Norwegia, jakiej nie znacie. Dlaczego ciągnie nas na Północ?

Kamøyvær, wioska rybacka na norweskiej wyspie Magerøya. (Fot. iStock)

Reporterka Ilona Wiśniewska wspomina pierwszy rok w Norwegii jako najbardziej samotny w swoim życiu. Od tego czasu minęło osiem lat. Nauczyła się nienarzekania, odnalazła miłość i napisała dwie książki – „Białe” i „Hen”, które stały się swoistymi przewodnikami dla podróżujących na Północ.

Co cię zaskoczyło w Spitsbergenie, największej wyspie Norwegii, gdy byłaś tam pierwszy raz?
Przygotowując się do wyjazdu, przeczytałam, że zimą jedynym źródłem naturalnego światła jest tam księżyc.

I jest naprawdę?
Światło wszystko ustawia, niezależnie od pory roku, bo tam zawsze jest zimno. Pamiętam lato na Spitsbergenie, gdy słońce świeciło mocniej, a temperatura dochodziła do kilkunastu stopni. Wówczas, a pracowałam wtedy w muzeum, razem z kolegami wynosiliśmy stoły na zewnątrz i robiliśmy wspólne lunche. Tak świętowaliśmy ciepłe dni, siedząc w słońcu.

Co było dla ciebie najtrudniejszym doświadczeniem przez pierwszy rok pobytu?
To był najbardziej samotny rok w moim życiu, choć nigdy nie bałam się samotności. Jednocześnie sporo się wydarzyło: poznałam wielu ludzi, zaczęłam nowy związek, z moim obecnym mężem. Na początku wyidealizowałam sobie obraz Północy. Wydawało mi się,
że zamieszkam w małym domku i zaraz coś napiszę. Nie myślałam, ze ten domek trzeba najpierw ogrzać, odkopać ze śniegu, załatwić wodę, i jeszcze coś przeżyć, żeby mieć coś mądrego do napisania. Życie na Północy to dobre ćwiczenie na dzielność.

A wszechobecna ciemność?
Obawiałam się trochę nocy polarnej, bo od dziecka bałam się ciemności, a na Spitsbergenie mieszkałam w ostatnim domu, na końcu ulicy, pod górą, gdzie nie dochodzi światło dzienne. Ale okazało się, że ja się w ciemności najbardziej boję drzew, a jeśli jest pusto, to lęk mija. Poza tym ciemność na Północy jest względna, bo przecież wszystko jest pokryte śniegiem. A do tego jeszcze mamy zorze polarną, więc nigdy nie jest kompletnie ciemno. W ciemności widać najdrobniejsze różnice w wyglądzie nieba, na przykład to, że w styczniu jest ono już nieco inne, a to znak, że niedługo pojawi się słonce.

Przyszła noc polarna i…?
Przestawiłam się na tryb odbierania świata innymi zmysłami. W pewnym momencie przywykłam do ciemności tak bardzo, że gdy rozmawiałam z siostrą przez kamerkę w komputerze, to przeszkadzało mi światło dzienne, które u niej widziałam. Podczas nocy polarnej ciekawie jest obserwować, jak działa organizm, jak zwalnia obroty. Pierwsze ciemne dni witam z ekscytacją, na stolikach w kawiarniach stawiają świeczki, robi się nastrojowo. Na początku nocy zwykle więcej śpię, a pod koniec cierpię na bezsenność, wolniej pracuję. Każdy reaguje inaczej, ale społeczność jest wyrozumiała. Doświadczenie nocy polarnej jest o tyle niezwykłe, że wtedy okazuje się, ile dzieje się w naszej głowie. Gdyby jeszcze brakowało dostępu do Internetu, byłoby idealnie (śmiech).

Wyobrażam sobie, że życie na Północy płynie zdecydowanie wolniej, nie ma pędu od deadline’u do deadline’u.
Aż tak dobrze nie jest, niektórych gonią deadline’y. Ale na przykład nie spędzasz godzin na dojeździe do pracy, bo są krótkie dystanse. Znasz okolicznych ludzi i wiesz, że pomogą ci w razie potrzeby. O wiele łatwiej się tam żyje. Spitsbergen to zamknięta, modelowa społeczność na końcu świata, gdzie ludzie przede wszystkim się szanują. Nie ma znaczenia, skąd jesteś czy jaką religię wyznajesz, tylko kim jesteś dla tej wyspy, co możesz jej dać. To są względnie otwarte ramiona – musisz udowodnić, że się przydasz tej wyspie. Gdy mieszkałam na Spitsbergenie, chciałam chodzić na zajęcia jogi, ale nie było instruktorów. Kiedy teraz odwiedziłam wyspę, okazało się, ze są trzy nauczycielki jogi, bo akurat takie osoby przyjechały.

Czego się dowiedziałaś tam o sobie samej?
Na przykład w Polsce zawsze miałam kłopoty ze zdrowiem, a tam się okazało, że w ogóle nie choruję. Jest to pewnie związane z powietrzem. Tam się po prostu dobrze oddycha, a na dodatek świetnie biega, więc nie wypada się nie ruszać, w rezultacie wszyscy są aktywni. Tak sobie myślę, że życie na Północy to dobra inwestycja w starość.

Taka młoda kobieta już myśli o starości?
Posiwiałam trochę, w końcu mieszkam tam osiem lat, jestem kobieta po trzydziestce, czyli według dawnych podziałów – panią w średnim wieku, i czasem tak się czuje, ale lubię to uczucie. Moje podejście do życia ukształtowała cukrzyca, na którą choruję od 10 roku życia. Jeśli w tym wieku słyszysz, że do śmierci będziesz brała zastrzyki i że masz spokojnie żyć, najlepiej pracując za biurkiem, to reagujesz buntem. Jestem tam, gdzie jestem, własnie dzięki mojej chorobie. Poza tym Północ uczy cierpliwości – świadomość, że słonce pojawi się dopiero za cztery miesiące, to prawdziwa lekcja pokory. Norwegowie nauczyli mnie też nienarzekania.

Wioska rybacka Killefjord położona w północnym regionie Norwegii – Finnmark. (Fot. iStock)

„Białe” to książka o Spitsbergenie. Napisałaś ją i zostawiłaś wyspę za sobą. Czemu zrezygnowałaś z życia w, jak mówisz, modelowej społeczności?
Mieszkałam już wówczas pięć lat na Spitsbergenie i miałam bardzo fajne życie. Pracowałam z najlepszą przyjaciółką w tamtejszym muzeum, katalogowałam znaleziska archeologiczne z XVIII wieku. Ale czułam, że potrzebuje czegoś nowego, zmiany. Teraz zdarza mi się tęsknic za Spitsbergenem. Jeżdżę tam, gdy tylko mam możliwość, ale ciesze się, że tam nie mieszkam.

Na temat drugiej książki – „Hen” – wybrałaś Finnmark, daleką norweską Północ, gdzie nawet autochtoni nie zaglądają.
To prawda, nawet Norwegowie nie interesują się tym regionem. A jednocześnie większość spotkanych przeze mnie Norwegów, w tym mój mąż, pochodzi własnie z Północy. Chciałam napisać o tym odtrącanym przez resztę kraju regionie i o ludziach, którzy maja ważne opowieści do przekazania, ale w większości są już wiekowi, więc za chwile umrą i nikt nie będzie o nich pamiętał. To był trudny czas z wielu względów. Kiedy pisałam „Hen”, umarł jeden z bohaterów książki, zresztą mój teść. Mocno też przeżyłam historię niektórych osób. Północ sprawiła, że poczułam się staro, jakby tam nie wypadało być młodym. Było mi ciężko emocjonalnie, ale i fizycznie. Ta książka zostawiła we mnie ślad.

W dodatku, niczym bohaterka filmu Alfreda Hitchcocka, zamieszkałaś sama w częściowo opuszczonym domu w Vardø. Dość ponura sceneria.
Tak, ten stary dom był naprawdę straszny. W nocy drewniane ściany i dach wydawały dziwne dźwięki, wiatr świszczał w szparach, a ja nie mogłam spać. Pamiętam, jak śnieg uderzał w okna, a ja słuchałam głosu Wiktora Zborowskiego czytającego „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa i myślałam, że oszaleje. Ostatnie strony książki napisałam po czterech dobach bezsenności.

Czego oczekujesz od swoich bohaterów, oprócz historii z przeszłości?
Na pewno nie oczekuję, że powiedzą mi prawdę. Oczekuję, że powiedzą mi to, czym chcą się ze mną podzielić. Ja w zamian zawsze opowiadam im o sobie. Norwegowie z Północy podchodzą do mnie życzliwie, bo mówię w ich dialekcie i jestem ciekawa tego, co maja mi do powiedzenia. Zwłaszcza starsi mieszkańcy chętnie się otwierają, na co zawsze czekam, bo oni maja czas i byli świadkami prawdziwej wielkiej historii.

Podobno zawsze chciałaś pisać, tylko nie miałaś o czym. W Norwegii to się zmieniło.
Pisanie książki to był dobry sposób na to, żeby poznać ludzi, ale też oswoić i lepiej zrozumieć miejsce, w którym mieszkam. No bo jak opowiedzieć komuś, kto nigdy nie był na Spitsbergenie, co to znaczy, że słońce po raz ostatni jest widoczne na niebie w danym roku? Jak opisać ten moment radości, kiedy wydawało się, że dzisiaj już się słońce nie pojawi, a ono się jednak pojawia – co prawda tylko na dziesięć minut i nie grzeje, w ogóle bez sensu to słońce, ale wiesz, że następny raz będzie dopiero za cztery miesiące!
Wiesz, że 98 procent Polaków, których w zeszłym roku spotkałam na Spitsbergenie, przyjechało tam z moją książką? Traktują ją jak przewodnik, choć nie było to moją intencją. Jak widać, na własnym przykładzie doświadczyłam tego, że literatura ma moc inicjującą do działania.

Od niemal roku mieszkasz w Tromsø, największym mieście na północy Norwegii. Miła odmiana po skutej lodem Północy?
Przede wszystkim tu czuć zapachy, na Północy tego nie doświadczysz. Pierwszy raz w życiu mieszkam z widokiem na drzewa. Przed domem mam klon, dwie brzozy i jarzębinę. Wspaniale jest patrzeć, jak zmieniają się kolory liści, jakie ptaki i kiedy przylatują. To dla mnie nowe doświadczenie.

Życie musi tam jednak płynąć wolniej, skoro jest czas na obserwacje przyrodnicze.
We dwoje z Birgerem, moim mężem, spędzamy dużo czasu na obserwacji przyrody, ale ma to związek z naszą pracą. Oboje piszemy i fotografujemy, Birger przez lata był redaktorem naczelnym gazety na Spitsbergenie. Pamiętam pierwsze tygodnie w naszej hytcie. Hytty z założenia są malutkie, nasza ma 50 metrów, więc jest naprawdę spora, ale i tak, zamknięta w niej nieraz przez kilka dni z rzędu, czułam się jak zwierzę w klatce, zwłaszcza podczas nocy polarnej. Musiałam nauczyć się cieszyć z powolnego picia kawy i patrzenia, jak księżyc nieśpiesznie przesuwa się nad horyzontem. Na Północy zaczynasz na nowo postrzegać czas.