1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ogród w Komorowie wśród 100 najpiękniejszych ogrodów świata

Ogród w Komorowie wśród 100 najpiękniejszych ogrodów świata

Bajeczny ogród uznany za jeden z najpiękniejszych na świecie ma zaledwie 500 mkw. (Fot. archiwum prywatne)
Danuta Młoźniak kocha ogrody z angielską nutą, jej prywatny „Ogród nie tylko bukszpanowy” został uznany za jeden ze 100 najpiękniejszych na świecie! Można go podziwiać w książce znanej angielskiej dziennikarki Emmy Reuss, wśród aranżacji projektantów ze światowej czołówki.

Obcowanie z tym ogrodem to uczta dla zmysłów. Delektować się można zacząć jeszcze przed przestąpieniem progów ogrodu, na widok pięknej żółto-niebiesko-różowej rabaty zaaranżowanej wzdłuż muru posesji, jakby żywcem przeniesionej ze słynnego angielskiego ogrodu Hidcote Manor. Pod parasolami wiśni „Umbraculifera” rosną tu hosty, orliki, żurawki, po murze wspinają się róże powojniki i bluszcz. Trudno oderwać od nich wzrok. Warto jednak uchylić furtkę, by wkroczyć w świat kształtów, aromatów i… luster, sprytnie ulokowanych wśród zieleni, które są znakiem firmowym tego ogrodu. To samo można powiedzieć o topiarach – krzewach strzyżonych w różne, często wymyślne, kształty. Jak z dumą twierdzi właścicielka – jest ich w ogrodzie blisko 350.

Jakie to uczucie posiadać jeden z najpiękniejszych ogrodów świata?
Rozpiera mnie duma! Ale też zdaję sobie sprawę, że istnieje wiele równie pięknych ogrodów, których nikt nie zauważył. Ja miałam szczęście – zdjęcia mego ogrodu dostrzegła w Internecie Emma Reuss, znana w Anglii „zielona” dziennikarka i autorka książki Garden Design. Close up prezentującej 100 najpiękniejszych ogrodów świata. Spytała mnie, czy zgodzę się na publikację. Jakże mogłabym się nie zgodzić?! Mój ogród znalazł się w rozdziale o małych ogrodach formalnych, tuż obok aranżacji Andy Sturgeona, wielokrotnego złotego medalisty największej światowej wystawy ogrodniczej Chelsea Flower Show.

(Fot. materiały prasowe)

Serdeczne gratulacje! Niebawem będziesz obchodziła 50. rocznicę pracy w ogrodnictwie. Aż trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od... kaktusów?
Tak, pokochałam je, mając 14 lat. Skubnęłam od kogoś odnóżeczkę i posadziłam w doniczce. Mieszkałam wówczas w Broku nad Bugiem, w domu babci Michaliny. Często jeździłam do Warszawy na zakupy, a tam na Kruczej była duża kwiaciarnia pełna m.in. kaktusów. Zawsze kupowałam kilka, często kosztem rajstop (śmiech). W końcu miałam ich ponad 200! Tata zrobił mi półki na kaktusy pod parapetem i w letnim domku pod okapem. Zapisałam się do Polskiego Towarzystwa Miłośników Kaktusów, jeździłam na prelekcje do Katowic, Łodzi…

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że zostanę ogrodnikiem, chociaż tata mi powtarzał: „Już ty z kwiatków jeść nie będziesz”. Bo wtedy, w latach 70., ludzie nie mieli ogrodów ozdobnych. Królowały warzywniki, ogródki użytkowe. U mojej babci rosły też truskawki i trochę kwiatów. Nie było trawników, bo nie było kosiarek. Pamiętam, że swój pierwszy trawniczek ścinałam nożem, na kolanach. To był prymitywny świat… . Gdybyśmy mogli wcześniej podróżować, też byśmy mieli takie ogrody, jakie inne nacje od 300 lat. A my dopiero w latach 90. zaczęliśmy je tworzyć.

Ale były wyjątki. Wkrótce poznałam pewną starszą panią, która jako jedyna w Broku miała w ogrodzie gatunki skalne tworzące w czasie kwitnienia barwne poduchy. Pomagałam jej, a ona odwdzięczała mi się roślinami, z których natychmiast stworzyłam u siebie ogródek bylinowy.

Potem skończyłaś ogólniak i Policealne Studium Ogrodnicze przy ulicy Bełskiej w Warszawie – specjalność kwiaciarstwo?
Rodziców nie było stać, żeby posłać mnie na studia. Tym bardziej, że studiował już mój brat. Potem przekonałam się, że papierek nie jest istotny. Ważne, że żyje się w ogrodach, że się je urządza i kocha. Gdy wróciłam do Broku, pracowałam jako księgowa i sekretarka. Ale wciąż dokształcałam się w zielonych sprawach, oglądałam programy Jeffa Hamiltona, angielskiego guru ogrodnictwa, które pojawiły się w latach 90. w telewizji. Marzyłam, żeby choć raz pojechać do Londynu, na największą światową wystawę ogrodniczą Chelsea Flower Show. Potrzebna była jednak wiza, mało kto myślał wówczas o zagranicznych wyjazdach.

Interesowałam się też budownictwem, kupiłam książkę „Jak tanio zbudować dom” i namówiłam rodziców na budowę własnego lokum. Zamiast pływać kajakiem po Bugu i leżeć na plaży, pomagałam rodzinie w budowie, podając 20-kilowe pustaki. Nie byłam typową nastolatką…

Kochasz jeszcze kaktusy?
Miłość do nich mi przeszła, gdy zakochałam się w bylinach. Kupiłam w Krakowie kolorowe lilie (wtedy wszyscy mieli tylko pomarańczowe), a w Warszawie, u pewnego księdza-ogrodnika, irysy. Oferty znajdowałam w gazetach ogrodniczych. Brat przywoził z praktyk w arboretach różne drzewka… W naszym ogrodzie pojawiły się więc wtedy modne tuje, jałowce i świerki srebrne…

Wtedy wstałaś z kolan i zaczęłaś kosić trawnik kosiarką, jedną z pierwszych w Polsce?
Owszem, gdyż w międzyczasie wyszłam za mąż za Witka, który ma niesamowity zmysł techniczny. Gdy zobaczył, jak się męczę, ścinając trawę na kolanach, skonstruował kosiarkę z… silnika od pralki. Nasz ogród zaczął budzić ciekawość sąsiadów.

Jako zodiakalny Baran kochasz zmiany. Teraz na przykład tworzysz czwarty ogromny ogród swego życia we wsi Przypki, rzut beretem od działki w Komorowie. Ale męża nie zmieniłaś?
Broń Boże! Bardzo się uzupełniamy. Witek ma inżynierski umysł – jak nie potrafi czegoś zrobić, to konstruuje maszynę, która to zrobi. Stworzył na przykład urządzenie do mielenia kompostu, dzięki któremu materia organiczna szybciej się rozkłada i zamienia w życiodajny dla roślin puch. Wiele innych rzeczy robi sam, np. komplety mebli gotyckich, które widział w angielskim sklepie z antykami, ale były za drogie. Zakłada instalacje nawadniania, oświetlenia, samooczyszczające się stawy kąpielowe, wodne detale... Jest też prawdziwym artystą… Widzisz tę damę ze stalowego drutu, która w Anglii kosztuje krocie? To jego dzieło.

Damę ze stalowego drutu, popularny detal w ogrodach w stylu angielskim, wykonała mąż Danuty Młoźniak, Witold. (Fot. archiwum prywatne)

Owszem, bardzo piękna. Ale odwiedzały Was też inne urocze damy?
Do naszego ogrodu w Broku przyjechała Maja Popielarska z ekipą, by nagrać odcinek programu „Maja w Ogrodzie”. Pamiętam jej miłe słowa: „Ten ogród przypomina najwspanialsze dzieła angielskich ogrodników”. Bardzo mnie to podbudowało! Kiedy przeprowadziliśmy się do Warszawy o mojej kaktusiarskiej pasji dowiedziała się telewizja i kilka razy zaprosiła mnie do studio. Pomału stawałam się osobowością telewizyjną (śmiech). W końcu poczułam, że czas pożegnać się z pracą księgowej i rozpocząć karierę ogrodniczą. Zatrudniłam się jako główna ogrodniczka w pewnej rezydencji, ukwieciłam tamtejszy ogród roślinami z własnego ogródka, zbudowałam staw ozdobny – a ponieważ wyszło pięknie – zgłosiłam go do konkursu w „Muratorze” na najpiękniejsze założenie przydomowe. Zdobył II miejsce! Posypały się zlecenia… Otworzyliśmy z Witkiem firmę Gardenarium, projektującą i zakładającą ogrody. Oglądaliśmy dostępne w TV programy ogrodnicze, czytaliśmy wszystkie pisma ogrodnicze, łącznie z angielskim „Gardeners’ Word”.

Najwięcej jednak nauczyły Was ogrodowe podróże. Pamiętasz Wasz pierwszy raz w Anglii?
Kiedy Polska weszła do Unii w 2004 r., natychmiast kupiliśmy bilety na samolot i polecieliśmy do Londynu. Co roku odwiedzamy tamtejszą wystawę. Zapisaliśmy się nawet do Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego, żeby nie zwiedzać jej w tłumie, tylko zaraz po królowej, kiedy jest mniej zwiedzających. Jeździmy wszędzie tam, gdzie jest szansa zobaczenia ciekawych ogrodów – również do Niemiec i Holandii.

Zawsze wybieramy małe prywatne ogrody, które otwierają swe podwoje tylko na kilka dni w roku, albo jeździmy do miejsc wyłącznie po prywatnym umówieniu się. Nie kręcą nas miliony tulipanów w holenderskim parku Keukenchof, usztywnione szpilami wbitymi w cebule. Rośliny stoją jak żołnierze, a potem umierają. I te tłumy… Wyszukuję ciekawe ogrody w Internecie, czasopismach i agencjach fotograficznych. Odkąd mąż nauczył się jeździć zgodnie z ruchem lewostronnym, wszystkie angielskie ogrody stoją przed nami otworem.

Słyszałam, że podczas podróży polujesz nie tylko na piękne ogrody i rośliny, ale też na detale, przedmioty z duszą.
Wyszukuję na giełdach antyków ogrodowe perełki – stare narzędzia, szlachetne donice, rzeźby, urocze ławki i inne meble, kołatki do drzwi. Niekoniecznie cenne historycznie, ale zawsze z duszą. Czasami nawet mały przedmiot uruchamia wyobraźnię, jest bodźcem do stworzenia projektu. Uwielbiam buszować w centrach ogrodniczych, szybko zapełniam koszyki roślinami. Towarzyszą temu wielkie emocje! Może jestem zakupoholiczką? (śmiech) Na szczęście Witek to spec od pakowania roślin do walizek. Organizował nawet na ten temat kursy! Pewnego razu zapakowaliśmy do podróżnej torby 25 róż! I z powodzeniem przetransportowaliśmy je samolotem z Anglii.

Aż wreszcie zbudowaliście własny dom i założyliście pierwszy własny ogród w Komorowie – jak się wkrótce okazało jeden ze 100 najpiękniejszych na świecie.
Wtedy stać nas było tylko na małą działkę, a ta w Komorowie nie była duża (wraz z domem ma około 500 m2) i miała trudny do zagospodarowania kształt trapezu. Ale niełatwe wyzwania to moja specjalność! Każdy mankament można zamienić w atut. Długo myślałam nad projektem, pomogły mi bardzo wyjazdy do Anglii przynoszące coraz więcej odkryć, np. krzewy bukszpanów strzyżone w kule i inne formy, choćby ptaków (tzw. topiary). Stwierdziłam wówczas – to jest to! Wkrótce bukszpanowe ptaszyska przywiezione z Holandii zamieszkały w moim ogrodzie.
Każdy liczący się projektant ma swoje logo, znak firmowy. Moim do dzisiaj jest stożek i dwie zielone kule wystrzyżone sekatorem w bukszpanach i cisach. Te dwie rośliny królują w moim ogrodzie w Komorowie. Kolejne dobierałam powoli i bardzo starannie, gdyż ze względu na mały teren realizacja wymagała umiaru, dyscypliny i konsekwencji. Paletę barw ograniczyłam do bieli, zieleni i czerni. To dopiero była ekstrawagancja! Czasami wprowadzam czwarty kolor, zwłaszcza mój ukochany burgund.

Dzięki lustrom ogród w Komorowie zyskuje optycznie dużo więcej przestrzeni. (Fot. archiwum prywatne)

Poopowiadaj jeszcze trochę o tej „angielskiej” perełce…
Ogród składa się z czterech części – frontu, tarasu, zakątka za domem oraz trójkątnej przestrzeni za podjazdem. Postanowiłam udowodnić, że nawet tak małej przestrzeni można nadać formalny charakter, uporządkowany i do bólu konsekwentny. Z trzech stron miałam sąsiadów, a z czwartej ulicę, musiałam więc zasłonić niepożądane widoki. W tym celu cierpliwie chodziłam po działce i oglądałam ją z okien domu. Sprawdzałam, jak zasłonić każdy brzydki słup czy dach. Tak postępuję również u klientów. W efekcie moi pracownicy często biegają z uniesionymi grabiami i udają drzewa, żebym mogła dokładnie wypunktować miejsce, gdzie powinny się one znaleźć (śmiech). Od ulicy odgrodziłam się białym murem, porośniętym bluszczem i różami, wzdłuż którego stworzyłam angielską rabatę. To była inspiracja dla sąsiadów, aby tworzyć, tak jak my, urocze przedpłocia.
Z tyłu domu, gdzie najbardziej lubię wypoczywać, urządziłam kącik do relaksu ze stylową drewnianą ławką (taką samą jak słynna ławka projektu Edvina Lutyensa z angielskiego ogrodu Sissinghurst) i minimalistyczną ścianą wodną w formie stalowej płyty. Dziś mam 4 elementy wodne, liczne rzeźby, 9 luster…

Odbicie sadzawki w lustrze to detal, który bardzo przyciąga uwagę. (Fot. archiwum prywatne)

No właśnie, cały dowcip tkwi jednak w lustrach?
Tak, na tak małej działce musiałam skorzystać z ich powiększającej mocy. Ludzie pukali się w czoła – lustro w ogrodzie? Ale ja często widywałam to rozwiązanie za granicą, dobrze poznałam magię lustrzanej tafli, która pozwalała wydobyć w ogrodzie dodatkowe obrazy, normalnie niewidoczne dla oka. Lustra otwierają drzwi do kolejnych zielonych światów, zacierają granice. Odbicia w nich mnożą obfitość roślin i sprawiają, że nawet mały ogród zyskuje dodatkową głębię. To magiczne narzędzie! W moim ogrodzie zwłaszcza największe lustro wprowadza do kompozycji niezłe zamieszanie – dzięki niemu przestrzeń wydaje się dwa razy większa!
Urozmaiceniem ogrodu są eleganckie detale – kule z polerowanej stali, granitu i szkła, donice w formie masek na murze, francuska konewka z XIX w., kwietniki, świeczniki i rzeźby.

Nic dziwnego, że na organizowane przez Ciebie w komorowskim ogrodzie Święto Róż, które co roku odbywało się w pierwszą niedzielę czerwca, ściągały tłumy.
Tak, lubię dzielić się z innymi pięknem i wiedzą. Dlatego właśnie w 2010 r. stworzyłam wraz z synem Michałem (informatykiem i programistą) pierwszy w Polsce portal ogrodowy „Ogrodowisko”, pełen zdjęć, artykułów i porad. Jest też forum, na którym każdy może znaleźć odpowiedzi na swoje pytania i wątpliwości dotyczące ogrodnictwa. Co więcej, może założyć tu swój pamiętnik ogrodowy. Dzieliłam się z innymi wiedzą z zakresu projektowania i pielęgnacji ogrodów. To dużo pracy, ale i wiele radości i mnóstwo satysfakcji. Wyobraź sobie, że forumowicze pisali o mnie… wiersze. Zyskałam przydomek ogrodowej czarodziejki. Odmieniałam ludziom nie tylko ogrody, ale i życia. Udało mi się uratować kilka ludzkich istnień, zarażając ciężko chorych ludzi pasją do ogrodu. Nie poddawali się, zdrowieli... Potem pisali do mnie listy.

To się nazywa hortiterapia?
Uratowałam też parę małżeństw przed rozwodem. Ogród ponownie je połączył. Myślę też, że prowadząc portal zrobiłam wiele dla polskiego ogrodnictwa. Dzieliłam się tym, co widziałam za granicą, zarażałam pomysłami. Gdy wprowadzałam coś nowego do ogrodu, ludzie starali się to kopiować. Pokazywałam, jak od A do Z stworzyć ogród, łącznie z instalacjami. Robiłam forumowiczom całe projekty! Wielu ludzi skorzystało. Skąd o tym wiem? Bo przyjeżdżają do nas i pokazują zdjęcia. Mówią: „Dzięki Pani to mam”. Często nie wierzę, że to ja stworzyłam tak piękny projekt (śmiech).

Ale w końcu trochę się do tego zniechęciłaś?
Nie tyle zniechęciłam, co zmęczyłam. Bo ludzie myśleli, że jestem do dyspozycji przez całą dobę. I o 22.00 dzwonili z ogrodowymi problemami. Doszło do tego, że Sylwestry spędzałam z forumowiczami przed monitorem komputera. A ślęczenie przed ekranem nie jest dobre dla zdrowia. Wolę się ruszać, pracować w ogrodzie ze szpadlem w dłoni.

Poza tym pochłonęło Cię coś nowego… W Twym ogrodowym życiu nastąpił bowiem przełom i ogród w Komorowie przestał Ci wystarczać?
Któryś ze znanych angielskich ogrodników powiedział kiedyś, że nie chce być kustoszem swojego ogrodu, lecz stale jego twórcą. Skończony ogród nie daje już tyle satysfakcji, szuka się nowych wyzwań, możliwości tworzenia. Mam podobnie. Według mnie na tym polega atrakcyjność życia, żeby nie siedzieć zbyt długo w jednym miejscu, gdzie każdy listeczek jest ci dobrze znany. Trzeba tworzyć, tworzyć, tworzyć… Coraz bardziej dojrzewało we mnie i w Witku marzenie o dużym ogrodzie otwartym dla miłośników zieleni, gdzie przestrzeń do sadzenia roślin nigdy się nie skończy.

W 2014 roku kupiłaś trzy hektary ugoru w Przypkach w województwie piaseczyńskim i zaczęłaś realizować swe marzenie, tworząc duży otwarty ogród o wiele mówiącej nazwie „Ogrodowisko – Nasza Nowa Anglia”.
Marzył nam się ogród w stylu Arts & Crafts: podzielony murami, żywopłotami czy trejażami na pokoje. Takie ogrody powstawały w Wielkiej Brytanii na przełomie XIX i XX w. To mój ulubiony styl, którego prowodyrką była kultowa ogrodniczka i malarka Gertrude Jekyll. Jedną z charakterystycznych cech tego stylu jest łączenie geometrycznej kompozycji ze swobodnymi nasadzeniami bylinowymi. Dominują linie proste – widać to w rabatach, trawnikach i innych formach. Mimo tego uporządkowania ogród wygląda jednak naturalnie. Regularne ramy z formowanych żywopłotów wypełnione są bowiem bujną roślinnością. Rośliny zachęca się do ucieczki spod kontroli, rozrastania się na ścieżki i mury.

Ogród w Przypkowie – „Naszą Nową Anglię” – odwiedza wiele osób, między innymi fotografka z Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego (RHS), założonego w 1804 r. w Londynie. Zdjęcia ogrodu ukazały się w prestiżowym magazynie „Garden Answers”. Będzie też opublikowany w USA, w magazynie „Fall Gardeners”.(Fot. archiwum prywatne)

Jednym słowem chcesz stworzyć w Przypkach wielopokojowy ogrodowy apartament, tak inny od „kawalerki” w Komorowie?
Coś w tym jest. Mam wizję całego ogrodu i na planie kolejno wklejam pokoje, pomysły – jak puzzle. Jest m.in. długa rabata (Long Border), ogród wgłębiony (Sunken Garden), zakątek wodny (z jeziorkiem) i kąpielowy (z samooczyszczającym się stawem), warzywnik w drewnianych skrzyniach. Ten ostatni powstał jako pierwszy – już teraz potrafi nas wyżywić. Mamy też kurnik z 23 kurami znoszącymi zdrowe jaja. Mieszam kolorowe warzywa z jadalnymi kwiatami – pięknie to wygląda… W najbliższej przyszłości powstanie „pokój” nowoczesny, preriowy, różany i wiele innych. Na razie zagospodarowaliśmy hektar, mamy jeszcze mnóstwo pomysłów… i energii.

Wiesz po co nam to wszystko? Chcemy tu osiąść na stare lata, gdy będziemy kuśtykać z laseczkami i nie będziemy już mogli jeździć do ukochanej Anglii. Ale też nie będziemy musieli, gdyż stworzymy ją u siebie. Żebyśmy mieli możliwość bycia w miejscach, które zapadły nam w pamięć, bo mamy swoje ulubione ogrody, do których wracamy po 8-9 razy w różnych porach roku.

„Naszą Nową Anglię” odwiedza wiele osób, między innymi fotografka z Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego (RHS) założonego w 1804 r. w Londynie. I nasz ogród w Przypkach ukaże się w prestiżowym magazynie „Garden Answers”. Będzie też opublikowany w USA, w magazynie „Fall Gardeners”.

Tego jeszcze nie było, gratulacje! A teraz trochę zmienię temat – odwiedzają Was nie tylko wspaniałe fotografki, ale i okoliczne zwierzęta.
I owszem! Bywają u nas białe daniele, lisy, jeże, przylatują rzadkie ptaki, mieliśmy nawet własnego bobra. W stawach, basenach i w trawie mieszkają miliony kijanek, z których wyrasta mnóstwo żab. Wyobraź sobie ich wieczorne koncerty. Zwierzęta zaglądają do nas na moment lub mieszkają na stałe, czują się bowiem bezpiecznie. Nie stosujemy chemii, opryskujemy rośliny gnojówką z pokrzyw i żywokostu. Nie sprzątamy ogrodu przed zimą – czekamy z tym do wiosny, żeby w nieuprzątniętych opadłych liściach i pędach bylin przezimowały owady oraz drobne zwierzęta. A teraz ja zmienię temat – może wybierzmy się na ogrodowy spacer?

Danuta Młoźniak ma słabość do bylin.(Fot. archiwum prywatne)

Bardzo chętnie. Tak tu pięknie! Stworzyliście cudny krajobraz.
Popatrz na tę szkarłatną różę. Powąchaj – co za aromat! Spójrz na molinie (trawy ozdobne) – jak pięknie wirują na wietrze. A to aster 'Lady in black', o białych kwiatach z kroplą fioletu. Tu zaś ogrodowa olbrzymka Wernonia – bylina o fioletowych kwiatach wysoka na ponad 3 metry. Tu jest rabata astrowa, obok daliowa, hortensjowa, a tam limonkowa, pełna białych, żółtych, zielonych roślin. Chcę dodać jej pikanterii dodatkiem czarnych i pomarańczowych elementów. Tam będzie żywopłot z buka, tu z cisa, a dalej „pokój” zagłębiony w ziemi na około 80 cm. Ten zakątek, pełen czerwieni, fioletu, czerni i pomarańczy, nazwaliśmy piekłem. Obok niego jest niebo, czyli rabata z niebieskich, białych i pastelowych kwiatów. Tu robimy ogród różany ze zbiornikiem wodnym i rzeźbami, podzielony na trzy pokoje. Są też dwie szklarnie, jedna z nich służy raczej za green house, idealny na kawę w chłodniejsze dni. Przed nią posadzka wykonana z materiałów z odzysku – zbieranych przez lata płyt, kostek, dachówek, potłuczonych donic. Mam też zbiór kół zębatych i zardzewiałych taśm, z których wkrótce powstanie rzeźba. A ta wspaniała miedziana wanna z odzysku pochodzi ze starego pałacu. Uwielbiam dawać drugie życie starym przedmiotom.

A to moje ulubione miejsce – staw kąpielowy łączący w sobie zalety basenu (można w nim pływać) i naturalnego stawu (rosną w nim rośliny), zaprojektowany tak, by nie trzeba było używać chemii. Woda, zasysana z części basenowej, przepływa przez system filtrów, następnie wypuszczana jest w części brzegowej, gdzie przepływa przez dwie strefy z roślinami oczyszczającymi. A nieopodal w malowniczym jeziorku można popływać pontonem lub łódką i poczuć się jak na Mazurach.
W ogrodzie prawie wszystko robimy sami, mamy tylko jedną pracownicę. Tyramy od rana do wieczora, ale bardzo to kochamy.

Staw kąpielowy łączący w sobie zalety basenu (można w nim pływać) i naturalnego stawu (rosną w nim rośliny), zaprojektowany tak, by nie trzeba było używać chemii. (Fot. archiwum prywatne)

Zdarzają Wam się jednak randki w marchewce?
Owszem (śmiech). Są chwile bez nerwów i pośpiechu, kiedy spokojnie pielimy sobie warzywne grządki. Ale wolimy zachody słońca na tarasie, nad kąpielowym stawem. Koncerty żab, ptaków, złote godziny… Mam nadzieję, że takich chwil będzie coraz więcej.

Jesteś tutaj taka szczęśliwa! I masz mnóstwo energii. Skąd ją bierzesz?
Odziedziczyłam ją po mamie, która też była niezłomna. Często tyram jak dziki chłop (śmiech), wykonuję prace ciężkie nawet dla mężczyzny. Tamtą rabatę zakładałam non stop przez 15 godzin! Czasem taplam się w błocie, w którym zostają kalosze, deszcz spływa po włosach. Wtedy zakładam płaszcz, kaptur i… mogę pracować do upadłego. Ogrodnictwo to pasja ludzi wytrwałych, nie można iść na skróty.

Piszesz też książki ogrodnicze, które sprzedają się jak świeże bułeczki?
Tak, związałam się z jednym wydawnictwem. Powstały już dwa tomy z serii „Jak zaprojektować ogród marzeń” i „Jak dbać o ogród marzeń”. Wkrótce powstaną kolejne. Sprzedają się świetnie, było już kilka dodruków, co bardzo dopinguje mnie do pracy, bo wcześniej byłam sceptycznie nastawiona do pisarskiej działalności.

Wiesz, kiedyś czytałam wywiad ze świetną aktorką – Danutą Stenką. Utkwiła mi w głowie rada często powtarzana przez jej mamę, która bardzo wierzyła w talent córki – „Siedź w kącie, a znajdą Cię”. To również moja maksyma - o nic w życiu nie zabiegałam. Robiłam to, co dyktowało mi serce, byłam autentyczna, ogrody były i są moją pasją. I ludzie to zauważyli, docenili.

Mogłabyś robić w życiu coś innego?
Nie wyobrażam sobie innego życia i innej pracy. W zasadzie tylko podczas snu nie myślę o ogrodach. Ale może się mylę i czasami jakiś kwiatek mi się przyśni? Moimi ulubionymi sklepami są te ogrodnicze – nie wyobrażam sobie, żeby nic nie kupić. W efekcie wnętrze mego auta zawsze jest zabłocone… W sklepie ogrodniczym zwykle wybieram największy wózek, który przeważnie okazuje się za mały (śmiech).

Podobnie jest z Twoimi ogrodami...
Czuję, że większego już nie będzie… Mamy jeszcze do zagospodarowania tyle miejsca… Serdecznie zapraszamy wszystkich do wizyt – online, na portalu ogrodowisko.pl i w realu. Wszystkich ugościmy, wszyscy się pomieszczą.

Danuta Młoźniak, projektantka i założycielka ogrodów, właścicielka firmy Gardenarium i portalu Ogrodowisko, cenionego za praktyczne porady ogrodnicze. Współpracuje z programem telewizyjnym „Maja w ogrodzie” i wiodącymi pismami o tematyce ogrodniczej; jest autorką książek ogrodniczych (wyd. Multico). (Fot. archiwum prywatne)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze