Akcja mobilizacja: jak pokonać jesienną chandrę?

fot. iStock

Dla wielu z nas jesień oznacza kryzys w rocznym cyklu życia. A kryzys ma to do siebie, że albo da nam siłę do walki, albo powali i osłabi. Wybierzmy pierwszą opcję i skonfrontujmy się ze wszystkim, co trudne. Nie po to, żeby cierpieć, lecz by móc to zmienić. A wiosną powiedzieć sobie: „Ale szybko minęła ta szarówka. Zrobiłam tyle fajnych rzeczy, że nawet nie zdążyłam załamać się pogodą”.

Dla większości z nas życie toczy się w dwóch światach: wiosenno-letnim, kojarzonym z radością i aktywnością oraz jesienno-zimowym, utożsamianym z brakiem energii, a nawet z melancholią. Temu podziałowi sprzyja klimat. Ale czy musimy się mu poddawać? To nie pory roku powinny decydować o tym, jak wygląda nasze życie. Uświadomienie sobie tego może być pierwszym krokiem do zmian. Niech ta jesień będzie inna. Koniec z mówieniem: „Byle do grudnia, do świąt”, a potem: „Byle do wiosny”, i z obiecywaniem: „Wiosną schudnę, poszukam nowej pracy, wyjdę do ludzi”. Takie odraczanie różnych działań tylko pogarsza nasze samopoczucie. Czujemy złość, bo zaczynamy postrzegać się jako osoby słabe. Bezczynność karmi też wszystkie lęki.

Ja i mój rozwój

„Zapiszę się na angielski, francuski, zacznę nowe studia” – obiecujemy sobie. I nic z tym nie robimy. A potem zazdrościmy komuś, kto dobrze zna język albo ciągle się dokształca. Złościmy się na siebie, że kiedyś coś zaniedbałyśmy. Im większą czujemy złość, tym mniej chce nam się zacząć. Dlaczego rezygnujemy z tego, co dla nas ważne? – Naszym największym wrogiem jest wewnętrzny opór – mówi Małgorzata Ohme, psycholożka i psychoterapeutka. – Istotne, żeby zobaczyć, z czego on wynika. Czasem winne jest tzw. wyobrażenie poznawcze, czyli wizja tego, ile trzeba będzie poświęcić czasu i energii, aby osiągnąć cel. Tak jakby edukacja była potworem, który wtargnie do naszego świata i zdestabilizuje dotychczasowy porządek. Czasem przyczyną są stereotypy. „Nauka w tym wieku? To wariactwo. Kształcenie jest dla młodych”. Często też nie chcemy się konfrontować z własnymi emocjami, choćby ze wstydem wynikającym z poczucia, że jesteśmy kimś gorszym (a przecież podczas lekcji to się wyda).

Gdy już wiemy, czego się boimy, możemy to zwizualizować. W taki sposób często z naszymi lękami pracują terapeuci. Załóżmy, że najtrudniejszy jest wstyd. Terapeuta spytałby: „Co może się stać najgorszego podczas pierwszych zajęć nauki języka?”. Usłyszałby na przykład: „Może się okazać, że jestem najsłabsza”. Dopytałby: „Ale co konkretnie znaczy dla ciebie »najsłabsza«? Może to, że nie odezwiesz się na lekcjach? Albo że nie będziesz potrafiła prowadzić swobodnej konwersacji? Bądź jako jedyna uciekniesz z zajęć i więcej się na nich nie pojawisz?”. Kolejne pytanie dotyczy tego, jak możesz sobie z tym poradzić – na przykład umawiając się ze sobą, że niezależnie od wszystkiego wytrzymasz trzy zajęcia albo porozmawiasz z koleżanką, która biegle zna język. Po co to robić? Żeby urealnić złudzenie, że ona jest wybitna. Może się okazać, że studiowała za granicą lub w dzieciństwie była z rodzicami na placówce. Urealnienie jest pomocne w odzyskiwaniu poczucia własnej wartości. Kolejny skrypt: „Jestem za stara” – też można urealnić. Każdy z nas przecież zna ludzi, którzy zaczynają robić coś późno: po pięćdziesiątce bronią doktoratu, zaczynają naukę języka, a nawet zmieniają zawód. Przykłady takich osób mogą nas zmotywować.

Karolina Cwalina, coach, twórczyni projektu „Sexy zaczyna się w głowie”, proponuje metodę, która pozwoli nam zacząć coś nowego. – Proszę klientki, żeby wyobraziły sobie, jak się czują z tym, że nie porozumiewają się dobrze po angielsku, niemiecku lub francusku. Mówią o złości, frustracji, zazdrości, poczuciu winy. Potem proponuję, żeby wyobraziły sobie siebie, gdy już podszkolą język – jakby to wpłynęło na różne obszary ich życia? Jeśli chodzi o pracę, najczęściej opowiadają o większych możliwościach rozwoju i awansu. Życie osobiste i przyjacielskie – brak poczucia wstydu, gdy podróżujesz z przyjaciółmi, możliwość załatwienia sprawy w każdym kraju. Gdy nazwiemy profity, które uzyskamy dzięki nauce, poczujemy przyszłą satysfakcję – dzięki temu łatwiej nam będzie zapisać się na zajęcia.

Rozbrajamy też bombę: „To zajmie mi tyle czasu…”. Nauka nie polega na tym, że każdego wieczoru ślęczymy w domu nad książkami. Zaczyna się od małych kroków, które wspólnie ustalamy, na przykład: kilka słówek dziennie, raz w tygodniu film w oryginalnej wersji językowej. Co zyskujemy? Latem mamy już za sobą co najmniej pół roku pracy – i nie chodzi tylko o naukę języka, ale także o wzrost poczucia wpływu i własnej sprawczości.

Ja i moje ciało

Lato jest dla naszego ciała bezlitosne. Obnaża wszystkie jego niedoskonałości. Obnaża też w jakimś sensie nas, bo żyjemy w czasach, gdy zadbane ciało jest synonimem siły, samokontroli i sukcesu. Jeśli jest za grube, za blade, za obłe – czujemy się źle. To trochę tak, jakbyśmy mieli wypisane na czole: „Nie radzę sobie ze sobą”. W efekcie, często z powodu lęku przed opinią innych lub z obawy przed konfrontacją ze swoimi głębszymi uczuciami, zaczynamy wiosną tresować ciało i je katować: głodówka albo monodiety, intensywne ćwiczenia… Ile w tym prawdziwego kontaktu ze swoją fizycznością i rozumienia jej?

Jesienią zaś ciało schodzi na dalszy plan. Schowane pod grubym ubraniem, ukryte pod płaszczem – przestaje być dla nas priorytetem. Wcześniej musztrowane, teraz zostaje zaniedbane. Nie służy mu nadmierna ilość alkoholu i inne używki, niezdrowe jedzenie oraz nadmierna praca.

– Zapominamy też, że zła komunikacja z ciałem wpływa negatywnie na nasze samopoczucie – mówi Małgorzata Ohme. – I tak wpadamy w błędne koło, bo wiosną mamy kilka kilogramów więcej, jesteśmy nieszczęśliwe i zmęczone. Tymczasem jesień to idealny czas, żeby odzyskać kontakt z ciałem. Otoczyć je troską i czułością, a nie traktować jak surowy nauczyciel czy rodzic, który stawia mu tylko wymagania. Pierwsze pytanie mogłoby brzmieć: „Co ukrywam pod warstwą tłuszczu: lęk, złość, jakieś zranienie?”. Drugie: „Co jest dla mnie naprawdę ważne i dlaczego?”. Mimo społecznej presji nie musimy wszystkie być takie same. Warto zwizualizować to, jak chcemy wyglądać, oraz co będziemy czuły, gdy to się uda: co zyskamy, a czego na przykład boimy się zyskać. Część kobiet podświadomie boi się być szczupła, bo wiążą to z wybuchem seksualności, otwartością na mężczyzn, a one tego nie chcą. Powodem może być lęk przed zranieniem, utratą związku lub zmianą w życiu.

Następnie musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za dużo jemy. Dla wielu z nas jedzenie wiąże się z konkretnymi emocjami, choćby nudą. Latem mamy więcej bodźców, by być aktywnym. Ich brak jesienią możemy odreagowywać, pochłaniając jedzenie. Zajadać możemy też smutek, rozpacz, czasem złość i stres. Ważne, by rozpoznać własny przypadek i, gdy pojawi się dana emocja, rozładowywać ją w inny sposób: pójść na masaż, akupunkturę, spotkać się z przyjaciółmi. Albo poćwiczyć – nie musimy kompulsywnie angażować się w bieganie, chodzenie na siłownię, basen lub jogę. Tym razem (to plus) czas nikogo nie goni. Niektórzy psychoterapeuci proponują następującą technikę: rozbierz się, stań przed lustrem, dotykaj się z czułością, a w końcu zapytaj swoje ciało: „Hej, czego potrzebujesz? Jak mam o ciebie zadbać?”. Zaufaj pierwszej intuicyjnej odpowiedzi – możesz czuć wstręt na samą myśl o bieganiu, ale joga już nie będzie budzić takich emocji. Nieważne, co jest modne – czasem wystarczy zacząć od spacerów czy wyjścia w niedzielę na basen. Istotne, żeby tej jesieni przyświecała nam myśl: „Nie udaję, że mojego ciała nie ma. Codziennie przeznaczam pół godziny na to, żeby coś dla niego zrobić, nawet jeżeli ma to być tylko długa relaksująca kąpiel”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »