1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Urbanistyka – na czym polega nowoczesne projektowanie miast?

Urbanistyka – na czym polega nowoczesne projektowanie miast?

Miasta dla ludzi, czyli jakie? Co zapewni nam największy komfort oprócz zieleni? Przed jakimi wyzwaniami stoi obecnie urbanistyka miasta? (Fot. iStock)
W miejscach dobrych do życia słychać śpiew ptaków, deszczówka wsiąka w ziemię, chodniki łączą ludzi, a domy są na diecie. Co jest kluczem do stworzenia takiej przestrzeni? Na czym polega nowoczesna urbanistyka i projektowanie miast? Jakie wyzwania stoją dziś przed architektami? Wyjaśnia wybitna urbanistka Magdalena Staniszkis.

Z którego ze swoich budynków jest Pani najbardziej dumna?
Ze wszystkich. To jest naprawdę nadzwyczajne uczucie i ogromne przeżycie, kiedy kreuje się budynek, a później patrzy na to, jak powstaje i wpisuje się w strukturę miasta. Najbardziej znanym z moich projektów jest warszawski biurowiec Rodan, który stworzyłam dla firmy informatycznej, a ponieważ całe programowanie opiera się w zasadzie na dwóch znakach – 0 i 1, przełożyłam tę prostotę środków na architekturę. Z sukcesem – bo budynek zdobył wiele nagród i został nawet uznany za jedną z 20 Polskich Ikon Architektury. Ale osobiście najbardziej lubię dom, który mało kto widział, bo jest ukryty głęboko w lesie. Zaprojektowałam go dla swojej rodziny, więc teoretycznie nic, poza budżetem, mnie nie ograniczało. To dla architekta sytuacja zarówno komfortowa, jak i trudna – ale też bardzo dobre doświadczenie.

Nagrody architektoniczne zdobywają głównie mężczyźni. Dlaczego wciąż jest tak mało architektek?
Mało? Ależ mam mnóstwo studentek! Na uczelni kobiety zdecydowanie dominują. Często jednak słyszę pytanie, gdzie są te wspaniałe dziewczyny z dyplomami, bo nie widać ich za bardzo w naszej architekturze. I niestety muszę odpowiedzieć, że nie wiem. Może po prostu ich nie doceniamy?

A czy Pani jakąś kobietę szczególnie docenia, uznaje za mentorkę?
Kiedy zaczynałam pracować, to postacią, którą szalenie ceniłam, była Halina Skibniewska. Uważam, że to, co robiła przy ówczesnych możliwościach, było naprawdę wspaniałe. To właśnie ona była prekursorką projektowania miast w zgodzie z naturą. Jej pełne zieleni Sady Żoliborskie przeszły do historii architektury i urbanistyki. Jako uczennica mistrzów z dwudziestolecia międzywojennego była transmisją dobrze pojętej nowoczesnej architektury. Ale mam też mentora! Jest nim Marek Budzyński, z którym wiele lat pracowałam na uczelni. Jego twórczość to wybitnie indywidualna i rozpoznawalna architektura oraz niezwykle konsekwentna urbanistyka.

Budowlanka, urbanistyka miasta – to chyba jednak domena mężczyzn. Jak sobie Pani radziła w tym świecie?
Doskonale. Nigdy nie czułam się w żaden sposób dyskryminowana, może to wynika z grubej skóry albo jakiegoś braku wrażliwości, ale nie przypominam sobie żadnych złych doświadczeń. Wręcz przeciwnie, kiedy pojawiałam się na budowach, panowie mniej klęli. Nie musiałam niczego udowadniać, nikt nie podważał moich kompetencji ani nie traktował mnie mniej poważnie tylko dlatego, że jestem kobietą. Wiedza i umiejętności nie mają płci.

Które miasto Pani zdaniem jest najlepiej urządzone?
Oczywiście Sopot! I nie mówię tego z sentymentu, bo stamtąd pochodzę, ale to miasto po prostu ma dobrą, ludzką skalę. Z każdego miejsca piechotą da się dojść do kolejki, którą można dojechać wszędzie: na uczelnię, do filharmonii, do pracy. Za moich czasów w Sopocie było pięć szkół podstawowych i dwa licea, korty, dwa kina, jeden teatr, parki, place, czyli wszystko, co tworzy esencję miasta. A liczba mieszkańców porównywalna do Miasteczka Wilanów... Do tego malownicze położenie, bo Sopot z jednej strony graniczy z morzem i plażą, a z drugiej otaczają go pagórki i lasy. Jest wszystko, no może poza współczesną formą architektury, przed którą to miasto bardzo się broni, ale to chyba wychodzi mu na dobre. Ma co prawda nieco historyczną estetykę, która nie każdemu może odpowiadać, ale dzięki temu jest wizerunkowo spójne. Moim zdaniem całe Trójmiasto to fenomen dobrej urbanistyki, dobrego planowania od podstaw, choć wokół Warszawy też są przemyślane i piękne miasta-ogrody, które powstały w czasach II Rzeczypospolitej: Podkowa Leśna i Milanówek – jednolite stylistycznie, wspaniałe miejsca do życia, które sprzyjają integracji mieszkańców.

Za to na przedmieściach rządzą chaos i styl dowolny. Co to za urbanistyka? Obok parterowych dworków stoją piętrowe modernistyczne kostki lub drewniane chaty. Od Sasa do Lasa. A budynek to nie obraz, który w każdej chwili można zdjąć ze ściany. To zostanie na lata.
Dlatego praca architekta i urbanisty wiąże się z dużą odpowiedzialnością społeczną. Trudno wymagać od inwestora, żeby on miał jakąś wizję. To, jak wpisać nowy budynek w otoczenie i wykorzystać jego walory, jest rolą architekta. A ten z kolei swoją analizę powinien przekazać inwestorowi. Wytłumaczyć mu, że dom będzie wyglądał tak, a nie inaczej, bo tu wschodzi słońce, tam jest piękny widok na las, a tu dom sąsiada. Nasze wizje powinny wynikać ze starannej analizy miejsca i odkrycia jego „ducha opiekuńczego”. To, że chcemy się wyróżnić, jest zupełnie naturalne, ale wyrażajmy swoją indywidualność w ramach przyzwoitości – w czymś, co nazywamy ładem przestrzennym. Oczywiście to wszystko brzmi jak utopia, ale mam nadzieję, że ktoś, kto właśnie wybiera wymarzony projekt domu, weźmie sobie te słowa do serca. Wszystko rozbija się jednak o brak urbanistyki.

Kiedy jedziemy do Niemiec, Anglii, Skandynawii, zachwycamy się niezwykle spójną, estetyczną zabudową, podziwiamy, że nikt nie wychodzi przed szereg. Ale oni po prostu mają przepisy, które regulują, jak można swoją własność zabudować, żeby nie zaszkodzić ani środowisku, ani sąsiadowi, a do tego wpisać się w pewną wspólną wartość kulturową, jaką jest krajobraz. U nas takich regulacji niestety nie ma, dlatego mamy takie twory, jakie mamy.

W filmie Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana” jest scena, w której Jerzy Dobrowolski, „z zawodu dyrektor”, przestawia wieżowiec na makiecie zabudowy osiedla w inne miejsce. Kiedy zwrócono mu uwagę, że to jezioro, odpowiedział: „A to nie. A nie! Dobrze! To jezioro damy tutaj, a ten niech sobie stoi w zieleni”. Śmieszy to Panią?
W telewizorze tak, ale z zawodowego punktu widzenia – nie bardzo. Przez większość życia zajmowałam się nie tylko architekturą i projektowaniem budynków, ale przede wszystkim urbanistyką, czyli przestrzenią, planem oraz strukturą miasta. I mam poczucie, jakbym rzucała grochem o ścianę, bo w Polsce planowanie przestrzenne się nie przyjęło. Buduje się na rolnych łanach, przypadkowo, bez ładu i składu. Wystarczy spojrzeć na warszawskie Miasteczko Wilanów. Zapowiadało się hucznie, miał być masterplan, czyli ogólny plan rozwoju, którego głównym założeniem było stworzenie samowystarczalnego miasta w mieście. Zapomniano jednak uwzględnić w nim m.in. terenów na cele oświatowe. Skazano więc mieszkańców na prywatne szkoły i przedszkola, zamiast zadbać o to, by te podstawowe usługi publiczne rosły razem z osiedlem. Nie ma ani parków, ani centrum, a to przecież ono jest esencją każdego miasta. Jeżeli jednak takich „szczegółów” nie zaprojektuje się urbanistycznie, to ich po prostu w mieście nie będzie.

Ale jeśli chodzi o projektowanie miast, to chyba nie tylko nam zdarzają się planistyczne wpadki. W Dubaju zaskoczył mnie brak chodników. Lubię poznawać nowe miasta przez włóczęgę, a musiałam z tego zrezygnować.
Dubaj jest jednak szczególnym przypadkiem. Beduini przecież nie znali koncepcji miasta. Twórcy tej orientalnej wizji mieli więc ogromny kapitał, ale zabrakło tradycji lokalnej społeczności związanej z tym miejscem. Nie było punktu wyjścia do planowania, dyskusji o potrzebach i oczekiwaniach. Tymczasem pierwsza wzmianka o Warszawie pojawiła się w XIV wieku, a wciąż wiele ulic nie ma chodników. W związku z tym ludzie za każdym razem, kiedy muszą wyjść z domu, wsiadają do samochodu, a to m.in. powoduje korki, zanieczyszczenie powietrza, ale także brak społeczności lokalnej, bo chodnik to miejsce spotkań. Przestrzeń może więc skutecznie ograniczać relacje społeczne. A to z kolei komplikuje racjonalne planowanie, bo trudno zaspokajać potrzeby grupy, która nie jest spójna. W dobrze zaprojektowanym mieście wszystko powinno być dostępne na odległość spaceru: sklepy, szkoła, park, kawiarnia. Każde miasto składa się tak naprawdę z małych miast, które tworzą ludzie. Warszawiacy zapytani o to, gdzie mieszkają, najczęściej podają nazwę dzielnicy: Wola, Saska Kępa, Mokotów, Żoliborz, Ursynów... I nie ma to nic wspólnego ze snobowaniem się. Dzielnica jest im zwyczajnie bliższa niż wielka Warszawa.

Dlatego lokalne społeczności coraz bardziej asertywnie ingerują w wygląd miasta – z tym wiąże się nowoczesna urbanistyka.
Teraz niemal każdą decyzję konsultuje się z mieszkańcami. To oczywiście bardzo ważne, ale ruchy społeczne reprezentują zazwyczaj interesy małych grup. W finale jednak i tak ktoś musi wybrać jedną z omawianych opcji, dlatego odpowiedzialność za wygląd i strukturę miasta ponoszą rządzący. A ci z podejmowaniem decyzji mają często duży problem, bo zdają sobie sprawę z tego, że nie ma rozwiązań, które zadowoliłyby wszystkich. Łatwo więc popaść w niełaskę, a to z kolei może się wiązać z tym, że kolejnych wyborów już nie wygrają. Takie szacowanie zysków i strat bardzo utrudnia racjonalne gospodarowanie. Problem jest więc złożony.

Jest Pani współautorką planu ogólnego Warszawy (1979-1982) i główną projektantką planu zagospodarowania przestrzennego śródmieścia funkcjonalnego Warszawy (1979-1983). Co z tych wizji udało się zrealizować?
Na początku lat 70. zapanował niezwykle ciekawy czas wizji, nowych założeń, intensywnego rozwoju aglomeracji, względnej swobody twórczej i odważnych planów. Większość z nich została jednak utopiona w sosie politycznym, bo wraz ze zmianą systemu odrzucono wszystko, co kojarzyło się z poprzednim ustrojem. Z tego okresu pozostały głównie blokowiska, w których do dziś żyje w Polsce ponad 12 milionów ludzi. W Warszawie wytyczono wtedy pasmo Ursynów – Natolin, wzdłuż którego miało powstać metro, i tak się stało. Zrealizowano też ideę Wisły jako miejsca rekreacji. Pomysł ten pojawił się już w latach 50. i cieszę się ogromnie, że wcielono go w życie. Zarówno prawy brzeg ze ścieżką, jak i lewobrzeżne bulwary to jedne z moich ulubionych miejsc w stolicy.

W jakim kierunku idzie urbanistyka? Miasta wciąż się powiększają i rozbudowują kosztem terenów zielonych. Coraz śmielej i częściej wchodzimy do lasów i puszcz, zawłaszczamy linie brzegowe jezior i rzek.
To prawda, ale w architekturze na szczęście coraz popularniejsza staje się minimalizacja zużycia zasobów i energii, czyli wykorzystywanie tego, co mamy, niezajmowanie nowych terenów, niewyburzanie istniejących budynków, tylko ich przerabianie.

Znamienne jest to, że w tym roku Nagrodę Pritzkera, która jest architektonicznym noblem, zdobyli francuscy architekci Anne Lacaton i Jean-Philippe Vassal, którzy zajmują się adaptacją budynków do nowych potrzeb, w tym na przykład polepszaniem jakości blokowisk. To nie są żadne fajerwerki, projekty, które zachwycają czy wywołują przeżycia estetyczne. Po raz pierwszy wyróżniono architekturę, która jest niezwykle odpowiedzialna wobec Ziemi i ludzi. I moim zdaniem to jest absolutnie przełomowe! Słynne hasło Miesa van der Rohe: less is more – czyli mniej znaczy więcej – prawie 100 lat temu narzucało nową estetykę architektury modernistycznej. Teraz Norman Foster, absolutny gwiazdor współczesnej architektury, mówi: more for less – więcej za mniej, czyli tak przekształcać świat, żeby trzeba było jak najmniej używać zasobów i energii.

Magdalena Staniszkis: architektka, urbanistka, profesor Politechniki Warszawskiej. Prowadzi autorską pracownię projektową Staniszkis Architekt. Zaprojektowała m.in. biurowiec Rodan w Warszawie, uznany za jedną z 20 Ikon Polskiej Architektury. (Fot. archiwum prywatne)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze