi francuska pisarka Dominique Loreau. Od lat mieszka w Japonii i jest zafascynowana zwyczajami i zasadami codziennego życia swojej nowej ojczyzny. W książce „Sztuka umiaru” stawia nas do pionu.

Żołądek VIP

Zaciśnij pięść i przyjrzyj się jej. Takiej mniej więcej wielkości jest twój żołądek. Można go też porównać do małego grejpfruta (w przypadku kobiet) lub dużego (w przypadku mężczyzn).

– Ale żołądek jest rozciągliwym workiem, który pięciokrotnie może zwiększyć swój rozmiar. Dostosowuje się do naszych żywieniowych przyzwyczajeń i w związku z tym nie sygnalizuje, kiedy jest pełny. Należy więc, przede wszystkim, sprowadzić go do jego naturalnego rozmiaru – mówi Loreau.

Jak to zrobić? Zacznij od obserwowania swojego głodu. Czy zdarza ci się, że pomimo poczucia sytości, sięgasz po dokładkę albo deser, choć potem nie czujesz się dobrze? Może nawet nie dajesz sobie okazji, by poczuć głód, bo zanim nadejdzie, zawsze zdążysz go ubiec, podjadając małe przekąski? Jeśli tak – nadwaga pewna. Powinieneś traktować swój żołądek jak luksusowe wnętrze, lożę VIP-ów, do której wstęp mają tylko niektórzy – gdy już się tam znajdą, nie mogą czuć zbyt wielkiego tłoku – radzi Loreau. Delektuj się pokarmem i przestań jeść bez zastanowienia to, co akurat masz w zasięgu ręki.

Po pierwsze: jedz mniej

Dominique Loreau sprawdziła, jakie porcje spożywano pół wieku temu, a ile jemy teraz. I otrzymała szokujące dane. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko porcje były o połowę mniejsze, ale też lodówki, szafki kuchenne, talerze, szklanki, sztućce i… ludzkie pupy! Z dekady na dekadę wszystko niepostrzeżenie rosło. „Kiedyś banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dzisiaj zestaw Big Mac, kanapka, mrożone danie, baton czekoladowy, puszka słodzonego napoju… są uważane za normalny posiłek. Pożywienie, które występuje w postaci pojedynczej porcji, jest przez większość z nas zjadane w całości. Pozwalamy w ten sposób decydować o naszych potrzebach producentom żywności, którzy nie troszczą się w najmniejszym stopniu o to, co może pomieścić nasz żołądek” – pisze Loreau w „Sztuce umiaru”.

Tymczasem natura proponuje idealne porcje: jedno jajko, jedno jabłko, jeden ziemniak… Azjaci przeżywają szok kulturowy, gdy po raz pierwszy przyjadą na Zachód i w restauracji podaje im się np. pastę czy sałatkę takiej wielkości, że w ich kraju mogłyby się nią najeść cztery osoby. A my się do takich przyzwyczailiśmy. Do tego duże porcje działają jak narkotyk: na widok wypełnionego po brzegi talerza wyimaginowany głód narasta. Najadamy się do syta i dopiero potem zaczynamy liczyć kalorie.

Kalorie wymyślono pół wieku temu. Można się obyć bez ich liczenia i chudnąć. Wystarczy posłużyć się wyobraźnią. „Im większa jest porcja, tym więcej zawiera kalorii. To aż tak proste! Jeśli masz trochę nadwagi, nie musisz radykalnie zmieniać sposobu odżywiania się. Wystarczy, że będziesz jadł te same pokarmy, zmniejszając ich ilość o połowę. Pozostawienie każdego dnia resztek na talerzu może sprawić, że schudniemy dziesięć kilo w ciągu roku. Takie małe, codzienne zmiany jest bardzo łatwo wprowadzić, a mogą w efekcie przenosić góry (tłuszczu!)” – pisze Dominique Loreau.

Po drugie: jedz prosto

Nawet jeśli do tej pory nie lubiłeś gotować albo szkoda było ci na to czasu, spróbuj potraktować przyrządzanie posiłków jak praktykę duchową, rodzaj medytacji. To świetny czas, by oderwać się od codziennych spraw i wyciszyć. Skupić uwagę na „tu i teraz”. Jeśli sama/sam lub wspólnie z partnerem/partnerką robicie zakupy i przyrządzacie posiłki, to dokonujecie wyboru, co ma się znaleźć w waszych miskach i na talerzach. W ten sposób dbacie o zdrowie swoje i najbliższych. Do tego dzielicie się z rodziną dobrą energią. Smak domowej potrawy zawsze będzie lepszy od kupionego gotowego obiadu.

Jeśli w ciągu tygodnia nie znajdujesz czasu na przygotowywanie wyrafinowanych dań, możesz ograniczyć się do zasady trzech składników: zboża, proteiny i warzywa. Liczba ich wariantów jest nieograniczona!

Zadowalaj się tylko kilkoma świeżymi, sezonowymi produktami, za to o doskonałym smaku i najlepszej jakości. Budżet domowy na pewno nie ucierpi, a może nawet zaoszczędzisz na butelkę dobrego wina. Proste dania mają tę zaletę, że można delektować się ich naturalnym smakiem. Na przykład makaron z łyżką oliwy, parmezanem pokrojonym na plastry cienkie niczym płatki i kilkoma listkami bazylii, omlet ze szczypiorkiem czy filet z ryby usmażony bez soli, z odrobiną cytryny, podany z ziemniakiem na parze – będą smakować o niebo lepiej niż odgrzana pizza w mikrofalówce. I pamiętaj! Jedz powoli, kęs po kęsie. Uczyń ze swojego ciała świątynię!

Złote reguły

Samodyscyplina to rzadka cecha wśród ludzi Zachodu. Często odstępujemy od swoich zasad, tłumacząc sobie to wyjątkową sytuacją. Jednak jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć tę cenną cechę i nie ulegać presji otoczenia czy łakomstwu. Dążąc do doskonałości, ustal złote reguły, których będziesz w stanie zawsze przestrzegać.

W domu:

  • nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,
  • nigdy nie jedz od razu tego, co wyciągasz z lodówki lub szafki: zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki,
  • nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,
  • rozpoczynaj wszystkie posiłki od zupy lub surówki czy sałatki,
  • po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię, żeby nie zacząć ich podjadać,
  • zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy, żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach.
W restauracji:
  • poproś o podanie sosu osobno,
  • poproś o zapakowanie resztek posiłku,
  • nie jedz chleba,
  • podziel się z towarzyszem przekąską, deserem (zamów 1 porcję na 2 osoby)
Każdego dnia:
  • wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się wieczorem spać,
  • jedz trzy lekkie posiłki,
  • nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw,
  • zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem,
  • po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni,
  • w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, kiedy jesteś sam – dla zdrowia,
  • zimą jedz zupy, latem – surówki i sałatki z warzyw,
  • jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę

Stała miarka

Najlepszym sposobem na zjadanie mniejszych porcji na co dzień, jest spożywanie ich z małej miseczki. Dlatego zaopatrz się w miseczkę o pojemności 600 ml – najlepiej z laki, bo jest lekka, elegancka, doskonale przewodzi ciepło i się nie tłucze.

Możesz wypełnić ją zupą, warzywami, sałatką, ryżem z rybą. To idealna miarka. Jeden posiłek – jedna miseczka. Tak na co dzień jedzą mnisi zen, ale i miliony Chińczyków i Japończyków. Przed włożeniem dania do miseczki, pokrój składniki na małe kawałki, by móc zjeść je łyżką czy pałeczkami. „Spożywany z czarki pokarm nabiera niemalże smaku zen… A jak przyjemnie jest przenosić naszą miseczkę tam, gdzie mamy ochotę spożyć posiłek – na kanapę, na werandę bądź po prostu na dywan!” – zapewnia Dominique Loreau.

  1. Styl Życia

Joga - przyjemność czy rozwój?

Joga wpływa na lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. (Fot. iStock)
Joga wpływa na lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. (Fot. iStock)
To pytanie jest zasadne, zwłaszcza jeśli od sportu oczekujesz czegoś więcej niż tylko ruchu. W tym temacie dużo do powiedzenia ma joga. Czym się kierować przy wyborze właściwych zajęć – radzi nauczycielka jogi Agnieszka Gortatowicz. 

Według psychologicznego podejścia ktoś, kto jest energiczny i dynamiczny, powinien chodzić na zajęcia, które najbardziej odzwierciedlają jego osobowość… …a według ajurwedy powinien zrobić dokładnie odwrotnie, czyli zamiast podkręcać swoje cechy, uspokoić je, zrównoważyć. Jeśli jesteś vatą, czyli ajurwedyjskim typem wietrznym, któremu trudno się wyciszyć i skoncentrować, to powinnaś poszukać aktywności i diety, które cię przystopują, z kolei leniwa kapha, która chciałaby tylko leżeć na kanapie, powinna się zainteresować bardziej dynamiczną aktywnością, żeby dodać sobie energii. Tak mówi ajurweda.

Jak to się przekłada na wybór odpowiednich dla nas zajęć jogi? Można się kierować wskazaniami ajurwedy, można też patrzeć na to, co nas motywuje. Bo może te zajęcia, które miały nas zrównoważyć, na dłuższą metę zaczną wkurzać i po prostu przestaniemy na nie chodzić.

W Polsce najbardziej popularne są dwa style: joga Iyengarowska i bardziej dynamiczna ashtanga. Pierwsza jest skupiona na szczegółach – bardzo długo wchodzi się w określoną pozycję, dopracowując każdą część ciała, a potem długo się w tych pozycjach pozostaje. Dla niektórych osób może być łatwa, dla innych – potwornie trudna, i to nie ze względu na opór ciała, ale głowy. Bo w jednej pozycji trzeba tu wytrzymać czasem 5, a czasem nawet 20 minut, i to wytrzymać psychicznie. Nie wiercić się. Wytrwać. I nie odpływać myślami. Być cały czas świadomym, co robi mały palec prawej stopy, prawa pachwina i lewe kolano. Niektórych to denerwuje, inni wprost przeciwnie – lubią dopracowywać szczegóły i wierzą, że dopiero wtedy joga działa. Kiedyś usłyszałam porównanie jogi według Iyengara z numerem telefonu: nie możesz pomylić żadnej cyferki, bo się nie dodzwonisz. Precyzja jest tu bardzo wymagana. Iyengar używał także różnych pomocy: wałków, pasków, klocków, bo uważał, że jogę może uprawiać każdy, niezależnie od swojej kondycji, tuszy czy wieku i gdy pewne pozycje są niedostępne, to można sobie pomóc, coś tam podstawiając czy naciągając.

Drugi typ – ashtanga joga – jest dynamiczny. Pozycje wykonuje się tu w określonej kolejności, zawsze tej samej. W miarę stopnia zaawansowania nauczyciel dodaje ci kolejne, ale dopiero gdy opanujesz poprzednie. W większości asan zostaje się na pięć oddechów, więc nie ma za dużo czasu, by dopracować szczegóły. Nie ma też czasu, by sięgnąć po pasek czy klocek, dlatego robi się to tylko w wyjątkowych wypadkach. Tutaj liczy się flow, przepływ energii, oddech, a oprócz tego koncentracja wzroku na jednym punkcie – zwykle na czubku nosa. Ten rodzaj jogi pasuje zwykle osobom młodszym i sprawniejszym fizycznie – zresztą ashtanga joga została wymyślona właśnie dla młodych mężczyzn, którzy wrócili po wojnie do Indii i mieli inną kondycję psychiczną i fizyczną niż Iyengar, który był po prostu schorowanym chłopcem i szukał terapii.

Na Zachodzie te dwie jogi występują albo w czystej formie, albo w różnych odmianach. Dynamicznych, jak vinyasa flow czy power joga, albo spokojnych, jak yin joga czy joga regeneracyjna. Zgodnie z ajurwedą, Iyengarowską odmianę powinny uprawiać vaty i pitty, ale te ostatnie, ponieważ są nastawione na cel i bardzo ambitne, muszą nauczyć się cieszyć także prostymi asanami, nie podnosić sobie za wysoko poprzeczki. Z kolei dynamiczna ashtanga jest bardziej wskazana dla osób w typie kapha, czyli spokojnych, leniwych.

Ty jesteś vatą pomieszaną z pittą i bardziej ci się podoba vinyasa, choć uspokaja cię Iyengar. Vinyasa bardziej oddaje mój charakter, natomiast joga Iyengarowska jest dla mnie wyzwaniem, bo brakuje mi cierpliwości – i w życiu, i na macie – więc jest idealna wtedy, kiedy chciałabym nad sobą popracować. Gdy męczę się w danej pozycji, zastanawiam się, dlaczego jest mi niewygodnie i co mogę z tym zrobić (nie wychodząc z sali). W jodze mówi się, że ta asana, której nie lubisz, jest tą asaną, którą powinnaś częściej wykonywać. Bo jeśli się przed nią bronisz, to znaczy, że masz w sobie jakąś granicę, którą warto przekroczyć.

Joga uchodzi raczej za spokojną dyscyplinę, obecnie dużą popularnością cieszą się bardziej dynamiczne sporty. Wszystkie rodzaje sportów, które wymagają większego wysiłku fizycznego, wyzwalają endorfiny i działają jako dystresor. I to jest fajne zwłaszcza dla ludzi, którzy nie potrafią stresu „rozpuścić” w inny sposób. Jakiś czas temu badacze udowodnili, że dynamiczna joga, tak jak bieganie czy cardio, też po 20–30 minutach wyzwala endorfiny, ale w przeciwieństwie do sportu jednocześnie wytwarza neurotransmiter GABA, który działa bardziej długofalowo, zwiększając naszą odporność na stres i umiejętność relaksowania się. Poza tym joga – tak jak chciał Iyengar – konkretnymi asanami potrafi leczyć konkretne choroby, stymuluje układ trawienny, detoksykację. W jednej pozycji masuje się wątrobę, w innej dotyka receptorów głowy, jeszcze inna stymuluje pracę nerek. Iyengar, który nie tylko sam był schorowany, ale i miał chorą na nerki córkę, podkreślał terapeutyczną moc jogi. W Indiach mniej się łyka pigułek, więcej leczy dietą i właśnie asanami. Nie sądzę, by jakiś inny sport tak bezpośrednio działał na wewnętrzne organy.

To praca bardziej z energią czy z ciałem? Z jednym i z drugim. Kiedyś w Indiach jogę praktykowało się głównie ze względów zdrowotnych, a także by przygotować ciało do medytacji – tak by można było potem posiedzieć sobie w pozycji lotosu kilka godzin bez bólu. W pewnym okresie życia Hindusi przestawali uprawiać asany, czyli hatha jogę, i bardziej koncentrowali się na przykład na karma jodze, czyli podejmowali działania na rzecz innych – to w ich mniemaniu też jest joga. Na Zachodzie trochę inaczej ją traktujemy. Skupiliśmy się na fizycznym aspekcie, choć niektórzy też chętnie praktykują karma jogę czy bakhti jogę (śpiewanie mantr i oddawanie czci bóstwom) oraz żyją według wskazówek moralnych, które są zawarte w starych pismach jogicznych.

A czy joga jest rzeczywiście dla każdego? Moim zdaniem – tak. Może nie w każdym momencie życia, nie każdy jej rodzaj i nie z każdym nauczycielem. Ale zachęcam wszystkich, którzy jeszcze nie spróbowali, by nie sugerowali się żadnymi opowieściami i nie czytali zbyt dużo w Internecie czy książkach, tylko po prostu poszli na zajęcia i sami się przekonali, czy to dla nich, czy nie. Zobaczyli, jak się czują w trakcie zajęć i po nich. Ja na przykład dzięki porannej jodze mam lepszą koncentrację, niż gdy nie ćwiczyłam. Inni czują większy przypływ energii albo wyraźną poprawę zdrowia. Tego nie wyczytamy w książkach, to trzeba przetestować na sobie. A jeśli coś nam nie podpasuje, zastanowić się, czy na pewno chcemy zrezygnować, czy podjąć wyzwanie i dać sobie i jodze czas, by zadziałała.

Jakie korzyści może nam przynieść joga? Na pewno lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. Dzięki jodze łatwiej nam zatrzymać umysł, gdy zaczyna wkręcać się w spiralę negatywnych myśli. Nabieramy dystansu do siebie i świata. A na poziomie fizycznym – ćwiczymy także równowagę, elastyczność i siłę. Joga obdarza też niesamowitą świadomością ciała, od czubka głowy po palce u nóg, co przydaje się podczas innych aktywności. Jest też bardzo pomocna w obecnych czasach, kiedy całe dnie spędzamy przy biurkach. Dzięki jodze na sygnał potrafimy zmobilizować mięśnie, ale też na sygnał potrafimy je odprężyć. Ułatwia to m.in. zasypianie. Na zajęciach jogi wykonuje się też trudne albo zaskakujące asany – jak na przykład stanie na głowie czy balanse na rękach. A świat do góry nogami naprawdę wygląda inaczej. Nie mówiąc już o tym, że wchodzenie w pozycje, które są dla nas wyzwaniem, zwyczajnie dodaje pewności siebie na zasadzie: „Halo, potrafię założyć sobie nogę na głowę, to nie dam sobie rady z trudnym klientem?!”.

Ludzie, którzy chodzą na jogę, wielu kojarzą się z oryginałami, co ubierają się w organiczną bawełnę i lepią garnki z gliny. Można uprawiać jogę bez tej filozofii? Zacznę od końca – każdy może wziąć sobie z jogi to, co chce. Sama uczę dziewczyny, które umawiają się po moich zajęciach do McDonalda i przychodzą na zajęcia na kacu po szalonej imprezie. Ale jak się wchodzi głębiej, zaczyna czytać teksty joginów – a większość ich nie jadło mięsa, nie piło alkoholu i w ogóle nie stosowało używek, w dodatku chodziło boso i tylko w przepasce na biodrach – można zacząć sobie stawiać pytania. Czy na pewno potrzebny ci jest kolejny T-shirt? Czy etyczne jest jedzenie mięsa z przemysłowej produkcji? Oczywiście można popaść w tym w przesadę. Znam miłośników jogi, którzy są bezglutenowymi weganami i nie latają samolotem, bo to najbardziej nieekologiczny rodzaj transportu – i dobrze, pod warunkiem że robią to dla dobra świata, a nie po to, by pokazać sobie i innym, że są jakimś lepszym gatunkiem człowieka, bo każdy ma swoją ścieżkę.

Na co działa konkretna joga? Każdy rodzaj jogi wzmacnia oraz uelastycznia ciało, pozwalając złapać z nim lepszy kontakt. Każdy pobudza też metabolizm, obniża poziom cukru we krwi, wzmacnia serce i dobrze działa na kręgosłup. A poza tym: Bikram Joga, Hot Joga, Hot Vinyasa (i inne odmiany jogi trenowane w wysokiej temperaturze i przy dużej wilgotności) sprawiają, że się pocimy, więc działają jak sauna. Gdy w pomieszczeniu jest 40 stopni, mięśnie są bardziej rozgrzane, więc wchodzimy głębiej w pewne pozycje. Vinyasa Flow, Ashtanga, Power Joga, czyli dynamiczne odmiany jogi, wyzwalają dużą dawkę endorfin, sprawiają, że się pocimy i spalamy więcej kalorii niż podczas trenowania innych rodzajów jogi. Poza tym energetyzują, więc bardziej się nadają na poranną praktykę niż na wieczorną. Joga wg Iyengara pozwala dopracować szczegóły i dobrać praktykę do konkretnych dolegliwości fizycznych, pomaga więc na przykład przy bolesnych miesiączkach, „leniwych” jelitach czy depresji. Może być energetyzująca lub wyciszająca – zależnie od rodzaju asan. Joga Hormonalna to właściwie terapia, nie joga. Nie powinno się jej ćwiczyć bez powodu, a tym powodem mogą być menopauza albo zaburzenia układu hormonalnego na przykład w chorobie Hashimoto. Air Joga, Aerial Flow Joga – trenuje się je na specjalnej chuście-hamaku podwieszonej do sufitu. Są polecane szczególnie przy problemach z kręgosłupem i stawami, bo wisząc, nie obciążamy ich tak bardzo jak ćwicząc na stojąco. No i ponieważ wszystko dzieje się w powietrzu, robimy nowe, niezwykłe pozycje, co daje dużo radości i pewności siebie. Acro Joga, Partner Joga, czyli joga w parach, trójkach albo grupach. Uczy współpracy, empatii i równowagi, a przy okazji bardzo wzmacnia – druga osoba jest przecież jak sztanga z obciążeniem.

Agnieszka Gortatowicz nauczycielka jogi, dziennikarka, tłumaczka, redaktorka. 

Artykuł archiwalny. 

  1. Zdrowie

Szparagi - ruszył sezon

Szparagi to superfoods - znajdują się na liście 20 najbardziej zagęszczonych pod względem odżywczym pokarmów na świecie (wg. indeksu ANDI) (Fot. iStock)
Szparagi to superfoods - znajdują się na liście 20 najbardziej zagęszczonych pod względem odżywczym pokarmów na świecie (wg. indeksu ANDI) (Fot. iStock)
Szparagi są zdrowe, niskokaloryczne i koją nerwy. Sezon na nie trwa krótko, nie przegap go!

Pierwsze szparagi pojawiają się na warzywnych straganach już na początku marca. Przyjeżdżają do Polski z południowej Europy. Jednak prawdziwi smakosze czekają na zbiory lokalne - bo dobre szparagi, to świeże szparagi, czyli takie, które nie musiały jechać tysięcy kilometrów.

Jak gotować szparagi?

W Polsce nie ma silnych tradycji jedzenia szparagów, ale z roku na rok rośnie liczba gospodarstw, uprawiających zielone i białe pędy. Ich wielbiciele, oprócz walorów smakowych, doceniają fakt, że rośliny te są niezwykle proste w obsłudze. Zwłaszcza zielone, których nie trzeba obierać. Wystarczy opłukać i odłamać zdrewniałą końcówkę. Najlepiej gotować je na stojąco w lekko osolonej wodzie. Chodzi o to, żeby nie rozgotować i nie uszkodzić główki - najdelikatniejszej i najpyszniejszej części szparaga. Ugotowane szparagi podaje się z sosem holenderskim. Można też polać je masłem zasmażonym z bułką tartą.

Jeśli trafisz na cieniutkie zielone szparagi, usmaż je na grillowej patelni. Umyte i osuszone pędy wystarczy lekko skropić oliwą i przytrzymać na patelni do lekkiego zarumienienia z dwóch stron. Potem trzeba je lekko posolić. Można też  posypać parmezanem. Szparagi z patelni mają niezwykle intensywny smak – bardziej "szparagowy" niż te z wody. A do tego są przyjemnie chrupkie i mają ładny kolor.

Można też szparagi upiec. Wystarczy rozłożyć je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, skropić oliwą i wsadzić do piekarnika  rozgrzanego do 210 stopi C. na 10 min.

Dlaczego warto jeść szparagi?

  • Bo to witaminowa bomba. Szparagi są cennym źródłem kwasu foliowego, bez którego nasz układ nerwowy nie działa poprawnie. Prawidłowy poziom kwasu foliowego oraz witaminy B12, poprawia naszą sprawność umysłową oraz szybkości reakcji. Wystarczy zjeść 10 szparagów, by zapewnić organizmowi dzienną dawkę witaminy K, niezbędnej do prawidłowej absorpcji wapnia w kościach. Poza tym zielone i białe pędy pełne są witamin z grupy C, E  i B oraz beta-karotenu, potasu, sodu, żelaza, fluoru, wapnia, magnezu, fosforu.
  • Odtruwają i poprawiają urodę. Szparagi zawierają wiele przeciwutleniaczy, które usuwają z organizmu nadmiar wolnych rodników, chroniąc przed infekcjami, chorobami i przedwczesnym starzeniem. Pełno w nich asparaginy o działaniu moczopędnym. Składnik ten wspomaga pracę nerek - dzięki niej organizm szybciej pozbywa się z organizmu nadmiaru płynów, soli i toksyn. Dodatkowo asparagina obniża ciśnienie tętnicze, rozszerza naczynia krwionośne i usprawnia pracę serca.
  • Pomagają w odchudzaniu. W 100 g szparagów jest zaledwie 20 kcal i aż 2,1 g błonnika, który zapewnia uczucie sytości i reguluje trawienie.
  • Zachęcają do miłości. Już od starożytności falliczny kształt tego warzywa prowokował myśli i wzmagał popęd seksualny. Dziś znamy kilka naukowych faktów, które potwierdzają, że szparagi są afrodyzjakami. Wszystko za sprawą mieszanki odpowiednich witamin i pierwiastków wzmagających libido oraz fitoestrogenów, działających podobnie jak estrogen – jeden z żeńskich hormonów.