fbpx

Drugie życie ciuchów

Drugie życie ciuchów
fot. Artur Zicz / Joanna Paradecka

„Moda ekologiczna” brzmi tajemniczo. A kluczem do sukcesu jest tkanina z odzysku, oryginalny pomysł i… marynarka staje się kamizelką. – Przetwarzanie to moja największa pasja. Fajnie zrobić coś z niczego – mówi Joanna Paradecka, projektantka mody

Jest pani mistrzynią hand remade’u. Z używanych męskich marynarek czy koszul potrafi wyczarować sukienkę, z krawatów i chustek spódnicę, ze spodni uszyć kamizelkę…

Z koszul robiłam też spodnie, fajne rzeczy wychodziły mi również z żakardowych zasłon. Wszystko da się przerobić. Liczy się kolor, tkanina, no i pomysł. Do niektórych ubrań powinnam chyba tylko dopinać instrukcję obsługi, bo klientki nie zawsze orientują się, jak je mają zakładać. Kiedyś na przykład uszyłam damską kamizelkę z męskiej marynarki – z dołu zrobiłam szalowy kołnierz, materiał wywracał się na lewą stronę piękną, mieniącą się podszewką, a kołnierz marynarki był na dole. Kobiety wkładały ją najczęściej odwrotnie. Kiedy mówiłam: „nie, nie tak, nie w tę stronę”, były bardzo zaskoczone, ale potem zachwycone wołały: „och, super!”.

Ale używane ubrania nadal kojarzą się w Polsce bardziej ze śmieciami niż z haute couture.

Niesłusznie, bo można im nadać nową, bardzo dobrą jakość, stworzyć ciuch naprawdę godny haute couture. To nie tak, że doczepię do czegoś kwiatek i już jest nowe. Nie, nie…! Proces tworzenia trwa dłużej. Najpierw wybieram w ciucholandach rzeczy niezbyt znoszone czy zniszczone, z bardzo dobrych materiałów, potem je piorę, tnę na mnóstwo różnych kawałków, robię z tego tkaniny i dopiero z nich szyję. Projektuję coś zupełnie innego. Kupuję też końcówki nowych tkanin, ale prawie 95 procent wykorzystywanych przeze mnie materiałów pochodzi z recyklingu. Stare ciuchy otrzymują więc drugie życie w nowych wcieleniach, w niczym nie przypominają swoich pierwowzorów.

Są też wyjątkowe, bo niepowtarzalne.

Tak, mojej pracowni nie opuszczają dwa identyczne modele. Może być podobny krój, ale nie taka sama rzecz. Kobieta w mojej kreacji może być pewna, że tylko ona jedna taką ma. Raz w życiu musiałam uszyć drugi taki sam płaszcz, bo ogromnie spodobał się pewnej pani w Nowym Jorku. Praca nad nim tak bardzo mnie zmęczyła i znużyła, że powiedziałam sobie: „nigdy więcej”. Moja znajoma śmieje się ze mnie, mówiąc: „Byłabyś chora, gdybyś czegoś nie zmieniła”. To prawda. Podobnie jest z ciuchami, które projektuję dla siebie. Bardzo szybko się nimi nudzę – założę coś raz, dwa i już mam ochotę je przerobić, zmienić. Codziennie chcę wyglądać inaczej.

Z pani kolekcji emanuje niesamowity dynamizm, kontrastowe zestawienie wzorów, żywe kolory, ogromna różnorodność fasonów… Wspaniale się pani tym bawi.

W dużej mierze bierze się to z mojego przygotowania artystycznego – przez dziesięć lat studiowałam kompozycję, malarstwo, nawet rzeźbę, najpierw w liceum plastycznym w Kielcach, potem na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Teraz malarstwo przenoszę na tkaniny i rzeczywiście bawię się kolorem i fasonem. Uwielbiam to robić.

Dodatki, ozdoby też tworzy pani sama?

Najczęściej biżuteryjne. Czasami w ciucholandach kupuję coś tylko dlatego, że ma piękne guziki – potem tworzę z nich na przykład broszki. Do letniej kolekcji robiłam też sandały, takie w stylu japońskim – z używanych spodni i kurtek. Przybijałam po prostu paski do drewnianych spodów. W zimowych butach jeszcze się nie specjalizuję, ale muszę o tym pomyśleć.

Ubiera pani swoją 6-letnią córeczkę i męża?

Zoję tak, ale nie za dużo, bo ona zbyt szybko rośnie i trochę szkoda prądu. Jednak wiele rzeczy kupuję dla niej w second handach. A męża? Kiedyś częściej, teraz rzadziej, bo jego trudno ubrać, jest strasznie duży (śmiech). Poza tym projektuję obecnie kolekcje tylko dla kobiet.

Dla gwiazd show-biznesu także?

Owszem. Moją fanką jest na przykład Iza Miko – występuje w moich kreacjach na wielkich galach i otwarciach w Stanach Zjednoczonych. Ostatnio pracownię odwiedziła Kinga Rusin i wybrała sobie trzy sukienki. Była nimi zachwycona. Bardzo się cieszę, że ekomoda także wśród gwiazd zyskuje popularność.

Skąd pomysł, by zająć się modą ekologiczną?

Wydaje mi się, że tak naprawdę wzięło się to z mojej natury. Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze coś przerabiałam, nawet wtedy, gdy jeszcze nie umiałam szyć. Już w podstawówce podrzucałam cioci do uszycia różne rzeczy, np. stare jeansy, prosząc, by przerobiła mi je na spódniczkę z falbanami. I to nie miało nic wspólnego z oszczędnością czy biedą – po prostu szkoda mi było wyrzucać ubrania, do których byłam przywiązana, które bardzo lubiłam, skoro można było z nich zrobić coś innego i dalej użytkować. A wyrzucać? Dlaczego miałyby trafić na śmietnik? Lepiej wyczarować z nich inne. Ale wtedy nie myślałam jeszcze o żadnej ekologii.

A teraz?

Cieszę się, że nie dość, że robię to, co kocham, to jeszcze chronię naturalne środowisko – nie powiększam hałd śmieci, a nawet je zmniejszam, nie zatruwam przyrody procesem wytwarzania tkanin, czyli różnego rodzaju chemikaliami, nie marnuję energii elektrycznej i wody. Mam tego świadomość.

Moda zmienia się jak w kalejdoskopie, co sezon jest inna. Tony ubrań zaśmiecają świat. Ludzie kupują wciąż nowe, a stare wyrzucają. Wielkie marnotrawstwo i zanieczyszczanie środowiska. Kiedyś robiłam coś dla duńskiej firmy odzieżowej. Jej magazyny pękały w szwach od nowych rzeczy, tyle że przestarzałych, już niemodnych. A przecież byłoby wspaniale, gdyby zatrudniła ludzi, którzy by te sterty ubrań przerabiali, a nie wyrzucać na śmietnik. W Londynie, szczególnie przy sieciowych second handach, są szwalnie – zasoby magazynów przetwarza się na firmowe torby, różne gadżety reklamowe. I to jest super!

Czy pozostanie pani wierna modzie z odzysku?

Czasami mąż mnie pyta: „Może zaczęłabyś robić coś z nowego?”, a ja odpowiadam, że nie. Wszyscy robią z gotowych, nowych tkanin kupionych w Paryżu czy Mediolanie. Nie ma w tym nic rewolucyjnego. Jakaż to sztuka kupić piękny materiał, cekiny i zrobić z tego sukienkę? Wystarczą dwa szwy i kreacja gotowa. Dużo fajniej zrobić coś z niczego. Wydaje mi się, że z tego właśnie uczyniłam swój atut – tkanina z odzysku i oryginalny pomysł. Przetwarzanie to moja największa pasja. Równolegle mogę zarabiać na czymś innym, np. wykonywać makijaż sceniczny czy – tak jak teraz – projektować kostiumy do filmu, ale z tworzenia ekomody nigdy nie zrezygnuję. Kiedy mieszkałam w Londynie, nie mogłam niczego uszyć, bo nie miałam tam ani pracowni, ani maszyny, nawet czasu. Ale jak tylko przyjeżdżałam do Polski, zostawiałam małą Zojkę pod opieką moich rodziców, a sama wpadałam do pracowni i tworzyłam różne rzeczy, ot tak „do szafy”, po prostu musiałam zrobić coś kreatywnego. Wtedy czuję się spełniona, zadowolona.

Kiedy poważnie pomyślała pani o wykreowaniu własnej ekomarki?

Po studiach pojechałam do Londynu, do męża, na trzy miesiące, choć zrobiło się z tego sześć lat. Tam urodziła się nasza córeczka – dziś składała ślubowanie w pierwszej klasie. Wtedy już notorycznie przerabiałam dla siebie stare ciuchy na nowe. Jak zobaczyłam ogrom sklepów, sklepików, straganów, nawet marketów z przerabianą odzieżą, kiedy przekonałam się, że to jest tam tak bardzo popularne – pomyślałam sobie, dlaczego nie miałabym sprzedawać swoich rzeczy, skoro i tak je robię i mam mnóstwo pomysłów na kolejne. Miło było, gdy na ulicy w Londynie ktoś mnie zaczepiał i mówił: „ale fajne futerko, ale ładna spódnica”, i pytał, gdzie ja to kupiłam lub jaka to marka. Niektórzy robili mi zdjęcia i wrzucali je potem na różne blogi modowe. Kiedy wróciłam do Polski, postanowiłam moją fascynację modą recyklingową przenieść na grunt krajowy. I trzy lata temu otworzyłam swoje studio na Ząbkowskiej w Warszawie.

Co panią najbardziej inspiruje?

Przede wszystkim ulica. Często zwykli ludzie mają lepsze pomysły i więcej fantazji niż niektórzy projektanci. Fascynuje mnie londyńska ulica i jak tylko mogę, jadę tam, siadam i obserwuję. Prawdziwą kopalnią pomysłów jest też Japonia – ludzie ubierają się z wielką wyobraźnią, mają niesamowite wyczucie stylu, a przede wszystkim koloru. Wielu Japończyków mieszka w Londynie i często podziwiałam ich stroje – są niesamowite, jak kwiaty, jak owoce.

Marzy pani, by stworzyć imperium ekomody, sieć sklepów z ekokolekcjami?

Nie, nie mam takich imperialistycznych marzeń. Pewnie nie zdołałabym tego nawet ogarnąć. Nie chodzi o to, żeby robić masówkę, lecz żeby dopieścić każdą rzecz. To sprawia mi największą przyjemność. Gdyby pracownia rozwinęła się w wielką firmę i przynosiła gigapieniądze, to chyba ta praca przestałaby być dla mnie pasją. Wtedy bardziej zajęta byłabym pewnie biznesem, niż tworzeniem i bawieniem się tym. Ale sprawy się toczą, rozwijam się, to się dzieje. Wszystko samo powoli się nakręca, jakby mimochodem. I to jest fajne. A ja? Ja dalej będę sobie przerabiać stare ciuchy na nowe, robić to, co lubię najbardziej.

Kolekca: zdjęcia – Piotr Domagała, włosy – Łukasz Mazolewski, makeUp – Beata Milczarek (Metaluna), modelki – Daga, Charlotte (Model +), produkcja – Zicz, wykonano w Studio Bank