fbpx

Daria Ładocha – ekscentryczna, wyrazista, odważna

Daria Ładocha - ekscentryczna, wyrazista, odważna
Daria Ładocha, dziennikarka, coach zdrowia, autorka blogów i książek kulinarnych. (Fot. Bartek Kulita)

Kulinaria to jej świat. Daria Ładocha prowadzi dwa blogi, program w telewizji, warsztaty, gotuje na wizji w „DDTVN”, pisze książki. Zwyciężyła w drugiej edycji „Agenta-gwiazd”, a teraz prowadzi w TVN „Ameryka Express”. Ekscentryczna, wyrazista, odważna. Czy tak robi się dzisiaj karierę?

Ma pani poczucie sukcesu?
Każdego dnia.

O?
No tak. Bo sukces to dla mnie coś namacalnego, na przykład to, że moje dziecko mówi: „Zaadoptuję koalę w płonącej Australii”. Albo że moje córki zjedzą ze smakiem obiad, który ugotuję. Albo że pójdę na trening mimo złej pogody i tego, że mi się nie chce.

Pani fani myślą zapewne o innym sukcesie, czyli o popularności, udziale w programach telewizyjnych, lajkach na Instagramie.
Ale ja nie definiuję swojego sukcesu poprzez to, jak definiują go inni. Dla mnie sukces to życie po swojemu, a nie zgodnie z czyimiś oczekiwaniami. We współczesnym świecie sukces każdy powinien sobie dookreślić, bo czym innym będzie dla pani, czym innym dla mnie.

Czym jest dla pani?
Dla mnie ma duży związek ze szczęściem. Uprzedzę pani pytanie: Tak, bywam szczęśliwa, właśnie bywam, a nie jestem. Szczęście jest tak ulotne, tak krótko trwa, że trzeba umieć je uchwycić, przytulić, ale też trzeba umieć je puścić. Wygrałam program „Agent – Gwiazdy”, była wielka radość, ale po takiej adrenalinie pojawia się pustka.

Niektórzy szukają wtedy jeszcze mocniejszych wrażeń.
Ale to ślepa uliczka. Gdy człowiek ustawi sobie się w głowie pojęcie sukcesu, to łatwiej przez niego przejść. I analogicznie – jeżeli określimy sobie pojęcie szczęścia, to łatwiej nam je znaleźć.

Wydaje się, że bardzo konsekwentnie dąży pani do sukcesu, używając współczesnych narzędzi. A może to wszystko toczy się z dużym udziałem przypadku?
Zaczęło się od tego, że pewnego dnia postanowiłam zaufać swojej intuicji. Pracowałam, szło do przodu, ale czułam, że to nie ja, że żyję nie swoim życiem. Pojechałam wtedy z rodziną na kolejny kurs gotowania do Tajlandii. Usiadłam przed pomnikiem Buddy i zapytałam go o radę, ale mi jej, oczywiście, nie dał. Usłyszałam natomiast w swojej głowie, żeby nie wracać do tego, co było. Miałam wtedy 30 lat, dziecko, pozycję zawodową. To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Bo nie wiedziałam, co chcę robić, ale wiedziałam, czego nie chcę. Czasem trzeba zrobić dziesięć kroków do tyłu, żeby zrobić jeden do przodu. Nie wiedziałam, gdzie ten krok do przodu mam postawić. I ta niewiadoma bardziej przeraża, niż jak się coś rzuca albo zawiesza.

Blog kulinarny miał być tym krokiem w nowe?
Nie, blog stworzyłam dla mojej córki, Laurki, która miała problemy ze skórą. Chciałam po prostu zamieszczać tam przepisy tego, co jej gotowałam, czyli potraw bez glutenu, nabiału, mięsa.

Nie myślała pani wtedy o karierze blogerki?
Nie, absolutnie nie to było moim celem. Wtedy musiałabym traktować pisanie bloga jako zawód, a ja chcę żyć tu i teraz.

Można łączyć jedno z drugim.
Dla mnie najpierw jest moje życie. Na przykład w czasie świąt blogerzy kulinarni ścigają się w przepisach świątecznych. Mnie wtedy na blogu nie ma. Nie mam na to czasu, bo piekę z dziećmi pierniczki albo maluję pisanki. W tym roku po raz pierwszy nie prowadziłam warsztatów przed świętami. Zmarł mój tata, postanowiłam ten czas spędzić z dziećmi. Gdybym miała menedżera, który by kierował całą strategią komunikacji, to może miałabym więcej pieniędzy i zbudowałabym kulinarne imperium [śmiech]. Wiem, że jak coś mi się nie uda, to mogę wrócić do tego, co robiłam.

Blog się udał.
Nie od razu. Pamiętam, jak wzięłam aparat do ręki, bo chciałam być samowystarczalna, a nie miałam pojęcia o fotografowaniu. Ale nie byłam tym sfrustrowana, dałam sobie prawo do tego, żeby nie wiedzieć. Często nie dajemy sobie dzisiaj do tego prawa. Chcemy być zaradne, spełnione, bogate, wszystko ma wyglądać jak na Instagramie. Mój Instagram różni się od innych, wszystko jest dlatego, że mam taką potrzebę, wynika z chwili, z tego, co u mnie się dzieje. Zaczynałam w czasie popularności blogów kulinarnych, za najlepszy uznawany był blog „Kwestia Smaku”. Ludzie mówili mi: „Nie wygrasz z taką »Kwestią Smaku«”. Tym samym podcinali mi skrzydła. Myślałam: „Dobra, zrobię to dla Laurki”. Chciałam, żeby kiedyś wiedziała, że podjęłam taki trud w ciężkich czasach, żeby to była taka internetowa biblioteka przepisów i zarazem pamiątka z jej dzieciństwa. Robiłam to też dla zabicia czasu, bo nagle zrezygnowałam z pracy. Przypadkiem zaczęłam też prowadzić warsztaty kulinarne.

Przypadkiem? A nie z pasji do gotowania?
Miałam ją od dziecka, gotowałam, jeździłam do Tajlandii, żeby się uczyć tajskiej kuchni. Ale nie planowałam nic z tym robić. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie koleżanka z propozycją poprowadzenia warsztatów kuchni tajskiej. Zaczęłam szukać miejsca, gdzie mogłabym je zorganizować. I tak trafi łam do szkoły gotowania. Tamte warsztaty się nie odbyły, poprowadziłam inne. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to jest początek mojej kulinarnej drogi. Właściciele szkoły dobrze mnie ocenili, zaprzyjaźniliśmy się, studio było najpierw w garażu, a teraz zamieniliśmy je na wielkie studio kulinarne.

Ta ocena była dla pani zaskoczeniem czy potwierdzeniem tego, co pani przeczuwała? Zaskoczeniem. Pierwsze warsztaty prowadziłam dla nauczycieli szkół gastronomicznych, czyli ludzi, którzy o gotowaniu wiedzą wszystko. Jak przed nimi stanęłam, to miałam większy stres niż przed porodem. Potem pokochałam prowadzenie zajęć, bo to taki stand-up kulinarny: przez cztery godziny trzeba utrzymać uwagę ludzi.

Pracę w telewizji też dostała pani przez przypadek?
Tak! Pracowałam wtedy jako dietetyczka. Któregoś dnia klientka spóźniała się na konsultację. Byłam wściekła, bo bałam się, że nie zdążę odebrać córki ze żłobka. Czekam i czekam, aż tu wpada piękna, uśmiechnięta kobieta, na którą nie sposób się zezłościć. Siadam, słucham, doradzam jej, potem ona poleca mnie swojemu mężowi. Okazuje się, że ta pani pracuje w TVN. Po jakimś czasie dostaję pracę swoich marzeń – gotowanie w „DDTVN”. 16 lutego minęło pięć lat od tego momentu.

Daria Ładocha - ekscentryczna, wyrazista, odważna
Daria Ładocha z córką Laurą podczas rodzinnych wakacji w Wietnamie (lipiec 2018r.). (Fot. Bartek Kulita)

Musi pani walczyć, żeby nie stracić tego, co osiągnęła?
Za bardzo kocham ludzi, miejsca, życie, żeby się spalać w walce. Nic nie muszę. Już raz zostałam zawieszona na pół roku w TVN, bo podpisałam kontrakt z pewną siecią handlową, nie wiedząc, że trzeba o tym poinformować stację. Bać się coś stracić może ktoś, kto zafi ksował się na jednym zajęciu. Dla mnie koniec czegoś to zamknięcie jednych drzwi po to, żeby otworzyć następne. Współpracowałam z Dawidem Wolińskim, Edytą Górniak, Mariną, wydawnictwem Adam & Eve, agencjami Pattern i White, byłam naczelną „Warszawskiego Poradnika Ślubnego”, zakładałam agencję reklamową 4DB, pomogłam otworzyć pierwszy butik Lilou na Mokotowskiej. Zamiast CV mam w komputerze plik zawierający wizytówki, które pokazują, gdzie mnie w życiu poniosło. Doceniam wszystko, co mam, ale wierzę, że jeszcze dużo mogę mieć. Mogę prowadzić warsztaty motywacyjne, kulinarne, być szefem kuchni, otworzyć restaurację. Jest tyle możliwości. Moim ulubionym daniem jest świeżo upieczony chleb z masłem i pomidorem. Na to zawsze uda mi się zarobić [śmiech].

Co pani pomaga w takim podejściu do wszystkiego?
Apetyt na życie. Cały czas chcę poznawać świat, nowych ludzi. Mama opowiadała mi, że jak byłam dzieckiem, to chciałam wszystkiego spróbować. Jak zobaczyłam śnieg, to od razu chciałam zjeżdżać na nartach, jak zobaczyłam pianino, to chciałam grać. Pewnego razu zauważyłam, że mój dziadek obgryza ugotowane przez babcię kurze łapki, wysysając szpik. Spróbowałam i od tego czasu babcia gotowała kurze łapki także dla mnie. Proszę sobie to wyobrazić: pięcioletnia dziewczynka wysysa szpik z kurzych łapek! Lepiłam z babcią pierogi, potrafiłyśmy ulepić po 200! Robiłyśmy naleśniki, pasztety, gołąbki, piekłyśmy ciasta, a ja wylizywałam makutry. Babcia opowiadała mi wtedy o wojnie, życiu, miłości, znałam wszystkie ploteczki z podwórka. Mnie wszystko ciekawiło.

Córki też tak mają?
Są bardzo otwarte, uwielbiają gotować. Poszły ze mną na casting, bo nie miałam ich z kim zostawić. Bawiły się tym, co było przygotowane w studiu, rozmawiały ze sobą. W pewnym momencie nikt nie zajmował się mną, tylko nimi. I Małgosia Łupina, szefowa kanałów tematycznych TVN, wpadła na pomysł, żebyśmy razem poprowadziły program. Nazwa – „Patenciary” – trafia w punkt. Bo my, kobiety, żeby mieć czas dla dzieci, na fitness, pasje i jednocześnie zarabiać pieniądze, cały czas musimy uciekać się do patentów. Staram się pokazać córkom, że nie ma sytuacji bez wyjścia. One, biorąc udział w tym programie, wiedzą, że patent zawsze się znajdzie.

Wymyśliła pani sobie te tatuaże, fryzurę, kolorowe ubrania, żeby od razu było wiadomo: uwaga, ekscentryczka, kobieta z pazurem?
Tatuaże po prostu kocham. Każdy coś oznacza: dzieci, babcię, miłość. Ludzie pytają mnie: „A co, jak ci się znudzi?”. Jak może mi się znudzić coś, co symbolizuje ukochane osoby? Fryzura to efekt tego, że nie umiem się czesać – pewnego dnia przykleiłam sobie do czoła lokówkę i się oparzyłam. A ponieważ jak gotowałam, to włosy leciały mi do oczu, więc je związałam i tak zostało. Kolorowe ubrania? W moim domu się nie przelewało, ubierałam się skromnie i szaro. Pamiętam, że pomyślałam: „Jak będę miała pieniądze, to będę się ubierała w najbardziej kolorowe ubrania”. No i kiedy teraz wchodzę do sklepu, to patrzę na półkę tylko z kolorowymi rzeczami. Dodają energii.

Dba pani o figurę?
W skali roku więcej czasu poświęcam na mindfulness, warsztaty rozwoju osobistego niż na ćwiczenia fizyczne. Znam kobiety, które rozpaczliwie się odchudzają, chodzą na siłownię siedem razy w tygodniu, ale są sfrustrowane. Myślę sobie, że trening ciała jest ważny, ale trening głowy dużo ważniejszy.

Została pani nową prowadzącą program „Ameryka Express”. Czym jest dla pani to doświadczenie?
Przygodą. To dla mnie niesamowite móc przeżywać z uczestnikami wszystkie trudne sytuacje, to, że muszą się zmierzyć ze swoimi słabościami, poradzić sobie, mając jednego dolara na dzień w biednym kraju, jakim jest Gwatemala. W tym programie są płacz i śmiech, są momenty chwytające za serce, ale mogę zdradzić, że najczęściej płaczącą osobą jestem ja.

Nie boi się pani, że skręci w obce sobie rejony? Albo że uderzy pani do głowy woda sodowa?
Nie boję się, bo mam przy sobie bliskich, którzy pierwsi mi o tym powiedzą. Pracuję teraz z Bartkiem, moim partnerem od 20 lat, on na pewno to zauważy. Nie boję się także dlatego, że mnie gna ciekawość świata. Jeżeli mogłabym się czegoś bać, to tylko tego, że ta ciekawość, energia zgasną. Ale dzisiaj ciężko mi sobie to wyobrazić. Najbardziej boję się o córki, czy wyrosną na dobre dziewczyny, czy nie dadzą się zmanipulować konsumpcyjnemu światu. Zamiast budować dom, wolę budować więzi z nimi. Dlatego co roku całą rodziną wyjeżdżamy na dwa miesiące wakacji. Tak na dobrą sprawę jest mi obojętne, gdzie z nimi wyjeżdżam, bo najważniejsze jest nie wyjeżdżanie w świat, tylko ze swoim własnym światem. To jest sukces. Powtórzę: możemy odnosić sukces każdego dnia. Pod warunkiem że sobie na to pozwolimy.

Pani sobie pozwala.
Zdecydowanie tak. Wie pani, czego się o sobie dowiedziałam? Robiono do programu badania, jak ludzie mnie odbierają, i okazało się, że niektórzy myślą o mnie jako o kimś zarozumiałym i wyniosłym. Strasznie mi było przykro, gdy to usłyszałam. Wszystko mogłabym o sobie powiedzieć, tylko nie to, że jestem wyniosła i zarozumiała. Ale być może pozwalanie sobie na bycie sobą, uśmiechanie się do wszystkich ludzi denerwuje. Trudno. Najbardziej na świecie lubię się śmiać, być sobą i nic tego nie zmieni.

Daria Ładocha dziennikarka, coach zdrowia, autorka dwóch blogów kulinarnych i książek kulinarnych dla dzieci, współprowadząca kulinarną część „DDTVN”. Obecnie prowadząca programu „Ameryka Express”. Mama 11-letniej Laury i sześcioletniej Matyldy.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze