1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. sens
  4. >
  5. Ojciec i syn: błędy do naprawy

Ojciec i syn: błędy do naprawy

</a> fot. Getty Images/ Gallo Images
fot. Getty Images/ Gallo Images
Ilu mężczyzn przyjaźni się ze swoimi ojcami? Jak podaje Steve Biddulph, autor książki „Męskość” – mniej niż 10 procent. Czym ojcowie sobie na to zasłużyli? I jak zasypać tę przepaść? Docieka Renata Arendt-Dziurdzikowska z pomocą psychoterapeuty Benedykta Peczko.

fot. Getty Images/ Gallo Images fot. Getty Images/ Gallo Images

Oto opowieść 40-letniego mężczyzny: – Pamiętam, miałem sześć lat, gdy tata przedstawił mnie swoim kumplom. Wracaliśmy ze spływu kajakowego, a oni stali pod kościołem i rozmawiali. Podeszliśmy bliżej. „To właśnie jest mój syn, Tomek!” – powiedział z dumą tata. Jego głos lekko zadrżał, a w oku pojawiła się łza wzruszenia. Kumple kiwali głowami: „Aha, to właśnie jest Tomek, twój syn”. Trudno opisać tę chwilę – jej naturalną wielkość, czułość. Czułem się fantastycznie, moje stopy ledwo dotykały ziemi: kochałem tatę, jego kumpli i cały świat. To krótkie zdarzenie naznaczyło mnie na całe życie. Czerpię z niego do dziś. Mój tata mnie kocha, jest ze mnie dumny. Kocha mnie za… nic, bo wtedy nic się nie wydarzyło, nie „zasłużyłem” na tę dumę i miłość. Byłem spokojnym, raczej nieśmiałym sześciolatkiem bez szczególnych talentów czy dziecięcych „osiągnięć”. Do dziś, gdy coś mi się nie udaje albo mam kiepski czas, moja pamięć podsuwa mi tamto zdarzenie, czuję je w trzewiach, w kościach i uspokajam się. Wiem, że wszystko będzie dobrze, bo… tata mnie kocha.

Tomasz twierdzi, że gdy opowiada tę historię innym mężczyznom, ci milkną, wzdychają, wzruszają się, nie dowierzają. I… zazdroszczą.

Wiecej w Sensie 02/2017. Kup teraz!

SENS także w wersji elektronicznej

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ojciec - wielki nieobecny. Jak odbudować relację? Radzi terapeuta Jacek Masłowski

Wybaczenie po latach jest możliwe, ale wymaga od obu stron dojrzałości. (Fot. iStock)
Wybaczenie po latach jest możliwe, ale wymaga od obu stron dojrzałości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiejsi 30-, 40-latkowie to w większości synowie, którym zabrakło uwagi, obecności i dobrego wzorca od ojca. Jak wypełnić ten deficyt? Jak zbudować po latach na nowo (albo po raz pierwszy) męsko-męską relację? Terapeuta Jacek Masłowski podaje przykłady z terapii i swojego życia.

Jakie problemy z ojcami mają mężczyźni w dorosłym życiu?
Oni często nie mają już problemów z ojcami, bo nie mają z nimi relacji. Można powiedzieć, że mają raczej nierozwiązany konflikt z ojcem uwewnętrznionym. Wygląda to tak, że relacja z takim ojcem jest trzonem, wokół którego mężczyzna buduje scenariusz swojego życia, najczęściej w nieświadomy sposób. Na świadomym poziomie deklaruje, że ojciec nie jest mu do niczego potrzebny. Od lat go nie widział i wreszcie ma spokój. Tyle że tak naprawdę jest inaczej. Skoro nie dostał tego, co chciał, stwierdził, że to nie jest już dla niego ważne. Przynajmniej w sferze świadomego rozstrzygania pewnych kwestii.

Mówisz, że większość mężczyzn, którzy przychodzą do ciebie na terapię, pochodzi z rodzin, w których ojciec był nieobecny.
Tak, to zdecydowanie najpowszechniejszy schemat: ojciec nieobecny emocjonalnie lub fizycznie w życiu syna. Chociaż zdarza się też nadmiernie obecny ojciec przemocowy. Kiedy rozmawialiśmy ostatnio o nadopiekuńczej matce, mówiłem, że ten problem występuje właśnie wtedy, gdy ojciec jest nieobecny. W moim gabinecie często słyszę: „Ojciec dla świętego spokoju wycofał się z mojego życia”.

Co to znaczy, że ojciec był nieobecny w życiu syna?
To znaczy, że nie zajmował przestrzeni w jego życiu. Nie stał przy swojej kobiecie, nie był jej partnerem, nie wchodził z nią w relację seksualną. Nie podejmował decyzji, nie kanalizował emocji. A w związku z tym nie pokazywał synowi, jak funkcjonuje dorosły mężczyzna. Nawet jeżeli codziennie był w domu, siedział na kanapie i bawił się w bierki z chłopcem, to gdy matka mówiła: „Źle ubrałeś Maciusia, nigdzie nie wyjdziecie”, odpowiadał: „Dobrze, kochanie”. Gdy syn miał problem, mówił: „Idź zapytaj matki”. Tak zachowuje się właśnie nieobecny ojciec.

Drugi rodzaj to wycofanie swoich emocji z relacji. Taki ojciec nie ma żadnego kontaktu z emocjami, bez względu na to, czy chodzi o relacje z córką, synem czy żoną.

Trzeci rodzaj, ten najgorszy, który powoduje całkowity deficyt męskości w rodzinie, to fizyczna nieobecność ojca. Związki na odległość są dla dorosłych, nie dla dzieci. Nie da się być formatywnym rodzicem, jeśli nie ma cię w domu. Dzieci tak naprawdę nie słuchają tego, co się do nich mówi, tylko nas naśladują. A jeśli cię nie ma, to nie mogą cię naśladować.

Terapeuta rodzinny Jesper Juul, w książce „Być mężem i ojcem” pisze, że tylko połowa mężczyzn tworzy więź ze swoimi synami...
To skandynawskie i dość optymistyczne dane. W odniesieniu do naszego kraju powiedziałbym raczej o 10 proc. ojców, którzy potrafili nawiązać więź z dzieckiem. Jednak musimy zaznaczyć, że mówimy o relacji dorosłych mężczyzn z ojcami, którzy dzisiaj są już dziadkami. Oczywiście moje doświadczenie zbudowane jest na grupie specyficznych mężczyzn, którzy przyszli na terapię. Bo wszystko zaczyna się zmieniać, gdy mężczyzna zauważa, że w jego dorosłym życiu powtarzają się te same problemy. W relacji z kobietami bądź ze światem. Na szczęście dzisiaj faceci coraz częściej sięgają po pomoc, chodzą na męskie warsztaty czy terapię. Najczęściej dopiero tam ich problem z ojcem zostaje dostrzeżony i nazwany. Wtedy może zacząć się proces uzdrawiania tej relacji.

Czyli mężczyzna zaczyna interesować się relacją z ojcem dopiero wtedy, gdy w jego życiu zaczyna się coś psuć?
Istnieje całe barwne spektrum problemów, które są konsekwencją kiepskiej relacji z ojcem. Na przykład taki mężczyzna może wchodzić w relację z kobietą, w wyniku której jest ubezwłasnowolniony, nie potrafi się postawić. Albo nie jest w stanie osiągnąć stabilizacji materialnej. Świadomie nie chce być taki jak on. W efekcie buduje pogardliwy obraz ojca, a także męskości.

Mówi wtedy, że ojciec nigdy nie był dla niego wzorem.
Ojciec był dla niego wzorem, tyle że stał się negatywnym punktem odniesienia. Bardzo wielu mężczyzn nosi w sobie olbrzymi, wyparty lęk przed kobietami, więc wchodzą w relacje, w których stają się opresyjni. Nie chcą też być tacy ulegli jak ojciec. Nie trafiają na terapię, bo mają problemy z ojcem – przychodzą, bo rozwiodła się z nimi żona, a kolejne partnerki mówiły: „Jesteś agresywny i przemocowy”.

Jakie błędy popełniali ojcowie, którzy dzisiaj już dziadkami?
W tamtych czasach ojcowie kompletnie nie mieli świadomości swojej roli. Dopiero dzisiaj możemy powiedzieć, że popełniali jakieś błędy. W jaki sposób wychowywali swoich synów? Otóż stosowali wszelkiego rodzaju deprecjonowanie – drwili, żartowali, wyśmiewali, poniżali: „Jesteś dupa wołowa”, „Co z ciebie wyrośnie, z niczym sobie nie poradzisz”. To formy przemocy psychicznej – dziś już umiemy to nazwać. Wtedy panowało jednak przekonanie, że to dobra forma wychowania. Dzięki temu chłopiec miał stać się silnym mężczyzną, a nie pierdołą. To zachowanie ojców mocno wpłynęło na obniżenie samooceny synów w ich dorosłym życiu. I teraz dochodzimy do najważniejszej rzeczy: poczucie wartości u syna bierze się z relacji z ojcem, a nie z matką.

To może być obciążające dla obu stron tej relacji. Syn oczekuje od ojca wzoru męskości. Ojciec od syna więcej wymaga.
To o wiele trudniejsza relacja niż ojciec – córka. Dlatego ojcowie, którzy nie potrafią podołać sytuacji, często się wycofują. Dostrzegają, że syn nie zachowuje się tak, jak by chcieli, więc porzucają tę relację. Jednak ojciec jest dla chłopca jak foremka. Kiedy pieczesz babkę, musisz włożyć ciasto do foremki, żeby nadać jej jakiś kształt.

Ostatnio mówiłeś, że syn musi wygrać z ojcem.
Kiedyś jeden z mężczyzn na warsztatach opowiedział o swojej relacji z obecnym i karmiącym ojcem. Realizował się w życiu zawodowym, był dyrektorem dużej firmy. W pewnym momencie wciągnął syna w ten świat. Mężczyzna opowiadał, jak przyszedł z ojcem do ważnego klienta. Zaproponowano mu kawę, a on na to: „Dziękuję, ale najpierw zapytajcie, czego chciałby się napić mój syn”. „Do tej pory, gdy sobie o tym przypomnę, to rosną mi skrzydła” – wyznał. To jest właśnie wygrywanie męskości. Jestem przekonany, że kluczem do męskości kulturowej jest przyjęcie chłopaka przez innych mężczyzn. A pierwszym, który powinien użyć tego klucza, jest ojciec. W pewnym momencie ma powiedzieć: „Synu, teraz jest twój czas, powoli mogę się wycofać”. Nie chodzi o to, że masz udowodnić ojcu, że do niczego już się nie nadaje. Po prostu prześcigasz go w różnych rzeczach, bo jesteś młodym mężczyzną, bardziej sprawnym fizycznie, bardziej atrakcyjnym. Z ojcem wygrywa się w momencie, gdy wchodzi się w dorosłość. Tymczasem wielu ojców nieustannie rywalizuje ze swoimi synami. Nie pozwala im poczuć się w pełni sprawczymi. Udowadnia im, że nie dali sobie rady, że coś jest z nimi nie tak.

Pracuję z facetami, którzy mają dzisiaj po 40  lat, a ich ojcowie – 70. To bardzo często mężczyźni, którzy nieustannie walczą w życiu o uznanie. O to, żeby czuć się ważnymi. Nie zdają sobie sprawy z tego, że nadal przeżywają życie z pozycji chłopca, który nie dostał uznania od swojego ojca. Nie otrzymał poczucia wartości.

Kiedy rozmawialiśmy o nadopiekuńczości matek wobec synów, powiedziałeś, że stoi za tym ich niewyrażona złość na mężczyzn. Jakie emocje stoją za relacją nieobecny ojciec i syn?
Problem w tym, że na powierzchni nie widać żadnych emocji. Tymczasem w takim mężczyźnie głęboko siedzą potężna złość, smutek, żal, a nawet nienawiść. Jego życie oparte jest na wzorcu: „Ja ci, tato, coś udowodnię”. A gdy poradzi sobie z negatywnymi emocjami, odzywa się olbrzymia tęsknota i miłość do ojca. Statystyki pokazują, że w Polsce mężczyźni często umierają na choroby serca.

A serce to szczególne miejsce, kojarzone właśnie z uczuciem miłości. Jak dogadać się z ojcem, który był nieobecny w naszym życiu?
Cała zabawa polega na tym, że wcale nie trzeba się z nim dogadywać. Chodzi o to, żeby dorosnąć, czyli dogadać się z ojcem uwewnętrznionym, tym, którego obraz nosimy w sobie. A nie z tym ojcem, który mieszka trzy ulice dalej. Co więcej, dogadanie się z ojcem w sobie jest kompletnie niezależne od zachowania prawdziwego ojca.

Budowanie na nowo relacji z ojcem dobrze zacząć od zmiany własnej perspektywy, odkrywania go jako człowieka, a nie jego roli. (Fot. iStock) Budowanie na nowo relacji z ojcem dobrze zacząć od zmiany własnej perspektywy, odkrywania go jako człowieka, a nie jego roli. (Fot. iStock)

To nawet ułatwia sprawę w sytuacji, gdy ojciec nie chce z nim rozmawiać albo już nie żyje.
Nieważne, czy ojciec jeszcze żyje, a nawet czy w ogóle go poznaliśmy. Oczywiście można też pogadać z ojcem jak dorosły z dorosłym. Ale nie jest to konieczne! Przede wszystkim trzeba swojemu ojcu wybaczyć. Wywalić emocje, które nosi się w sercu, te z pozycji małego chłopca, zapisać je, wypowiedzieć, w jakiś sposób wyrazić. I zaakceptować fakt, że ta relacja była taka, a nie inna.

Mówisz: wybaczyć ale co to oznacza? Czy proces wybaczenia ojcu udaje się tylko w terapii?
Jeśli ktoś poradzi sobie z tym na własną rękę, to serdecznie mu gratuluję. Bo to nie dzieje się w dwa dni. Na męskich warsztatach często staramy się zainicjować proces wybaczania ojcu. Nieważne, co kiedyś ktoś nam zrobił, ale to, co my teraz zrobimy. To podstawa wybaczenia. Nie chodzi o zapomnienie, wyparcie czy zaprzeczenie. Tylko zaakceptowanie tego, że tak po prostu było.

Nie wszystko udaje się wybaczyć.
Tyle że trzeba. Oczywiście nie musisz tego robić. Ale jeśli nie wybaczysz, to ta relacja cały czas będzie pracowała w tobie, na twoją niekorzyść. Uwierz mi, bardzo opłaca się wybaczyć ojcu. To, że ci się udało, można poznać po tym, że gdy wracasz do wspomnień z dzieciństwa, to już nie zalewają cię emocje złości, smutku czy niechęci. Silne uczucia siedzą w nas tak długo, jak długo nie ma w nas wybaczenia. Dlatego zachęcam: mężczyzno, przyjmij swojego ojca takim, jakim był. Zaakceptuj swoje dzieciństwo, właśnie takie, jakie miałeś. Jakiekolwiek było.

A jeśli syn zdecyduje się porozmawiać z ojcem twarzą w twarz?
Musi podejść do tego jak dorosły. Uwzględnić to, że ojciec może nie chcieć czy nie potrafić z nim porozmawiać tak, jak chciałby syn. Jeżeli wiesz, że ojciec nigdy nie powie ci dobrego słowa, to możesz to przyjąć albo go za to opierdolić – jak dorosły dorosłego. Albo już więcej się z nim nie spotkać. Wybór należy do ciebie.

Jednak jeśli syn chciałby na nowo zacząć ułożyć sobie relacje z ojcem, powinien wysłać mu zaproszenie. Nie osądzać na wstępie: „Tato, zjebałeś mi życie i teraz przez ciebie cierpię”. Ojciec nie da sobie z tym rady. Powie: „Co ty gadasz, starałem się, jak mogłem”, a potem zamknie się w sobie. Chodzi o zaproszenie w stylu: „Tato, chcę cię poznać, chcę wiedzieć, jakim jesteś człowiekiem i jaki byłeś, zanim się urodziłem”. Bo kiedy pytam mężczyzn o to, kim był ich ojciec, zanim stał się ojcem, to 99 proc. nic na ten temat nie wie. Zapominają, że ich ojciec również miał swojego ojca, dzieciństwo, marzenia, plany, sukcesy, porażki czy inne kobiety przed matką. Kiedy syn odkrywa, że jego ojciec jest mężczyzną, nie tylko ojcem, przestaje patrzeć na niego z poziomu chłopca, a zaczyna go widzieć oczami dorosłego.

Tylko od czego zacząć taką rozmowę?
Od siebie. Od zmiany własnej perspektywy, odkrywania ojca jako człowieka, a nie jego roli. Warto też pozbyć się oczekiwania, że ojciec się zmieni. Bo jak ma zrobić coś, czego nie potrafił zrobić wcześniej, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi? Oczywiście bieżące sytuacje i reakcje ojca mogą nas emocjonować, ale to będą adekwatne emocje dorosłego mężczyzny. A nie zranionego chłopca.

Czy można w ogóle nadrobić ten stracony czas? Stworzyć z ojcem dobrą relację w dorosłym życiu?
Mnie się udało. Mojego ojca, który mieszka w Australii, nie widziałem przez 22 lata. Teraz mamy bardzo dobrą relację. Szanujemy siebie nawzajem, interesujemy się sobą. To relacja dwóch dorosłych mężczyzn. Jednak ja wiem, że to jest mój ojciec, a on wie, że jestem jego synem.

Kiedy poznałeś, że twoja relacja z ojcem jest dobra?
Wtedy, kiedy zacząłem myśleć o mojej przeszłości i przestałem czuć silne emocje. Bo już je wyraziłem. Ich już we mnie nie ma. Pamiętam doświadczenie, które pokazało mi tę przemianę. Ojciec wyjechał, gdy miałem 11 lat. To była trudna relacja, a jednocześnie byłem do niego bardzo przywiązany. Kiedy spotkałem się z nim po latach, nie byłem jeszcze w terapii. Zobaczyłem, jak ojciec obdarza czułością inną osobę. Poczułem wtedy żal, bo jako chłopiec tego nie dostałem, a okazuje się, że on miał z czego dać. Parę lat później na podobną sytuację zareagowałem już inaczej. I to był sygnał, że mam to w sobie już zamknięte. Nie patrzyłem już na to z poziomu głodnego chłopca. Tylko sytego mężczyzny, który ma własne zasoby. Radzi sobie ze sobą i światem. Byłem w stanie zobaczyć w ojcu mężczyznę, który ciekawi, a czasem też złości.

 

  1. Psychologia

Ojciec i syn - nowe otwarcie

W kontaktach ojca z synem nic nie zastąpi wspólnie spędzanego czasu (fot. iStock)
W kontaktach ojca z synem nic nie zastąpi wspólnie spędzanego czasu (fot. iStock)

Ilu mężczyzn przyjaźni się ze swoimi ojcami? Jak podaje Steve Biddulph, autor książki „Męskość” – mniej niż 10 procent. Czym ojcowie sobie na to zasłużyli? I jak zasypać tę przepaść? Docieka Renata Arendt-Dziurdzikowska z pomocą psychoterapeuty Benedykta Peczko.

Oto opowieść 40-letniego mężczyzny: – Pamiętam, miałem sześć lat, gdy tata przedstawił mnie swoim kumplom. Wracaliśmy ze spływu kajakowego, a oni stali pod kościołem i rozmawiali. Podeszliśmy bliżej. „To właśnie jest mój syn, Tomek!” – powiedział z dumą tata. Jego głos lekko zadrżał, a w oku pojawiła się łza wzruszenia. Kumple kiwali głowami: „Aha, to właśnie jest Tomek, twój syn”. Trudno opisać tę chwilę – jej naturalną wielkość, czułość. Czułem się fantastycznie, moje stopy ledwo dotykały ziemi: kochałem tatę, jego kumpli i cały świat. To krótkie zdarzenie naznaczyło mnie na całe życie. Czerpię z niego do dziś. Mój tata mnie kocha, jest ze mnie dumny. Kocha mnie za… nic, bo wtedy nic się nie wydarzyło, nie „zasłużyłem” na tę dumę i miłość. Byłem spokojnym, raczej nieśmiałym sześciolatkiem bez szczególnych talentów czy dziecięcych „osiągnięć”. Do dziś, gdy coś mi się nie udaje albo mam kiepski czas, moja pamięć podsuwa mi tamto zdarzenie, czuję je w trzewiach, w kościach i uspokajam się. Wiem, że wszystko będzie dobrze, bo… tata mnie kocha. Tomasz twierdzi, że gdy opowiada tę historię innym mężczyznom, ci milkną, wzdychają, wzruszają się, nie dowierzają. I… zazdroszczą.

Ojciec wiecznie nieobecny

Kilka miesięcy temu w wydawnictwie Biały Wiatr ukazała się książka „Męski świat” – zapis moich rozmów z psychoterapeutą Benedyktem Peczko o wewnętrznym świecie mężczyzn. To kontynuacja naszej książki „Zrozumieć mężczyznę”. W obu dociekamy, w jaki sposób mężczyzna może najlepiej radzić sobie z wyzwaniami współczesnego życia. Rozmawiamy o rolach, które pełni, o partnerstwie, rodzicielstwie, o zdrowiu i chorobie, o dojrzewaniu, dorosłości, przemijaniu i śmierci. Na spotkaniach autorskich pytamy czytelników – mężczyzn i kobiety – co wzbudza szczególne ich zainteresowanie, co chwyta za serce, co niepokoi i zdumiewa. Okazuje się, że z całego spektrum zagadnień jedno przykuwa szczególną uwagę – właśnie relacja ojca z synem.

Mężczyźni mówią, że samo czytanie tych fragmentów książki, które traktują o byciu ojcem i o byciu synem, nasuwa trudności, ponieważ budzi niechciane uczucia – żalu, złości, niechęci. Kobiety dzielą się podobnymi spostrzeżeniami. Mówią, że gdy patrzą na swoich mężczyzn w relacji z ich ojcami, czują bezbrzeżny smutek; dwaj dorośli mężczyźni, którzy omijają się szerokim łukiem, zamknięci na siebie, nastroszeni, nieufni…

– Wielokrotnie w gabinecie psychoterapeuty słyszałem od mężczyzn: „Mój ojciec to obcy człowiek”, „Nie rozumiem go, niewiele mówi, pracuje, wraca zmęczony, idzie spać” – mówi Benedykt Peczko.

Brak ojców wydaje się znakiem współczesności: nie ma ich, bo albo odeszli, założyli nowe rodziny, wyjechali za granicę zarabiać pieniądze, albo są nieobecni emocjonalnie. Poraża skala tej nieobecności.

„Jak układają się twoje relacje z ojcem?” – przez wiele lat Steve Biddulph, autor książki „Męskość”, zadawał to pytanie mężczyznom, z którymi spotykał się w Stanach i w wielu krajach Europy. Odpowiedzi były wszędzie takie same. Trzydzieści procent mężczyzn przyznaje, że nie spotyka się ze swoimi ojcami, nic ich nie łączy. Tyle samo określa stosunki z ojcami jako zadrażnione lub trudne. Kolejne 30 procent relacjonuje, że rozmowy z ojcami nie wykraczają poza temat kosiarek, są nudne i suche. Ilu mężczyzn przyjaźni się ze swoimi ojcami? Mniej niż 10 procent. Cóż za potworna statystyka! – komentuje Biddulph.

Czym ojcowie sobie na to zasłużyli? – Presją, przemocą emocjonalną, a nierzadko fizyczną – mówi Benedykt Peczko. – Wygórowanymi ambicjami. Niewielu synów otrzymuje psychiczne i emocjonalne wsparcie od ojców, gdy najbardziej tego potrzebują, w dzieciństwie i w okresie dorastania. Ojcowie często mówią: „Takie warunki ci stworzyłem, a ty co? Ja w twoim wieku musiałem ciężko harować!”. Zawstydzają, grożą: „Mówiłem ci, zrób tak, ale ty nie robisz! Nie słuchasz ojca? To teraz będziesz musiał! Bo jeśli nie…”. Gdy syn nie dostanie się do dobrej szkoły, nie zda na studia, ojciec obarczy go winą. Będzie rozczarowany i zawiedziony porażką syna, i da temu wyraz: „Inni sobie radzą, rozejrzyj się, popatrz na Janka! A ty?”. Wielu ojców planuje synom życie. Syn ma być kimś! Musi być kimś. Synowie albo ulegają tej presji, biorą winę na siebie, poddają się, albo buntują się i walczą.

– Jeden z moich klientów pragnął być muzykiem – opowiada psychoterapeuta. – Ale ojciec powiedział: „Nie będziesz brzdąkał. Pójdziesz na prawo, zrobisz aplikację. Pomogę ci finansowo. Jeśli nie posłuchasz, radź sobie sam”. Ten mężczyzna zrobił tak, jak chciał ojciec, uległ. Teraz z niechęcią myśli o kontaktach z ojcem. Jeśli ojciec używa pozycji ojcowskiej do przeforsowania własnego zdania, to najkrótsza droga do zniszczenia relacji z synem.

W pułapce perfekcji

Często zdarza się tak, że w późniejszym wieku u ojców budzi się pragnienie bliskości, jednak synowie, na których wywierali presję, nie mają serca do spotkań, unikają kontaktu. Dorośli synowie noszą w sobie żal, smutek, złość, a nierzadko głęboko skrywaną wściekłość.

– Szacunek to podziw i miłość – przypomina psychoterapeuta. – Szacunku nie można wymusić. Można wymusić posłuch podszyty lękiem. Wielu mężczyzn ma perfekcyjne oczekiwania w stosunku do siebie i innych. Jeśli coś im się nie udaje, jest to dla nich tak trudne, że bezwiednie uciekają się do przemocy w stosunku do synów po to, by na nich wymusić doskonałość. Oczywiście intencje ojców są jak najlepsze, ale skutki ich działań fatalne.

Jakie są grzechy główne współczesnych ojców, przeszkadzające w porozumieniu?

Są przekonani, że powinni wymagać, motywować, podnosić poprzeczkę, poszerzać granice możliwości.

– Tak, zgadza się, ale powinni to robić jednak w oparciu o inspirację, a nie szantaż emocjonalny – mówi Benedykt Peczko. – Dobre wymagania nie mają nic wspólnego z presją i przemocą. Synowie próbują mówić o swoich trudnościach, problemach, sondują, na ile ojciec może być nimi zainteresowany. Jak reagują ojcowie? Najczęściej zniecierpliwieniem: „Weź się w garść. Musisz sobie poradzić. Bądź mężczyzną!”. Syn oczekuje czegoś innego. Przede wszystkim wysłuchania, wsparcia i zachęty. Pragnie usłyszeć: „Próbowałeś, nie udało się, ale rzadko komu udaje się od razu, uczymy się, próbując i popełniając błędy, to normalne. Próbuj dalej”. Wspierający, ale i wymagający ojciec nie mówi: „Odpuść sobie”. Mówi: „Próbuj dalej”. Syn dostaje przez to komunikat: „Wierzę w twój potencjał i możliwości”. Ojciec może podzielić się pomysłami, jak próbować. Idealnie byłoby, gdyby wspólnie z synem przeanalizowali, dlaczego nie wyszło, jaką lekcję wziąć z tego doświadczenia na przyszłość. Ojciec przyjmuje wtedy rolę przewodnika, nie bierze na barki wędrowca, ale pozwala mu odnaleźć własną drogę. Nie wystarczy powiedzieć: „Musisz sam sobie poradzić, to jest szkoła przetrwania, co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Brzmi mocno, ale to znaczy, że nie wiadomo, czy nie zabije. Gdy ojciec mówi: „Może sprawdź ten sposób, spróbuj tego” – to jest prawdziwa pomoc.

Nasuwa się jeszcze jedno porównanie – do trenera. Trener pokazuje, jak ćwiczyć, jak wykonać kolejny ruch, jak oddychać, dodaje otuchy, nie potępia, gdy zawodnik nie zdobędzie złotego medalu, bo wie, że pogrzebałby jego szanse na przyszłość.

Nie doceniają wagi obecności i uwagi. Tymczasem to jest właśnie najlepsze, co mogą dać swoim synom.

– Gdy syn mówi o swoich problemach, nie oczekuje od ojca gotowych rozwiązań, natychmiastowego zaradzenia, tylko wysłuchania i zrozumienia; przyjęcia – wyjaśnia psychoterapeuta. – To dla syna bardzo wiele, ogromne wsparcie, ponieważ nie dźwiga już swojego problemu sam. Powiedział, otworzył się, a ojciec nie umarł od tego, nie dostał zawału. Problem przestaje być ciężarem. Gdy ojciec dzieli się swoimi słabościami, opowiada o porażkach, tym samym odsłania swoją ogromną siłę. Odpowiada zaufaniem na zaufanie syna. Skoro możemy mówić sobie o tym, co nas boli, smuci czy rani, to znaczy, że czujemy się ze sobą bezpiecznie, spotykamy się poza rolami ojca i syna. Spotykamy się jak przyjaciele.

Wydaje im się, że rolą ojca jest być dobrym przykładem, a jeśli wyjawi swoje porażki, rozpacz i ból, to będzie złym przykładem.

– Ojcowie retuszują swój wizerunek, przywdziewają maskę idealnego ojca, czym wprowadzają synów w błąd, krzywdzą ich – mówi psychoterapeuta. – Syn myśli wtedy o ojcu jak o Bogu, Absolucie, a o sobie jak o kimś malutkim, kto nigdy ojcu nie dorówna. Tymczasem obaj, i ojciec, i syn, są równie wielcy, jak i mali. Różnica między nimi polega na różnicy ról, które pełnią, różnicy wieku i ilości doświadczeń. Ale nade wszystko są przecież ludźmi ze swoją indywidualnością i tajemnicą losu.

Indywidualność i tajemnica – tego właśnie nie doceniają i nie szanują w synach.

Ojciec nie może wiedzieć do końca, kim jest syn, w jakim kierunku się rozwinie. Tylko syn to wie, ponieważ tylko on „żyje swoje życie”. Ojciec może i powinien ukazywać potencjalne ryzyko, zwracać uwagę na zagrożenia, robić wszystko, co się da, żeby jak najlepiej przygotować syna do wyzwań. Ale wybór drogi należy do syna. Kiedy ojciec akceptuje ten wybór, daje synowi największy z możliwych prezent. Rozumie też, że nie ustrzeże syna przed decyzjami, które niosą ból i cierpienie, bo to nie jest możliwe.

Pragną ustrzec synów przed „porażką”, „błędem”, „niewłaściwą decyzją”. Pragną, by synowie byli mocni, odporni.

– Mam wrażenie, że działa w nas atawistyczny mechanizm: pogoń za ideałem. Kiedyś lepsza jaskinia, lepsze narzędzia zapewniały przetrwanie naszym przodkom, to miało sens – rozważa psychoterapeuta. – W dzisiejszych czasach ten mechanizm przybiera szaloną postać, i nie służy przetrwaniu. Mężczyźni ślepo gromadzą, konkurują i walczą. Próbują wdrożyć swoich synów do walki, przygotować na to, co ich czeka: „Życie jest ciężkie, musisz być niezłomny, mieć dobrą pozycję, stanowisko, układy”. Wierzą, że ich synowie kiedyś osiągną taki stan zasobów materialnych i pozycji społecznej, że będą wreszcie mogli zacząć cieszyć się życiem. To szalony zamysł: gdzieś kiedyś będziemy się cieszyć, kochać, pożyjemy, a teraz walczmy, harujmy, wymuszajmy zmiany.

Słabość jest siłą

– Ojciec nie musi być idealny czy doskonały, wystarczy, że się stara – przypomina Benedykt Peczko. – Krok po kroku dociera do swoich głębszych potrzeb i uczuć – i okazuje je, czyli pokazuje siebie jako człowieka, a nie prezentuje się tylko w roli ojca. Uczy się nowych umiejętności, na przykład lepszego komunikowania się z dziećmi, uważniejszego słuchania, wspierania ich i motywowania: ma choćby ciut więcej niż do tej pory cierpliwości. Ojciec może mieć mnóstwo ograniczeń, ale jeśli od czasu do czasu przekracza któreś z nich, nawet niewielkie, a syn to widzi, wówczas uczy się tego samego. Niejako „uwewnętrznia” ojca – opiekuńczego, kochającego i mądrego. I niedoskonałego.

Ojcowie i synowie w głębi serca tęsknią za relacją głęboką i autentyczną, pełną akceptacji i życzliwości. – Tyle tylko że nie można nawiązać głębokiej, autentycznej relacji między rolami – mówi Benedykt Peczko. – Pomiędzy ludźmi tak. Dopóki ojciec nie nauczy się, jak być człowiekiem w kontakcie z synem, nie ma mowy, żeby syn był serdeczny czy otwarcie mówił o sobie.

Czy po latach jest możliwe nowe rozdanie? Na pewno warto próbować. Na początek powiedzieć: „Przepraszam, zawiodłem, nie byłem takim ojcem, jakim powinienem być, ale chcę to zmienić”.

– Tata jest moim przyjacielem. Stoi po mojej stronie – mówi Tomasz, bohater opowieści z początku. – Wiem, że obaj popełniamy błędy, mylimy się, błądzimy, przeżywamy porażki. Ale przecież obaj staramy się najlepiej, jak potrafimy.

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku?
Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii?
Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie?
Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie.
Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia?
Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją?
Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku?
Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz?
A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest?
Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie?
Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u?
Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna?
Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok?
Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład.
Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna?
Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie?
Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna.
Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też?
Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.