1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Stylowe buntowniczki

Stylowe buntowniczki

Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Kiedyś nie miały programów telewizyjnych, linii kosmetyków, a mimo to miały siłę przyciągania, która sprawiała, że ich styl naśladowała ulica, a projektanci nazywali je swoimi muzami. Czy to niewytłumaczalne „coś”, które potrafiło zmienić zwykłą dziewczynę w międzynarodowy fenomen, zostało dzisiaj wymazane przez instagramowe filtry? Czy media społecznościowe zakończyły erę it-girls?

To. Nienamacalne, wyjątkowe, często niedoścignione. „Coś, co przyspiesza puls każdej osoby w kraju” – pisał Francis Scott Fitzgerald. Świat pierwszy raz o it-girls dowiedział się na początku XX wieku i od tamtej pory nie przestał się nimi fascynować.

Dziś to hasło zdaje się otaczać nas zewsząd. Widzimy je na okładkach magazynów, w artykułach i Internecie. Co ciekawe, nadal nie do końca wiadomo, czy z tym „czymś” trzeba się urodzić, czy można to też wypracować lub (w dobie cyfryzacji) po prostu wykreować. A może dziś prawdziwych it-girls już nie ma, a zastąpiły je influencerki?

Ten dziwny magnetyzm

Rudyard Kipling jako pierwszy wykorzystał przedrostek it, czyli „to”, by określić kobiecy urok. „Tu nie chodzi o urodę czy chwilę miłej rozmowy. To po prostu TO COŚ. Niektóre kobiety pozostaną w pamięci mężczyzn na zawsze, wystarczy, że tylko przejdą ulicą” – pisał w 1904 roku w opowiadaniu „Mrs Bathurst” (Pani Bathurst), tym samym przyczyniając się do stworzenia sformułowania it-girl. Pierwszą it-girl była zatem tytułowa bohaterka, z zawodu barmanka. Dla Kiplinga „to” odnosiło się do seksapilu, czyli określonego sposobu poruszania się i bycia, który silnie wpływał na mężczyzn. Potem, dzięki pisarce Elinor Glyn, it nabrało znacznie szerszego znaczenia. W jednej ze swoich krótkich powieści, nieprzypadkowo zatytułowanej „It”, Glyn pisze, że aby mieć „to coś”, trzeba mieć dziwny magnetyzm, przyciągający obie płcie. „Do tego niezbędna jest atrakcyjność fizyczna, ale piękno – już niekoniecznie”. Na podstawie jej powieści w 1927 roku powstał głośny film pod tym samym tytułem, w którym główną rolę zagrała ikona kina niemego Clara Bow. Jako zuchwała i bezwstydna pracownica domu towarowego wzbudzała zachwyt klientów do tego stopnia, że sama stała się pierwszą it-girl, istniejącą już nie tylko na kartach powieści. Aktorka była uosobieniem zwariowanej epoki jazzu. Rozpoznawana i pożądana w każdym towarzystwie, kompletnie nie zważała na etykietę. Mówiła z silnym brooklyńskim akcentem i klęła jak szewc, a postaci, które grała, czyli głównie kelnerki, sprzedawczynie czy manikiurzystki, obdarzała sporą dawką ciepła i humoru, co sprawiało, że ludzie czuli, iż jest jedną z nich. Nocami, zamiast z hollywoodzką śmietanką, wolała grać w pokera ze swoim szoferem, kucharką i pokojówką. Często można ją było zobaczyć, jak sunęła po Sunset Boulevard jaskrawoczerwonym packardem z towarzyszącym jej na siedzeniu pasażera psem rasy chow-chow, ufarbowanym pod kolor auta. Była inna, wyjątkowa, przyciągająca uwagę. I takie też były jej stroje.

Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW) Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW)

Kult niedoskonałości

Początkowo i prasa, i krytycy byli ostrożni z tytułowaniem znanych kobiet tym mianem. It-girl miało się łączyć z wyjątkowymi cechami i szczególnym zainteresowaniem. Clara Bow nosiła je z dumą latami, co nie znaczyło jednak, że był to termin zarezerwowany jedynie dla niej.

It-girl z założenia nigdy nie miała być perfekcyjna. Z tym określeniem zawsze wiązał się pewien chaos. Bardziej niż idealny wygląd liczyły się styl życia, obecność w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. I, naturalnie, oryginalny sposób ubierania się. Prawdziwe it-girls wzbudzały fascynację przez to, że ich życie było dalekie od fałszywej doskonałości. Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra, ale też wzbudzała duże zainteresowanie swoim prawdziwie rockandrollowym stylem życia i zawiłą relacją z członkami zespołu The Rolling Stones, których w zasadzie nie opuszczała na krok.

Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images) Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images)

To samo tyczy się Brytyjki Jane Birkin, która wyprowadziła się z rodzinnego, swingującego Londynu, by spróbować sił we francuskim kinie. Nie znała języka, ale była absolutnie czarująca. I tym urokiem zdobywała kolejne role. Nawet Francuzi z czasem wybaczyli jej błędy i silny akcent. Koszula, dżinsy, prosty T-shirt i słynny pleciony koszyk, z którym nie rozstawała się nawet na wieczorowych galach, tworzyły styl, który dzisiaj tak mocno kojarzony jest z Paryżem. Miasto świateł wchłonęło estetykę Jane tak bardzo, że wydaje się, jakby zawsze była po prostu stylem paryskim.

Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News) Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News)

To, co sprawiało, że osoby takie jak Jane Birkin czy Anita Pallenberg były tak czarujące, to także ich pozorna obojętność wobec sławy. Nie prosiły się o nią, to ona znalazła je sama. A gdy to zrobiła, nie chciała opuścić. It-girls otaczały zawsze tłumy paparazzich, bo każda nowa fotografia była na wagę złota. Szczególnie uciążliwe było to dla Brigitte Bardot, której nadmorska willa La Madrague w Saint-Tropez była regularnie nawiedzana przez fotografów, fanów i turystów. Podglądali ją lornetkami z lądu, morza (nierzadko podpływali do brzegu nurkowie) i z powietrza (helikoptery). Wszystko po to, by czytelnicy gazet na całym świecie mogli zobaczyć, jak tego dnia wygląda ikona stylu, kopiowana w latach 60. już przez większość Francuzek, które fryzowały się jak Bardot, mocno podkreślały oczy czarną kredką, próbując jednocześnie naśladować jej specyficzny sposób chodzenia i charakterystycznie wydęte usta. Dlatego kiedy była w ciąży, wynajęła mieszkanie obok szpitala, by ukradkiem chodzić na wizyty. Nic z tego. Jej nowy adres szybko wyciekł do mediów. Ostatnie tygodnie ciąży spędziła zamknięta w apartamencie z zasłoniętymi firankami.

Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images) Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images)

Dzisiejsze infuencerki nie uciekają od kamer, ale same je na siebie kierują. Łaknąc coraz większej publiki, nawet wyręczają paparazzich i same robią sobie zdjęcia telefonem.

Ze świata analogowego w wirtualny

Wystarczy sporządzić listę nazwisk kobiet uznawanych za it-girls w danej dekadzie, by zobaczyć, jak bardzo na przestrzeni lat ich liczba zaczyna rosnąć. Te najbardziej znane, jeszcze z czasów analogowych, były raczej uosobieniem słowa „cool”. To aktorka Chloë Sevigny i sprawnie bawiąca się trendami prezenterka telewizyjna i modelka Alexa Chung. O pierwszej „New York Times” w 1994 roku pisał, że w wyjątkowy sposób wpływa na ludzi, choć nie jest ani wyjątkowo piękna, ani seksowna. Jest po prostu inna i ma w sobie elektryzującą nonszalancję. „Ta pozorna obojętność na promowanie siebie jest jej najbardziej atrakcyjną cechą. Choć może to też świadczyć o jej sprycie” – komplementował ją dziennikarz Jay McInerney. Nazwał ją wtedy „najbardziej wyluzowaną dziewczyną na świecie”. Do dziś pozostała ikoną kina niezależnego, a każdy jej nowy film jest uznawany za kontrowersyjny.

Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images) Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images)

Alexa Chung to z kolei pełna humoru Brytyjka, dziewczyna z sąsiedztwa, która po pokazie Chanel zamiast na elegancki bankiet chętniej poszłaby do klimatycznego pubu, zatopiona w rockandrollowym stylu życia. Kiedy tworzyła zgraną parę z liderem zespołu Arctic Monkeys, Alexem Turnerem, w prasie pojawiały się ich zdjęcia z ulic Londynu, po których spacerowali w trampkach, wyciągniętych podkoszulkach i ramoneskach. W przeciwieństwie do Sevigny Chung z czasem zaczęła jednak sprawnie prowadzić swoją karierę, płynnie przechodząc ze świata analogowego w wirtualny i w pełni korzystając z możliwości, jakie dają media społecznościowe. Wydała nawet książkę, znów zatytułowaną „It”, w której zdradza tajniki pielęgnacji swojej urody, swoje modowe wybory i upodobania. Książka miała premierę w 2013 roku, dokładnie w tym samym czasie rozpoczęła się era Instagrama.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Siła filtrów

Clara Bow czy Edie Sedgwick, gwiazda filmów Andy’ego Warhola i it-girl lat 60., nie miały kolekcji ubrań, programu telewizyjnego ani nie wydały książki o sobie. Dzisiejsze it-girls jak Alexa Chung, ale też blogerka Leandra Medine czy rosyjska ikona stylu Miroslava Duma, to prawdziwe marki, a ich blogi, linie ubrań czy kosmetyków – sprawnie działające biznesy. Nie trzeba już ich łapać na ulicach Nowego Jorku czy Paryża, same codziennie dostarczają nam swoje zdjęcia i filmiki ukazujące je w prywatnych i bardziej oficjalnych sytuacjach.

Ale coś jeszcze się zmieniło. Instagram, dzięki filtrom, pozwala nakładać maski, sztucznie zbliżające nasze twarze do narzuconej przez estetykę sieci perfekcji. Coraz popularniejsze stają się nierealne w rzeczywistości cybertwarze – szczupłe, z zadartymi nosami, dużymi ustami i rozciągniętymi w kształt migdała oczami. Takie, jakie za sprawą operacji plastycznych mają siostry Kardashian-Jenner, które i tak korzystają z filtrów, by jeszcze mocniej to podkreślić. Obsesja na punkcie rodziny Kardashian czy sióstr i modelek Hadid nie wynika z ich osobowości, zachowania czy wyjątkowego stylu, ale z powodu ich pozornej doskonałości. Mają perfekcyjnie skrojone twarze, ładne ciała i (pozornie) idealne, pełne luksusu życie. Tymczasem prawdziwa it-girl musi mieć pewne niedoskonałości, a nawet wady. Czerpie z życia pełnymi garściami. Robi wszystko, na co każdy z nas miałby ochotę, a nie ma na to wystarczającej odwagi. Nieznane są jej zwykłe troski, więc jej życie jest często autodestrukcyjne, a tym samym fascynujące. Dziś influencerki, by nie stracić obserwatorów, starają się być nieskazitelne i jak najbardziej neutralne. W tej walce o perfekcję często zatracają człowieczeństwo. „Typowy influencer jest całkiem przeciętny – to przeciwieństwo awangardy” – pisze Natasha Stagg w książce „Sleeveless: Fashion, Image, Media, New York 2011–2019”.

Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images) Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images)

It-girls wyznaczały trendy. Dzisiaj, by być popularnym, często powiela się utarte schematy. Podczas gdy one nie walczyły o swój tytuł, influencerki mają ambicję, by się nimi stać i czerpać z tego ekonomiczne i społeczne korzyści. Często więc kopiują to, co u innych okazało się skuteczne. I tak jak kiedyś it-girls tworzyły swój styl, obecnie coraz częściej widzimy influencerki przebrane w pełne looki od projektantów, które wysyłają im marki czy domy mody.

Podobnie widzi to teoretyk popkultury Mark Fisher, który twierdzi, że it-girls uosabiały styl życia, który przez paraliżujący wpływ mediów społecznościowych wymiera. W książce „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?” pisze, że „oderwana od rzeczywistości chęć bycia widzianym zastąpiła prawdziwe zaangażowanie”. Realne, nieprzewidywalne życie zastąpiliśmy jego namiastką. Przez paranoję, w jaką wpędzają nas media społecznościowe, które wręcz zachęcają do tworzenia jednowymiarowej osobowości, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przejmujemy się opinią innych. A prawdziwe it-girls miały ją za nic. Robiły to, co uważano za nieakceptowalne, dopóki same nie sprawiły, że w końcu zostało zaakceptowane.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

SLS w szamponach i kosmetykach - co to jest i dlaczego się go boimy?

SLSy obecne są między innymi w preparatach do demakijażu, zmywaczach, szamponach, żelach myjących i w płynach do kąpieli. (Fot. Getty Images)
SLSy obecne są między innymi w preparatach do demakijażu, zmywaczach, szamponach, żelach myjących i w płynach do kąpieli. (Fot. Getty Images)
SLS to kolejne składniki, których staramy się unikać w naszych kosmetykach. Czy nasz strach przed nimi wynika z niewiedzy czy może rzeczywiście jest uzasadniony?

SLS to składniki, których powinniśmy starać się unikać w naszych kosmetykach. Czy nasz strach przed nimi wynika z niewiedzy czy jest uzasadniony?

SLS - etoksylowany laurylosiarczan sodu (Sodium Lauryl Sulfate, Sulfuric acid) to tanie detergenty syntetyczne od dawna stosowane w przemyśle, również tym kosmetycznym. Możemy je znaleźć w większości kosmetyków i to nie tylko w tych najtańszych. Obecne są między innymi w preparatach do demakijażu, zmywaczach, szamponach, żelach myjących i w płynach do kąpieli.

SLS w szamponach i kosmetykach

Dlaczego przemysł kosmetyczny tak chętnie z nich korzysta? Przede wszystkim SLS zwiększają pienienie się produktów kosmetycznych, co znacznie ułatwia mycie i zapewnia nam efekt ukochanej przez wszystkich piany. Środki te bardzo skutecznie usuwają zanieczyszczenia zarówno ze skóry jak i włosów, niestety naruszając przy tym płaszcz wodno-lipidowy skóry.

Ponadto, SLS są emulgatorami, czyli umożliwiają łączenie niejednorodnych składników kosmetycznych w całość. Tak dzieje się na przykład przy łączeniu fazy wodnej i olejowej w kosmetykach.

 SLS - dlaczego są niebezpieczne?

Podrażniają skórę - o ile w przypadku skóry zdrowej efekt ten nie zawsze występuje, to osoby z nadwrażliwą skórą bardzo często mają z tym problem. W dużej mierze to właśnie SLS są odpowiedzialne za nieprzyjemne uczucie pieczenie, swędzenia i podrażnienia towarzyszące użyciu typowego środka myjącego przez osobę z wrażliwą skórą.

Wysuszają i naruszają barierę ochronną - środki te mają znakomite właściwości czyszczące, jednak naruszają przy tym barierę ochronną skóry. Możemy zaobserwować to po kąpieli, lub po prysznicu, gdy skóra jest nieprzyjemnie ściągnięta, przesuszona i wymaga użycia balsamu.

Zaburzają wydzielanie łoju - przesuszenie skóry to tylko złudne uczucie, że już nie mamy problemu z nadprodukcją łoju. Gruczoły łojowe chcąc ratować skórę przed przesuszeniem, produkują coraz więcej łoju, a to tylko o krok dzieli nas od krostek i stanów zapalnych.

Powodują łamliwość i kruchość włosów - SLS uszkadzają strukturę włosa i przyczyniają się do pogorszenia złego stanu włosów i ich wypadania.

Wszystkie te wady SLS są  uciążliwe, ale jeszcze nie niebezpieczne. Tymczasem według badań naukowych związki te ulegają kumulacji w organizmie i mogą zaburzać jego funkcjonowanie. Bardzo niebezpieczne są dla dzieci i noworodków, a także kobiet w ciąży.

Ich dopuszczalne stężenie w kosmetykach jest objęte ścisłymi normami i mogą być obecne tylko w takich produktach, które mają ze skórą krótki kontakt i są spłukiwane wodą. Pamiętajmy jednak, że bezpieczne stężenie dotyczy jednego produktu, a my w ciągu dnia używamy kilkunastu rodzajów kosmetyków.

Dlatego też uważnie czytajmy etykiety kosmetyków by nie szkodzić swojej urodzie, a przede wszystkim zdrowiu.

  1. Kultura

Monica Bellucci - doskonałość nie istnieje

Monica Bellucci (Fot. Alessandro Bianchi/Forum)
Monica Bellucci (Fot. Alessandro Bianchi/Forum)
Choć była i jest podziwiana głównie za to, jak wygląda, nigdy nie uległa presji szczupłego ciała. Monica Bellucci kończy dziś 56 lat, a ma w sobie tyle samo seksapilu i apetytu na życie co 30 lat wcześniej. I o wiele lepiej czuje się w swojej skórze. Na łamach naszego portalu daje lekcję zdrowego podejścia do własnego wyglądu.

Przydomek „boska” przylgnął do niej właściwie od początku kariery. Jest najczęstszym określeniem, jakie pojawia się przy jej nazwisku w prasie, telewizji, ale też w komentarzach na portalach plotkarskich. Cóż, Monica Bellucci jest boska. Ma doskonałe rysy twarzy, pełną, kobiecą figurę, długie, falujące włosy, ale też jasność w sobie, grację, spokój i elegancję. Posągowa, a jednocześnie zmysłowa. Kiedy idzie, nieśpiesznie, majestatycznie, kołysząc biodrami, powietrze dookoła niej faluje. Do tego jej głos – niski, melodyjny, wydobywający się z pięknie wykrojonych ust, ułożonych niczym do pocałunku. Ostatnio na konferencji prasowej kokieteryjnie wyznała:

„Jestem bardzo nieśmiała. Wyobrażacie sobie, jaka bym była, gdybym nie była nieśmiała?!”

Makaron, wino i śmiech

Chyba żadna aktorka nie była tak często pytana o to, czy uroda pomaga jej w życiu. Monica Bellucci znosi te pytania z właściwym sobie spokojem, powtarzając do znudzenia, że wiele zawdzięcza swojemu wyglądowi – byłaby hipokrytką, gdyby uważała inaczej. W końcu to z powodu urody Francis Ford Coppola zaangażował ją do roli wampirzycy w filmie „Drakula”, który zapoczątkował jej aktorską karierę. „Uroda może być problemem, gdy kobieta jest głupia. Ale nie wtedy, kiedy kobieta wie, jak jej używać” – dodaje. „Zdaję sobie sprawę z tego, jakie wrażenie wywieram na mężczyznach. Wykorzystuję to, by osiągnąć swoje cele, ale oczywiście jestem świadoma delikatnej granicy, której przekroczyć nie zamierzam” – wyznała kilka lat temu w wywiadzie.

Często jest też pytana o nagość na ekranie, czy się jej nie wstydzi. „Aktorstwo to nie tylko słowa. Mówię też moim ciałem”. Nie krępuje się więc go pokazywać czy grać scen łóżkowych z własnym mężem. „Człowiek nie może żyć bez seksu. Gram dorosłe kobiety, które mają życie erotyczne”.

Sport? Kiedyś go nie cierpiała, ostatnio polubiła, od czasu drugiej ciąży (2010) ćwiczy z osobistym trenerem, ale nie jest osobą, która wstaje o 6 rano, by od razu biec na siłownię. „Nie jestem maszyną” – tłumaczy.

Moda? Tak, ale tylko z nią w roli głównej. Już w wieku 14 lat zarabiała jako modelka (dzięki czemu mogła opłacić studia prawnicze, które później rzuciła dla aktorstwa) i do dziś ma bardzo dobre relacje z projektantami. W gronie jej przyjaciół są m.in. z Stefano Dolce i Domenico Gabbana, była twarzą ich wiosennej kolekcji w 2012 roku, inspirowanej włoską kulturą i włoską rodziną. Dla D&G stworzyła też własną linię szminek. Ale nie śledzi najnowszych trendów. „Interesuję się modą w takim stopniu, w jakim ona ma dla mnie coś interesującego” – mówi. Jej styl jest klasyczny, raczej zachowawczy, ekstrawagancję zostawia tylko na wielkie wyjścia, ale też zachowuje umiar. „W moim sposobie ubierania się jest chyba coś bardzo włoskiego. Wybieram proste kroje, bo mam wystarczająco bujne kształty, i czasem zaszaleję z kolorem, ale jednak trzymam się klasyki” – zaznacza. „Czarna sukienka to kreacja idealna. Kiedy zdarza mi się przytyć, wkładam coś czarnego”.

Poprawianie urody? Nie jest w tej sprawie zbyt restrykcyjna. Uważa, że każdy powinien robić to, co jest dla niego najlepsze. Kiedy widzi starszą kobietę z twarzą ozdobioną zmarszczkami, nie jest zdziwiona, „nie myślę: powinna zrobić sobie lifting”, tak samo reaguje na widok kobiety w podobnym wieku z wygładzoną twarzą, „nie uważam, że powinno się piętnować kobiety poddające się zabiegom medycyny estetycznej”. Na razie woli swoje zmarszczki od operacji plastycznych, ale nie zarzeka się, że nigdy nie spróbuje.

Ulubione słowo? „Amore”, czyli „miłość, kochanie”. Dla niej wszystko jest amore, wszystko jest zmysłowe. „Wypowiadam je przynajmniej dwa tysiące razy dziennie” – przyznała w wywiadzie. „Mówię tak do dzieci, wszystkich dookoła nazywam mi amore”.

Nigdy nie stosowała drakońskich diet, brzydzi się zakazami. „Trzeba jeść zrównoważone posiłki: ryby, mięso i makarony” – radzi. Z drugiej strony…

„We Włoszech trudno utrzymać dietę. Tyle dań, tyle smakołyków… A do tego rozmawia się głównie przy jedzeniu”. Sekret jej urody? „Jedz makaron, rozkoszuj się winem, ciesz seksem, dużo śmiej i nie martw zbyt wiele. Kiedy piękno młodości przemija, nadal jest tyle powodów, dla których warto kochać życie”.

Lekko gorzkie dolce vita

W tym zamiłowaniu do dobrego jedzenia, celebracji chwil i swojej kobiecości jest bardzo włoska. „Nigdy nie wychodzę z domu bez szpilek i bez makijażu. Kobiety powinny kochać swoją kobiecość, podkreślać ją – dla poczucia własnej wartości” – mówi z przekonaniem. „Moja babcia nawet w wieku osiemdziesięciu paru lat przed wyjściem do kościoła sięgała po szminkę, aby zaznaczyć na ustach krwistoczerwoną kreskę. Makijaż i wysokie obcasy były dla niej codziennością. Może stąd się brała moja potrzeba dorosłości” – analizowała w jednym z wywiadów.

Julia Wollner, italianistka, którą pytam o to, czy w swoim podejściu do ciała aktorka też jest typowo włoska, odpowiada, że to dość skomplikowana sprawa. – Włochy to kraj estetów, ludzi od wieków niezwykle wrażliwych na piękno, a także przywiązujących wielką wagę do wizerunku. Czasem zbyt wielką. Monica Bellucci wielokrotnie była umieszczana na listach najseksowniejszych i najbardziej pożądanych kobiet świata, ale to między innymi jej współczesne kobiety zawdzięczają umiejętność łaskawszego spojrzenia na własne krągłości. Nigdy nie była przesadnie chuda, a w wywiadach chętnie podkreśla, jak ważne jest dla niej zmysłowe cieszenie się życiem, w tym tak istotne we Włoszech przyjemności stołu. Mogąc pochwalić się niezwykle kobiecą figurą i magnetyzującym spojrzeniem, skutecznie ucieka jednak od zaszufladkowania jako seksbomby, wcielając się także w role komediowe, pokazując się w filmach futurystycznych i baśniowych. Jeśli spojrzymy na najważniejsze wybrane przez nią scenariusze, trudno oprzeć się wrażeniu, że niejednokrotnie starała się pokazać, jak bardzo piękne ciało może być pułapką, przekleństwem, a przynajmniej – przeszkodą, z którą trzeba się zmierzyć.

Aktorka sama wyznaje, że szuka ról, w których będzie mogła pokazać głębię postaci, nie tylko jej piękno, a jeśli już, to piękno okrutne. O Persefonie, którą zagrała w filmie „Matrix: Rewolucje” mówiła: „Przyjęłam rolę w tym filmie, bo chciałam pokazać, jak zdradzieckie może być piękno. Coś, co uważamy za pociągające i szlachetne, może być w głębi niebezpieczne, mroczne i skażone. Ona jest piękna, ale w tym pięknie jest sama, jej wygląd odgradza ją od innych, jest barierą. To zresztą kompleks wielu atrakcyjnych kobiet”.

Choć Włochy traktuje jak dom, do którego zawsze chętnie wraca, Monica nie jest fanką wszystkich tradycji swojego kraju. Nie podoba jej się to, jak Kościół katolicki organizuje tutejsze życie, nie wierzy w zabobony. Najbardziej przeszkadza jej to, że w tradycyjnych Włoszech mężczyźnie więcej wolno. „W życie kobiety wpisane jest cierpienie, troska, lęk, zdrada – musi jednak to wszystko znosić z godnością, najlepiej w milczeniu, bo taki jej los. Mężczyzna przynosi pieniądze do domu, ale też korzysta dużo częściej z życiowych przyjemności” – mówi. „Kobiety w mojej rodzinie najczęściej akceptują przypisane im od lat role: gospodyni, żony, matki. Są szczęśliwe, ale też nie mają alternatywy. Ja chciałam mieć wybór”.

Najbardziej francuska z włoskich aktorek

Skąd u rodowitej Włoszki taka odwaga i bunt? To wszystko wpływ Francji, jej drugiej ojczyzny. „Włochy zaszczepiły we mnie pewien ideał macierzyństwa, a Francja potrzebę wolności. Choć uwielbiam kobiecość Włoszek, to dopiero we Francji zrozumiałam, jak ważne jest, by być nie tylko kobietą, ale i feministką” – tłumaczy. Właśnie przymierza się do wyprodukowania filmu o Tinie Modotti, włoskiej komunistce, fotografce i modelce, tworzącej od lat 20. do 40. XX wieku. „Jestem pod wrażeniem jej nowoczesności i odwagi. Była kobietą wielkiej pasji, wolnym duchem, co w czasach, kiedy żyła, i we Włoszech, gdzie kobieta nie mogła istnieć bez mężczyzny, było niezwykle pionierskie”. Podczas tegorocznego festiwalu w Cannes, którego Monica była gospodynią i mistrzynią ceremonii, podkreślała, jak bardzo cieszy się, że w konkursie swoje dzieła prezentuje aż 12 reżyserek, a w jury zasiada Pedro Almodóvar, który „zrobił tyle pięknych filmów o kobietach”.

Zawsze wymienia aktorki, kobiety, które podziwiała jako młoda dziewczyna: Sophię Loren, Ginę Lollobrigidę. Mimo to nie ma złudzeń, że w kwestii kobiecej solidarności jest jeszcze dużo do zrobienia. „Największym zagrożeniem dla kobiet są same kobiety. Nie ma między nami lojalności, traktujemy siebie jak rywalki, w walce o mężczyznę jesteśmy bezwzględne, gotowe na największe poświęcenie” – gorzko mówiła kilkanaście lat temu przy okazji premiery filmu „Malena”, w którym grana przez nią bohaterka doświadcza ostracyzmu sąsiadek z miasteczka.

Monica Bellucci dała światu, a zwłaszcza kobietom, coś więcej niż swoje role. Przede wszystkim, choć była i jest podziwiana głównie za to, jak wygląda, nigdy nie uległa presji idealnego ciała. „Oczywiście, chcę być w dobrej formie, ale nigdy nie czułam potrzeby bycia chudą”. Wspominając zmysłową scenę otwierającą film „Gorące lato”, którą zagrała miesiąc po urodzeniu córki, powiedziała: „Byłam wtedy bardzo pulchna. Współczesne kobiety boją się takiego ciała. Grałam femme fatale, a co dwie godziny miałam przerwę na karmienie piersią. To było zabawne”.

Jest żywą reklamą późnego macierzyństwa. Pierwszą córkę, Devę, urodziła w wieku 40 lat, drugą, Léonie, w wieku 46. Nigdy się nie spieszy, zwłaszcza w ważnych sprawach, nie spieszyła się też z macierzyństwem. „Ja wszystko w życiu robię późno. Zanim podejmę decyzję, muszę być spokojna, muszę wiedzieć i czuć, że wszystko jest na swoim miejscu. Wiem, że są kobiety, które mają po 20 lat i są wspaniałymi matkami, ale ja w tym wieku nie myślałam jeszcze o dzieciach. Dziś jest zupełnie inaczej. Mogę siedzieć z dziewczynkami w domu bez poczucia, że coś tracę”. Nie spieszyła się też z drugim dzieckiem. „Początkowo chciałam zajść w ciążę szybko po pierwszej, ale dość długo karmiłam piersią i chciałam spędzić więcej czasu tylko z Devą. Naprawdę dobrze ją poznać”.

Walczy ze stereotypami na temat roli kobiety. Kiedy po rozwodzie z Vincentem Casselem włoskie „Vanity Fair” spytało ją, jak radzi sobie jako singielka, powiedziała: „Czuję się doskonale. Chciałabym przekazać moim córkom, że posiadanie męża czy partnera nie jest przymusem ani obowiązkiem. Samotność nie powinna nas przerażać. Zwłaszcza po wielu latach małżeństwa czy bycia w związku nie ma nic lepszego niż pobyć samemu ze sobą”. No a to, że w wieku 50 lat zagrała „dziewczynę Bonda”? „Nie gram dziewczyny Bonda, ale kobietę Bonda” – protestowała. Denerwuje ją to, że prawo do bycia sexy daje się jedynie młodym kobietom. „Nadal jestem seksowną kobietą, seks tak naprawdę rodzi się w mózgu”. Podczas premiery „Na mlecznej drodze” Emira Kusturicy, w którym gra ukochaną głównego bohatera, powiedziała: „Ten film udowadnia, że miłość i erotyka to nie kwestia wieku, ale energii życiowej”. Niedawno, w wieku 52 lat, pozowała nago w basenie dla francuskiego „Paris Match”. „Lubię pozować nago” – wzruszyła ramionami na natrętne pytanie, dlaczego „odważyła się” na taką sesję.

Nie – znów ze spokojem odpowiada na to samo pytanie – nie boi się starości i upływu czasu. „Marzy mi się żyć w dobrym zdrowiu i w wieku 150 lat nadal pić cappuccino z moimi koleżankami”.

„Czuję się w swojej skórze znacznie lepiej niż gdy miałam 20 lat. Jestem pewna siebie, lepiej sobie radzę z problemami. Akceptuję siebie taką, jaką jestem i wiem, że doskonałość nie istnieje”
Monica Bellucci przyszła na świat w 1964 r. w małej miejscowości Città de Castello w Umbrii we Włoszech jako jedyna córka Pasquale, właściciela firmy spedycyjnej, i Brunelli, gospodyni domowej. Pracuje od 14 roku życia, najpierw jako modelka, potem aktorka. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt ról, mówi płynnie w trzech językach. W ostatnim filmie, „Na mlecznej drodze”, który wchodzi do kin 27 lipca – także po serbsku. Z małżeństwa z aktorem Vincentem Casselem, z którym rozwiodła się w 2013 roku, ma dwie córki. Obecnie mieszka w Paryżu, ale wkrótce z dziećmi i nowym partnerem chce przeprowadzić się do Lizbony.

  1. Psychologia

Manipulacja a psychologia – jak rozpoznać manipulatora?

(Ilustracja Getty Images)
(Ilustracja Getty Images)
Zasady są proste. Rybak chce złowić rybkę po to, by ta spełniła jego trzy życzenia. Rybka łapie się na jego przynętę i trafia niekoniecznie tam, gdzie chciała. Według psycholog Ewy Klepackiej-Gryz manipulacja jest podstawą ludzkich relacji i każdy z nas bywa w życiu nie tylko rybką, ale i rybakiem.

Jak rozpoznać manipulację i jakie są jej oznaki? Miałaś wyjątkowo ciężką noc, czujesz się niewyspana i bardzo potrzebujesz poprawić sobie nastrój. Na widok męża pojawiającego się w drzwiach sypialni robisz zbolałą minę. Twój ukochany dobrze cię zna: – Kawa do łóżka? – zgaduje. – Oj tak, kochany jesteś – posyłasz mu słodki uśmiech. – Już się robi. A czy mogłabyś dziś odebrać mój garnitur z pralni? – pyta przymilnie. – Jasne – odpowiadasz, pocieszając się, że masz na to cały dzień. Jak nic, obojgu udało wam się ubić niezły interes. Jeszcze tego samego dnia – w drodze do pralni – zatrzymuje cię policja. Jak zwykle, przejechałaś na żółtym świetle. Mandat przebolejesz, ale perspektywa punktów karnych (kolejnych w tym miesiącu) nie przedstawia się optymistycznie. By uratować skórę, robisz słodkie oczy i udaje ci się zmiękczyć pana władzę. „Uff, upiekło mi się” – myślisz. Czy wiesz, że jesteś całkiem niezłą manipulantką?

Manipulacja psychologiczna - zarzucanie sieci

Oburzasz się na myśl, że manipulujesz innymi? Nic dziwnego, według słownika manipulacja to podstępne wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie, przeinaczanie faktów w celu kierowania kimś bez jego wiedzy, wpływanie na cudze sprawy, zachowania i nastroje dla osiągnięcia własnych korzyści… Brzmi jak poważne wykroczenie. Jak rozpoznać manipulatora, kierując się tą definicją? Teoretycy manipulacji, grzebiący w owym zjawisku niczym kompulsywny badacz kijem w mrowisku, oprócz klasycznej manipulacji rozróżniają w tym temacie także wywieranie wpływu, perswazję i hipnotyczną sprzedaż. Ich zdaniem manipulacja występuje wtedy, kiedy manipulowany nie ma poczucia kontroli i może coś stracić. W przypadku wywierania wpływu i perswazji – masz poczucie kontroli, ale nadal możesz coś stracić. Z kolei kiedy ktoś swoim zachowaniem stara się, zabiega o twoją uwagę – nie masz poczucia kontroli, ale możesz coś zyskać… Oj, można się w tym pogubić.

Moda na diagnozowanie oznak manipulacji i analizowanie zachowań manipulacyjnych przypomina mi modę na dysleksję, DDA i ADHD, z tą różnicą że, moim zdaniem, manipulujemy wszyscy – bez wyjątku. Jeśli skoncentrujemy się na fakcie, że manipulacja pochodzi od łacińskiego manipulatio, czyli podstęp, fortel, a to prawdopodobnie od wyrażenia manus pello (trzymać kogoś w ręku), wychodzi na to, że owo karygodne zachowanie to jakby sztuczka cyrkowa polegająca na zręcznym (dzięki niedostrzegalnemu przez oko ruchowi ręki) wytworzeniu iluzji rzeczywistości. Niewinna zabawa, na którą nabieramy się jak rybka na przynętę. Przy czym wędkarz albo rybak, czyli manipulator, jawi nam się jako przebiegły, cyniczny zbir, który chce nas złowić dla własnych korzyści. Na przykład namolny telemarketer, który najpierw proponuje ci niezwykle korzystną ofertę (zwracając się do ciebie po imieniu, jak dobry znajomy), przygotowaną specjalnie dla ciebie, a kiedy odmawiasz, zniecierpliwionym głosem dopytuje, jaki jest powód twojej odmowy. Biorąc pod uwagę, że manipulacja psychologiczna od wywierania wpływu różni się intencją (z góry wiadomo, że zyski z owej procedury będzie miał głównie manipulant), stajesz się ofiarą. Z drugiej strony ten zły i przebiegły telemarketer wykonuje jedynie swoją pracę, a od tego, ile rybek uda mu się złowić, zależy jego prowizja. Jeśli pracujesz w usługach, prawdopodobnie to ty jesteś rybakiem, a inny nieszczęśnik bezbronną rybką, tyle tylko, że zwykle tak tego nie widzisz. Wolisz określać to strategią marketingową. Podobnie jak nie nazwiesz manipulacją robienia słodkich oczu do ukochanego. Co innego, gdy to on – podstępem – cię do czegoś namówi. A to manipulant!

Manipulacja - własna korzyść

Mój przyjaciel seksuolog twierdzi, że życie to jedna wielka gra o szczęście. Według Freuda każdy z nas kierowany jest dwoma podstawowymi popędami: dążeniem do przyjemności oraz unikania bólu i cierpienia, nie ma więc nic dziwnego w tym, że w życiu liczy się przede wszystkim własna korzyść. Wszyscy wywieramy wpływ na innych ludzi. Najczęściej robimy to nieświadomie. Jak rozpoznać manipulację w codziennych zachowaniach? Przykładowo, kiedy namawiasz przyjaciółkę na pójście do kina, bo zawsze lepiej mieć towarzystwo, nie dopuszczasz do siebie myśli, że ona może nie mieć na to ochoty. Czasami wystarczy propozycja, innym razem uciekasz się do prośby, podkoloryzowania recenzji filmu tak, by przyjaciółka dała się przekonać. A jeśli to nie pomoże, nie zaszkodzi drobny szantażyk w stylu: „Pamiętasz, jak prosiłaś mnie, żebym poszła z tobą na koncert, choć wiesz, że nie przepadam za zatłoczonymi klubami?”.

Oprócz podstawowego powodu stosowania manipulacji (chęć zaspokojenia własnej potrzeby, przyjemności czy ubicia interesu), uciekamy się do niej także z lęku przed autentyczną relacją, przed ujawnieniem swoich słabych stron czy czułych miejsc. Wtedy manipulujemy swoim wizerunkiem, przedstawiamy siebie w innym świetle, ukrywamy „niewygodne” fakty ze swojego życia – wszystko po to, by ktoś nas polubił, zaakceptował, nie odtrącił. Większość manipulatorów ma naprawdę dobre intencje, nie chce nikogo skrzywdzić, a że myśli przede wszystkim o sobie – to wydaje się naturalne.

Moim zdaniem każda relacja, nawet najbliższa, jak miłosna czy przyjacielska, jest pewnego rodzaju manipulacją. Jeśli to słowo nadal cię oburza, wyobraź sobie, że relacja to gra w tenisa. Kiedy rozgrywasz mecz z życiowym partnerem, obydwoje chcecie wygrać – to naturalne, rywalizacja, która nie ma intencji świadomego ranienia, jest dla relacji jak pikantna przyprawa do wyszukanego dania.

Jak rozpoznać manipulatora we własnych zachowaniach?

Ciężko jest przyznać przed samą sobą, że masz tendencję, a nawet naturalny dar do manipulowania innymi, co dopiero, kiedy zauważysz w swoim zachowaniu oznaki manipulacji i uzmysłowisz sobie kolejną prawdę – bardzo często manipulujesz również samą sobą. Pomyśl, ile rzeczy na swój temat potrafisz sobie wmówić, oczywiście w dobrej intencji. Jak rozpoznać manipulatora w naszej głowie? Manipulujesz własnymi przekonaniami, potrafisz zobaczyć coś, czego nie ma, i święcie wierzyć w swoje racje (cyrkowa sztuczka tworzenia iluzji rzeczywistości). Z łatwością przekonujesz siebie, że uszczęśliwić cię może jedynie konkretna osoba (iluzja miłości), albo trzymasz się kurczowo wspomnień o jakiejś nieprzyjemnej sytuacji z przeszłości, przeżywasz ją, uzupełniasz jej scenariusz i odgrywasz ciągle na nowo („popatrzcie, jaka ja biedna”). Wyjątkową wprawę mamy zwłaszcza w manipulowaniu własnymi emocjami. Bywa, że całkowicie odcinamy się od swoich uczuć albo w całości się z nimi utożsamiamy i pozwalamy im przejąć kontrolę nad swoim życiem. Potrafimy znaleźć tysiące sposobów, by usprawiedliwić swoje zachowanie. No cóż, najłatwiej jest oszukać samą siebie, nie zauważając żadnych oznak manipulacji. W tym wypadku manipulatorem jest nasza głowa, która podporządkowuje sobie ciało, dla własnych korzyści.

Mimikra, czyli występujące w świecie zwierząt zjawisko, gdy jeden gatunek wykorzystuje automatyczne wzorce zachowania innego, w doskonały sposób opisuje mechanizm działania manipulacji. Automatyczne wzorce reakcji, inaczej nawyki, czynią nas miękkimi jak wosk w rękach manipulatorów (w tym nas samych). Jak handlowiec, który próbuje nas złowić w swoją sieć, bazując na wierze w autorytety i podsuwając badania, z których wynika, że jego towar to rzecz ci niezbędna. Dlatego, oprócz znajomości technik manipulacyjnych, warto stawiać w relacjach na uważność i świadomość.

Manipulacja a psychologia wpływu społecznego

W psychologii naukowej rozróżnia się te dwa pojęcia. Każda manipulacja jest wpływem społecznym, ale nie każdy wpływ jest manipulacją – w tym ostatnim przypadku mówimy o działaniu świadomym z intencją uzyskania przez manipulatora jakichś korzyści własnych, przy czym osoba manipulowana nie zdaje sobie z tego sprawy i ponosi straty. Warto wiedzieć, jak rozpoznać manipulację od wpływu społecznego. Możemy wpływać na innych lub na otoczenie nawet bez użycia słów, poprzez mowę ciała, przedmioty, aranżację otoczenia. Stosowanie wpływu społecznego nie jest naganne, o ile nie ma to charakteru manipulacji.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Moda i uroda

Oczyszczanie twarzy - japoński sekret pięknej cery

Fot. iStock
Fot. iStock
Azjatyckie kosmetyki podbijają europejski rynek. Nic dziwnego, Azjatki w każdym wieku wyglądają młodo i promiennie. Jakie tajemnice pielęgnacji twarzy skrywają?

Azja kojarzy nam się przede wszystkim z naturą i filozofią zen. Okazuje się, że nawet w pielęgnacji urody można czerpać z tego nurtu. Już w VIII w. Japonki miały zwyczaj bielić swoje twarze. Porcelanowa cera symbolizowała szlachetne piękno i maskowała wszystkie niedoskonałości. Obecnie wciąż ceni się tradycyjne wzorce, ale by im dorównać - azjatyckie kobiety muszą włożyć w codzienną pielęgnację wiele trudu.

Fenomen z Dalekiego Wschodu

Sekretem kosmetyków z Azji są nie tylko niespotykane na Zachodzie składniki - jak śluz ślimaka czy jad pszczeli - ale ich skuteczność. Producenci dokładają wszelkich starań, by ich produkty trafiały w potrzeby azjatyckich kobiet. A na liście ich priorytetów bardzo wysokie miejsce zajmuje nawilżanie. Skóra Japonek jest anatomicznie cieńsza od skóry Europejek czy Amerykanek. Przez to jest o wiele bardziej narażona na szybszą utratę wody, a co za tym idzie - na uszkodzenia i przebarwienia. Stąd w niemalże każdym produkcie można znaleźć kwas hialuronowy, który silnie wiąże wodę. Twórcy kosmetyków stawiają również na witaminy (B, C, D, E) i naturalne ekstrakty, np. wyciągi z aloesu, zielonej herbaty, alg morskich - by ich klientki długo nie musiały martwić się o starzejącą skórę.

Wiele pań ceni sobie tradycyjne wzorce sprzed wieków, dlatego japońskie kosmetyki w większości mają także działanie rozświetlające. Wielką wagę przykładają również do ochrony przed promieniami słonecznymi.

Dla Azjatek codzienna staranna pielęgnacja twarzy jest czymś naturalnym, chwilą relaksu i odprężenia. Bardzo cenią sobie zdrowy, młody i piękny wygląd, dlatego dbają o siebie na wielu płaszczyznach - zrównoważonej diety, aktywności fizycznej, prawidłowego snu. Mimo że niemal codziennie fundują sobie domowe spa, nie stronią od profesjonalnych gabinetów kosmetycznych.

Japońskie oczyszczanie twarzy

Codzienny demakijaż i oczyszczanie twarzy to klucz do pięknej skóry. Wieczorem, po całym dniu narażania jej na kontakt z zanieczyszczeniami, obowiązkowo musimy odblokować pory i pozwolić skórze oddychać. Japonki wierzą, że jest to podstawa zachowania dobrej kondycji i młodości skóry. Mają na to swój wyjątkowy rytuał:

Krok 1. Oczyszczanie

To według Japonek najważniejszy element, który wykonują niezwykle starannie i dlatego składa się z dwóch etapów. Pierwszym jest oczyszczenie skóry przy pomocy oleju, emulsji bądź mleczka, najczęściej bez użycia wody. To najlepiej rozpuści nałożone kosmetyki i pozwoli pozbyć się makijażu. Dopełnieniem demakijażu jest drugi etap, w którym używa się produktów myjących (np. mydło, żel, pianka) z wodą.

Krok 2. Delikatny masaż

Jest istotny dla pobudzenia mikrokrążenia, pozytywnie wpływa na kondycję skóry, poprawia koloryt i opóźnia procesy starzenia, a co więcej - ułatwia wchłanianie się kosmetyków. W połączeniu z delikatnymi produktami złuszczającymi świetnie usuwa martwy naskórek.

Krok 3. Tonizowanie

W filozofii Dalekiego Wschodu bardzo ważna jest równowaga i tę zasadę przestrzega się również w pielęgnacji urody. Tonizując skórę, uspokajamy pH, czyli naturalny odczyn kwasowo-zasadowy. Co ciekawe, najlepszym okazuje się nie być wcale neutralny, a lekko kwaśny - na poziomie 4,5-6 pH. Dzięki równowadze kwasowo-zasadowej nasza naturalna bariera, która chroni przed drobnoustrojami i innymi czynnikami zagrażającymi naszej skórze, działa prawidłowo.

Krok 4. Odżywianie

Na tym etapie Japonki chętnie sięgają po serum, bogate w wiele dobroczynnych składników, jak np. kwas hialuronowy, witaminy, roślinne ekstrakty z ryżu, bambusa, imbiru czy żeń-szenia. Pod oczy wklepują krem, najczęściej działający nawilżająco i rozświetlająco.

Krok 5. Nawilżanie

Jest niezbędne dla zachowania gładkiej i jędrnej - a co za tym idzie - młodo wyglądającej skóry. W tym celu świetnie sprawdzą się lekkie kremy (odżywcze, przeciwstarzeniowe, rozjaśniające), będące zwieńczeniem całego japońskiego rytuału oczyszczania twarzy.

  1. Seks

Seksapil – co to znaczy? Jak go wydobyć?

Seksapil to rodzaj wewnętrznej energii, którą emanujemy na zewnątrz, bądź nie... (fot. iStock)
Seksapil to rodzaj wewnętrznej energii, którą emanujemy na zewnątrz, bądź nie... (fot. iStock)
Jest czymś, co zauważamy u innych, co przyciąga i magnetyzuje. To wdzięk, urok osobisty, energia. Pora zdać sobie sprawę z tej siły. Czym tak naprawdę jest seksapil, czy można się go nauczyć i jak go wydobyć?

Jest poranek, zwykły dzień pracy. Wychodząc z łazienki, sięgasz jeszcze po małą, kosztowną buteleczkę. Tak, ten zapach jest naprawdę zmysłowy – przekonujesz się po raz kolejny. I skrapiasz nim dekolt. W tym samym czasie twój sąsiad z naprzeciwka staje przed poważnym dylematem. Czekają go dziś ważne negocjacje – musi wyglądać tak, by wzbudzać zaufanie i porwać swoją wizją innych. Dlatego sięga po najlepszy garnitur, ale popędza jeszcze córkę, która zajęła łazienkę i godzinami próbuje zamalować swoje młodzieńcze pryszcze. Pachnąca, spoglądasz jeszcze przez okno. Widzisz sąsiadkę, która w obcisłym dresie wybiega na poranny jogging „Ta to ma zdrowie” – myślisz. – „No i sylwetkę!”.

Zapewne większość z nas co rano zachowuje się podobnie, bo nie ma nic bardziej naturalnego dla rodzaju ludzkiego niż chęć podobania się innym. Dlatego czeszemy włosy, malujemy się, wydajemy majątek na garnitury i buty, dlatego przekłuwamy uszy, pępki i wargi, robimy operacje plastyczne, zdobimy ciała tatuażami, nosimy wysokie obcasy i obręcze wydłużające szyję. Chcemy być kochani. I mamy to już od dziecka, kiedy miłość rodziców była dla nas warunkiem przeżycia. Poza tym żyjemy też pod czujnym okiem innych. Uczymy się komunikacji, wymiany myśli, dyskusji, negocjacji, uczymy się przekonywać innych do swojego zdania. Z doświadczenia wiemy, że wdzięk i urok są ku temu najlepszymi narzędziami.

Ale co właściwie podoba się nam w innych? Co przykuwa do nich naszą uwagę? Otóż niezależnie od kultury, od czasów, w jakich żyjemy, wszystkim podobają się męscy mężczyźni i kobiece kobiety. Lubimy seksapil. Jak go wydobyć i na czym on polega?

Seksapil - rodzaj samowystarczalnej energii

Dorota Piekarczyk, psycholożka i coach z wieloletnim doświadczeniem, twierdzi, że wśród swoich klientów zauważa pewną prawidłowość: – Proces coachingu można uznać za udany, kiedy mężczyzna odzyska kontakt z własną męskością, a kobieta z kobiecością. I jest to zmiana fizyczna, zauważalna gołym okiem. Kobieta nagle pięknieje, a mężczyzna – robi się przystojniejszy.

Ale przecież mężczyzna w procesie coachingu nie urósł znienacka (lubimy raczej wysokich panów), a kobieta nie zmieniła swojej sylwetki (mężczyźni preferują proporcjonalne ciała, z określonym stosunkiem talii do bioder). Nasz wygląd jest podobno tylko w 20 proc. odpowiedzialny za to, czy jesteśmy atrakcyjni dla innych. Dalsze 20 proc. to sprawa inteligencji. Natomiast aż w 60 proc. za to, czy jesteśmy postrzegani jako męscy i kobiecy, odpowiadamy my sami, lub raczej to, czy mamy kontakt z tą niezwykłą energią, którą nazwaliśmy seksapilem, czyli atrakcyjnością płciową. Nie będzie też wielkim odkryciem stwierdzenie, że jeśli samych siebie nie uważamy za osoby godne pożądania, to nie wzbudzimy zainteresowania w innych. Dlatego wzmacnianie seksapilu musimy zacząć od pracy nad związkiem z samą sobą, bo to najważniejszy związek w życiu.

Każdy człowiek, jako osobnik posiadający płeć, obdarzony został również energią związaną z życiem płciowym. A o tym, czy przełoży się to również na życie erotyczne i poczucie seksapilu, decyduje już pozytywny stosunek do samych siebie, świata, innych ludzi i samego seksu.

– Seksapil to rodzaj energii – mówi Dorota Piekarczyk. – Porównałabym ją do rzeki, która musi płynąć. Czasem może być to ledwie sączący się strumyczek, a czasami rwący potok. Tyle że w życiu zdarza się, że sami stawiamy na tej rzece tamy i zapory. Taką tamą może być na przykład choroba, zwykłe przemęczenie lub po prostu zapracowanie, zbyt dużo zajęć czy nadmierna obowiązkowość, która nie daje czasu ani przestrzeni na to, żeby się sobą zainteresować i poświęcić sobie uwagę. Dlatego rozpaczliwie zabiegamy o uwagę innych. Kiedy spotyka się takich ludzi, od razu czuje się zmęczenie albo przytłoczenie ich nadekspresyjnością, natomiast osoby obdarowane seksapilem opisałabym jako energetycznie samowystarczalne. One nie żywią się cudzą energią, same nią emanują.

Seksapil - dar skupiania na sobie uwagi

Przebywanie w otoczeniu osób obdarzonych seksapilem jest czystą przyjemnością, która nie ma nic wspólnego z przyjemnością płynącą z seksu. Tacy ludzie po prostu czynią świat piękniejszym, ciekawszym, a szare życie zamieniają w dolce vita. Wnoszą pewien rodzaj lekkości i radości w codzienność. Kobiety obdarzone seksapilem według mężczyzn są zwykle uśmiechnięte, potrafią otworzyć drzwi do całkiem nowych światów, magnetyzują. Męscy mężczyźni natomiast budzą entuzjazm, są bardziej przekonujący. Wierzymy w ich sukces i angażujemy własne siły do wspierania ich projektów. Męski seksapil inspiruje i porywa innych, jest nieodzowną cechą każdego menedżera, biznesmena i polityka. Władimir Putin zabijał wieloryby, pozował z niedźwiedziami, został mistrzem dżudo, taekwondo i karate, dlatego jego wyborcy to głównie kobiety, które uważają go za niezwykle męskiego i seksownego. Bo dla nich męskość to przede wszystkim siła. Znasz pewnie ludzi, którzy zjechali cały świat, a ich opowieści nużą niepomiernie. Ale bywają i tacy, którzy jak magnes przyciągną słuchaczy opowieścią o zakupach w hipermarkecie.

Catherine Hakim, autorka książki „Honey Money. The power of erotic capital”, doszła do wniosku, że przy pierwszym kontakcie zwracamy uwagę przede wszystkim na wygląd zewnętrzny i mowę ciała rozmówcy oraz sposób, w jaki przemawia. Tylko w 7 proc. liczy się treść wypowiadanych słów. Przy dalszym poznaniu te proporcje się zmieniają, ale naturalne i spontaniczne poczucie humoru, zaraźliwy uśmiech, przyjazny stosunek do ludzi oraz wewnętrzny spokój, który świadczy o tym, że czujemy się dobrze sami ze sobą – tworzą wdzięk i urok, który przyciąga bardziej niż mądrość czy erudycja.

Seksapil - broń obosieczna

Warto zdawać sobie sprawę z tego, że ten ogromny potencjał seksapilu i wiedzę, jak go wydobyć, można wykorzystać na różne sposoby, również do manipulacji. – Jeżeli energii seksapilu nie będziemy umieli skanalizować i rozproszymy ją na różne strony, zacznie ona działać przeciwko nam – mówi Dorota Piekarczyk. – Zamiast tworzyć satysfakcjonujący, szczęśliwy związek, będziemy uwodzić, niszczyć siebie i innych, zamiast cieszyć się seksem, będziemy się w nim sprawdzać. Zamiast współpracować, zaczniemy manipulować.

To typowy przypadek Don Juana, którego wdzięk oraz seksapil uwodzi i zabija. Jedna z bohaterek książki Catherine Hakim szczyci się wysoką pensją, pięknym mieszkaniem, dwoma mercedesami i przyznaje, że swoją pozycję w pracy i status materialny zawdzięcza tylko świadomości tego, jak działa na mężczyzn. Zawsze przychodziła do pracy trochę wcześniej, żeby sam na sam, przy kawie poflirtować ze swoim pracodawcą, nigdy nie jadała z koleżankami bezsensownie chichoczącymi w kuchni, ale starała się pójść na lunch z mężczyzną na wyższym stanowisku. Rozśmieszała go, umilała mu czas, wykazywała ogromne zainteresowanie wszystkim, co mówił. „I wyszłam na swoje” – przyznaje. Jej otwarta, przyjazna postawa, jej kobiecość i seksapil były w rzeczywistości wyrachowanym planem, który realizowała krok po kroku. Traktowała siebie i ludzi wokół instrumentalnie i zdobyła swój konkretny cel. Owszem, odniosła sukces zawodowy, ale poza pracą była sama jak palec, z nieudanym życiem uczuciowym.

Seksapil - świadomość ciała

– To może się wydawać dziwne, ale osoby, którym udało się rozdmuchać iskrę seksapilu, prawie zawsze zaczynają uprawiać jakąś formę aktywności fizycznej – mówi Dorota Piekarczyk. – Nasze ciało zaczyna domagać się ruchu, bo ta energia już gdzieś w nas płynie, już nas rozkołysała – porwała do tańca albo wyprowadziła na spacer. Chodzimy pewniej, gestykulujemy bardziej zdecydowanie, mówimy przekonująco. A inni zaczynają nas słuchać i oglądać się za nami.

Bo zrozumienie tego, czym jest seksapil, pomaga nawet prozaiczne czynności wznieść na wyższy poziom drgań. Z rzeczywistości stworzyć sztukę życia. Zwykłe jedzenie, ubieranie się czy kąpiel w rzece zamienić w spektakl. Tak jak Rita Hayworth zrobiła to z wydawałoby się banalną czynnością zdejmowania rękawiczki.