fbpx

Indianie – obcy na własnej ziemi

Indianie - obcy na własnej ziemi
123RF.com

Szaman z pióropuszem na głowie, odziany w skórę wilka, tańcząc wokół ogniska odprawia religijny rytuał. Takich Indian znamy, ale czy nasze wyobrażenia mają odzwierciedlenie we współczesnych czasach?
Ten widok bardziej mnie zasmucił niż rozczarował. Nie zostałam zaproszona przez wodza plemienia na wspólne palenie fajki pokoju. Zabrakło również szałasów i dzielnych mężczyzn wracających z polowania. Otaczała mnie jedynie chmura kurzu. Przypominało to trochę opuszczone miasteczko, w którym poza wychudzonym kotem szukającym pożywienia, nie ma innych oznak życia. Domy, bardzo nędzne, zbudowane z kamienia i wypalanej cegły adobe, wzmocnione drewnianymi belkami. Zamiast schodów drabiny. W niektórych domkach, w małych, kwadratowych oknach brakowało szyb (zastąpiono je powiewającą na wietrze folią). Ani śladu podwórek czy ogródków, wszystko tonęło w skalisto – pustynnym krajobrazie Nowego Meksyku. Do tego piaszczyste, dziurawe ulice i te niewyobrażalne tumany kurzu, który przylepiał się co i rusz do spoconego ciała.

To co widziałam dalekie było od scen z „Tańczącego z wilkami”, nie przywodziło również na myśl amerykańskich, zazwyczaj pięknych i dużych domów, obok których jeszcze kilka minut wcześniej przejeżdżałam. Wyglądało bardziej na przedmieścia ubogiej dzielnicy dużego miasta. Po chwili zaczęłam dostrzegać mieszkańców. Czułam jak nieufnie obserwowali każdy mój ruch. Większość z nich ubrana była w jeansy i koszule. Jedynie zdecydowane rysy twarzy, ciemne, grube włosy i mocno brązowa skóra zdradzały pochodzenie. Wyjęłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia. Pstryknęłam dwie lub trzy fotki i schowałam aparat do torby. Nie zdążyłam nawet dojść do końca ulicy, kiedy podjechał do mnie radiowóz policyjny. Z samochodu wysiadł postawny Indianin, z długimi, czarnymi włosami, w mundurze z odznaką szeryfa. –Czy mogę zobaczyć pani aparat? – zapytał grzecznie lecz stanowczo. Początkowo protestowałam, ale gdy szeryf dodał – Za każde zrobione zdjęcie w San Felipe Pueblo grozi kara w wysokości 5 tys. dolarów – natychmiast usunęłam fotografie.

Kiva – miejsce kultu

Kiedy znalazłam się pośrodku San Felipe Pueblo zobaczyłam okrągły, spory budynek, który podobnie jak domy zbudowany był z cegły adobe. Część budowli zanurzona była w ziemi, a otwór w dachu, przy którym stała drabina, stanowił wejście do środka. Bardzo chciałam tam zajrzeć, ale wiedziałam, że właściciele kilkudziesięciu śledzących mnie par oczu, nie pozwolą na to. I miałam rację, gdyż stałam przed wejściem do kivy, indiańskiej świątyni – niedostępnej dla obcych.

We wnętrzu każdej kivy znajdują się kamienne, ustawione pod ścianami ławki, palenisko oraz otwór wentylacyjny. Kiva jest miejscem obrzędów, ceremonii oraz spotkań członków stowarzyszenia. Na jego czele stoi przywódca, zwany cacique, którego zadaniem jest wyznaczanie, na podstawie obserwacji słońca, dat poszczególnych ceremonii. Nie należy go jednak utożsamiać z szamanem, który używa swej wiedzy i ponadnaturalnej siły dla celów terapeutycznych, zamawiania i odczyniania. –Nasze wierzenia to jeden z najważniejszych elementów plemiennego życia. Nasi ojcowie uczyli nas, że Stwórcą jest słońce, a święte góry i ziemia są dopełnieniem świata – mówi John 50-letni Indianin, mieszkaniec San Felipe Pueblo w stanie Nowy Meksyk – stąd nasze przywiązanie do otaczającej nas natury i ceremonie, których nigdy nie zaprzestaniemy. Niektóre stare indiańskie rytuały trzymane są w ścisłej tajemnicy przez setki lat i ciągle jeszcze kultywowane.

Za dawnych czasów

Niegdyś Indianie nosili proste ubrania szyte ze skór dzikich zwierząt oraz mnóstwo ozdób w postaci opasek, bransoletek i kolczyków. Robili je zazwyczaj ze szklanych paciorków, nasion, a także z kłów lub pazurów dzikich zwierząt. Stworzyli aż dwa tysiące różnych języków i posługiwali się pismem hieroglificznym. Mieszkali w wigwamach budowanych z drzewa, bez okien i podłogi. Przed zimnem chroniła ich kora, którą obkładali ściany. W społeczności główną rolę odgrywał wódz. Był on jednak raczej mediatorem niż zwierzchnikiem władzy. Nie występował też u Indian podział klasowy. Przed wkroczeniem „białych twarzy” na ich ziemie łamanie prawa zdarzało się niezmiernie rzadko. Nie potrzebowali więzień i sądów. Dla każdego Indianina największą karą było utracić twarz w oczach innych mieszkańców plemienia.

Przez pół roku prowadzili osiadły tryb życia, wspólnie uprawiając ziemniaki, kukurydzę i fasolę, które po ususzeniu przechowywali w specjalnych kopcach. Każda rodzina w określonym czasie otrzymywała prawo do użytkowania ziemi. Wszystkie drzewa i pastwiska były wspólne, a ich eksploatacja wymagała każdorazowej zgody współmieszkańców. Ubogim i potrzebującym, którym plony nie dopisały, pomagała cała wioska. Jesienią wyruszali w drogę, w poszukiwaniu bizonów i zakładali tymczasowe obozy. Byli świetnymi jeźdźcami, co pomagało im w polowaniu, a bizony stanowiły główne źródło ich pożywienia. Łój upolowanych zwierząt służył do opału. Ze skór i kości budowali narzędzia rolnicze i ozdoby.

Mistyczne wierzenia momentami przybierały barbarzyńską formę. Przez cały rok Indianie przygotowywali się do ceremonii zwanej Taniec Słońca, która była dla nich najważniejszym obrzędem. Rozbijano obóz w kształcie wielkiego okręgu, który miał wzmacniać poczucie jedności całego plemienia. Najpierw najstarsi spotykali się na tajnym zgromadzeniu, a potem cała wioska świętowała przez kolejnych kilka dni. W tym czasie wojownicy poddawali się bolesnej próbie udowodnienia swojej waleczności i męstwa. Polegało to na rozcięciu skóry i włożeniu w rany przeróżnych przedmiotów. Następnie ciągnięto poddawanego próbie wojownika po ziemi, aż do momentu, gdy z jego ciała odpadły wszystkie powpinane do ran elementy.

Zamknięci w rezerwatach

Europejczycy, którzy wkroczyli na ziemie Indian, za główny cel przyjęli podporządkowanie sobie prymitywnej ich zdaniem ludności. Kiedy Indianie zostali znacząco osłabieni, wioski zniszczono, a ziemię zagrabiono. Rdzennych mieszkańców umieszczono w rezerwatach, które były początkiem systemu kolonizacji. Zostały stworzone, aby odizolować niezależne plemienia, często wrogo nastawione i niepokorne, podporządkować je władzom państwowym oraz zmienić ich dotychczasowy, wędrowny styl życia z pierwotnego na bardziej „cywilizowany”.

Na rezerwaty wyznaczono tereny, które były dosyć odległe od skupisk ludzkich, ubogie i niedostępne. Zepchnięto nas na najgorsze ziemie, które ciężko się uprawia, a do tego są nieurodzajne – powiedział John. Zdarzało się również, że z pozoru nieatrakcyjne ziemie, uznane przez władzę za bezużyteczne, kryły w sobie złoża cennych surowców, powodowało to kolejne zmiany granic rezerwatów, przesiedlenia i konflikty. –Kiedy tylko okazywało się, że na naszej ziemi kryje się złoto, zmniejszano rezerwaty lub nas przesiedlano – John po tych słowach wpadł w chwilę zadumy.

Spacerując po San Felipe Pueblo, czułam na sobie ich wzrok, domyślałam się dlaczego spoglądają na mnie nieufnie. Widziałam w jakich warunkach muszą wychowywać swoje dzieci, dożywać starości. Moja biała twarz mogła budzić w nich swego rodzaju gniew. Podchodzili do mnie z rezerwą, ale też z szacunkiem, byli mili i pomocni.

Jak żyją teraz

W małym pokoju grał telewizor, a z kuchni dobiegał odgłos czajnika, w którym gotowała się woda. W domu Johna nie było zbyt wiele mebli, jedynie kanapa, mały stolik i komoda na ubrania. Natomiast ściany bogato ozdobione zdjęciami najbliższej rodziny, wyszywanymi na płótnie obrazami i kolorowymi indiańskimi pamiątkami. John siedział w kuchni i nakładał kolejny koralik na gruby rzemyk. –Ja robię naszyjniki, kolczyki i bransoletki, które sprzedaję turystom. W ten sposób próbuję zarobić na utrzymanie. Moja córka pracuje na nocną zmianę w Wal Mart, a mój syn wyjechał do miasta, gdzie znalazł pracę jako budowlaniec – powiedział John.

Rada starców spotyka się w kivie, a plemieniu nadal przewodzi wódz. Wierzenia, choć uległy pewnym modyfikacjom, kultywowane są do dziś. Nadal odbywają się ceremonie i obrzędy na cześć Matki Ziemi i Boga Słońca. Poza tym ich życie wygląda zupełnie normalnie, dzieci chodzą do państwowych szkół, dorośli pracują w fabrykach, mają samochody, a w ich domu pojawiła się amerykańska telewizja.

Nie noszą już tradycyjnych ubrań, a ozdoby, które tworzą wykorzystują jedynie w celach zarobkowych. Ich języki i dialekty zanikają. Większość posługuje się już tylko językiem angielskim. Młodzi wojownicy nie biegają z łukiem w ręku i nie polują. Nic w tym dziwnego, w rezerwatach od dawna nie ma przecież bizonów. Nie bronią również najbliższych przed najazdem barbarzyńców. W tej sytuacji inicjacje młodych mężczyzn, tańce przy ognisku i znaki dymne przeszły na dobre do historii.

Historia w tym wszystkim pozostanie na zawsze – prawdziwa i bolesna.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze