1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Body shaming – jak reagować, gdy nasze ciało jest oceniane? Rozmowa z aktywistką Mają Staśko

Warto słuchać siebie nawzajem, prowadzić otwarte i szczere dyskusje. Jednak by do nich doszło, najpierw musimy być w zgodzie ze swoim własnym ciałem. Pierwszym elementem procesu uwrażliwiania będzie więc zastanowienie się nad tym, czym jest dla nas własne ciało. (Fot. iStock)
Czy to nie znamienne, że wciąż brakuje polskiego odpowiednika dla określenia „body-shaming”? A właśnie o słowa w tym zjawisku chodzi. Zwykle nieprzyjemne, a nawet jeśli z pozoru troskliwe, to i tak niepotrzebne. Aktywistka Maja Staśko mówi, że każde ocenianie czyjegoś ciała bez jego przyzwolenia jest inwazyjne. Jak się na to uwrażliwić?

Kiedy rozmowa o ciele staje się body-shamingiem?
Granica jest dosyć wyraźna, ale trudna do uchwycenia, bo nie jesteśmy jej uczeni. Tymczasem body-shaming to każda sytuacja, w której nasze ciało oceniane jest bez naszej zgody. Dotyczy nie tylko komentarzy negatywnych, ale też pozornie pozytywnych, gdy na przykład słyszymy komplement „schudłaś”, a borykamy się z zaburzeniami odżywiania. Taka ocena może wręcz spowodować nawrót choroby!

Czy możemy się więc uwrażliwić na słowa, których używamy w kontekście ciała?
Zdecydowanie tak. Miejmy jednak na uwadze, że zmiana nie nastąpi w jeden dzień. Potrzebny jest cały proces. Sama uwrażliwiam się poprzez rozmowy z innymi. Zaczynam dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie zauważałam.

Warto słuchać siebie nawzajem, prowadzić otwarte i szczere dyskusje. Jednak by do nich doszło, najpierw musimy być w zgodzie ze swoim własnym ciałem. Pierwszym elementem procesu uwrażliwiania będzie więc zastanowienie się nad tym, czym jest dla nas własne ciało. Jak je traktujemy i czy lubi być tak traktowane, a jeśli nie − to jak. Wtedy będzie nam łatwiej dzielić się swoimi doświadczeniami związanymi z ciałem, a także przyjmować perspektywę innych. To jest podstawa.

A co, jeśli sami jesteśmy względem siebie oprawcami? Jak poradzić sobie z body-shamingiem w wykonaniu wewnętrznego krytyka?
Tego typu myśli mogą pojawić się nawet u osoby mocno pracującej z samą sobą. Nie warto się za nie dodatkowo karcić, tylko zdać sobie sprawę z tego, że to konsekwencja sytemu, w którym funkcjonujemy. Po 1989 roku, gdy do Polski wkroczył kapitalizm, nagle okazało się, że nasze ciała są niewystarczające, nie mieszczą się w obowiązującej w kolorowych magazynach normie atrakcyjności. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo czerpie z tego cały przemysł urodowy.

Pokolenie naszych rodziców było pierwszym, które musiało sobie z tym poradzić i którego nie uczono, jak traktować swoje ciała. Patrzyli na wyretuszowane reklamy, nie zdając sobie sprawy, że nie odzwierciedlają one rzeczywistości. Dziś my patrzymy na przefiltrowane wizerunki na Instagramie, które wpływają niesamowicie destrukcyjnie na nasz odbiór własnego ciała. Zaczynamy przyjmować za swoje opinie rodziców i znajomych albo to, co słyszymy w pracy, w miejscu publicznym − wszędzie. Myślimy źle o własnym ciele. Jeśli mamy świadomość body-shamingu, nie chcemy tego robić i karcimy się za to. To błędne koło! Mimo wszystko warto dać sobie przestrzeń na różne myśli i emocje, które mamy w związku z naszymi ciałami. Jedna noc nie sprawi, że je pokochamy.

A czy musimy je kochać?
Absolutnie nie. Niektóre osoby wcale nie chcą kochać swoich ciał, i to jest w porządku. Jeśli nie jesteśmy wobec nich okrutni i wyzyskujący, to wystarczy, żeby dobrze funkcjonowały.

I żeby były zdrowe.
Kwestie zdrowia i ciała często pojawiają się w kontekście grubości. Tymczasem istnieją liczne badania, które pokazują, że ta relacja wcale nie jest jednoznaczna. Osoba gruba niekoniecznie jest osobą chorą czy bardziej chorą niż osoba chuda. Pamiętam, że gdy byłam młodsza i słyszałam od babci, że zdrowo wyglądam, wywoływało to we mnie wściekłość. Dla mnie oznaczało nic innego jak to, że jestem pulchna czy mam rumiane policzki. A przecież to, że wyglądam zdrowo, powinno być największym komplementem! To pokazuje straszny paradoks w naszym myśleniu.

Ja się cieszyłam, gdy babcia mówiła mi „zmizerniałaś”.
No właśnie! Gdy ja mdlałam przed maturą ze zmęczenia, byłam z siebie dumna. To dla mnie oznaczało, że jestem w stanie przemóc swoje ciało, że jestem od niego silniejsza. Mówi się „wstawaj godzinę wcześniej, a osiągniesz swój pierwszy milion”. Co za absurd! Przecież to zachęta do regularnego niewysypiania się, co jest na wskroś niezdrowe. W kapitalizmie było przedstawiane jako recepta na sukces i produktywność. To też jedna z przyczyn body-shamingu.

Zasada „opisuj fakty, nie interpretuj” sprawdza się w kontekście ciała?
Myślę, że nawet opis nie jest wskazany – no bo dlaczego mam na głos opisywać czyjeś ciało, jeżeli ktoś nie wyraził na to zgody? Jeśli powiemy osobie grubej, że jest gruba, nie odkryjemy Ameryki. Za to ona może się z tym źle poczuć, zwłaszcza że otyłość jest w naszym społeczeństwie piętnowana.

Czy są więc w ogóle sytuacje, w których możemy sobie pozwolić na opisywanie?
Jeśli ktoś o to wyraźnie poprosi, na przykład: „Czy sądzisz, że w tych spodniach dobrze wyglądam?”. Zgoda opisywanej osoby jest kluczowa.

A jak reagować na docinki bliskich osób, które są nie w złej wierze, ale przez to też nie mniej raniące?
Myślę, że to zależy od naszej osobowości oraz tego, jaką mamy relację z tymi osobami. Oczywiście, najlepiej by było, gdyby była oparta na szczerości, jasnym i prostym komunikowaniu. Wtedy wystarczy powiedzieć: „Nie czuję się z tym komfortowo”. Niestety, doświadczenie pokazuje, że bardzo częstą reakcją na takie postawienie granic jest gniew. Druga strona może zacząć mówić, że jesteśmy przewrażliwione, zrobi z tego dużą sprawę. Warto podkreślić, że to nie jest dobra reakcja na stawianie granic. One nie są inwektywą wymierzoną w osobę, która je narusza, tylko ochroną siebie i swoich uczuć.

Nie da się ukryć, że nie każdy umie stawiać granice.
Tak, wymaga to na pewno poukładania paru kwestii w głowie. Ja dopiero niedawno nauczyłam się, że gdy nie czuję się z czymś dobrze, to mówię: „Nie czuję się z tym komfortowo”, a nie udaję, że nic się nie dzieje. Trzeba sobie uświadomić, że – po pierwsze – mamy prawo wyrazić sprzeciw i postawić granice. Po drugie – to, że ktoś czuje potrzebę, by w jakiś sposób nazywać moje ciało, nie jest okej. Mam prawo to powiedzieć. W tej kwestii należy edukować innych. To nasza wspólna praca.

A jak w takim razie rozmawiać o nadwadze czy niedowadze bliskiej osoby, gdy ma to uzasadnienie? Powiedzmy, że ktoś uprawia sport i każdy dodatkowy kilogram oznacza dla niego gorszy wynik.
Komunikat musi być dostosowany do relacji i wynikać ze względów medycznych, a nie estetycznych. Nie można nikogo do niczego przymuszać. Pamiętajmy, że wyniki w sporcie nie są tak ważne jak zdrowie. Są też sprawą tej konkretnej osoby. I jeśli ona nie zdecyduje się schudnąć, by wyniki były lepsze, to przede wszystkim ona poniesie tego konsekwencje. Trzeba tej osobie zostawić przestrzeń, żeby mogła wybrać, co jest dla niej ważniejsze.

Dziś czytałam artykuł o tym, że dziewczynki coraz częściej rezygnują z lekcji WF-u ze względu na komentarze dotyczące ich zmieniających się ciał.
To wielki temat i wielki problem. Często WF, zamiast być przestrzenią, w której możemy pobyć razem i poprawić kondycję, staje się polem rywalizacji o to, kto lepiej wygląda, albo upokarzania ze względu na ciało. Blade nogi, owłosienie, chudość, grubość, rosnące piersi – mogą sprawić, że będzie to godzina opresji. Do tego niedawno minister edukacji stwierdził, że to dziewczynki bardziej potrzebują gimnastyki, mimo że problem otyłości częściej dotyka chłopców. Myślę, że potrzeba bardzo głębokiej dyskusji na temat tego, jaka powinna być edukacja dotycząca ciała i seksualności. I to nie z ministrem, a nauczycielami, nauczycielkami, psychologami i psycholożkami. To jest wielkie zadanie, które system edukacji powinien wykonać.

A co możemy zrobić, gdy nasza córka wróci z takiej opresyjnej lekcji WF-u?
Wspieram głównie osoby dorosłe, więc nie czuję się kompetentna, by wypowiadać się w kwestii dzieci. Warto w takiej sytuacji zwrócić się do psycholożki, która pracuje z dziećmi i wie, jak do nich podejść. Jest też świetne konto na Instagramie „Jak wychowywać dziewczynki”, które podpowiada rozwiązania na tego typu problemy. Prowadzą je właśnie dwie psycholożki, które mają też na koncie kilka e-booków.

A czy warto konfrontować się z obcą osobą, która pozwala sobie wobec nas na body-shamingu?
To zależy. Jeśli jesteśmy w sytuacji zagrożenia, automatyczną reakcją będzie raczej uniknięcie tej sytuacji, ucieczka lub przemilczenie. Nie obwiniajmy się, jeśli właśnie tak zareagujemy. Widocznie nie mogłyśmy inaczej. Mamy prawo zadbać o siebie. Inna sprawa, że jako kobiety możemy mieć trudność z konfrontowaniem się z innymi. Dziewczynki nie są wychowywane do wyznaczania swoich granic. Najważniejsze to pamiętać, że to nie nasza reakcja jest problemem. Problemem jest przemoc wobec ciała, zawstydzanie go. Nie obwiniajmy się, że zareagowałyśmy za słabo, nieadekwatnie, nie postawiłyśmy granic, nie krzyknęłyśmy. Tak działa nasz organizm w sytuacji stresowej i tak jesteśmy wychowywane.

Za to jeśli czujemy się w danych okolicznościach bezpiecznie, należy wyraźnie postawić granice. Powiedzmy na przykład: „Nie lubię, kiedy w taki sposób do mnie mówisz”. Jeśli mamy dostęp do naszych uczuć, warto o nich wspomnieć. Podobnie jak o naszych przemyśleniach względem ciała, mechanizmach, które uruchamia w nas taki komentarz. Że nie chcemy, żeby nasze ciało było oceniane, że ono jest dla nas, ma nam pomagać funkcjonować, a nie być oceniane.

Dziś panuje era ciałopozytywności. Ale czasem mam wrażenie, że i te w założeniu ciałopozytywne komentarze zakrawają na body-shaming. Gdy zachorowałam na tarczycę, przytyłam 10 kilo. Chciałam wrócić do dawnej wagi, a zewsząd słyszałam, że powinnam pokochać siebie taką, jaka jestem. Czy to też nie był rodzaj niepotrzebnej ingerencji w moje samopoczucie?
Był, zdecydowanie. Nawet jeśli mamy nierealny obraz ciała, to są nasze uczucia i nikt nie ma nam prawa powiedzieć: „Słuchaj, źle czujesz, czuj inaczej”. To bardzo inwazyjne, kiedy ktoś w imię idei, teoretycznie niewykluczającej i akceptującej nasze ciała ze wszystkimi uczuciami, emocjami – nagle mówi, że nasze uczucia i emocje są złe. Znów powtórzę: akceptacja swojego ciała jest procesem.

Emocje są zaś ważnym komunikatem i nie ma co ich bagatelizować czy podważać. W ciałopozytywności powinno chodzić wyłącznie o to, żeby nie być poddaną presji, zarówno wyglądania w określony sposób, jak i czucia.

A co możemy zrobić, żeby problem body-shamingu był w naszym świecie mniejszy?
Najważniejsze to słuchać siebie samych. Obserwując swoje relacje z ciałem, przepracowywać je. W dalszej kolejności słuchajmy siebie nawzajem. Nie zamykajmy się na doświadczenia innych osób. Nie powinniśmy wiedzieć lepiej, radzić, co inni mają czuć czy jak się zachowywać. Wymieniajmy się doświadczeniami.

Istnieje też coraz więcej miejsc, w których możemy uzyskać całkiem sporą dawkę edukacji i wiedzy na temat ciała, w dodatku wypracowanej przez specjalistki i ekspertki, choćby świetne, wagoinkluzywne konto o jedzeniu intuicyjnym na Instagramie, PMnutritionist czy podcast Vingardium Grubiosa tworzony przez dwie grube aktywistki Nataszex i Galantą Lalę.

Warto poznawać różne perspektywy dotyczące ciała, bo to sprawi, że przestaniemy się kierować stereotypami, uprzedzeniami czy automatyzmami w odbiorze innych. To ważny krok na drodze prowadzącej do tego, żeby body-shaming zniknął.

Maja Staśko: dziennikarka, scenarzystka, aktywistka. Współautorka książki „Gwałt to przecież komplement. Czym jest kultura gwałtu?”. Na co dzień wspiera osoby po doświadczeniu przemocy. (Fot. Dawid Majewski)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze