1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Świat to miejsce dla dziewczynek

Świat to miejsce dla dziewczynek

Fot. iStock
Fot. iStock
Dwudziesty pierwszy wiek to epoka dziewczynek. Rewolucja w wychowaniu podążyła za osiągnięciami feminizmu. Mamy wymyślony cel — jako społeczeństwo wiemy, na kogo chcemy wychować dziewczynki. To na nich skupia się dziś uwaga edukacji. A co z chłopcami? Czy pomyśleliśmy o miejscach im przyjaznych?

Świat zachodu to miejsce dla dziewczynek

Dziewczynki i ich problemy zogniskowały uwagę refom edukacyjnych. Wszyscy już wiemy, że to skandal, gdy w czytance pojawi się schematyzm w postrzeganiu ról społecznych. Mama (zawsze w spódnicy) gotuje, a tatuś myje samochód — to wzorce, które raz na zawsze odeszły do lamusa. Dziewczynki wychowuje się na przebojowe, otwarte, pewne siebie osoby, do których świat należy. Koniec z nierównymi szansami. Ale czy na pewno?

Idea równych szans w edukacji niestety nie ma się dobrze i tracą na niej właśnie chłopcy. Przedszkola i szkoły to miejsca wyjątkowo chłopcom nieprzyjazne. Nagradza się zachowania niezwiązane z męskim temperamentem — zachowania spokojne, grzeczne, uległe. Praca w ciszy, w skupieniu, przestrzeganie zasad bez zastrzeżeń, brak jakichkolwiek form agresji — to promujemy.

Brak męskich zabaw

Ponieważ wszelkie placówki są koedukacyjne, chłopcy są często wręcz niemile widziani — jako niegrzeczni, sprawiający kłopoty i utrudniający naukę grzecznym, spokojnymi nastawionym na wysiłek intelektualny dziewczynkom.

W przedszkolach i szkołach pracują niemal wyłącznie kobiety, i to one decydują o stylu, wymaganiach,atmosferze, rodzaju aktywności, nagrodach i karach. Mrzonką jest pogląd, że da się stworzyć środowisko przyjazne chłopcom bez pierwiastka męskiego.

My, rodzice, nie jesteśmy bez winy. Podsycamy antychłopięcą, czyli swobodną, luźną atmosferę przedszkoli i szkół. Jesteśmy orędownikami idei absolutnego bezpieczeństwa naszych dzieci. Każde, nawet minimalne odstępstwo od tej idei, jest piętnowane i karane. Natura chłopca nie ma gdzie się nawet odezwać.

Kolejny problem to profile placówek edukacyjnych. Każda większa miejscowość ma przedszkole polsko-angielskie, artystyczne, muzyczne, teatralne, a nawet filozoficzne, czyli… dla dziewczynek. Żadna nie ma przedszkola dla chłopców. Nie ma ani jednego sportowego, indiańskiego, przygodowego, rowerowego czy pływackiego. Gdzie przedszkola dla ruchliwych chłopców? Dlaczego nikt ich nie tworzy?

Ustawa

Właśnie za nami wielka ogólnopolska debata, w jakim wieku nasze dzieci powinny rozpoczynać edukację szkolną. Chociaż brały w niej udział również mamy chłopców, nie padały głosy, że chłopcy powinni rozpoczynać naukę z rocznym, a nawet dwuletnim opóźnieniem w stosunku do dziewczynek.

Nie padły głosy, że być może stare rozwiązania klas niekoedukacyjnych nie są takie złe. Przecież każdy nauczyciel potwierdzi, że zupełnie inaczej trzeba dobierać metody, tempo pracy, co innego zadawać do domu i inaczej sprawdzać wiedzę w klasach męskich i żeńskich.

Lektury to kolejny symboliczny wyraz tego, na co narażamy dziś chłopców. Zamiast narzekać, jak mało czyta współczesny chłopiec, pomyślmy przez co on musi przejść, gdy mając jedenaście lat musi się fascynować przygodami Ani Shirley. Może dojrzeliśmy już do tego, żeby dla szczególnie ruchliwych i aktywnych fizycznie tworzyć męskie klasy z innymi metodami pracy, innymi lekturami i innym wymiarem godzin wuefu. W pierwszym odruchu brzmi to jak powrót do szowinizmu, ale równouprawnienia nic już nie zatrzyma, obawy są nieuzasadnione, a po epoce ograniczania dziewcząt dziś chłopcy cierpią na ekspansji kobiet.

Zastanówmy się: czy nasze dzieci, zwłaszcza w szkole podstawowej, na pewno czują się dobrze w koedukacyjnych klasach? Uczą się razem dla swojego dobra czy dla naszej organizacyjnej wygody?

Wiemy, czego nie wolno chłopcom

Odebraliśmy chłopcom prawo do zabaw w wojnę, zabaw głośnych, brudzenia, psocenia, brojenia, organizowania band. Boimy się tworzenia wszelkich wspólnot, a nie daliśmy nic w zamian — poza komputerem. Mają być cicho i siedzieć grzecznie na miejscu.Jest coraz mniej miejsc, gdzie chłopiec może się wyżyć. A przecież ta potrzeba nie zanikła tylko dlatego, że pojawiły się komputery. Uzależnienie nawet kilkuletnich chłopców od gier komputerowych to przecież tylko odpowiedź pokolenia chłopców na brak innej przestrzeni do charakterystycznego i zdrowego dla rozwoju „wyżycia się”.

Nie jest łatwo dziś być chłopcem

  • Dostają mniej pieszczot. Rodzice inaczej reagują na ich pojawienie się na świecie. Matki bardziej cieszą się z narodzin córki
  • Mniej się do nich mówi. Jako dzieci mają słabszy kontakt z językiem
  • Trzyma się ich z dala od męskich autorytetów, bo strach przed pedofilią zamknął dorosłym mężczyznom wstęp do świata dzieci
  • Nie widują ojca ani innych mężczyzn, uczą ich kobiety.To one zdominowały środowisko edukacyjne, one są trenerami, instruktorami, prowadzą warsztaty, poradnictwo
  • Nie ma żadnych miejsc,gdzie mogliby bawić się bez dozoru, krzyczeć, hałasować, rywalizować
Jeśli jesteś mamą chłopca, stwórz synowi obszary, gdzie może żyć w zgodzie ze swoją męską naturą. Czytaj mu „męskie” książeczki, pozwalaj brudzić się, hałasować i zadawać tylko z chłopakami. Po prostu zrób wszystko, żeby twój syn jak najmniej odczuł, że dzisiejszy świat preferuje dziewczęta.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Agresja u dziecka - o czym świadczy i jak reagować?

Agresja u kilkulatka nie bierze się znikąd. Lepiej potraktować takie zachowania dziecka jak wołanie o pomoc. (fot. iStock)
Agresja u kilkulatka nie bierze się znikąd. Lepiej potraktować takie zachowania dziecka jak wołanie o pomoc. (fot. iStock)
Wszystko było w najlepszym porządku i nagle, bez żadnej wyraźnej przyczyny, z przedszkola czy szkoły zaczynają docierać do ciebie uwagi o agresji u dziecka.

Bije, gryzie, kopie, popycha, wyśmiewa albo przezywa. „Moje dziecko? To niemożliwe!” – dziwi się wiele mam. A jednak to jak najbardziej możliwe i może się zdarzyć każdemu, nawet najspokojniejszemu dziecku świata.

Kiedy po raz pierwszy słyszysz, że twoje dziecko uderzyło, kopnęło, przezwało kolegę, najczęściej myślisz, że to pomyłka. Być może tak jest istotnie: to tylko incydent. Druga uwaga na temat agresji dziecka musi jednak oznaczać bezwzględne zajęcie się tym problemem. Bagatelizowanie agresji dziecka jest bowiem wyrządzaniem mu krzywdy.

Każde agresywne zachowanie, to wielka prośba: „Mamo, nie radzę sobie”. Bagatelizując problem agresji dziecka, zostawisz je samo z wielkim ciężarem.

Co robić, gdy dziecko zachowuje się agresywnie?

1. Pozbyć się wstydu. Nie jesteś złą mamą tylko dlatego, że twoje dziecko kogoś ugryzło czy opluło. Będziesz nią, jeśli się nad tym problemem nie pochylisz.

2. Spojrzeć na życie swojego dziecka pod kątem, czy nie ma w nim agresji.
Czy ktoś z grona bliskich – rodzeństwo, opiekunowie, dalsza rodzina, nie zachowuje się agresywnie, tym samym nie ucząc dziecka zachowań agresywnych? (szturchańce, krzyki, pełne dezaprobaty miny lub spojrzenia). Czasem dziecko w domu jest bardzo ciche, wycofane, a w przedszkolu lub szkole bije, gryzie, kopie, dokucza innym. Warto zastanowić się, jaka jest pozycja dziecka w domu, bo być może ono odreagowuje swoje domowe role na gruncie rówieśniczym. Dzieci mają tendencję do powielania podpatrzonych zachowań. Jeśli w domu dziecko jest poddawane agresji, to na pewno będzie ją powielać na innym gruncie.

3. Ograniczyć filmy i gry, które wydają ci się zbyt brutalne.
Dzieci mają rozwojową potrzebę odtwarzania tego, co widzą i co je pasjonuje. Być może agresja dziecka to udawanie postaci z gry lub filmu.

4. Przez jakiś czas oglądaj z dzieckiem wszystkie filmy i dużo mu czytaj.
Komentuj wszystkie wydarzenia: „On nie powinien się tak zachować, zobacz, nikt nie lubi takich osób” itp.

5. Na wszelki wypadek wprowadź terapię z obcowaniem, czyli wróć do wspólnego spędzania czasu
; baw się, wygłupiaj, śmiej, gotujcie razem, sprzątajcie. Bądźcie razem jak najwięcej. Dzieci na różne sposoby manifestują potrzebę kontaktu z dorosłymi.

6. Pomóż rozładować nadmiar energii
za pomocą wybranego przez dziecko rodzaju aktywności sportowej, tanecznej, aktorskiej.

7. Dzieci agresywne są najczęściej bardzo nielubiane.
Nieprawidłowym odruchem jest izolowanie dziecka agresywnego od innych dzieci. Dziecko musi mieć okazję do ćwiczenia dobrych relacji. Zapraszaj więc inne dzieci do was, ale po jednym-dwóch kolegów. Nadmiar dzieci sprzyja agresji.

8. W domu w żadnym razie nie wolno dopuszczać do tego, żeby dziecko mogło cokolwiek osiągnąć agresją.
Zwracaj się do dziecka zawsze bardzo miło, uprzejmie i spokojnie.

9. Szukaj pomocy. Idź do psychologa.
Dziecko agresywne narażone jest na nienawiść rówieśników. Kiedy tylko będzie okazja, jego „ofiary” zwrócą się przeciwko niemu. Trzeba mu pomóc. Niekoniecznie potrzebne jest orzeczenie od psychologa, czasem wystarczy tylko miękka forma terapii rodzinnej.

  1. Psychologia

Jak wspierać dziecko w nauce i zdrowo angażować się w życie szkoły?

Warto wspierać dziecko w nauce sposobów uczenia się. (Fot. Getty Images)
Warto wspierać dziecko w nauce sposobów uczenia się. (Fot. Getty Images)
W jakim stopniu angażować się w szkołę? Dyskutować z nauczycielami, odrabiać lekcje, decydować o przyjaźniach? To odwieczne pytania rodziców. Jak dziecko wspierać, ale nie przesadzić – tłumaczy psycholog dziecięcy doktor Magdalena Śniegulska.

Czy to, w jakim stopniu uczestniczymy w życiu szkoły, dużo mówi o nas, rodzicach?
Trochę mówi. Większość rodziców ma ogromne oczekiwania, np. jak szkoła powinna wyglądać. Ale ilu rodziców i ile dzieci, tyle pomysłów i potrzeb. To powoduje, że coraz więcej słyszy się krytycznych głosów dotyczących funkcjonowania szkoły w Polsce. Mówi się, że jest mało elastyczna, nie nadąża za potrzebami zmieniającej się rzeczywistości, za cywilizacją.

To chyba nic złego, gdy chcemy, żeby nasze dzieci dorastały w bezpiecznych, dobrych warunkach?
Nie, to naturalne. Szkoła jest ogromnym wyzwaniem rodzicielskim. Szczególnie że w ostatnim czasie zasady opisujące relacje rodzic – nauczyciel uległy modyfikacji. Kiedyś nauczyciel był autorytetem, nie było mowy o dyskusji z nim. Taki stan rzeczy z jednej strony mógł się nie podobać, z drugiej – dawał rodzicowi poczucie bezpieczeństwa. To się zmieniło. Niestety, bo obiektywnie patrząc, wielu nauczycieli autorytetami nie jest. A czasami mogliby być, gdyby nie postawa rodziców. Abstrahując jednak od dyskusji nad kondycją polskiego szkolnictwa, warto pamiętać, że to od nas w dużej mierze zależy, czy dziecko będzie szkołę lubiło. Jeżeli my, rodzice, jesteśmy przekonani, że szkoła jest miejscem dobrym, że fajnie jest tam chodzić, uczyć się, rozwijać, to jest duża szansa, że nasze dzieci też tak będą myśleć.

Tak, ale szkoły są różne. Trudno lubić miejsce nieprzyjazne.
Ważne, w jakim stopniu szkoła jest gotowa na współpracę (podkreślam – współpracę, a nie realizowanie wszystkich fantazji rodzica) lub na ile ta współpraca jest niemożliwa, bo nauczycielom, dyrekcji na tym nie zależy. Na szczęście istnieje wiele naprawdę fajnych szkół, zarówno prywatnych, jak i (coraz więcej) państwowych.

Jak wiele zależy od rodziców? Znam takich, którzy zjedliby żywcem nauczycieli swoich dzieci. Bo ich zdaniem są niekompetentni i nieprofesjonalni.
To niedobrze, gdy rodzice zaczynają zachowywać się jak surowi wychowawcy nauczycieli. Szkoła powinna być wspólnotą. Nie możemy oczekiwać, że nauczyciel zaspokoi pragnienia wszystkich rodziców. Że będzie na tyle elastyczny, że dostosuje się do każdego modelu wychowawczego. To jest po prostu nierealne i niemożliwe. Myślę, że nawet niebezpieczne. Dobrze jest się zastanowić, czego ja jako rodzic mogę, a nawet powinienem oczekiwać od szkoły, a co jest moim zadaniem i moim obowiązkiem.

Proszę zatem pomóc rodzicom. Czego mogą oczekiwać?
Że szkoła będzie dostrzegać potencjał ich dziecka, pokaże, jaką przyjemnością może być zdobywanie wiedzy. Będzie też takim miejscem, gdzie dziecko zobaczy, co jest jego siłą, a nad czym jeszcze musi popracować. I jak ma to zrobić, żeby maksymalnie wykorzystać swój potencjał. Że będzie miejscem, które nauczy współpracy, pokaże, że różnorodność może być zasobem, wartością. Tak przynajmniej wygląda moja idealistyczna wizja.

Idealistyczna bardzo.
Tak, ale często bywam w różnych szkołach na obserwacjach psychologicznych i widzę, że są nauczyciele gotowi podjąć taką rolę, którzy potrafią powiedzieć dziecku, w czym jest dobre, i tak je zmotywować, żeby pracowało nad słabszymi stronami. Nie o to chodzi, żeby szkoła była łatwa. Wiele współczesnych badań z dziedziny psychologii pokazuje, że doświadczanie trudności, samodzielne radzenie sobie z nimi, przy akceptującej i wspierającej obecności dorosłego, jest jednym z ważniejszych czynników determinujących przyszły sukces dziecka i jego poczucie szczęścia w życiu.

A jeśli widzimy, że nauczyciel nie sprawdza się w tej roli, jak możemy na niego wpływać?
Bardzo ważny jest dialog. Na przykład dziecko przychodzi i mówi, że nie radzi sobie z matematyką. Wszyscy idą do przodu, a ono nie daje rady, spina się, wycofuje. Widzimy jednak, że w domu jakoś te zadania rozwiązuje. Dobrze wtedy iść do nauczyciela i powiedzieć: „Mamy taki kłopot. Co pani myśli o tym, żeby je wesprzeć, jakie są pani doświadczenia z takimi dziećmi, co można zrobić, żeby syn, córka czuli się pewniej?”. I często taka informacja pomaga nauczycielowi i dziecku. Wspólnie można poszukać dobrego rozwiązania. Oczywiście, znajdą się nauczyciele, którzy na taką rodzicielską postawę zareagują agresją. Powiedzą: „Co mi pani opowiada, mam 20 lat doświadczenia, nic nie będę zmieniać”. Wtedy mamy kłopot.

To co wtedy powinniśmy zrobić? Zmieniać szkołę? Zaangażować dziecko w inną działalność?
Nie ma jednej prostej odpowiedzi, to zależy od wielu elementów. Jeśli to coś, co utrudnia funkcjonowanie mojemu dziecku, muszę szukać pomocy. U innych rodziców, nauczycieli, rady rodziców, dyrekcji. Jeśli nie pomaga, to jest to argument za zmianą szkoły. Natomiast jeśli głównie ja widzę problem, przejmuję się tym, bo matematyka wydaje mi się bardzo ważna, ale równocześnie widzę, że moje dziecko lubi szkołę, lubi swoich kolegów, część z tych kolegów też ma problem z nauczycielką matematyki – to zostawiłabym to. Dziecko uczy się w takiej sytuacji ważnych rzeczy. Na przykład tego, jak istotne jest bycie częścią wspólnoty, mierzenie się z problemami w grupie. Razem nie lubimy pani od matematyki, jednoczymy się przeciwko niej. Dziecko uczy się też, czym jest frustracja i rozczarowanie, które i tak będzie przeżywało. Możemy je wspierać, dając narzędzia, jak z taką sytuacją sobie radzić. Pokazując, że to część życia, że spotykamy na swojej drodze różne osoby, z niektórymi mimo niechęci musimy współpracować. Tyle. Inna sprawa to zapewnienie mu pomocy z matematyki poza szkołą, bo np. dzięki fajnej korepetytorce będzie się z tego przedmiotu stawało coraz lepsze.

W jakim stopniu nasze doświadczenia ze szkoły wpływają na to, jak postrzegamy szkołę dziecka?
Bardzo wpływają. Kiedyś robiliśmy wywiady środowiskowe na temat tego, co decyduje o wyborze szkoły dla dziecka. I okazało się, że dużo większą skłonność do poszukiwania szkół prywatnych, nawet kosztem wielu wyrzeczeń, mają rodzice, którzy sami w swojej szkole doświadczyli trudności. Zapominamy, że nasze dziecko to nie my, że ma zupełnie inny charakter, temperament, potrzeby. Owszem, niejednokrotnie szkoła prywatna czy demokratyczna to dobry wybór, ale są dzieci, które budują świetne relacje na podwórku, mają wspaniałe przyjaźnie i jest dużo ważniejsze, żeby poszły do szkoły z tymi przyjaciółmi. Zdarzają się potem rodzice, którzy mówią: „Boże, wożę syna na drugi koniec miasta, spędzamy pół dnia w samochodzie, a potem on cierpi, bo schodzi na podwórko i koledzy podekscytowani opowiadają sobie, co było w szkole, a on w tym nie uczestniczy”. Dlatego, podejmując decyzję o wyborze szkoły, warto mieć szerszą perspektywę.

Rodzice często stresują się ocenami, zdarza się, że biegają do nauczycieli, interweniują, cisną dzieci.
Instytut Badań Edukacyjnych jakiś czas temu zrobił świetne badania na temat obiektywności ocen szkolnych. Co się okazało? Że nie ma nic bardziej subiektywnego niż ocena. To się nijak ma do tego, co dziecko rzeczywiście wie i potrafi. Tak więc na pewno nie należy koncentrować się na stopniach, ważne natomiast, jak dziecko podchodzi do obowiązków. Ale nasza postawa wobec szkoły przekłada się na funkcjonowanie dziecka. Ostatnio byłam na obserwacji w jednej z państwowych podstawówek w klasach I–III. Lekcje zaczynają się tam o 8.30. Wychowawczyni powiedziała mi, że nigdy nie zdarzyło jej się zacząć o tej godzinie zajęć. Rodzice docierają z dziećmi o 9.15, 9.30. I nie dowożą ich z drugiego końca miasta, tylko przyprowadzają z okolicznych osiedli. Jak takie dziecko ma się nauczyć punktualności, odpowiedzialności? Jeśli chcemy pomóc dziecku, przede wszystkim musimy dawać mu przykład.

Dużo jest teraz nadopiekuńczych rodziców. Znam mamy, które angażują się we wszystko. W środku dnia przynoszą kanapki, bo szkolne jedzenie jest niedobre i niezdrowe. Interweniują z każdego powodu. Czy to ma sens?
Nadopiekuńczość wynika z lęku, że dziecku dzieje się krzywda. Dobrze te lęki urealniać. Zadać sobie pytania: Ale co konkretnie się stanie? Czy już kiedyś coś się zdarzyło? Nie? To dlaczego uważamy, że zdarzy się teraz? Niejednokrotnie okazuje się, że dzieci potrafią rozwiązać wiele spraw samodzielnie. To daje im moc, poczucie wpływu. Cena, którą ponosi dziecko nadopiekuńczych rodziców, jest bardzo wysoka. Dziecko powinno być samodzielne, dbać o swoje potrzeby, pamiętać, że trzeba wziąć kanapkę, zjeść ją o określonej porze, pilnować obowiązków, pamiętać, co jest zadane, zabrać strój na WF itp. Oczywiście, uczy się tego stopniowo – to proces. Jeśli wyręczamy dziecko, pokazujemy mu, że z niczym się nie wyrabia, nadal potrzebuje opiekuna, który będzie je prowadził przez życie. Jaki to komunikat? Nie dasz rady, nie potrafisz. Z takich dzieci rzadko wyrastają samodzielni dorośli.

Czy tylko nadopiekuńczy rodzice odrabiają lekcje z dziećmi?
Są dzieci, które bardzo szybko uczą się, jak się uczyć. I takie, które długo, do czwartej, piątej klasy, potrzebują wsparcia. Tylko że wsparcie powinno dotyczyć sposobu uczenia się. Dziecko powinno dowiadywać się, co mu pomaga w uczeniu, co przeszkadza. Jakich technik może użyć, aby łatwiej coś zapamiętać, jak zrobić samemu dobrą notatkę, na co przede wszystkim zwrócić uwagę w zadaniach z treścią. My możemy pomóc tylko w planowaniu. Mówimy: „Słuchaj, może lepiej zacząć od prostych lekcji, szybko mieć je z głowy”; „Jeśli masz klasówkę i materiał jest duży, to podziel naukę na etapy. Czytaj dziennie dwa rozdziały sam, ja cię mogę z tego potem przepytać”. Towarzyszymy, pokazujemy drogę, ale nie uczymy się „za”. Realizacja i wykonanie zależy od dziecka. To ono ponosi konsekwencje, ale i to jego wówczas będzie sukces!

Jeśli boli nas, że dziecko jest przeciętne, nie ma zainteresowań, mamy działać czy nie?
Bardzo wiele dzieci długo nie wie, co jest ich pasją. W nasze życie wpisana jest pewna zmiana ról, przekwalifikowanie. Być może jeszcze nawet nie pojawił się zawód, który będzie wykonywało moje dziecko. Mówienie: „Musisz się uczyć, bo może pójdziesz na medycynę”, jest archaiczne. Nie każdy w ogóle musi mieć jakieś specjalne pasje, a już wymaganie tego od dziecka nie ma sensu. Możemy mu pokazywać pewne rzeczy, inspirować, i tyle. Ludzie często odnajdują swoją ścieżkę na studiach, czasem dopiero po kilku latach pracy odkrywają, że chcieliby robić coś zupełnie innego. Najważniejsze to nie ograniczać, nie myśleć za dziecko. I akceptować jego wybory.

Angażować się w szkolne wycieczki, wyjazdy?
Dzieci potrzebują choć jednej sfery dla siebie. Radziłabym więc zostawić to, chyba że jedzie jeden nauczyciel i potrzebuje pomocy. Ale jeżeli daje radę, to niech szkoła będzie miejscem prywatnym dziecka, gdzie może powariować, pobyć bez kontroli, bez naszego korygowania niewłaściwych zachowań. Trzeba odpuścić. Grupa społeczna, jaką jest klasa, też koryguje wiele zachowań. Jaś był nieuprzejmy wobec Stasia? To Staś albo mu sam to powie, albo zachowa się za jakiś czas podobnie.

Jest też druga skrajność – rodzice, którzy nie interesują się szkołą, nie pojawiają na zebraniach.
Kiedy mówimy o różnych zadaniach na poszczególnych etapach rozwoju, mówimy też o różnych zagrożeniach. Jednym z nich w okresie wczesnoszkolnym, między siódmym a 12. rokiem życia, jest zagrożenie nadmierną samodzielnością, gdy dziecko jest pozostawione samo sobie i przekonane o tym, że ze wszystkim musi sobie radzić. Na przykład rodzice dowiadują się, że ich syn jest od dwóch lat gnębiony w klasie. Słyszą o tym tak późno, bo dziecko nie wiedziało, że może na nich liczyć, było przekonane, że musi samo sobie z tym dać radę. Takie zachowanie często nie wynika z braku miłości rodziców, raczej z ich nieuwagi, problemów, w które są zaangażowani. Uważają, że jeśli nie dostają sygnału ze szkoły, że coś się dzieje nie tak, to znaczy, że wszystko w porządku. Nic bardziej mylnego. Dziecko powinno czuć, że my naprawdę interesujemy się szkołą i jego do tej szkoły stosunkiem. Sedno w tym, żeby towarzyszyć, ale nie wywierać presji.

Magdalena Śniegulska, doktor, psycholożka dziecięca z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju oraz wykładowca Uniwersytetu SWPS.

 

  1. Psychologia

Mama w lewo, tata w prawo. O różnicach zdań między rodzicami

Dążenie do tego, by zawsze mówić jednym głosem, jest czymś z gruntu sprzecznym z naturą i będzie kosztować rodzinę sporo energii. (Fot. iStock)
Dążenie do tego, by zawsze mówić jednym głosem, jest czymś z gruntu sprzecznym z naturą i będzie kosztować rodzinę sporo energii. (Fot. iStock)
Nie ma co się obrażać czy złościć, kiedy partner ma odmienne zdanie w kwestiach wychowawczych. Różnic zdań między rodzicami nie da się wyeliminować. Są nie tylko normalne, ale wręcz potrzebne.

Gdy czteroletnia Ola choćby na kilka minut zostaje sama z tatą, mama wypytuje ją ze szczegółami, co tatuś jej dał do jedzenia, co robili, co oglądali. Tak długo ją męczy, aż trafi na ślad „przestępstwa”. Wtedy zaczyna się szereg wyrzutów pod adresem dziecka („przecież wiesz, że ja nie pozwalam”) i taty Oli („jak mogłeś jej na to pozwolić?!”). Taka reakcja mamy wyrządza w psychice dziewczynki znacznie więcej spustoszenia niż fakt, że tata pozwolił, by mała nie zjadła zupy czy poszła spać bez kąpieli. Bo to, że drugi rodzic ma inne pomysły na wychowanie, wcale nie znaczy, że są one złe.

Dziecko samo wie

Wielu rodziców pada ofiarą propagandy wspólnego frontu, czyli założenia, że dziecko nigdy nie może być świadkiem różnicy zdań pomiędzy mamą a tatą. A przecież każdy rodzic wychowuje inaczej, bo jest innym człowiekiem. Dziecko, jeśli ma kontakt z więcej niż jedną osobą, szybko orientuje się, jakie gdzie panują reguły (u sąsiadów wolno jeść na dywanie, w przedszkolu trzeba odkładać zabawki na miejsce, a w domu nikt nie wstaje od stołu, dopóki wszyscy nie skończą jeść), i nie widzi niczego dziwnego w tym, że dorośli nie mają wspólnego zdania na każdy temat. Dążenie do tego, by zawsze mówić jednym głosem, jest czymś z gruntu sprzecznym z naturą i będzie kosztować rodzinę sporo energii. Maluchy dobrze sobie radzą z brakiem wspólnego frontu, o ile dorośli umieją mądrze reagować.

Kłótnia przy dziecku o sposób jego wychowania to wyjątkowo szkodliwa emocjonalnie sytuacja. Dziecko z jednej strony cierpi (czuje, że rodzice poróżnili się z jego powodu), a z drugiej odnosi korzyści (rodzice sprzeczają się o nie, jest w centrum zainteresowania). Lepiej skupić się na wypracowaniu strategii lepszego radzenia sobie z różnicą zdań.

Dlaczego mąż działa wbrew tobie

Wychowując dziecko, wpajasz mu masę zasad. Jesteś dumna, gdy ich przestrzega, bo wiesz, że wyjdzie mu to na dobre. Gdy jest z tobą, zachowuje się właściwie i wydaje się, że odniosłaś sukces wychowawczy. Jednak gdy tylko zostanie z tatą, cały twój misterny plan się wali. Dlaczego? Powodów może być kilka:

Nieznajomość zasad Jeśli jesteście w dobrych relacjach, partner nie robi tego specjalnie. Często nawet nie ma pojęcia, ile wysiłku włożyłaś w to, żeby wasza córka po skończonej zabawie sprzątała po sobie zabawki. Jeśli tata dziewczynki rzadko bywa w domu, zwyczajnie nie zna wprowadzonych przez ciebie zasad. Dla ciebie i dziecka to oczywiste, że pewnych rzeczy nie wolno robić, a tacie malucha nawet nie przyjdzie do głowy, że przyzwalając na dany drobiazg, złamał twoje ustalenia.

Brak konsekwencji Twój synek zawsze chodzi spać o 20:00 – wszyscy w domu wiedzą o tej zasadzie. Dziwisz się więc mocno, gdy po powrocie do domu tuż przed ósmą zauważasz, że chłopiec z ojcem właśnie rozstawili kolejkę. Pierwszym odruchem jest złość, a nawet wściekłość. Kto będzie musiał rano ponosić konsekwencje niefrasobliwej decyzji taty?! Ty! Ale czy naprawdę tak musi wyglądać jutrzejszy scenariusz? Zamiast wpadać w złość i psuć męską zabawę, powiedz jasno: „W takim razie jutro tatuś cię będzie budził”. Wstań rano i wyjdź, kiedy dziecko będzie jeszcze spało. Niech tata sam się przekona, jak to jest budzić zaspanego malucha skoro świt. Pozwól  mu odczuć skutki spontanicznych decyzji. Tylko w ten sposób przekona się, dlaczego upierasz się przy zasadach. Tata pozwala jeść czekoladę po umyciu zębów? W takim razie niech to on jeździ z dzieckiem do dentysty. „Zapomnieli” odrobić lekcje? Niech tatuś idzie na wywiadówkę.

 Potrzeby emocjonalne „Weekendowy tatuś” pozwala dziecku nie spać do północy, zjadać deser zamiast obiadu czy wydać 50 złotych na automatach? Nie doszukuj się w jego postępowaniu złośliwości. On tak właśnie buduje więź z dzieckiem. Nie ma kontaktu z pociechą na co dzień, więc stara się w ten sposób nadrobić stracony czas. Wspólne łamanie zasad, wspólny (nawet chwilowy) front przeciwko mamie łączy i zbliża ojca z dzieckiem. Owszem, to budowanie silnej więzi na skróty, ale nie miej do nich (zwłaszcza do dziecka) pretensji.

Absurdalność reguł Mama rozdarta między pracę, obowiązki domowe i wychowanie dziecka dość często traci rozeznanie, co robi dla malucha, a co dla siebie. Wprowadzanie zbyt wielu restrykcyjnych zasad nie jest jednak podyktowane dobrem dziecka, tylko wygodą dorosłych. Jeśli partner łamie „twoje” zasady, to może warto zastanowić się, po co je wprowadzasz? „Marsz do łóżka zawsze o 20.00!”, przymus zjadania wszystkiego, co jest na talerzu, zakaz przychodzenia do łóżka rodziców… Czemu, a raczej – komu te zasady służą?

Problemy w związku Gdy w małżeństwie nie za dobrze się dzieje, najczęściej najpierw widać to właśnie w nagłej różnicy zdań w obszarze wychowania dzieci. Jeśli mąż ma zastrzeżenia do wszystkich twoich decyzji wychowawczych, to sygnał, że wasz związek przeżywa kryzys.

Masz problem – jest metoda

Nie mieszkacie razem. Czterolatek jedzie do ojca lub ma z nim spędzić wakacje, a ty martwisz się, że na pewno znów będzie coś nie tak? Warto z maluchem o tym porozmawiać, uprzedzić ewentualne problemy. Zacznij: „Kiedy jesteś z tatą, to tatuś za wszystko odpowiada i jego masz się słuchać”. Takie postawienie sprawy przyniesie wszystkim ogromną ulgę. Ojciec dziecka, nawet gdyby chciał celowo zrobić ci na złość, już nie może, bo otrzymał komunikat, że to jego czas i mają go spędzić na jego zasadach. A ty jesteś spokojna, nie martwisz się, że za twoimi plecami ojciec przekupuje dziecko i nie zadręczasz się, jak masz zareagować, gdy wrócą. Jest to jedna z lepszych metod wychowawczych, bo wszyscy tu wygrywają. Absolutnie nie należy się martwić, że rozpuszczasz dziecko.

Siedmiolatek zarzuca ci, że nigdy mu na nic nie pozwalasz, a tata jest bardziej pobłażliwy? Zaproponuj synowi grę. Od samego rana na wszystko będziesz się zgadzać. To zabrzmi w uszach dziecka bardzo kusząco. Z miejsca zażąda całego słoika nutelli – pozwól mu na to. Już po dwóch godzinach będzie tak nasycone cukrami prostymi i emocjami, że przekona się na własnej skórze, jak bardzo potrzebuje drogowskazów. Pod koniec dnia zapytaj, czy byłoby dobrze, gdybyś zawsze na wszystko się zgadzała.

Zdarzyło się, że ktoś dorosły pozwolił twojej córce na coś, czego ty nie popierasz i sama byś stanowczo zabroniła? Zapytaj ją, co sądzi o tej decyzji. „Uważasz, że wujek dobrze zrobił? Czy ja bym ci pozwoliła? Jak myślisz, dlaczego ja tak często ci czegoś zabraniam?”. Dzieci są bystre i doskonale wiedzą, że zabraniamy im wielu rzeczy dla ich dobra. Dlatego nie obawiaj się pokazywać, że masz odmienne zdanie.

Niebezpieczeństwa równego podziału obowiązków Jednoznaczne dzielenie się zadaniami wychowawczymi (mama chodzi do lekarza, tata zajmuje się sportem, mama odpowiada za czystość, tata wozi na zajęcia pozalekcyjne, itp.) ma tyle samo dobrych, co i złych stron:

  •  nie kłócicie się, ale nie ma między wami przepływu informacji,
  •  dziecko nie otrzymuje sprzecznych komunikatów, ale wasza rodzina nie ma też okazji, żeby poćwiczyć sytuację problemową na małych sprawach. Nie uczycie dziecka, jak radzić sobie z czyimiś odmiennymi poglądami,
  • maluch nie ma okazji wami manipulować, ale wychowujecie go w sztucznym środowisku,
  • ograniczając obszary wspólnego życia, oddalacie się od siebie jako małżeństwo.

  1. Psychologia

Jak świat widzą Dorosłe Dzieci Alkoholików?

Etykietka chorego, którą dostaje się tylko z powodu alkoholizmu rodziców jest myląca. Bo bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys, a życiorysu nie da się wyleczyć. (Fot. iStock)
Etykietka chorego, którą dostaje się tylko z powodu alkoholizmu rodziców jest myląca. Bo bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys, a życiorysu nie da się wyleczyć. (Fot. iStock)
Ta etykieta czasami przytłacza. Nie dość, że miałam koszmarne dzieciństwo, nie dość, że męczę się z życiem i światem, to ktoś jeszcze mi wciska, że jestem nienormalna – mówi o syndromie DDA psychoterapeutka Magdalena Ilnicka.

Usłyszałam kiedyś, że dorosłe dzieci alkoholików to jeden z najbardziej poszkodowanych „targetów psychoterapeutycznych” – nic nie zrobiły, a lądują z metką psychicznego defektu, z którą nie wiadomo co zrobić. Czy cechy, które składają się na syndrom DDA, to choroba?
Sam pobyt w rodzinie chorej nie daje choroby, ale faktycznie, osoby wyrosłe w rodzinie alkoholowej mają większe problemy niż ludzie wychowani w „normalnych” domach. Niewątpliwie dorastanie w alkoholowym domu to bardzo trudne doświadczenie, ale bycie dzieckiem osoby psychicznie chorej, marynarza, który znika na pół roku, czy górnika, który może zginąć na każdej zmianie, też jest trudnym doświadczeniem.

Diagnoza: „Jesteś DDA”, pomaga czy odbiera siły?
Czasami ta etykieta przytłacza. Informacja, której według mnie brakuje, to: „Mimo że doznałaś krzywdy, świetnie poradziłaś sobie w tamtym momencie życia, przetrwałaś. A jak sobie wtedy poradziłaś, to i teraz dasz radę”. Poza tym ta etykietka chorego – którą dostaję nie z osobistych zasług, tylko z powodu alkoholizmu rodziców – jest myląca. Choroba to jest coś, co można leczyć. A nie da się sprawić, że zmienię przeszłość i nagle nie będę dzieckiem alkoholika. To już się stało i tę tożsamość mam na zawsze. Można ogarnąć swoje nerwice, inne przypadłości i kłopoty, a bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys. Życiorysu nie da się wyleczyć!

Znasz ludzi, którzy wyszli z alkoholowego domu i nie mają życiowych komplikacji spod znaku DDA?
Znam bardzo wielu ludzi, którzy świetnie sobie radzą w życiu, mimo że mają życiorys alkoholowy i mimo że nie byli na żadnej terapii. Jednak każda z tych osób ma w sobie jakiś szczególny rodzaj nadkontroli. Mogę powiedzieć niemal w ciemno, że jak jedzie wycieczka autokarowa, to w ciągu pierwszych sześciu godzin można poznać żony i dzieci (dorosłe) alkoholików.

Po czym?
Żony alkoholików sprawdzą, czy dziecko siedzące trzy rzędy dalej ma kanapkę. Albo czy tej pani z bandażem jest wygodnie. A dzieci alkoholików na ogół wiedzą, jaki napój pije kierowca. I nabywają tę wiedzę – zupełnie poza świadomością.

Normalni ludzie tak nie mają?
Nie, ludzie przeważnie nie zwracają aż takiej uwagi na to, co się dzieje dookoła. Dzieci alkoholików zwracają i wiedzą, np. od czego zaczęła się kłótnia w autokarze. Niby czytali książkę i mogą nawet powtórzyć, o czym czytali, a jednak ten kawałek mózgu w służbie bezpieczeństwa pracował. Tam, gdzie była przemoc w rodzinie, czujników kontroli jest więcej, są bardziej wyczulone. I często w dorosłym życiu te kontrolery są przedziwne, np.: „A wzięłaś paszport? Wzięłaś pieniądze?”. Jedzie grupa dorosłych ludzi, każdy odpowiada za siebie, a tu nagle takie pytania! Co ciekawe, te kontrolujące osoby dostają mnóstwo wsparcia dla swoich dysfunkcji. Chociaż to nawet nie jest dysfunkcja, to jest funkcjonalne: gdy żyjesz w świecie, w którym ludzie zapominają paszportów, normalne, że to sprawdzasz. Zwłaszcza że ludzie wyposażeni w tego rodzaju nadkontrolę tworzą bliskie relacje z osobami, które zapominają paszportów. A więc dostają nieustające potwierdzenie, że ta ich zapobiegliwość ma sens. I im bardziej pytają i sprawdzają, tym bardziej ich bliscy zapominają! Zdrowy człowiek, jeśli zapytam go trzeci raz o paszport, stuknie się w głowę, bo nie będzie w stanie znieść ciągłej kontroli. Ale gdy natknę się na sierotkę Marysię, zadam trzy razy to pytanie, potem poczuję się odpowiedzialna za to, że jej coś doradziłam, ona coraz mniej się będzie ogarniać, bo przecież ja za nią zadbam o wszystko, więc coraz mocniej na mnie zawisa. Ja jestem zła, zmęczona i absolutnie nie mogę tego zerwać, bo przecież ona beze mnie zginie, jak ja ją mogę teraz tak zostawić, bidulkę, prawie 40-letnią!? Jestem umęczona i przygnieciona. Wyjściem jest… picie. Picie zwalnia ze wszystkiego. Już mnie Marysia nie obchodzi, wreszcie mogę odpuścić. To jest sposób na odpoczynek.

Kontrola jest chorobą?
Jeśli jesteś wychowana w otoczeniu, w którym co chwila coś się wali i pali, to czy czujność i kontrola są chorobą? No, chyba nie. Jeżeli jesteś bardziej czujna, to społecznie często wchodzisz w role czujnika i kontrolera: strażaka, lekarza ratownika, prokuratora, pielęgniarki. Czy prokurator albo strażak mogą nie być czujni?

Więc nie powinno być problemu…
A jest. Najbardziej go widać wtedy, gdy wcale nie musisz być czujna, a i tak wyłapujesz wszystkie sygnały z otoczenia. W salonie toczy się miła pogawędka o pogodzie, a ty doskonale wiesz, co dzieje się w pokoju obok. Nawet na chwilę nie odpuszczasz. Tego rodzaju przeciążenia muszą zostawiać ślady. Ale jednocześnie jest to bardzo miłe społecznie – jest ktoś, kto odstawi szklankę w bezpieczne miejsce, złapie w locie dziecko, ostrzeże przed radarem.

To nie musi być wcale miłe, jeśli non stop napominasz: „Jedź wolniej”, „nie kładź tu noża”. Można uprzykrzyć innym życie.
Byłam ostatnio w węgierskiej restauracji, była tam rodzina z mniej więcej trzyletnim dzieckiem. Chłopiec biegał po sali, a jak to w węgierskiej knajpie – zupa gulaszowa na palniku, płonące naleśniki. Do sali prowadziły otwierane wahadłowo drzwiczki. Kelner idzie z wrzącymi talerzami, dziecko po stronie restauracji, tuż za tymi drzwiami… Zdążyłam. Kelner podziękował przerażony. W tym miejscu było dziesięć stolików, poza mną nikt, łącznie z rodzicami, niczego nie zauważył. I teraz, czy za uratowanie tego dziecka warto się tak umęczyć tym, że dziesięć razy więcej niepotrzebnie widzę? To jest takie trzecie oko. Terapeutycznie umiałabym z niego nie korzystać, ale czy tak naprawdę chcę?

Defekt czy zasób?
Otóż to. Z jednej strony DDA będzie się pakować w niebezpieczne sytuacje, głupie, raniące, nawet beznadziejne związki. Ale z drugiej – w razie wypadku, wojny, katastrofy to właśnie on sobie poradzi. Gdy masz oczy dookoła głowy, to będziesz zorganizowany, unikniesz niebezpieczeństwa, wykorzystasz szanse. To jest zasób. Osoby, które wierzą w służby, będą czekały na innych, bo same nie potrafią nic zrobić. Gdyby tylko dzieciom alkoholików zaoferować możliwość odpoczynku, czyli odpuszczania tej kontroli, to właściwie nie musiałoby być źle. Ale ja bym nie chciała żyć w świecie, w którym nie ma ludzi czujnych, zorganizowanych, z taką gotowością. Jednak widzę, że to zmęczenie nieustającym dyżurem jest trudne do uniesienia.

Czy można wyłączać tę czujność? Pojechać w miejsce, gdzie nikt nie będzie gubił kluczy, okularów, rysował sąsiednich samochodów przy parkowaniu. Czy da się odpocząć?
Nie, to nie tak. Nie chodzi o ucieczkę i eliminację z życia niebezpiecznych sytuacji. Można doprowadzić swoje poczucie bezpieczeństwa do takiego miejsca, w którym czujność włącza się przy zagrożeniu, a nie jest stałym elementem oglądu świata. Włącza się sprawnie, wcześniej niż u innych ludzi, ale nie jest nieustająca. A po drugie, jeśli tę czujność nazwać trzecim okiem, to czy pierwsza para oczu właściwie działa?

Czyli?
Często dzieci alkoholików tak bardzo widzą niebezpieczeństwo, że nie widzą już nic innego. Zbierają dowody na to, że świat jest niebezpieczny. Jechałam z kolegami pociągiem podmiejskim. Na stacji – intuicja, czujność, spostrzegawczość, nie wiem – zauważyłam grupkę niepewnie zachowującej się młodzieży, kręcili się przy jakimś zmęczonym człowieku. Tuż przed odjazdem pociągu wepchnęli go pod wagon. A ja go w ostatniej chwili wyciągnęłam. I teraz – mogę dołączyć tę historię do mojej kolekcji „Jak Magda uratowała świat” albo przyjąć, że zareagowałam właściwie, udało się uniknąć wypadku. I tyle. Tego dnia pod kołami pociągu zginęło pewnie kilkanaście osób. Pytanie, czy rzucę się ratować świat i tropić takie przypadki, czy dam radę normalnie żyć.

To co, mam reagować czy nie? Widzę, że koleżanka pozwala swojej dwuletniej córeczce bawić się ostrym nożem, mam się nie wtrącać?
Jeśli coś by się stało, to dla większości ludzi nie ty byś była odpowiedzialna. Ale co ty byś sądziła?

Że nie dopilnowałam.
Otóż to. Ponieważ widzę zbliżające się niebezpieczeństwo, to nie mogę nie zareagować. Dla własnego spokoju. Bo u mnie nie będzie wypadku, będzie moje zaniedbanie. A trzecie oko jest i ja nie umiem go zamknąć, nie widzieć. Leczenie tego uważam za absurd.

Ale dlaczego inni nie reagują?
Bo nie widzą!

Żartujesz sobie?
Nie, naprawdę nie widzą. Jeśli kogokolwiek zapytasz, czy należy interweniować, gdy dziecko bawi się nożem albo szklanką, to powiedzą, że oczywiście.

To dlaczego nie reagują?
Bo nie widzą. Idziemy ulicą, ja i mój mąż, który nie jest DDA. Mówię: „Robimy coś czy nie?”, bo widzę, że matka bije dziecko. On na to: „Ale z czym?”. I jak ja mu powiem: „Zobacz, ta baba bije dziecko, ja nie wyrobię”, to on wkroczy, nie ma żadnego problemu, żeby działać. Tyle że zanim mu nie powiem, on tego nie widzi. Nie słyszy popiskiwania, a ja słyszę. Nie dlatego, że jest głuchy. On nie ma na to radarów. A ja mam. DDA mają. Kiedyś myślałam, że ludzie wypierają to…

A nie myślisz, że widzą, tylko ich to w ogóle nie obchodzi?
Nie. Wiem, że nie widzą! Tam na ścianie wisi aniołek, mogłaś nie zwrócić uwagi. To może być bomba. Gdybyś była afgańskim dzieckiem, którego kolegom takie zabawki urwały ręce, to reagowałabyś na nią inaczej. To nie jest tak, że ty jesteś ślepa. Aniołek po prostu nie wzbudził w tobie żadnych podejrzeń, żadnego alarmu.

Wracając do tego zmęczenia ciągłym dyżurem – jak zamienić przymus widzenia i reagowania w wybór?
Można to zrobić świadomością. Nauczyć się, że taka reakcja jest odpowiedzią na zagrożenie. I sprawdzać, czy zagrożenie jest realne. Autentyczna historia sprzed bardzo wielu lat. Mojemu mężowi upadł w kuchni nóż. Jak łatwo się domyślić – mnie noże nie upadają! Spojrzałam ze zgrozą, on znając ten wzrok, mówi: „Spokojnie, nic się nie stało”, co sprawiło, że wpadłam niemal w furię. „Jak to nic się nie stało! Gdyby to był nasz jedyny nóż, a bylibyśmy w pociągu jadącym na Syberię, a tobie on tak by wypadł, to co by było?”. Hm, ale jesteśmy w kuchni. I to jest ten kłopot. Fakt, gdybyśmy naprawdę byli w pociągu, to ja jestem zbawieniem, ocalę najważniejszy sprzęt. Ale jeśli będąc w kuchni, jestem w pociągu na Syberię, to mnie to wykończy. I wykończy rodzinę. To, co mogę zrobić i robię, to gdy odwiedzają mnie wnuki, szklankę z herbatą odstawiam w niedostępne miejsce, ale talerzykiem z truskawkami się nie przejmuję, bo najgorszym, co może się zdarzyć, jest rozbity talerz. I nie muszę pilnować. Przy moim stole w ogrodzie mam mieć stół w ogrodzie, a nie pociąg na Syberię. Muszę zlikwidować prawdziwe niebezpieczeństwa i obserwować siebie, bo inaczej się w życiu nie przekonam, czy mogę być spokojna, jeśli nie kontroluję wszystkiego, jeśli nie stoję na straży całego świata. Natomiast w sytuacji z restauracji węgierskiej odpuścić nie mogę, bo widziałam to niebezpieczeństwo. Mogę tam więcej nie bywać, ale nie zareagować nie mogę, bo wyrzuty sumienia mnie zamordują.

Terapia DDA potrafi to wyleczyć?
Tak. Choć nie uważam, żeby potrzebna była terapia. Trzeba tylko wiedzieć, że się ma takie odruchy, i rozumieć, czemu one służą. Ale mam też spory szacunek do tych mechanizmów obronnych, nie chciałabym się ich pozbyć. Nie chciałabym być w grupie ludzi, którzy nie widzą bitego dziecka. Już rozumiem, nie jestem na nich zła, że nie widzą (sama umiem usiąść tak, żeby nie być w stałej czujności), ale cenię sobie ten zasób.

Czy coś się przez lata zmieniło w terapeutycznym/metodologicznym patrzeniu na DDA?
Jest więcej procedur. A ja ich nie lubię. Mam wrażenie, że np. w lecznictwie odwykowym przerabiamy pijących alkoholików na trzeźwiejących alkoholików i nikt nawet nie mówi o człowieku. Ale to jeszcze trochę rozumiem – trzeźwy alkoholik to jednak o oczko lepiej niż pijany. Natomiast fabryka przeleczonych DDA?

Chodzi o to, żeby dzieciństwo, szczególnie to niezbyt udane, przestało mieć taki wpływ na dorosłe życie, a nie żeby nosić na stałe etykietkę na czole. Terapia tak – dla ludzi, którzy jej potrzebują. I być może edukacja dla wszystkich osób z rodzin dysfunkcyjnych po to, żeby lepiej zrozumieli siebie i podjęli decyzję, czy potrzebują coś zmieniać. Żeby nie myśleli, że świat jest podły i nie reaguje na bite dzieci, tylko zrozumieli, że świat tego nie widzi. To jest duża różnica. Bo gdy myślę: „Boże, ten mój mąż to potwór – nie widzi”, to jest powód do rozwodu, a gdy wiem, że po prostu nie widzi, to mam powiedzieć: „Pomóż mi i coś zróbmy, bo ja widzę”. To zupełnie inna relacja emocjonalna. Tyle wystarczy, żeby mi poprawić funkcjonowanie ze światem i innych ze mną.

Magdalena Ilnicka, psychoterapeutka, terapeutka rodzinna, specjalistka terapii uzależnień. Pracuje m.in. z osobami współuzależnionymi i DDA.

  1. Psychologia

Uciekam, tylko dokąd?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Uciekamy dziś przed poczuciem bezradności, przed utratą kontroli, przed brakiem wpływu. Jedni uciekają w alkohol, inni w lęk, w agresję, w pilnowanie bliźnich, w zaprzeczanie faktom, w nadzieję, w nałogowe śledzenie wiadomości. Wszystkie te drogi ucieczki łączy jedno – kierują nami emocje. A gdyby pozwolić, by ustąpiły miejsca decyzji, rozumowi – mówi Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka.

W ciągu kilku tygodni nasz świat zmienił się nie do poznania. Wielu z nas próbuje uciekać. W co uciekamy?
Najpierw warto zadać sobie pytanie, od czego uciekamy. Po pierwsze, uciekamy od przekonania, że choroba, śmierć, różnego rodzaju utraty – pracy, miłości, statusu, majątku itd. – są częścią życia. A przecież są. Przecież to wiemy. Mój przyjaciel, nauczyciel zen Mikołaj Uji Markiewicz, zainspirował mnie wczoraj do sięgnięcia po pewien wiersz. To wiersz Elizabeth Bishop „Ta jedna sztuka” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Brzmi tak:

„W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy; /tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie/straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy./Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy/straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze./ W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy”.

Czyli da się wyćwiczyć…
Tak naprawdę wszyscy wciąż to ćwiczymy… Po drugie, uciekamy od poczucia bezradności, od świadomości ograniczonego wpływu na to, co niesie życie, od tego, że nie wszystko działa według porządku „przyczyna – skutek”. Trudno nam zaakceptować, że różnego rodzaju kataklizmy, w tym epidemie, po prostu się zdarzają… Siedem lat chudych, siedem lat tłustych. Każdy z nas zna to z własnego życia.

Tylko teraz skala naszych zmartwień jest zdecydowanie większa. W co uciekamy najczęściej od poczucia braku wpływu, od bezradności?
Uciekamy w lęk. A lęk może być bardzo niebezpieczny. Nie bez powodu istnieje określenie „nerwowe podniecenie”. Lęk bywa ekscytujący, a adrenalina uzależnia. Falowanie od lęku do chwilowego uspokojenia może dostarczać nam ekscytacji. Nie wolno też zapomnieć, że lęk i agresja to są dwie strony tego samego medalu. Kiedy lęk przekształca się w agresję, rodzi się potrzeba, by znaleźć kozła ofiarnego sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Atakujemy?
Tak, szukamy bliźniego, by skanalizować swoje napięcie. I to nazwałabym szeryfowaniem. Uciekamy w szeryfowanie.

Co to znaczy?
Szeryfowie i szeryfki będą nazywać, na przykład na łamach mediów społecznościowych, „debilem” kogoś, kto odważył się wyjść na spacer, nie wiedząc, jaki jest powód wyjścia z domu tego konkretnego człowieka. „Starą idiotką” będzie nazwana pod apteką starsza pani, która przyszła zrobić zakupy. Szeryf nie wie, że ta pani być może musi kupić i zażyć lek, który właśnie się jej skończył, a nie ma nikogo, kto mógłby zrobić jej przysługę, pomóc. Szeryfowie to ludzie „z misją”, pilnujący porządku za kogoś, zwykle w napastliwy, agresywny sposób. To też jest forma ucieczki przed brakiem wpływu na swoje własne życie.

Czy szeryfa da się w jakiś sposób powstrzymać, zanim zniszczy go jego mechanizm obronny?
Doktor Michael Ryan, główny ekspert WHO ds. sytuacji nadzwyczajnych, podczas jednej z konferencji prasowej zapytany został przez dziennikarza, czy nie uważa, że wprowadzone ograniczenia praw obywatelskich nie są przeciw prawom człowieka i czy nie staną się pretekstem do podejmowania podobnych decyzji w innych sytuacjach w przyszłości. Ryan odpowiedział, że niezwykle ważne jest to, by takie decyzje światowych władz mogły być odbierane przez społeczeństwa ze zrozumieniem, by ludzie rozumieli, dlaczego różnych rzeczy nie mogą robić. W Chinach można zakazać wszystkiego, tam nikt nie potrzebuje rozumieć, po prostu boi się wyjść na ulicę, bo wie, że władza użyje wobec niego przemocy. W krajach demokratycznych ludzie muszą wiedzieć, dostawać na bieżąco wiarygodne informacje, muszą rozumieć i ufać rządzącym. Jeśli nie wiedzą, nie rozumieją, nie ufają, łatwo uciec w szeryfowanie.

„Nikt nad niczym nie panuje, więc to ja muszę upilnować świat”.
Tak, muszę go uratować. Uciekamy też w agresję samą w sobie. Bo agresja nie płynie jedynie z frustracji czy lęku, może być również niezależna. I jeśli uciekamy w czystą agresję, tracimy zdolność myślenia. A chodzi przecież o to, by z dobrze pojmowaną miłością własną i życzliwością wobec innych dbać o siebie, bliskich i dalszych, a nie terroryzować siebie lękiem, a innych nieposkromioną agresją. Bo wtedy wszyscy bardziej cierpimy.

Ten czas jest czasem próby naszej zdolności ufania. Zaufania sobie wzajemnie, zaufania lekarzom, ale także naturze. Ciężko jest nam zachować nadzieję, a to ona jest najmocniejszym przeciwnikiem lęku, naszym sprzymierzeńcem, naszą bronią, której dziś wszyscy bardzo potrzebujemy.

Ale są chyba też tacy, którzy z nią przesadzają. Myślisz, że są ludzie, którzy uciekają w nadzieję właśnie?
Zdecydowanie tak. W moim zawodowym języku nazywa się to maniakalnym zaprzeczeniem. Takie osoby będą powtarzać sobie i innym, że nic się nie dzieje. Będą wyśmiewać tych, którzy się boją, będą kpić sobie z noszenia gumowych rękawiczek i próby zachowania dwumetrowego dystansu, będą go z premedytacją przekraczać – bo to ich sposób radzenia sobie z sytuacją. Tymczasem przecież ludzie realnie chorują i realnie umierają. Zatem jest się czego bać. Ale – i tu znowu druga strona medalu – można uciec też w konieczność śledzenia tego, co podają media. A one zawsze podkreślać będą czerwonym paskiem, ile osób umarło, a nie ile osób wyzdrowiało. Ciągłe sprawdzanie, niczym natręctwo, ile osób zachorowało, ile odeszło w ciągu ostatniej godziny to także dla niektórych forma ucieczki. Ucieczką jest bowiem wszystko, co uniemożliwia nam kierowanie się tylko i aż rozumem. Jeśli już szperamy w Internecie, spróbujmy skupić się na szukaniu tych dobrych wiadomości. One tam są, tylko głęboko zakopane. Ale da się je znaleźć. I wtedy przeczytamy na przykład, jak dużo ludzi wyzdrowiało.

Znajoma mówiła mi, że rzuciła jej się w oczy powiększająca się każdego dnia liczba pustych butelek w śmietniku. Tak też uciekamy. Czy to forma ucieczki tylko dla tych, którzy już wcześniej byli uzależnieni?
Prawdopodobne jest, że taki rodzaj ucieczki wybiorą też ci, którzy nie robili tego wcześniej. Dowiedziono, że dostępność alkoholu jest czynnikiem sprzyjającym ilości jego spożywania. A dostępność to nie tylko towar stojący na półce w pobliskim sklepie, dostępność to także czas: „Mam czas, możliwość, by pić alkohol”. Gdybym miał jutro o 9 być w biurze, nie piłbym, nie piłabym dziś butelki wina. Ale… pracuję w domu. Kac nie sparaliżuje ani wtorku, ani środy, ani czwartku. A co szkodzi, by wypić też kieliszek, kiedy rano usiądę do komputera? Ten trudny czas wymaga od nas pewnej dyscypliny, zatroszczenia się o siebie.

A czy są „dobre” ucieczki?
Można uciec w literaturę, w oglądanie dobrych filmów. W wirtualne, ale wciąż jednak rozmowy z bliskimi i dalszymi, dla których zwykle nie mamy czasu. Można uciec w… kontakt z własnym dzieckiem! Odosobnienie może też sprzyjać temu, by pogadać z samym sobą, coś przemyśleć.

Od czego zależy to, czy „dobrze”, czy „źle” uciekniemy?
Na pewno znaczenie ma tu sytuacja, w której jesteśmy. Każdy z nas w innej. Łatwiej zrobić „dobry” skok w literaturę osobie, która nie ma starzejącego się ojca chorującego na cukrzycę. Łatwiej sięgnąć po film, kiedy nie ma się chorowitego dziecka. Łatwiej oddać się sztuce, kiedy wiemy, że na koncie są środki, które umożliwią spłacanie przynajmniej przez kilka miesięcy kredytu. Obiektywne warunki mają duże znaczenie. Nie jesteśmy ze stali… Znaczenie mają też, oczywiście, nasze predyspozycje. Różnimy się reaktywnością centralnego układu nerwowego, jednym bliżej do lęku, innym jego okiełznanie przychodzi znacznie łatwiej. Ale ważna jest też nasza dojrzałość po prostu. Czy mamy zdolność, by objąć tę sytuację rozumem. Są emocje, ale – i chcę to podkreślić – są też decyzje.

Czyli decyduję, w co uciekam, a nie pchają mnie emocje.
Trzeba, mocniej niż zwykle, popracować nad tym, by nie kierowały nami automatyzmy. No i zgoda, akceptacja. Zgoda jest konieczna, zgoda pomaga. Ucieczki, o których mówimy, są formą walki. A walka nas wyczerpuje. Nie możemy wciąż stać na polu bitwy. Czasem trzeba się poddać, żeby wygrać. I to jest właśnie taka sytuacja. Na tyle, na ile mogę, działam, chronię siebie i bliskich, ale tam, gdzie już nic nie mogę, nie walę głową w mur. I jeszcze jedna ważna, kojąca rzecz, myśl zaklęcie: „To minie”. Pamiętajmy o tym, powtarzajmy to sobie. Biegniemy w maratonie, to prawda, ale meta jest zagwarantowana.

Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka, współzałożycielka Naukowego Towarzystwa Psychoterapii Psychodynamicznej, pracuje w Zespole Pomocy Psychoterapeutycznej w Warszawie.