Jak pozbyć się nadmiaru rzeczy i zapanować nad bałaganem?

Mieszkanie w minimalistycznym stylu (fot. iStock)

Chcesz to zatrzymać? Tak! A czy ta rzecz daje ci radość? Nie, ale przywołuje wspomnienia. No dobrze, ale czy jesteś pewien, że chciałbyś zabrać ją ze sobą na dalszą drogę swojego życia? – ten krótki dialog tłumaczy nie tylko, dlaczego przywiązujemy się do przedmiotów, ale też kiedy warto im podziękować i przekazać dalej.

Uwielbiam bałagan! Jest taki ekscytujący!” – zachwyca się drobna, uśmiechnięta Japonka, patrząc na zagracony do granic możliwości garaż swoich klientów. Takie słowa w ustach najsłynniejszej ekspertki od sprzątania, która opracowała KonMari, własną metodę porządkowania przestrzeni, segregowania sprzętów, a nawet składania ubrań – mogą dziwić. Marie Kondo, bo o niej mowa, wygląda jak nastolatka, choć w rzeczywistości ma 34 lata, dwójkę dzieci i jest właścicielką firmy medialnej KonMari Media, w ramach której wydaje książki (w tym kultową już „Magię sprzątania”), organizuje warsztaty, a ostatnio nakręciła nawet serial „Sprzątanie z Marie Kondo” (dostępny na Netflixie), i to z niego pochodzi powyższy dialog. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć: „nic dziwnego, że Marie uwielbia bałagan – w końcu zarabia na nim miliony”. Jednak ważniejsze pytanie jest takie: na ile lubimy go my, mieszkańcy dostatniego Zachodu, zachłannie kupujący i gromadzący? I na ile przenosi się on na nasze wewnętrzne nieuporządkowanie?

Psychologia nieporządku

Diana Quan, autorka książki „W domu jak w raju”, powołuje się na jeden z dogmatów zen, według którego wszystko to, co widzimy, jest odbiciem naszego umysłu. (Nie trzeba chyba tłumaczyć, o czym według zen świadczy widoczny bałagan). Quan podkreśla też, że możliwa i wskazana jest droga powrotna, więc eliminując nieporządek na zewnątrz, stworzymy ład we wnętrzu, a odgracając najbliższa przestrzeń z rzeczy z naszej przeszłości – otworzymy się na nowe możliwości. „Nieporządek i gromadzenie przedmiotów są świadectwem obaw i wątpliwości. Stawiając sobie za cel osiągniecie ładu w domu, przyczyniamy się do przywrócenia nam samym jasności umysłu i witalności” – pisze. Zwraca uwagę na to, że bałagan utrudnia przepływ energii, a do naszego życia wprowadza zmęczenie, zniechęcenie, poczucie zablokowania i zagubienia. Wtóruje jej Karen Kingston, znawczyni feng shui, kolejna ekspertka w dziedzinie pozbywania się bałaganu: „Odczuwam go jako coś nieprzyjemnego, klejącego i brudnego – jakbym przedzierała się przez niewidzialna pajęczynę. To własnie to odczucie uświadomiło mi, że bałagan jest przyczyną wielu problemów” – pisze w książce „Magia porządków z feng shui”.

Wśród najczęstszych problemów, których przyczyną jest bałagan, Kingston wylicza: zmęczenie i ospałość, tkwienie w przeszłości, otyłość, niezdrowy tryb życia, ziemistą cerę czy brak równowagi w życiu. Bałagan sprawia, że inni źle cię traktują (bo im na to pozwalasz), że odkładasz wiele spraw na później (tak jak sprzątanie), częściej się kłócisz z domownikami (wiadomo, o pochłonięte przez chaos rzeczy!), nie umiesz spakować się w podroż, a nade wszystko tkwisz we wstydzie i impasie. Kingston twierdzi, że żyjąc z bałaganem i w bałaganie nie tylko musisz więcej i częściej sprzątać, ale też jesteś mniej radosny i wrażliwy, co w efekcie może być nawet przyczyną depresji. Zatrważające, prawda? Za główny cel porządków ekspertka proponuje obrać rzeczy, których nie kochasz i których nie używasz, rzeczy brudne i niepoukładane, wetknięte czy upchnięte gdzieś na siłę oraz nieukończone. Trzeba przyznać, że żadna z tych kategorii nie świadczy o nas zbyt dobrze.

Za to, jak twierdzi wspomniana Marie Kondo, kiedy zaczniemy rozważnie wybierać rzeczy, jakimi się otaczamy, będziemy świadomie kreować swoje życie i wpływać na własne samopoczucie. Bo jeśli mamy wokół tylko rzeczy, które dają radość, podobają się nam i są użyteczne, nie tylko bardziej o nie dbamy i je szanujemy, ale też tworzymy prawdziwie szczęśliwą przestrzeń.

Plaga zbieractwa

Można się pocieszać licznymi badaniami, w tym przeprowadzonymi przez University of Minnesota, które wskazują na to, że bałaganią ludzie inteligentni, a nieposprzątane biurko jest przeważnie oznaką kreatywności i skupienia na pracy… ale przyznajmy, na dłuższą metę zagracone pokoje, ze stosami książek na podłodze, o które bez przerwy się potykamy, czy ubraniami okupującymi każdy pionowo postawiony mebel – nie są dobrą przestrzenią do odpoczynku, pracy, przyjmowania gości czy choćby cieszenia się tym, co mamy. Co więcej, w takim chaosie często nie jesteśmy w stanie nawet stwierdzić, co właściwie posiadamy, i w jakiej ilości. Obrastamy kolejnymi rzeczami, które w pierwszej
chwili wydaja nam się ładne, niezbędne, praktyczne lub po prostu tanie – by chwile potem odłożyć je w kąt i zapomnieć. Z jednej strony lubimy wymieniać stare modele na nowe, z drugiej – mamy głęboko zakorzenione przekonanie, że wiele z tych starych jeszcze kiedyś może nam się przydać, więc marnotrawstwem byłoby je wyrzucać. Do tego dochodzą ubrania i przedmioty odziedziczone po przodkach czy te symbolizujące nasze pierwsze miłości, pierwsze kroki w dorosłość albo kojarzące nam się z konkretnymi osobami – je najtrudniej pożegnać. Są jeszcze przedmioty znamionujące prestiż, status czy etap, na jakim jesteśmy – kupujemy je z powodów zupełnie innych niż praktyczność. Określają nas, dodają ważności, a czasem nawet zapewniają poczucie bezpieczeństwa.

Bardzo często rzeczy rekompensują nam to, czego nie mamy, są forma nagrody lub znakiem, że teraz stać nas na to, na co wcześniej nie mogliśmy sobie pozwolić. Sama nie mogłam w pewnym okresie życia powstrzymać się od kupowania nowych książek – nie wystarczyło mi przeczytać, musiałam je też mieć. Wszystko dlatego, że pamiętam czasy, gdy wiele tytułów było niedostępnych albo musiałam po nie odstać swoje w miejskiej bibliotece. Wiem, że mam ich za dużo. I wiem, że tak wielu nie potrzebuję ani one nie potrzebują mnie. Patrzę na półki uginające się pod ich ciężarem, na kurz, który muszę ścierać co chwila z grzbietów… W tym roku powiedziałam więc sobie: dość. Pora uporządkować moje relacje z książkami. Tym bardziej że według Karen Kingston, trzymając stare książki, nie mamy miejsca na nowe pomysły i nowy sposób myślenia.

Zmiana perspektywy

Nie na darmo piszę o relacjach, wszak feng shui uznaje domy i miejsca pracy za żywe byty, które wpływają na nasze życie i samopoczucie. Marie Kondo twierdzi, że miedzy nami a tym, co posiadamy, tworzy się więź. Dlatego zanim zacznie porządkować czyjeś mieszkanie, odprawia najpierw małą ceremonię przywitania nowej przestrzeni i poproszenia ją o pozwolenie na to, by zaprowadzić w niej ład. Kiedy oglądałam serial „Sprzątanie z Marie Kondo”, ten fragment za każdym razem mnie wzruszał. Uświadamiał domownikom, jak rzadko doceniają przestrzeń, w której żyją. Przeważnie na nią narzekają lub denerwują się, że jest niefunkcjonalna i tak szybko robi się w niej nieporządek. Gdy Marie Kondo prosiła ich, by wyrazili wdzięczność tym czterem ścianom, które dają im schronienie, ciepło i jednoczą jako rodzinę – przyznawali, że dzięki temu zupełnie zmieniali perspektywę. Zastanawiali się, co najlepszego robią tej cudownej przestrzeni, która tylko chce im służyć. Metoda KonMari, wbrew obiegowej opinii, niejest nauką bezwzględnego odgracania mieszkań i pozbywania się pamiątek. Uczy nas czegoś wprost przeciwnego – wdzięczności i szacunku wobec tzw. rzeczy martwych. Wybierania tych, które dają nam radość, są użyteczne i w jakiś sposób nas określają, oraz żegnania tych, które nam już nie służą i nas nie cieszą, ale tylko po uprzednim podziękowaniu im za to, co dla nas zrobiły. – Ważne jest zwłaszcza, by podziękować rzeczom, których nigdy nie użyliśmy, lub ubraniom, których nigdy nie założyliśmy. To dzięki nim zrozumieliśmy bowiem, czego nie lubimy – mówi Marie w jednym z odcinków.

Karen Kingston zwraca uwagę na iluzoryczność tych więzi. Czasami pod koniec konsultacji na temat pozbywania się bałaganu zadaje swoim klientom pytanie: Gdyby w twoim domu wybuchł pożar i miałbyś pięć minut na uratowanie najważniejszych rzeczy, co byś wyniósł z domu? „Ktoś ma tak zagracone mieszkanie, że z trudem się po nim porusza, ale gdy go pytam, co by uratował, gdyby jego dom się palił, to wiesz, jaką odpowiedź zazwyczaj słyszę? KOTA!” – pisze w książce „Magia porządków z feng shui”. Karen nazywa to „chwilą prawdy” – ten moment, w którym jej klienci orientują się, że wcale nie są tak przywiązani do swoich rzeczy. Tłumaczy to w ten sposób: „relacje miedzy ludźmi a ich dobytkiem można porównać do niekończącej się opery mydlanej, w której oni sami występują jako główne gwiazdy, a wszystkie ich rzeczy są bohaterami drugoplanowymi. Gdy scena zmienia się z <normalnej› na <stan zagrożenia›, nagle patrzą na swoje życie z zupełnie innej perspektywy, jakby obudzili się ze snu”.

Sprzątanie po szwedzku

„I co ty z tym wszystkim zrobisz po mojej śmierci?” – pyta matka w książce Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, omiatając wzrokiem regał z książkami. Podobnego problemu chcę swoim dzieciom oszczędzić Margareta Magnusson. „W ciągu życia zgromadziliśmy mnóstwo pięknych rzeczy – przedmiotów, których wartości nasze rodziny i przyjaciele nie będą w stanie docenić i o które nie zdołają się odpowiednio zatroszczyć. Pozwólcie, że pomogę sprawić, żeby najbliżsi zachowali po was wyłącznie miłe wspomnienia” – pisze we wstępie do „Sztuki porządkowania życia po szwedzku”. Ta niewielka książka pełna jest nieodpartego uroku, który przeniósł się na nią chyba z autorki. Margareta, jak sama pisze, jest w wieku miedzy 80 a 100 lat i postanowiła posprzątać życie przed śmiercią. I nie jest to wcale żadna makabryczna fanaberia, ale zwyczaj znany w Szwecji jako döstädning. „W języku szwedzkim termin ten oznacza, że wyrzucacie niepotrzebne rzeczy i zaprowadzacie w domu porządek, kiedy czujecie, że zbliża się chwila rozstania z ziemskim padołem” – tłumaczy Margareta.

I przekonuje, że taki przegląd warto zrobić kilka razu w życiu, nie tylko przed śmiercią, ale też podczas przeprowadzek czy w ważnych dla nas momentach. Pomaga to domknąć pewien etap, porozkoszować się wspomnieniami i otworzyć na nowe. Przez 200 stron przeprowadza czytelnika przez stopniowe odgracanie własnego mieszkania, zwłaszcza z tego, z czym zwykle najtrudniej się rozstać – rzeczy sentymentalnych. Nawiązując do idei sprzątania przed śmiercią, przekonuje, że przecież nie zabierzemy ich ze sobą do grobu, a choć maja dla nas wartość wspomnieniową, dla innych osób będą kompletnie jej pozbawione. Nie zachęca do pozbywania się wszystkiego, ale większości przedmiotów, i zostawienia sobie tych naprawdę ważnych i znaczących. Całą resztę proponuje przejrzeć, powspominać, podziękować za wspólnie spędzony czas, spalić, zniszczyć albo sprezentować komuś, kto je doceni. To pierwsze rozwiązanie dotyczy zwłaszcza korespondencji i odręcznych notatek: „Choć żyjemy w kulturze, w której każdy przyznaje sobie prawo do poznawania tajemnic innych osób, to ja się z tym nie zgadzam. Jeśli uważacie, że jakiś sekret może zakłopotać lub unieszczęśliwić waszych najbliższych, to lepiej go zniszczcie. Rozpalcie ognisko albo nakarmcie nim niszczarkę do papieru” – pisze
Margareta.

Nie byłaby Szwedką, gdyby nie odwołała się do wikingów. „Kiedy grzebali zmarłych, składali z nimi do grobu wiele przedmiotów codziennego użytku. Wszystko po to, żeby zmarłemu niczego nie zabrakło w nowym otoczeniu. Możecie wyobrazić sobie podobny scenariusz dzisiaj? Z cała tą rupieciarnią, trzeba by chować w grobach wielkości stadionu olimpijskiego” – komentuje dowcipnie.

Bo przedmioty określają nas i służą nam wtedy, kiedy jest ich mało i kiedy są starannie wyselekcjonowane. I choć sama nie jestem zwolenniczką całkowitego ogołacania domowej przestrzeni z wdzięcznych bibelotów, to postanowiłam sobie jedno: przynajmniej w jak najmniejszym stopniu zapełniać ją nowymi. A to już coś, przyznacie.