1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Na ratunek pszczołom

Na ratunek pszczołom

123RF.com
123RF.com
Przerażeni są pszczelarze i ekolodzy. Wyszli nawet ostatnio na ulice Warszawy, żeby to przerażenie zamanifestować. Bo giną pszczoły.

Właściwie powinniśmy być co najmniej zaniepokojeni i my, bo śmierć pszczół to nie tylko brak miodu. Owady te zapylają aż 78 procent roślin na całym świecie! Wyobraźmy sobie teraz, że ich zabraknie… Co się stanie z owocami, z wszystkimi prawie właściwie uprawami? "„Gdy zginie ostatnia pszczoła, ludzkości zostaną tylko cztery lata życia" – takie hasło wypisane było na kamizelkach demonstrantów. Ale to nie oni są autorami – te słowa wypowiedział Albert Einstein. Na razie do tak dramatycznego scenariusza jeszcze daleko, ale eksperci są zdania, że między innymi od pszczół zależy bezpieczeństwo żywnościowe Unii Europejskiej.

Zmniejszanie się liczby pszczół (o szacunku, jaki do nich mamy, świadczy też fakt, że to jedyne zwierzę, które w naszym słowniku „umiera”, a nie „zdycha”) pszczelarze i naukowcy obserwują już od lat 60. zeszłego stulecia. Dlaczego tak się dzieje? Nie do końca wiadomo. Oczywiście głównym oskarżonym, jak zawsze w takich sytuacjach, jest cywilizacja. Chemia, której używamy w rolnictwie, szczególnie środki ochrony roślin typu neonikotynoidy, coraz bardziej zanieczyszczone środowisko naturalne… Ale nie tylko. W Stanach Zjednoczonych uczeni odkryli tajemniczego pasożyta nękającego te owady – zaatakowane nim traciły orientację i nie były w stanie same wrócić do ula. No i zmiany klimatyczne – coraz częściej pszczoły nie przeżywają zimy.

Niektórzy, przede wszystkim ekolodzy, uważają, że uprawy GMO to kolejne zagrożenie dla pszczelego rodu. Nie ma jeszcze co prawda dokładnych badań potwierdzających tę tezę, ale u nas na wszelki wypadek genetycznie modyfikowanej kukurydzy się nie uprawia.

Minister rolnictwa twierdzi też, że w Polsce pszczelego problemu raczej nie ma – w ciągu ostatnich kilku lat liczba tych owadów wzrosła. Ale to sprawy nie załatwia. W innych krajach Unii (nie mówiąc już o USA, gdzie jest wręcz dramatycznie) panuje niestety przeciwna tendencja.

Co można zrobić? Sadzić kwiaty! Na balkonie, w ogrodzie, na rabatkach przy domu. Im dłużej są tam pachnące i kolorowe kwiaty, tym dla pszczół lepiej. Jeśli mamy ogród, zadbajmy o to, by zostawić w nim dziki zakątek – tam chętnie wprowadzą się pszczoły i trzmiele. Możemy też z niemalowanych i nieimpregnowanych desek zrobić tam domek dla trzmiela. Powodzenia.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Slow Food, czyli świadomy posiłek. Kosztuj, celebruj, poczuj prawdziwy smak

Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Jemy dziś szybko, byle jak, byle co i byle gdzie. Stop! Czas na odkrycie radości w delektowaniu się zapachem i smakiem potraw.

Cóż może być przyjemniejszego niż pyszne danie spożywane w spokoju i w dobrym towarzystwie? Nie pochłaniasz, ale kosztujesz. Nie gryziesz w biegu, ale celebrujesz, czujesz smak... Nie pamiętasz takiego zdarzenia? Tak. Obiad z bliskimi stał się dziś luksusem lub stratą czasu. Pochłaniamy w pośpiechu kolejne dania, które są jedynie dawką paliwa, jaką tankujemy, by mieć energię do działania. W ten sposób odbieramy sobie prawo do smacznego jedzenia. Może szkoda?

Koniec z jedzeniem na klawiaturze!

Zjedz uważnie choć jeden posiłek w ciągu dnia. Nie oglądaj w tym czasie telewizji, nie pracuj na komputerze, nie czytaj gazety. Skup się tylko na jedzeniu. Daj sobie 15 minut! Dokładnie przeanalizuj składniki posiłku – pod względem pochodzenia i smaku. Czy wiesz, jaki jesz chleb? Jaką drogę odbył, by znaleźć się na twoim stole? Kiedy postanowisz skończyć z biernym wprowadzaniem pożywienia do organizmu i zechcesz odkrywać smaki oraz medytować nad nimi, czeka cię wspaniała przygoda, ale też… frustracja. Bo gdy przestaniesz jeść w pośpiechu kanapki i jogurty na klawiaturze w pracy, a zaczniesz robić sobie przerwy na smakowanie, może się okazać, że jedzenie, które wydawało ci się dotychczas w miarę zdrowe, jest pozbawione smaku. Aby być uważnym smakoszem, trzeba najpierw stać się sprawnym detektywem, który potrafi wytropić dobre, naturalne i lokalne produkty, a wyeliminować te, które poza ładnym opakowaniem nie oferują nic wartościowego.

Precz z fast foodami!

Slow Food to organizacja pomocna na drodze do świadomego smakowania. Podjęła się ochrony ginących odmian warzyw, zbóż i gatunków zwierząt, tradycyjnych sposobów przyrządzania jedzenia i kultury kulinarnej w poszczególnych regionach świata. Jednym słowem, prawa do smaku.

Powstała w 1986 roku we Włoszech jako bezpośrednia reakcja na otwarcie baru McDonald’s w Rzymie, naprzeciwko Hiszpańskich Schodów. Dla Włochów, którzy mają bardzo silne tradycje kulinarne, tak różnorodne w poszczególnych regionach, jedzenie w barze szybkiej obsługi, gdzie serwuje się to samo menu na całym świecie, było… sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Slow Food występuje w obronie lokalnych upraw i specjalności, wspiera kultywowanie regionalnych tradycji. Dawniej kuchnia tętniła życiem i buchała zapachami, w niej tworzyły się więzi między ludźmi. Podczas rodzinnego biesiadowania przy jednym stole skupiano się przede wszystkim na jedzeniu i czerpano z tego mnóstwo przyjemności. Przypomnij sobie ostatnie święta. Ile spośród wigilijnych dań przygotowałaś od początku do końca w domu, sama lub z bliskimi? Do ilu dodałaś ulepszaczy smaku, półproduktów tylko po to, by oszczędzić czas lub ze zwykłego lenistwa. A może ten wspaniały zwyczaj przygotowywania posiłków we własnej kuchni ma szansę przetrwać?

Uwaga skierowana na „fair trade”

„Slow” znaczy powoli. To słowo pojawiło się w manifeście organizacji Slow Food jako hasło kluczowe, a jej symbolem został… ślimak. To sympatyczne zwierzątko ma przypominać, co jest w życiu najważniejsze – wydaje wojnę pośpiechowi, który stał się naszym codziennym towarzyszem i zmorą – wciąż zwiększa tempo życia, nawet gdy chcemy zwolnić. Popędzani przez obowiązki żywimy się na ulicy fast foodami...

A gdyby tak spróbować „zatrzymać czas”. Nie znaczy to wcale, że nagle mamy stać się flegmatyczni i leniwi, ale zwyczajnie rozejrzeć się wokół z większym zainteresowaniem, zwrócić uwagę na szczegóły i smaki. Wybierz się na targ lub do sklepu z ekologiczną żywnością i degustuj różne odmiany jabłek, pieczywa, serów. Porównuj, oceniaj i ciesz się z tego, że dokonujesz wyboru produktów ze względu na ich smak, pochodzenie, jakość, a nie tylko cenę i kolorowe opakowanie. Na przykład kawa, którą pijesz na śniadanie: czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy. Aby mieć taką pewność, wybieraj produkty oznaczone hasłem „fair trade”, czyli „sprawiedliwy handel”. Ten znak mówi, że produkt pochodzi albo z małych plantacji, które nie pracują dla wielkich koncernów, albo z takich, gdzie godnie traktuje się pracowników i sprawiedliwie dzieli dochodami.

Ratuj własne podniebienie!

W laboratorium badawczym naukowcy potrafią już odtworzyć smak, zapach i konsystencję każdego niemal produktu. Na półkach sklepowych bogactwo... substytutów, w których więcej chemii niż natury. Świadczy o tym chociażby lista związków chemicznych na etykietach.

Ponad 80 procent światowych odmian warzyw i owoców zniknęło już na dobre z uprawy. Ich miejsce zastąpiło kilkanaście wyselekcjonowanych lub tak zmodyfikowanych genetycznie, by szybciej dojrzewały, były odporne na choroby, dawały obfitsze plony i pięknie wyglądały. Smak zszedł na plan drugi.

Komu to się opłaca? Producentom, supermarketom, ale nie konsumentom. Czy niska cena rekompensuje brak smaku? Czy nie boisz się, że twoje dzieci nie poznają już tajemnic z babcinej spiżarni? Znajdź, np. w internecie, farmy ekologiczne w swoim regionie: mleczarnie, piekarnie, masarnie… Wspierając małe gospodarstwa, które starają się produkować żywność metodami tradycyjnymi, pomożesz nie tylko w ratowaniu zanikających odmian, ale przede wszystkim odkryjesz prawdziwe, trochę już zapomniane, smaki i aromaty. A także przepisy na robienie pysznych serów czy wędlin. Nawet na małą skalę, dla własnych korzyści, warto ratować podniebienia przed globalizacją!

Recepta Agnieszki Kręglickiej, restauratorki felietonistki, autorki książek: „Wybieram drogę ślimaka”

Całe moje życie, i rodzinne, i zawodowe, kręci się wokół kuchni. Jedzenie od zawsze było w centrum mojej uwagi. Nie jest tak, że pewnego dnia poznałam ideę Slow Foodu i z dnia na dzień „przechrzciłam się” na nowy model życia. To droga, którą wciąż idę, tyle że teraz ze świadomością, że uczestniczę w wielkim, światowym marszu. Coraz więcej uczę się o jedzeniu. Liczy się, jak powstało to, co na talerzu, skąd się wzięło, w jaki sposób zostało przygotowane. Produkty wybieram świadomie, czytam etykiety, odrzucam jedzenie przemysłowo przetworzone. Wolę to, co sezonowe, świeże, miejscowe, niż sprowadzane z daleka i dojrzewające na statkach. Niedawno jeszcze zachłystywaliśmy się nowymi egzotycznymi smakami. Teraz coraz bardziej doceniamy produkty krajowe, lokalne, naturalne. Jako restauratorka stawiam na ich jakość. Kupujemy jajka tylko z „jedynką”, czyli od kur z wolnego wybiegu, ekologiczne kurczaki, ekologiczną polską jagnięcinę... Nie używamy przypraw ze wzmacniaczami smaku. W naszym letnim ogrodzie w Fortecy, gdzie organizujemy przyjęcia z daniami kuchni polskiej – serwujemy sery, wędliny i inne produkty rekomendowane przez Slow Food. A jeszcze kilka lat temu kelnerzy musieli długo przekonywać gości do produktów spod znaku ślimaka. Na szczęście to się już zmienia. Zwiększa się świadomość, zapotrzebowanie i chęć próbowania. Wysokiej jakości produkty ekologiczne są wprawdzie droższe, ale zaobserwowałam, że w sklepach ekologicznych dokonuje się zdecydowanie bardziej uważnego wyboru i kupuje tyle, ile rzeczywiście potrzebujemy na przygotowanie posiłku. Inaczej zachowujemy się w supermarketach: wkładamy do koszyka zwykle za dużo i potem wyrzucamy. W ostatecznym rozrachunku wychodzi na to samo.

Warto przeczytać: Carlo Petrini, „Slow food. Prawo do smaku”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2007.

  1. Styl Życia

Las na receptę

Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Dawniej podczas zarazy królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej. Teraz znów to robimy, wracamy do lasu – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, przewodniczka kąpieli leśnych, autorka książki „Lasoterapia”.

Co pani czuje, gdy wchodzi do lasu?
To zależy, z jaką głową tam wchodzę. Kiedy jestem bardzo zapracowana, idę do lasu, by na chwilę się zresetować, odpocząć. Wnoszę więc do niego mnóstwo splątanych myśli, stopniowo robi się ich coraz mniej, aż pojawia się spokój. Innym razem już od początku czuję energię i zaciekawienie, bo mam wolny dzień, dobry humor i wchodzę do lasu z nastawieniem: co mnie dziś zaskoczy? Czasem przepełnia mnie radość, czasem – refleksyjność. Las też się zmienia... Parafrazując – nie można wejść dwa razy do tego samego lasu. Mam wrażenie, że nawet ten sam las i ta sama w nim ścieżka, którą idę, nigdy nie są takie same.

Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)

Wiele osób boi się lasu. W literaturze i kinie las jawi się jako złowrogi, można się tu zgubić. Z jakimi reakcjami spotyka się pani najczęściej?
Na szczęście wśród osób, z którymi wybieram się na leśne wyprawy w ramach lasoterapii, strach pojawia się najrzadziej, ale się pojawia. Przychodzą na przykład osoby, które mają niewiele wspólnego z lasem, a chciałyby się przełamać i go lepiej poznać. Takie podejście zwykle wiąże się z tym, co nam się wpaja na temat lasu w dzieciństwie lub późniejszym życiu – że to miejsce niebezpieczne i że może nas tam spotkać wiele złego zarówno ze strony przyrody, jak i ludzi. Jeśli najbliższe środowisko nasiąka taką niechęcią do przyrody – że to tylko kleszcze, komary i inne choroby – w dziecku pojawia się opór lub niechęć. Choć niekiedy dzieje się też odwrotnie – na zasadzie buntu i tego, że zakazane pociąga.


Jeżeli las jest czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, to rzeczywiście może przerażać. Nie tylko dzieci. Kiedy byłam na zjeździe International Forrest Therapy Days w Finlandii, pojawił się nawet pomysł, by relaksować się w lesie, rozstawiając namiot z wydrukiem drzew od środka. Wielu uczestników w ogóle nie miało doświadczenia kontaktu z lasem naturalnym, dzikim, jakim jest nasza Puszcza Białowieska. Było dla nich nie do pojęcia, że u nas są żubry i wilki. Moja koleżanka Basia Bańka, też przewodniczka po Białowieskim Parku Narodowym, powiedziała wtedy: „Ale nie da się nauczyć pływać, jeśli człowiek się nie zamoczy”. To nic, że las jest dziki, on ma swoje zasady. Wystarczy je poznać – mam tu na myśli choćby zwyczaje mieszkających w nim zwierząt – i nie ma co bać się ataku wilka czy żubra, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu i szacunku są to fantastyczne spotkania. Nie warto też rezygnować z bycia w przyrodzie z powodu obaw przed złapaniem kleszcza, którego spotkać można także w mieście. Lepiej zapoznać się z profilaktyką.

Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)

Część z nas wchodzi do lasu jak do świątyni. Część wchodzi do niego jak do siebie, do domu. Dla pani las to dom czy świętość?
Osobiście łączę oba podejścia. Dziś czuję się tu bardzo swobodnie, choć doskonale pamiętam moment, kiedy jako już dorosła osoba po raz pierwszy weszłam do Puszczy Białowieskiej i miałam wrażenie, że nie jestem u siebie. Dobrze znałam lasy hodowlane, w których bioróżnorodność jest skromna i gdzie niewiele mnie mogło zaskoczyć, natomiast w puszczy poczułam ogromny respekt i szacunek do przyrody. Pojawiła się chęć, by zgłębiać ten ekosystem. Im więcej się dowiadywałam na temat puszczy, tym mniej się jej obawiałam i bardziej się zaprzyjaźniałyśmy.

Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)

Las to dziś moje miejsce pracy i relaksu, ale też świątynia. Bywa, że nadal czuję się w niej jak mrówka. Dla nas, ludów praindoeuropejskich, symbol drzewa czy gaju zawsze był święty i pojawiał się w bardzo wielu kulturach. U Słowian wierzono w święte drzewo, wokół którego powstał świat. Tak samo było w kulturach nordyckich, gdzie czczono ogromny jesion Yggdrasil, który był osią świata i łączył różne rzeczywistości – ludzi, duchów i istot nadprzyrodzonych. Jest nawet termin axis mundi – „oś świata”, w wielu kulturach wyobrażana przez drzewo, które gałęziami wrasta w niebiosa, a korzeniami w świat podziemny, łącząc je ze sobą oraz z ziemią, czyli światem doczesnym.

Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)


W kulturze chrześcijańskiej jest ogród rajski, a w nim drzewo poznania dobra i zła. Słowianie wierzyli, że wśród drzew, w świętych gajach, słuchają nas bogowie, chrześcijanie – że las jest dziełem Stwórcy, czyli jest doskonały taki, jaki jest. W naszym kręgu kulturowym, który jest nie tylko słowiański, lecz także chrześcijański, mamy więc możliwość obcowania z prawdziwym sacrum.

W książce „Lasoterapia” pisze pani, że już jako dziewczynka czuła pani więź z lasem, którą wzmagały opowieści o Robin Hoodzie. Dla niego las był schronieniem, ale i ucieczką. Dziś, w czasach pandemii, las znów pełni te funkcje. Nigdy nie bywałam tak często w lesie jak ostatnio.
Wielokrotnie w różnych kryzysowych sytuacjach uciekaliśmy do lasu. Robin Hood to piękna legenda z czasów średniowiecza, ale przypomnijmy sobie choćby naszych partyzantów w trakcie drugiej wojny światowej. W dawniejszych czasach, kiedy panowała zaraza, królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej, żeby nie zachorować. I teraz znów to robimy.

Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej.(Fot. iStock)Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej.(Fot. iStock)

Las nam daje poczucie bezpieczeństwa, i to są atawistyczne, czyli bardzo pierwotne reakcje, które przypływają do naszej świadomości z przyczyn ewolucyjnych. Jako gatunek wychowaliśmy się na sawannie, potem przenieśliśmy się do lasu i właściwie wyprowadziliśmy się z niego dopiero około 200 lat temu do dużych miast. My wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego kiedy tylko do niego wracamy, pojawiają się w nas sygnały, że nasze podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone: od wyżywienia, przez to, że będzie woda, po drewno, które da nam schronienie i ciepło ogniska. Naturalnie gdyby ktoś z nas zmuszony był nagle, z godziny na godzinę, zacząć żyć w lesie, prawdopodobnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ale gdzieś głęboko w naszej podświadomości jest informacja, że to jest możliwe. Nic dziwnego, że niejako z automatu zaczynamy się odprężać, gdy tylko wchodzimy między drzewa.
A skoro jesteśmy przy temacie pandemii – las jest bezpiecznym miejscem także dlatego, że jest tu mniejsze ryzyko zakażenia się koronawirusem. Po pierwsze, swobodnie można zachować dystans, nawet mimo tego, że obecnie w lasach są tłumy. Po drugie, jest świeże powietrze, a po trzecie, drzewa i roślinność wydzielają substancje antywirusowe wzmacniające naszą odporność.

Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)

Jest pani lekarzem psychiatrą, przyrodniczką i przewodniczką kąpieli leśnych. Co te perspektywy wnoszą do pani wiedzy na temat wpływu lasu na nasze samopoczucie?
Punktem stycznym tych profesji jest praca ze stresem. Jako psychiatra i jako przyrodnik mam tym większą świadomość tego, jak kojąco przyroda wpływa na nasz system nerwowy. Obecnie to ogólnie dostępna wiedza naukowa, nie tylko intuicyjna.
Dziś, jeśli z różnych przyczyn nie mogę wysłać pacjentów na zorganizowane treningi relaksacyjne, mogę po prostu wysłać ich do lasu, bo wiem, jak wiele dobrego kontakt z przyrodą robi dla odporności, psychiki oraz wielu innych systemów i układów w naszym ciele. Las nigdy nie zastąpi leków, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kliniczną depresją. Nie wyleczy ze wszystkich chorób, ale może być świetną profilaktyką, uzupełnieniem klasycznego leczenia oraz narzędziem rehabilitacji. W dodatku jest za darmo i nie powoduje żadnych niekorzystnych interakcji. Jeśli traktujemy dziką przyrodę z odpowiednim szacunkiem i wiedzą.

Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Vincent Viktor Severski: "Czas wyjawić parę rzeczy"

Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Czy będąc szpiegiem, można być wiernym ideałom i nie ranić najbliższych? I jak po kilkudziesięciu latach pracy w wywiadzie zostać jednym z najbardziej rozchwytywanych autorów książek sensacyjnych w Polsce? Odpowiada Vincent Viktor Severski.

Żona zwraca się do pana Vincent, Viktor czy Włodek, a może jeszcze inaczej, bo przecież miał pan tyle tożsamości?
Żona mówi do mnie po imieniu, czyli Włodek. Czasami używa też zdrobniałej formy. Moi przyjaciele z młodości, z krakowskiego liceum, z którymi wciąż jestem silnie związany, zwracają się do mnie Bodzio, a właściwie głównie koleżanki. Tak wołała na mnie mama. Wzięło się to stąd, że jak byłem mały, przedstawiałem się wszystkim: „Ja jestem Bodzio”. Może nie umiałem wymówić „Włodzio” [śmiech].

A kiedy idzie pan do banku albo do urzędu skarbowego, to jaką przybiera pan tożsamość?
Już od dawna mam jedną, czyli prawdziwą – Włodzimierz Sokołowski. Ale przez 30 lat pracy w zawodzie szpiega funkcjonowałem pod różnymi przybranymi tożsamościami. Wszystkie dokumenty w pracy podpisywałem nazwiskiem Siewierski, nawet rękę miałem wyćwiczoną do tego podpisu, składałem go odruchowo.

I nigdy się panu te tożsamości nie pomyliły?
Raz nawet musiałem się sporo nakombinować, żeby odkręcić pomyłkę. Poszedłem rejestrować swojego syna do urzędu stanu cywilnego. Podałem urzędniczce dowód osobisty, imię syna i z wypisanym aktem urodzenia wróciłem do żony. „To nie jest nasze dziecko – powiedziała, patrząc na akt. – Ojcem jest jakiś Włodzimierz Siewierski! Kto to w ogóle jest?”. Okazało się, że dałem „lewy” dowód osobisty.

A na jakie imię zareaguje pan, kiedy ktoś zawoła do pana na ulicy?
Agenci mają wpojone, żeby w ogóle nie reagować, ponieważ w ten sposób można kogoś zdekonspirować. Dlatego nie zatrzymujemy się „na zawołanie”.

Nawet jeśli zawoła kobieta?
O tym nie pomyślałem. Ale kobiety rzadko wołają za kimś na ulicy, mnie się w każdym razie nie zdarzyło.

Zwróciłam uwagę na to, w jaki sposób pan mówi. Ten niski, „radiowy” głos to także rezultat szkolenia w Kiejkutach?
Powód jest prozaiczny – siedem lat temu miałem raka krtani, lekarze dawali mi mniej więcej pół roku życia, ale żyję, tylko głos się obniżył. Na automatycznej sekretarce w moim telefonie mam jeszcze głos sprzed choroby. Czasem ludzie, którzy dzwonią, gdy zgłasza się automat, myślą, że to pomyłka.

Jest pan typem człowieka, który jak słyszy: „Zostało panu pół roku”, rozsypuje się, na zimno porządkuje wszystkie doczesne sprawy? A może staje do walki?
Był sierpień 2014 roku, pojechałem do Instytutu Medycyny Lotniczej, w którym już wcześniej miałem kilka zabiegów. Po dwóch tygodniach od pobrania materiału na histopatologię zadzwonił do mnie – wieczorem – lekarz i powiedział, żebym przyjechał rano. Wiedziałem, że jest źle. Rozmowa była krótka: nowotwór płaskonabłonkowy, agresywny. Popatrzyłem na ten zapisany po łacinie wyrok, po czym wsiadłem na rower i pojechałem prosto do instytutu onkologii na Ursynowie. Kiedy wszedłem do nieklimatyzowanego szpitala, zobaczyłem setki umęczonych ludzi, poczułem zapach śmierci i pomyślałem: „Ja już z tego nie wyjdę”. Dwa i pół tygodnia później byłem po operacji.

Co panu pomogło z tego wyjść?
To nie był pierwszy wyrok śmierci, jaki usłyszałem w życiu. Ale tym razem podszedłem pogodnie: „Na pewno się uda”. I zakazałem rodzinie, która mieszka w Szwecji, do mnie przyjeżdżać. Pamiętałem, jak bardzo osłabiał mnie widok ich cierpienia, kiedy poprzednim razem przez pół roku walczyłem w szpitalu o życie. Wolałem być sam. Zresztą od dziecka byłem trochę osobny i sam radziłem sobie z problemami.

Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi.(Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi.(Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)

Zastanawiam się, w jakiej rodzinie wychował się przyszły szpieg.
Urodziłem się w Warszawie. Tata był chemikiem wojskowym. Mieszkaliśmy w maleńkim mieszkanku, miało ze 40 metrów, w jednym pokoju ja ze starszą o cztery lata siostrą przyrodnią Niną, w drugim – rodzice. Mama zajmowała się domem i dziećmi. I choć ojciec był w stopniu pułkownika, w domu się nie przelewało. Mama dorabiała szyciem. Do dziś pamiętam cichutki stukot maszyny do szycia wieczorem, kiedy położyła nas spać. I piękne panie, które w dzień przychodziły do przymiarki. Ojca nie pamiętam z tamtych lat – pracował w instytucie chemicznym w Rembertowie, wychodził, zanim wstałem, wracał, gdy już spałem. Pracował nawet w domu, pisał rozprawę doktorską. Kiedyś obudziłem się w nocy, a on siedział przy biurku w naszym pokoju i coś pisał w stłumionym świetle lampki. Wychowałem się w domu wypełnionym książkami. Dużo było oryginalnej literatury rosyjskiej, bo ojciec, który mówił biegle w kilku językach, ze studiów w Instytucie Łomonosowa przywiózł kufry przepięknie oprawionych książek. Z domu wyniosłem obsesyjny kult nauki, niemal terror. Oceny w szkole to była jedyna rzecz, która ojca interesowała. A ja byłem leniwy. Z polskiego co roku zdawałem poprawkę. Jak się moja polonistka dowiedziała, że Bodzio napisał pierwszą książkę, mało co z krzesła nie spadła [śmiech].

Ojciec był surowy?
Nieraz mnie zlał smyczą. Ale sam też był bity, miał trudne dzieciństwo. Z tego terroru zostało mi coś ważnego – tolerancja do nauki, ale i zamiłowanie. A także przekonanie, że jeśli coś chce się zdobyć, trzeba ciężko pracować.

Mama?
Była od przytulania. I pysznie gotowała. Kochałem jej placki ziemniaczane ze śmietaną i niedzielny rosół, którego zapach roznosił się po całym domu. Cierpliwie też ćwiczyła ze mną dyktanda, choć skończyła tylko podstawówkę. Wcześnie zachorowała na demencję i nasz wspólny świat szybko zaczął się kurczyć.

Mama zawsze obecna, ojciec zwykle nie.
Pracował nawet w wakacje, na które jeździliśmy. Ojcowski obowiązek nadrabiał w niedzielę rano – braliśmy psa i szliśmy na spacer. Nie lubiłem tych spacerów, bo ojciec siadał na ławce i czytał gazetę, a ja bawiłem się z psem. Niedzielne wyprawy osładzały tylko lody, bo zawsze wstępowaliśmy do „Palermo”, słynnej lodziarni przy Mokotowskiej. Potem mieliśmy jeszcze mniejszy kontakt, szybko wyprowadziłem się z domu. Zresztą już w liceum pracowałem. Wyjeżdżałem do Niemiec na budowę w czasie wakacji. A wcześniej byłem listonoszem w Krakowie, na Starym Mieście, nosiłem pocztę do samego Karola Wojtyły. Ponieważ to były listy polecone, musiałem doręczyć do rąk własnych. Pamiętam jego gabinet na Franciszkańskiej. Wchodziłem w krótkich spodenkach, bo był upał, ale Karol Wojtyła nigdy nie zwrócił mi uwagi. Za to dawał mi pięć złotych za przyniesiony list.

Skąd pan się wziął w Krakowie?
Ojciec został komendantem wojskowej szkoły chemicznej. Wcześniej mieszkaliśmy we Wrocławiu, taki los wojskowego. Może dlatego chciał, żebym został lekarzem albo weterynarzem. Podczas moich egzaminów na studia na wiele dni pojechał na poligon, a kiedy wrócił, zapytał: „Dostałeś się?”. „Dostałem”. „Nareszcie ktoś w rodzinie będzie miał porządny zawód”. Musiałem go mocno rozczarować, kiedy wyznałem, że będę studiował prawo. Dla niego prawnik to nie był zawód.

Co powiedział na to, że chce pan zostać agentem wywiadu?
Był przeciwny. Uważał, że wystarczy, że on był wojskowym. Zawsze chciał być lekarzem. Mama dla odmiany akceptowała wszystko, cokolwiek robiłem. A ja miałem chłopięce marzenie, że będę śledczym w milicji i będę łapał seryjnych zabójców. Nawet pracę magisterską u profesora Zbigniewa Czeczota napisałem na temat „Kryminalistyczna problematyka alibi”. Problem w tym że, jak się okazało, alibi w Polsce to głównie: „Myśmy tak wypili, że nic nie pamiętamy”. Rozczarowałem się. Nie wiedziałem, co robić. Byłem już po ślubie, waletowałem u żony w akademiku, bo Ula studiowała rok niżej i szukaliśmy pomysłu na życie. To był rok 1981, czasy Solidarności, pierwszy powiew wolności. Któregoś razu przyszywany wujek, który był lekarzem w szpitalu MSW na Wołoskiej, powiedział: „Załatwię ci dobrą robotę, będziesz pracował w MSW. Dostaniesz mieszkanie”. Mieliśmy książeczki mieszkaniowe z nadzieją, że za 15 lat doczekamy się własnego kąta. Nawet się nie zastanawiałem. Poszedłem na rozmowę. Wzięli mnie do wywiadu.

Dostał pan to mieszkanie?
Nigdy. Ale dostaliśmy służbową kawalerkę. To było zresztą dziwne, że przyjęli mnie do komunistycznego jeszcze wywiadu, bo wystąpiłem z SZSP. Nie przeszkadzało im nawet to, że miałem ślub kościelny i że w teście na pytanie: „Podaj postacie, które są dla ciebie bliskie ideowo”, napisałem: Che Guevara i Mao Tse-tung, latynoamerykański rewolucjonista i chiński dyktator [śmiech]. Na teście psychologicznym też wypadłem średnio. Mimo to przyjęli mnie, a szkołę szpiegów w Kiejkutach skończyłem jako prymus. Ale prawdziwa szkoła przyszła w akcjach. W wywiadzie doszedłem do najwyższego stanowiska, bo dyrektora biura. Potem, w 1989 roku, przeszedłem pozytywnie weryfikację, zaocznie, bo od roku mieszkałem w Szwecji. Upadek komuny w ogóle mnie nie zabolał. Przeciwnie, poczułem, że jest to też dla mnie szansa. Założyłem z kolegą małą firmę turystyczną, kupiliśmy dwa stare busiki i mieliśmy plany robienia biznesu. Aż pewnego dnia w 1991 roku ówczesny szef UOP Andrzej Milczanowski złożył mi propozycję, żebym włączył się w budowę nowego polskiego wywiadu.

Wywiad jest jak narkotyk?
Adrenalina tak uzależnia, że potem zwyczajne życie wydaje się mało ekscytujące. Żonie przyznałem się dużo później, bo rodziny źle znoszą pracę w wywiadzie.

Domyślam się, jak trudno być żoną szpiega.
Nasze związki wystawiane są na ciężką próbę. Musi być zaufanie, bezgraniczne. Żona nie może o nic zapytać. Ale nie to jest najgorsze, najgorsze jest to, że nie możemy nic powiedzieć. „Wyjeżdżam na miesiąc” – mówię, a na drugi dzień żona włącza telewizor, widzi relację z wojny na przykład w Iraku i wie, że pewnie tam jestem. Nie wie tylko, czy wrócę.

Nigdy nie powiedziała: „Mam tego dość!”?
Było kilka takich sytuacji. Na szczęście wytrwała. Jesteśmy małżeństwem ponad 40 lat, ale wiele się rozpada. Wie pani, w pracy agenta gorszy od czasu, kiedy długo nie ma go w domu, jest czas, kiedy w tym domu się zasiedzi. Bo wtedy czuje się jak narkoman na głodzie, codzienność go denerwuje.

A z prowadzeniem równoległych żyć jak sobie pan radził? Albo z moralnymi rozterkami, że kłamiesz, manipulujesz, kradniesz informacje, a w domu musisz być do bólu szczery?
Klaus Fuchs, niemiecki fizyk atomowy i najcenniejszy sowiecki szpieg, który opracował w Stanach broń atomową i tajemnicę przekazał Rosjanom, powiedział: „Bycie agentem to stan kontrolowanej schizofrenii”. Mówiąc krótko – żyjesz w rozdwojeniu i oba światy musisz mieć pod kontrolą, one nie mogą się przenikać.

Pana syn wiedział, co pan robi? Co mówił kolegom, gdy chwalili się: mój tata jest dyrektorem, mój ma firmę, mój jest lekarzem?
To zależy, kim wówczas byłem. Bo przez 30 lat miałem kilkanaście tożsamości. Byłem dyplomatą, dziennikarzem, podróżnikiem, attaché prasowym, bezrobotnym, a nawet prezesem firmy, której o mały włos nie doprowadziłem do bankructwa. Gdy Julle miał 17 lat, powiedziałem: „Synu, czas, żeby ci wyjawić parę rzeczy…”. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział: „Ojciec, ja od początku wiedziałem, że z tobą jest coś nie tak. Ale wiesz, dumny jestem z ciebie”. I to jest najważniejsze odznaczenie, jakie w życiu dostałem.

O czym pana syn mógłby powiedzieć, gdyby miał dokończyć zdanie: „Tata nauczył mnie…”?
Kardynalnych zasad, którymi należy kierować się w życiu – odpowiedzialności, lojalności. Choć prawda jest taka, że to, jaki syn jest, w dużej mierze zawdzięcza mojej żonie. Mnie czasem nie było miesiącami. Później, kiedy wracałem do domu, nadrabiałem. Nigdy go nie uderzyłem. Lubiliśmy jeździć na lotnisko, żeby obserwować startujące i lądujące samoloty, albo budowaliśmy samoloty i zdalnie sterowane helikoptery. Dziś jest wybitnym specjalistą lotnictwa.

Pan zmieniał tożsamość, zawód, dom, kraj, tymczasem żona od 40 lat ta sama, przyjaciele jeszcze z liceum…
Agent musi mieć bazę, musi mieć dokąd wrócić po pracy, żeby nie zwariować, psychiczny drugi świat, namiastkę normalności. Oficerowie pionu operacyjno-rozpoznawczego żyją pod wpływem wysokiej dawki czystej adrenaliny i z ludźmi dzieją się różne rzeczy. Przez lata przyzwyczajasz się do tego, nawet już jej nie czujesz, ale pewnego dnia organizm wystawia ci rachunek. Ja za ten stres zapłaciłem rakiem krtani.

Pamięta pan pierwszy dzień po zakończeniu służby?
Obudziłem się rano, ubrałem i… chciałem iść do pracy. Zapomniałem, że jestem na emeryturze. A potem usiadłem i zacząłem pisać książkę. Zawsze chciałem być pisarzem, a na raportach wyrobiłem sobie pióro. To komfortowa sytuacja, szczególnie odkąd obniżono nam emerytury. Dostaję 1700 złotych, mimo że całą emeryturę wysłużyłem w wolnej Polsce i mam poczucie, że robiłem coś ważnego dla kraju.

Szpiegiem jest się do końca życia? Zostają nawyki? Odruchowo patrzy pan często w lusterko wsteczne, obserwuje ludzi?
Takie nawyki są silne, trzeba wielu lat, żeby je uśpić. Do dziś sprawdzam, czy jakiś samochód mnie nie śledzi, ustawiam się w określonym miejscu, żeby mieć kontrolę nad najbliższym otoczeniem, długo sprawdzałem, czy ktoś nocą nie przeglądał moich rzeczy… I wciąż czytam numery rejestracyjne jadących za mną samochodów. To obsesja. Siła nawyku.

O pana najnowszej książce „Nabór” napisano: „Bardzo precyzyjnie planowane akcje. Szczegóły dopracowane do absurdu”. Zastanawiam się, czy cechy, które ma dobry szpieg, przekładają się na życie?
Szpiegostwo jest mało przydatne poza szpiegostwem. Precyzyjne planowanie akcji nie przekłada się na precyzję w życiu. Nie przeszkadza mi brudna szklanka pozostawiona na noc w zlewie. Precyzyjny jestem tylko w pisaniu i w kuchni. Uwielbiam gotować, dla mnie to proces intelektualny. W moich książkach „Zamęt” i „Odwet” jest postać Romana Leskiego, który gotuje jajka. Opisuję ceremonię gotowania.

I jaki jest przepis na jajko à la szpieg?
Dzień wcześniej wyjmuję jajko z lodówki, żeby nabrało temperatury pokojowej, potem wkładam do zimnej, osolonej wody i czekam chwilę, aż się temperatury wody i jajka wyrównają, a potem gotuję 4 minuty.

A jak pan to jajko ugotuje, to co pan potem robi? Pisze książki?
Zawsze piszę rano, wtedy mam świeży umysł. Wstaję wcześnie, po piątej. Siadam przy biurku albo kładę się na sofie. „Christine” napisałem rysikiem na iPadzie w pozycji leżącej.

Bohaterowie pana książek są samotni. Rzeczywiście szpieg jest skazany na samotność?
Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi. W gruncie rzeczy to oni są najważniejsi.

Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. Jest autorem dwóch bestsellerowych serii szpiegowskich „Niewierni” oraz „Nielegalni”. Napisał także biografię polskiej agentki brytyjskiej tajnej służby Krystyny Skarbek – „Christine”. Na podstawie dwóch pierwszych tomów „Nielegalnych” powstał serial Canal+. „Nabór” to ostatnia część tej tetralogii, która ukazuje się nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

  1. Styl Życia

Horoskop Penny Thornton na czerwiec

Zodiak (fot. iStock)
Zodiak (fot. iStock)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Co przewiduje dla każdego ze znaków znana astrolożka? Czy nadchodzący miesiąc będzie sprzyjający pod względem finansowym i uczuciowym? – Układ planet na czerwiec 2021 odczytuje i interpretuje Penny Thornton, która od ponad 40 lat zgłębia nauki astrologiczne. Z jej prognoz korzystała m.in. księżna Diana.

  1. Styl Życia

Czuła ogrodniczka i jej ogród na Kaszubach

Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Dobrze jest mieć swój osobisty mały raj, dający radość i swobodę nie tylko nam, ale i roślinom. Jak stworzyć takie miejsce na własnej działce, a przy okazji zanadto się nie napracować – radzi Agnieszka Hubeny-Żukowska, projektantka ogrodów z długim stażem i międzynarodowymi nagrodami na koncie, a przede wszystkim czuła ogrodniczka, rozmawiająca z roślinami i trzmielami, kochająca nawet „wstrętne chwasty”.

Jej motto to ogród funkcjonalny, będący wytchnieniem, a nie miejscem pracy. Jeśli rośliny będą się w nim dobrze czuły, my z pewnością też. Agnieszka wie, co mówi, gdyż wraz z mężem Rafałem tchnęła życie w prawie trzysta ogrodowych przestrzeni w kraju i za granicą. Wcześniej wiele lat spędzili w ogrodach na Wyspach i uczyli się od najlepszych, m. in. guru angielskich ogrodników Johna Brookesa, mistrza naturalistycznych nasadzeń Pieta Oudolfa czy u ogrodnika samego Winstona Churchila. Teraz prowadzą własną Pracownię Sztuki Ogrodowej, tworząc ogrody będące mieszanką miłości do roślin, angielskiej precyzji, nowojorskiej nowoczesności i tak modnej ostatnio swobody łąk kwietnych. Przede wszystkim jednak pielęgnują swój osobisty raj na działce w Blizinach na Kaszubach, gdzie przenieśli się z Gdańska.

Czy wszędzie można stworzyć swój własny mały raj?
Oczywiście! Wystarczy spojrzeć na mój ogród, położony w kaszubskim trójkącie bermudzkim (śmiech). Zdarza się, że w ciągu roku różnica temperatur wynosi tu 72ºC: w zimie - 36º, latem + 36º. Stałym mieszkańcem, oprócz nas, psów i kotów, jest porywisty wiatr. Smagane nim rośliny mają „grubą skórę”. Do tego trudna kaszubska ziemia… A zresztą ogród na nowojorskim Bronksie też zakładałam w ekstremalnych warunkach, w dniu zamachu na wieże World Trade Center. Konieczna była ewakuacja, ale ogród pozostał i do dzisiaj jest w dobrej kondycji.

O ewakuacji z Blizin jednak nie myślisz? Mieszkasz tu już od 10 lat.
Przecież z raju się nie ucieka! Mój ogród jest dowodem na to, że krainę marzeń można stworzyć wszędzie. I pocieszeniem dla milionów właścicieli działek, przekopujących grządki i Internet w poszukiwaniu recept na zielony sukces, toczących nierówną walkę z mrozem i perzem, który rozrasta się szybciej niż irys, czy jeżówka. Ogród to obraz 10D, działający na wszystkie zmysły, pełen barw, kształtów, zapachów, dźwięków… Nie można zaplanować go w sekundę, rządzą nim bowiem pory roku, kaprysy aury, trendy.

No właśnie, porozmawiajmy o zielonych trendach. Jakie obowiązują w tym roku?
O tym, co jest modne, wyrokują słynni kreatorzy ogrodów (np. Chris Beardshaw, Cleve West, Juliet Sargeant), zjeżdżający rokrocznie na wystawę ogrodniczą Chelsea Flower Show w Londynie. Prezentowane tam pokazowe ogrody są podziwiane przez miliony i… rodzinę królewską. Ten rok upływa pod hasłem ekologii, swobody i wygody. Równo przystrzyżony trawnik otoczony iglakami jest passé. Zastąpiła go malownicza łąka kwietna.
Hitem są swobodne kształty, malownicze kępy roślin, potargane trawy i falujące łąki, kontrastujące z mocnymi sylwetkami drzew i krzewów. Ogrody są naturalne i często… jadalne, kuszą sałatą, pietruszką, rzodkiewką. Nawet Michelle Obama zamieniła część trawnika przy Białym Domu w warzywnik. Zasługi w propagowaniu upraw ekologicznych ma też książę Karol.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Ponoć ogrodowy świat oszalał na punkcie równowagi biologicznej. O co tu chodzi?
Chodzi o stworzenie tzw. zrównoważonego ogrodu, który sam o siebie zadba. Jest pełen różnorodnych roślin dobranych tak, żeby dobrze się czuły i by cały czas coś kwitło. Sadzimy je gęsto, piętrowo – wówczas ograniczą wzrost chwastów i ochronią grunt przed wysychaniem. Taki ogród tętni życiem, gdyż jest pełen roślin miododajnych, nie zgrabionych jesienią liści, nie ściętych przed zimą suchych pędów bylin, w których zimują owady i drobne ssaki.
Tymczasem nasze sterylne ogrody z regularnie koszonym trawnikiem nie są dobrym miejscem do życia dla pożytecznych żyjątek. A jak one znikną, pojawią się szkodniki, wraz z nimi chemiczne preparaty. Nie róbmy więc jesiennych porządków – poczekajmy wiosny! I pamiętajmy, że aksamitki posadzone obok róży odstraszą mszyce, a ozdobne czosnki – nornice.
W ogrodzie, w którym ustali się równowaga biologiczna, zużywamy mniej chemii, wody i… sił. Pracę w zasadzie można ograniczyć do wiosennego usuwania suchych pędów i cięcia krzewów. Warto mieć w ogrodzie taki eko-balans.

Ogrody są pełne jeżówek, floksów, paproci i bylin, ale także naturalnie rozsiewających się kwiatów sezonowych.
Modny ogród to mozaika roślin o różnych kształtach i barwach. Teraz na przykład mieni się kwiatami roślin cebulowych – tulipany, hiacynty, czosnki dają magiczny efekt wiosną. Wystarczy wyjrzeć przez okno, sadzę ich w ogrodzie tysiące! Wszystko to swobodnie się rozrasta, wzajemnie przenika, kwitnie, pachnie. Modne są też kwiaty sezonowe, często pięknie się rozsiewające: łubiny, niezapominajki, malwy... . Niesłusznie kojarzymy je jedynie z „babcinymi ogródkami”.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Łany bylin kołyszą się i szumią niczym morze. Nie przez przypadek trend zainicjowany przez słynnego projektanta Pieta Oudolfa nazywa się holenderską falą.
Koncepcja ta niczym fala zalewa ogrodowy świat – od dwóch dekad święci triumfy w Europie (zwłaszcza w Anglii, Holandii, Niemczech) i w USA. Do nas praktycznie jeszcze nie dotarła, co najwyżej musnęła prywatne ogrody projektantów i zieleń miejską. Jej znakiem firmowym są bylinowe łąki kwietne, aranżowane wokół drzew i krzewów wynurzających się z morza roślin. Ogrody takie mają wyglądać naturalnie, ale nie kopiują natury – są dokładnie zaplanowane, a rośliny tworzą piękne obrazy. Projektujemy je tak, by żyły własnym życiem, były przyjazne dla wszystkich stworzeń i wymagały jak najmniejszej ingerencji z naszej strony. Dopuszczalne jest lekkie zachwaszczenie, akceptowane są samosiejki.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Z czego według Ciebie wynika popularność bylin? Może w tych niepewnych czasach mamy dosyć jednorazowości, a wraz z nią kwiatów sezonowych?
To również efekt mody na łąki kwietne, które w angielskim wydaniu – w przeciwieństwie do tych pojawiających się już w Polsce – składają się z bylin. Sadząc je trzeba pamiętać, że pożyją dłużej niż "kolor roku", którym właśnie okrzyknięto barwę… szarą. Wbrew pozorom to ona, wraz z odcieniami brązów, dominuje na bylinowych łąkach – wszystkie jej odcienie znajdziemy w liściach i pędach roślin. Barwne kwiaty są tylko dodatkiem. Na topie jest też biel, a wraz z nią białe ogrody.

W tej dziedzinie wyprzedziłaś modę i już dwa lata temu założyłaś w Blizinach biały ogród?
On w zasadzie nie jest biały, w naturze trudno o śnieżną biel. Mieni się odcieniami bieli, różu, limonki i światłocieniami na płatkach złocieni, szałwii, bratków, na srebrzystych lub pstrych liściach funkii, firletek czy brunner. Białe ogrody wcale nie są nowością. Pierwszy powstał w latach 30. XX w. przy zamku Sissinghurst w Wielkiej Brytanii. Biel ma wiele zalet: rozjaśnia cieniste zakątki, w upały daje wrażenie chłodu. Optycznie powiększa, a wieczorami odbija światło księżyca. Białe kwiaty świecą wtedy jak latarenki. Ale wcale nie jest moją ulubioną barwą, lubię wszystkie kolory. Tuż obok zakładam właśnie ogród czerwony, a łąka bylinowa nieopodal aż kipi kolorami. Unikam jednak sztucznych, ostrych barw, może dlatego nie uprawiam dalii. Nie lubię też udziwnionych odmian – wolę na przykład tradycyjne pojedyncze jeżówki od tych pełnych, pierzastych, które nie dają owadom tyle pyłku.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Dobrze wiedzieć, co w światowej trawie piszczy. Może jednak lepiej przyjrzeć się życiu za płotem?
I zaprosić do ogrodu lokalne rośliny, często traktowane jak chwasty, np. osty, kępę pokrzyw, dziką marchew, w której wychowują się gąsienice pazia królowej i innych pięknych motyli. Te rośliny często same się do nas wpraszają. Do mnie na przykład przywędrowały śliczne firletki o drobnych fioletowych kwiatkach, rosnące dalej na naturalnej łące. Wędrują po ogrodzie, kwitną tu i tam i jest ich coraz więcej, co bardzo mnie cieszy. Zmienia się pojęcie chwastu, za które do niedawna uważane były nawet lilaki, kaliny, jaśminowce czy klony jesionolistne. Dzisiaj powróciły do łask, nie są już wycinane jak niepotrzebne „śmieciuchy”.

Jakie drzewa i krzewy królują na ogrodowych wybiegach?
Graby, klony, cisy i bukszpany, przycinane w geometryczne kształty oraz drzewa o ładnej korze, na przykład brzoza pożyteczna ‘Doorenbos’, z śnieżno białym pniem. Ukochane przez Polaków tuje na światowych wybiegach nie występują (śmiech). Chociaż nie mam nic przeciwko tym krzewom. To piękne rośliny, ale nieumiejętnie przez nas stosowane. Nie sadźmy ich w karnych szeregach. I nie wierzmy w to, że są niepotrzebne, czy nawet trujące. Gniazdują w nich ptaki, zimują owady, mogą tworzyć piękną strukturę ogrodu.

Polski ogrodnik często sam tworzy swój ogród. Takim Zosiom Samosiom udzielasz porad na antenie Radio Gdańsk. Czy zdradzisz, jak założyć ogród bez pomocy projektanta?
Najpierw trzeba przyjrzeć się działce i ocenić, co i gdzie będziemy robić: tu boisko, tam plaża, tu garden party, tam poranna kawa. Oceńmy warunki świetlne, włączmy do kompozycji drzewa. Nie można ich wycinać! A jeśli drzew na działce nie ma, to je posadźmy, będą nam dawać cień i schronienie ptakom. Nie tłumaczmy, że działka jest dla nich za mała. Jest tyle odmian małych drzew lub dużych krzewów. Preferuję te o naturalnych pokrojach np. jabłonie rajskie, jarzębiny, derenie jadalne, świdośliwy.
Tam, gdzie to konieczne, połóżmy nawierzchnie, najlepiej przepuszczające wodę, by deszczówka mogła wsiąkać z ziemię. Trawnik też się przydaje, zwłaszcza w okolicy domu. Ograniczmy go jednak do minimum i nadajmy mu w miarę prosty kształt – łatwiej będzie manewrować kosiarką. Pamiętajmy też o elementach małej architektury: murkach, schodach, ekranach, u nas niesłusznie traktowanych po macoszemu. I posadźmy rośliny. Początkującym ogrodnikom radzę wybrać te łatwe w uprawie, np. jeżówki, rozchodniki, funkie, liliowce, floksy, a z krzewów m.in. tawuły, hortensje bukietowe, forsycje. Eksperymentujmy – rośliny czasami pięknie rosną tam, gdzie – zgodnie z informacjami producentów – nie powinny. U mnie na przykład kochające słońce jeżówki ślicznie kwitną w półcieniu, pod brzozami. Domowe i ogrodowe wnętrza powinny się przenikać. Stosujmy w nich więc podobne materiały, barwy i faktury. Jeśli posadzkę w domowym salonie wykończyliśmy deskami, połóżmy podobne na tarasie, najlepiej ułożone w tym samym kierunku. Ustawmy meble i donice stylem nawiązujące do domowych sprzętów. Dodajmy miękkie poduchy, pled, latarenki, kilka bibelotów… I gotowe!

Łatwo powiedzieć, wykonać trudniej. Zwłaszcza, gdy ogród jest zacieniony, o złych proporcjach czy w rozmiarze przysłowiowej chustki do nosa?
Cień łatwo oszukać sadząc rośliny o jasnych, srebrzystych czy pstrych liściach, np. brunery, funkie, miodunki i stosując odbijające światło materiały, np. polerowaną stal, szkło, pleksi. Rośliny o jasnych liściach i kwiatach dają wrażenie lekkości i optycznie powiększają przestrzeń. Jeśli ogród jest długi i wąski poprawimy jego proporcje, prowadząc ścieżkę zygzakiem (prosta, niknąca w oddali optycznie go wydłuża), montując lustra na dłuższych bokach – pozornie poszerzą przestrzeń. W miniogrodach sprawdzą się przejrzyste i ażurowe elementy, na przykład ścianki i meble, nie przytłaczające przestrzeni. Można też zainstalować lustra, w których będą się odbijać fragmenty aranżacji, dając złudzenie większego ogrodu.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

A detale? One też są ważne…
Są jak przysłowiowa wisienka na torcie. W wolnych chwilach sama je tworzę z Rafałem, właściwie wszystkie elementy małej architektury i rzeźby w ogrodzie to nasze dzieło. Ukończyłam kurs wikliniarski i ceramiczny, ozdabiam więc ogród własnym rękodziełem - wiklinowymi kulami, ozdobami z gliny. Mąż pomaga w cięższych pracach i montażu ozdób w ogrodzie. W zeszłym roku skończyliśmy ceramicznego anioła ze skrzydłami ze stali kortenowskiej. Nazywamy go duszą białego ogrodu. Właśnie został zakwalifikowany do LICC 2020 (Londyńskiego Międzynarodowego Konkursu Twórczego) w kategorii Sztuka.

Słyszałam, że rozmawiasz z roślinami. O czym można z nimi pogawędzić?
Trochę ze mnie nawiedzona ogrodniczka (śmiech). Często rozmawiam z roślinami, chwalę je, że są takie piękne i dzielne. To element zielonej terapii – wszystkim polecam! Dyskutuję też z owadami. Zdarza mi się na przykład przenosić trzmiela na kwiat z pyłkiem. Wtedy proszę go, żeby mnie nie dziabnął – to działa!

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Od czasu do czasu warto też pogawędzić z sąsiadem?
Dlatego pozostawmy w ogrodzeniu czy w żywopłocie prześwit lub małe okienko – do pogawędek z sąsiadem, z widokiem na okolicę. Pamiętajmy też, że żywopłot to nie mur obronny, może być kolorowy i kwitnący. Jest wiele liściastych krzewów nadających się na żywopłoty: graby, ligustry, forsycje, pęcherznice.

Twój zrównoważony ogród radzi sobie sam. Czasami jednak musisz wkroczyć z sekatorem czy szpadlem?
Oczywiście, i niektóre prace bardzo lubię. Chyba najbardziej przycinanie – zwłaszcza formowanie „chmurek” z ligustru. Zawsze mam w kieszeni lub w torebce osobisty, własnoręcznie naostrzony sekator. Najbardziej nie lubię pielenia. Na szczęście rzadko to robię – usuwam tylko skrzypy i perz, dla nich jestem bezwzględna! Odchwaszczanie kłóci się z moim światopoglądem, nie uznaję pojęcia chwastu. Wystarczy spojrzeć na dziką marchew – kiedy zakwita na biało, jest piękna! Nigdy nie wyrzucam samosiejek, przesadzam je albo daję w prezencie.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Pięknie to brzmi, pora więc trochę ponarzekać. Zakładając i pielęgnując ogrody popełniamy wiele grzechów...
W naszych ogrodach wciąż króluje schemat – trawnik pośrodku, rabaty na obrzeżach. Marnuje się tyle miejsca! Na trawniku sadzimy pojedyncze rośliny, które nie czują się najlepiej w trawie i utrudniają koszenie. Kochamy iglaki, bo nie śmiecą. Dzięki nim ogród jest ładny zimą, ale poza tym tchnie nudą. Boimy się innych roślin, bo stale się zmieniają, zanikają i przekwitają. Trudniej więc tworzyć z nich kompozycje. Nie rozumiem też mody na różaneczniki, które lubią zaciszne miejsca w półcieniu. Na nowych osiedlach pozbawionych drzew często czują się po prostu źle.
Polacy panicznie boją się chwastów! Żeby nie rosły, często powierzchnie kwietników wykładają włókniną lub czarną matą. A przecież wystarczy sadzić rośliny gęściej – nie tylko utrudnią wzrost chwastom i je zamaskują, ale będą też lepiej wyglądać. Mata jest również barierą dla dżdżownic i tlenu, bez którego giną w glebie wszystkie organizmy. W takiej ziemi nic potem nie wyrośnie.
Wysypujemy, zwłaszcza małe ogrody, kamieniami i żwirem. Powstaje kamienna pustynia. Posadzone na niej pojedyncze rośliny męczą się w upały pod warstwą rozgrzanych kamieni, na których dodatkowo osiada pył. A to koszmar dla alergików. W takim ogrodzie nie znajdzie pokarmu ani kryjówki żaden ptak czy owad.
Zamęczamy rośliny nadopiekuńczością, stale je dokarmiamy, podlewamy. I hodujemy wychuchane „dzieciaczki”, nie radzące sobie w ogrodowym życiu. One muszą się hartować, walczyć o pokarm, wodę, światło. Wtedy są silniejsze, niższe, bardziej zwarte i odporne.

Jednym słowem chuchamy i dmuchamy na nasz mały raj, a potem narzekamy na brak czasu i ból kręgosłupa?
No właśnie. Czas zmienić podejście do ogrodu. Powinien być on źródłem radości i miejscem do relaksu, a nie ciężkiej pracy. Nie obciążajmy się niepotrzebnymi czynnościami! Ja tak robię i każde wyjście do ogrodu jest dla mnie przyjemnością.