fbpx

Kasia Sokołowska: „Mam się czym dzielić”

Kasia Sokołowska: "Mam się czym dzielić"
Kasia Sokołowska - reżyserka pokazów mody. Studiowała aktorstwo i reżyserię w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jurorka w programie „Top Model”, prowadząca „Projekt na sukces” w TVN Style. (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

Jestem dumna, że wystarczyło mi odwagi i determinacji, by nie dać się zwieść błyskowi tego, z czym nie było mi po drodze, by słuchać intuicji, wierzyć, że wiem, co robię, bo mam w sobie jakiś talent i jakiś potencjał – mówi Kasia Sokołowska.

Własny program w telewizji to marzenie i wyzwanie jednocześnie. Dlaczego zdecydowała się pani poprowadzić „Projekt na Sukces” w TVN Style?
Bo ten format jest ze mną w stu procentach kompatybilny. A mam taką zasadę, że wchodzę tylko do tych rzek, które są „moje”, które „czuję”, taka filozofia zawsze się w moim życiu sprawdzała. Selektywne podejście do wszystkiego, co przynosi los, zdecydowanie procentuje, takie jest moje doświadczenie.

I zawsze jest pani konsekwentna w swoich wyborach?
Swoją drogę zawodową zaczęłam od mody – już podczas studiów dostałam propozycję wyreżyserowania dyplomowego pokazu mody, to był mój pierwszy raz, odnalazłam się w mig, pamiętam dokładnie tamtą błyskawicę – myśl, która przeleciała przez głowę: „To jest to!”. I tak oto od 25 lat reżyseruję pokazy mody. Jestem też producentką, dyrektor kreatywną rozmaitych projektów. Swobodnie czuję się też w świecie designu, włączyłam się na przykład w projekt hotelu Lake Hill Resort and SPA w Karkonoszach. Z czasem moja droga rozszerzyła się także na działalność w telewizji, bo zaczęto postrzegać mnie jako eksperta w mojej dziedzinie. Okazało się, że na ekranie poczułam się bardzo swobodnie, publiczność zaakceptowała mnie jako jurora w programie „Top Model”. Nie bez przyjemności odnalazłam się również w biznesie – stworzyłam swoją markę butów Emeralds and Crocodiles, niszowy start-up, który właśnie połączył się z potentatem, jakim jest firma obuwnicza Kazar. Udało mi się więc dość płynnie i owocnie wejść w świat mediów i biznesu.

Czyli „Projekt na Sukces” to program skrojony pod panią.
Dokładnie tak. Dotyczy ludzi, niekoniecznie młodych, którzy mają jakiś pomysł – klarowny, przemyślany – ale brakuje im mocy, wiedzy i narzędzi, by wcielić swoją wizję w życie. Albo tych, którzy już ją wcielili, ale z rozmaitych powodów nie potrafią zrobić kolejnego kroku. Potrzebują wsparcia, rady, kontaktu z ekspertami, mentorami, których zapraszam do programu. W tych ludziach jest pasja, ale gotowi są też, by pracować pełną parą. I to mi się bardzo podoba.

Pasja jest najważniejsza?
Tak, ale pasja to nie wszystko. Oprócz niej w życiu trzeba się trochę namęczyć. Myślę, że mam „prawo”, by mówić ludziom, że warto się wysilać, bo moja droga jest tego dowodem. Oczywiście, wiele zależy od siły wyobraźni, woli, od warunków zewnętrznych, od wsparcia, szczęścia, ale nudna prawda jest taka, że to żmudna praca najbardziej popłaca…

A pani tę pasję do pracy ma we krwi?
Nie wiem, czy we krwi, czy tak ukształtowało mnie dzieciństwo. Było ściśle związane z muzyką, ze sceną i rzeczywiście – z ogromną dyscypliną. Przez 15 lat koncertowałam z muzyką dawną, klasyczną, współczesną, chóralną, kameralną. Miałam siedem lat, kiedy po raz pierwszy wyruszyłam w trasę z moim zespołem. To nauczyło mnie radzić sobie w różnych warunkach, nauczyło mnie samodzielności. A jednocześnie od wczesnych lat byłam przyzwyczajona do takich ciągłych artystycznych uniesień. Uwrażliwiona na to, co oddziałuje na emocje, a to jest jak nałóg – kiedy się tego raz zazna, chce się więcej, tego rodzaju uderzenia adrenaliny człowiek chce już zawsze.

Ale pomiędzy tymi uniesieniami jest nic innego jak codzienna praca właśnie. W moim życiu dość płynnie romantyzm przeplata się z pozytywizmem. Jedną i drugą potrzebę – „odlatywania” i „pracy u podstaw” – mam w sobie głęboko zakorzenioną i ciężko byłoby się którejkolwiek z nich pozbyć. Nawet gdybym chciała…

Kasia Sokołowska: "Mam się czym dzielić"
Kasia ma na sobie: limonkową marynarkę Paprocki & Brzozowski, sukienkę Hervé Léger/Moliera, szpilki Emeralds and Crocodiles

Należy pani do tych, o których bez cienia wątpliwości mówi się: kobiety sukcesu. Jak pani, na własne potrzeby, definiuje sukces, czym on jest?
Chyba nigdy nie zastanawiałam się, dokąd zmierzam, istotny był sam proces, on mnie nakręca, daje satysfakcję. Ja lubię iść. Nie mam potrzeby, by znać dokładny adres mojego celu. I podobnie mam z sukcesem – nie wiem, czy go osiągnęłam, bo nigdy nie nazwałam, co nim dla mnie będzie. Ale, tak na gorąco, mogę powiedzieć, że dobrze mi tu, gdzie jestem – w „tym” miejscu, w „tym” czasie, z „tymi” ludźmi.

I to jest sukces według mojej osobistej definicji. Więc tak, według takiej definicji – czuję się kobietą sukcesu!

Nigdy nie miała pani chwil zwątpienia? Nie zdarzały się błędy, potknięcia?
Jestem dumna, że wystarczyło mi odwagi i – a może przede wszystkim – determinacji, by nie dać się zwieść błyskowi tego, z czym nie było mi po drodze, by słuchać intuicji, wierzyć, że wiem, co robię, bo mam w sobie jakiś talent i jakiś potencjał.

To wymaga ciągłej czujności, mobilizacji…
Ale dzięki temu dziś nadal się rozwijam i – tak się jakoś szczęśliwie układa – ciągle trafiam przed kolejne drzwi, które mogę otwierać, czasem ze strachem, ale głównie z ciekawością. Jestem życia bardzo ciekawa. Mam 47 lat i wciąż kręci mnie to, co przede mną, to bardzo przyjemne uczucie.

Według mnie nie ma mowy o sukcesie, jeśli zapominamy, kim jesteśmy i od czego to wszystko się zaczęło. Ja muszę wciąż czuć ten dreszcz, który czułam, kiedy pierwszy raz reżyserowałam pokaz. Ten sam, który czuła siedmioletnia dziewczynka, stojąc na scenie. To charakterystyczne mrowienie jest moim barometrem. Dopóki się pojawia, wiem, że wszystko jest w porządku.

Ale jeśli mowa o sukcesie, to ma on według mnie jeden wymiar, o którym w ogóle się nie mówi, a mnie on przysparza sporo kłopotu.

To znaczy?
Równie ciężko, przynajmniej ja tak mam, jest znieść ten czas, kiedy telefon milczy, jak też ten, kiedy wciąż dzwoni. Wielu się pewnie teraz uśmiechnie: „Jasne, nie ma większych problemów, woda sodowa uderzyła jej do głowy”, ale to nie kokieteria, trzeba wielkiej dojrzałości, by bez żalu dokonywać selekcji, nie żałować utraconych szans. Kiedy praca kręci tak bardzo, jak mnie kręci moja, trudno – nie komuś, ale samemu sobie – powiedzieć: „nie”. Pierwszą śluzą przy dokonywaniu wyboru są, oczywiście, wspomniana intuicja i przeświadczenie, czy coś „czuję”, ale potem jest naprawdę ciężko. Nie tylko wypalenie zawodowe prowadzi do frustracji. Natrętne myśli: „Czy na pewno dobrze wybrałam?”; „Czy aby na pewno dobrze zrobiłam, że odmówiłam?”, potrafią solidnie zatruć życie. Więc tego, jak radzić sobie z poczuciem tracenia, rezygnowania, wciąż się uczę.
Zresztą mam wrażenie, że w ogóle dojrzałość polega na tym, by bezboleśnie dokonywać w życiu rozmaitych selekcji, zostawiać za sobą kolejne „okazje” bez żalu. Bo nie tylko o pracę chodzi, ale też o kontakty z ludźmi – umieć nie wchodzić w te, które nam nie służą, bądź nie tkwić w nich. Nie zawsze i nie z każdym jest nam po drodze. Nie zgadzamy się w różnych ważnych kwestiach i zwyczajnie nie trzeba wtedy szukać na siłę porozumienia.

Kasia Sokołowska: "Mam się czym dzielić"
Kasia ma na sobie: kurtkę i kombinezon MMC

A z kim zdecydowanie nie jest pani po drodze?
Nie lubię takiego swojskiego poklepywania się wzajemnie po plecach, to nie moja bajka. Cenię sobie szacunek i dystans. Nawet jeśli jestem z kimś w jakiejś zażyłości, to nie daje mi prawa, by przekraczać granice, wkraczać w jego przestrzeń. Kilka razy zarzucano mi właśnie, że się nadmiernie dystansuję od różnych osób, spraw. Ludziom dystans kojarzy się bardzo negatywnie. Nie rozumiem tego, dla mnie umiejętność zachowania go, respektowanie go jest oznaką psychicznego zdrowia. To coś, co nazywam życiową higieną. Im jestem starsza, tym mocniej czuję, jak ważne jest, by o nią na co dzień dbać.

Mówi pani o życiowej higienie, a podobno jest pani pracoholiczką…
Jestem, to prawda. I akurat z tym przestałam walczyć. Mam w sobie sprężynę, której nie da się wyłączyć. Ale to też jakiś dar. Zaczęłam to postrzegać właśnie w takich kategoriach. Choć przyznam, że był czas, kiedy myślałam, że moja nadaktywność jest przekleństwem. Dziś cenię tę swoją sprężynę, tylko uczę się korzystać z niej rozsądnie. Świadomość i doświadczenie, czyli nic innego jak płynący czas, mi w tym pomagają. Pomagają mi ją okiełznać. Kiedyś mnie bardziej nosiło, dziś potrafię sprawniej kanalizować energię, odróżniać to, co mnie stymuluje, od tego, co wprowadza mnie w mrok.

A odpoczynek? Potrafi pani odpoczywać?
Odpoczynek to trudna sztuka. Nie jestem w niej mistrzem, ale już umiem się wyłączać raz na jakiś czas. Podróżowanie daje mi poczucie wolności. Czasem to bezmyślny „plażing”, ale zdecydowanie częściej to „podróż awantura”, tak ją nazywam, kiedy jest niewygodnie, kiedy nie ma planu. Właśnie wtedy, paradoksalnie, potrafię się naprawdę wyłączyć, wyciszyć. Nie męczy mnie duża liczba bodźców, wręcz przeciwnie. Czasem podróżuję sama, czasem w towarzystwie, dobrym towarzystwie.
Ale samo słowo „odpoczynek” tak naprawdę najbardziej kojarzy mi się ze słowem „równowaga”.

Kasia Sokołowska: "Mam się czym dzielić"
Kasia ma na sobie: pomarańczowy garnitur Boss, T-shirt Ralph Lauren, buty Kazar

Jak żyje się w równowadze?
Przede wszystkim nie wolno robić zamachów na samą siebie. Takim zamachem jest dla mnie na przykład wchodzenie w konflikt. Konflikt mnie nie oczyszcza. Konfrontacje, rozwiązania siłowe nie wchodzą w grę. Niektórym ludziom pomaga, kiedy otwarcie wykrzyczą swoje emocje, żale. A mnie to dodatkowo osłabia, potrzebuję innych, mniej inwazyjnych sposobów rozwiązywania problemów. Przemoc i agresja w każdym wydaniu bardzo mi szkodzą. Szkodzi mi też brak tolerancji, widzę, że tak bardzo lubimy się wzajemnie oceniać, i bardzo siebie pilnuję w tej kwestii.

Powiedziała pani, że aby coś osiągnąć, najważniejsza jest po prostu zwykła codzienna praca, ale sama wspiera pani innych na ich drodze, choćby w nowym programie. A ile wsparcia pani dostała w życiu?
Uważam, że aby dostać wsparcie w dorosłym życiu, trzeba coś najpierw światu zaproponować. I to jest fair. Ja zawsze najwięcej wymagałam i nadal wymagam od siebie. Ale świata nigdy nie zdobywa się w pojedynkę. Generalnie mam szczęście do ludzi, choć bywały momenty, kiedy byłam bardzo samotna, smutna, przekonana, że potraktowano mnie niesprawiedliwie. Jednak dość dobrze radzę sobie z huśtawkami, jakie funduje mi życie, z przyjemnym wyrzutem adrenaliny, ale też z jej gwałtownym spadkiem.

Siłaczka z pani…
Mam wrażenie, że jestem silną osobą. Ale to się nie wzięło znikąd. Bo ja dostałam bardzo duże wsparcie na początku drogi. Rodzice obdarowali mnie ogromnym zaufaniem. Potrafili ze mną mądrze rozmawiać i mądrze mną kierować. A potem trafiłam na wspaniałych dyrygentów, moich najważniejszych nauczycieli muzyki, ale też wychowawców. W dorosłym życiu także miałam przywilej spotkania kilkorga wyjątkowych osób. A że rodzice nauczyli mnie także otwartości, umiałam z tego wszystkiego skorzystać. Dostałam wiele dobrego. I teraz mam się czym dzielić.

 

Kasia Sokołowska: "Mam się czym dzielić"
Zdjęcia: Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, makijaż: Kamila Wiedeńska, fryzury: Adam Szaro). Dziękujemy firmie High Level  Sales & Marketing za użyczenie apartamentu w rezydencji Park Lane przy ul. Podchorążych 83 w Warszawie.

 

 

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze