Sukcesy pisane szminką: Kobiety, które zmieniły świat

fot. iStock

Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Hanna Samson pisze, że historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał całkiem niedawno w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

ŻONA PRZY MĘŻU

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W TOWARZYSTWIE

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

RÓŻA NIGHTINGALE

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary
Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »