1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Ucieczki z domu

Ucieczki z domu

123rf.com
123rf.com
Zbliżają się wakacje, a więc czas sprzyjający wyjazdom, tym planowanym i tym nieplanowanym. To także czas eksperymentów, także tych z dorosłością. Ucieczki nastolatków z domu są problemem, z którym stykamy się nie od dziś.

Nadal jednak mamy kłopot, jak o tym rozmawiać i jak się zachować. Zazwyczaj ucieczka dziecka jest dla całej rodziny szokiem i zupełnym zaskoczeniem. Czy aby na pewno nie było żadnych sygnałów zapowiadających tych zdarzenie? Spróbujmy uczciwie przed samymi sobą odpowiedzieć sobie na pytanie: czy były jakieś powody, które mogły przyczynić się do ucieczki? Lub inaczej: czy dziecko dawało sygnały, że coś w jego życiu idzie nie tak jak trzeba? Zazwyczaj, gdy zaczniemy dokładnie analizować całą sytuację, uda nam się odnaleźć pewne wskazówki.

Co może być przyczyną ucieczki z domu?

Generalnie rzecz ujmując, można powiedzieć, że  dziecko wyraża w ten sposób chęć zmiany. Jest to skrajna postać zademonstrowania swojego zdania, często sprzeciwu i niezgody na jakąś sytuację.

Patryk uciekł z domu w wieku 15 lat, ponieważ w jego domu rodzinnym trwała wojna między rodzicami. Była to wojna na słowa i na pięści. Chłopak przez długi czas znosił tę sytuację, starał się łagodzić, być arbitrem w sporze między rodzicami. Jednak nie udało mu się. Nie udało się, ponieważ udać się nie mogło - dziecko nie jest w stanie wprowadzić pokoju między walczącymi rodzicami, jeśli oni tego nie zechcą. W końcu Patryk to zrozumiał i poddał się. Przestał walczyć o pokój, ale postanowił zawalczyć o inne życie dla siebie, poza domem. Zdecydował się uciec i w ten sposób zmienić sytuację, w której żył.

W powyższej historii możemy odnaleźć dziecko, które żyje w cieniu konfliktu rodziców. W takiej konfiguracji rodzinnej dziecko nie ma szans na zaistnienie, na realizowanie swoich potrzeb. Rodzice tak zajęci swoimi sprawami nie dostrzegają spraw dziecka. Jego ucieczka z domu była krzykiem rozpaczy: „Zauważcie mnie! Ja też żyję w tej rodzinie. Ja cierpię. Mam tego dosyć.”
Uciekają dzieci nie tylko z rodzin, gdzie jest przemoc czy uzależnienia. Uciekają też dzieci z tzw. dobrych domów.

Agata z pozoru miała wszystko - pełną rodzinę, zgodnych rodziców, piękny dom, wspaniałe wakacje. Brakowało tylko jednego lub aż jednego - czasu, żeby być razem. Aby to wszystko zapewnić ukochanej jedynaczce, rodzice pracowali po kilkanaście godzin na dobę. Widywali się z córką podczas drogi do szkoły i wieczorem. Ich rozmowy były krótkie i rzeczowe, na inne nie było czasu. Każdy zajęty swoimi sprawami, nie był w stanie skupić się na życiu pozostałych członków rodziny. Ucieczka Agaty spadła na wszystkich jak grom z jasnego nieba.

Agata nie dostawała od rodziców tego, co dla każdego z nas jest najcenniejsze - uwagi i prawdziwego zainteresowania. Zaciekawienia, co dzieje się w jej życiu, co myśli o różnych sprawach, wsparcia w trudnościach. Dostała opiekę w sensie zaspokojenia potrzeb bytowych: życie w wygodnym domu, atrakcyjne ciuchy, modne gadżety. Nie można powiedzieć, żeby była zaniedbana pod względem materialnym, była natomiast całkowicie zaniedbana emocjonalnie. Nie miała dobrej relacji z rodzicami, a więc również poczucia bezpieczeństwa i przekonania, że jest dla nich ważna, ważniejsza niż praca.
Powodem ucieczki z domu może być również nadmierna kontrola rodziców. Dziecko mając dosyć policyjnego reżimu, rozliczania z wszystkich wyjść i podejmowanych decyzji, ucieka w nadziei na wolność i możliwość samodzielnego decydowania o sobie. Także drugi biegun postaw rodzicielskich, czyli postawa przyzwalająca, niestawiająca żadnych granic może skłonić nastolatka do ucieczki. Ucieczka może być tutaj rozumiana jako zaproszenie rodziców do zaopiekowania się, postawienia granicy. Granicy, która jest potrzebna, żeby czuć, że jest się ważnym, że to, co się z nami dzieje jest ważne, że ktoś się nami przejmuje.

Ucieczka z domu może być także potrzebą zdobycia nowego doświadczenia, poznania czegoś nowego i ekscytującego. To właśnie potrzeba eksploracji i sprawdzenia się, a nie trudna sytuacja w domu mogą również popchnąć nastolatka do opuszczenia domu.

Pewnie można by mnożyć przykłady sytuacji, które mogą przyczynić się do ucieczki. Wspólnym ich mianownikiem jest poczucie samotności i ogromna chęć zmiany. Można te potraktować ucieczkę jako zaproszenie do negocjacji warunków życia, do zmiany lub wprowadzenia pewnych ustaleń.

Co robić gdy ucieczka z domu stała się faktem?

Po pierwsze zareagować. Gdy tylko zauważymy, że dziecko nie wraca do domu zbyt długo, zacznijmy działać. Na początek spróbujmy kontaktować się z dzieckiem, później z jego znajomymi, odwiedźmy miejsca, w których bywa. Jeśli to nie przyniesie skutku, warto zawiadomić policję o zaginięciu.

Gdy dziecko jest już w domu, konieczna jest rozmowa o tym, co się stało. Rozmowa bez oskarżania i wyrzutów, ale ukierunkowana na zrozumienie tego, co się stało. Warto, aby w takiej rozmowie uczestniczyli wszyscy członkowie rodziny i aby każdy mógł wypowiedzieć własne zdanie i był wysłuchany. Podczas takiego spotkania dobrze jest mówić o faktach, ale również o uczuciach, które towarzyszyły temu zdarzeniu. Każdy z członków rodziny przeżył je na swój sposób i wymiana tych informacji może być bardzo cenna, może być pierwszym krokiem do porozumienia. Rozmowa o uczuciach często pokazuje także motywy, dla których podejmowane są różne działania. Znając motywy, możemy lepiej zrozumieć sytuację i uniknąć w przyszłości tak radykalnych rozwiązań. Warto przy okazji ustalić nowe zasady obowiązujące w rodzinie. Zasady ustalone przez wszystkich i respektowane przez wszystkich. Taka rozmowa może być trudna, więc jeśli sami nie jesteśmy w stanie jej przeprowadzić, warto zgłosić się po pomoc do specjalisty. Rozmowa przy udziale osoby z zewnątrz pozwoli przyjrzeć się całej sprawie z nieco innej perspektywy, być może dostrzec coś dotychczas ukrytego.

Jak zapobiegać ucieczkom z domu?

Skutecznym remedium są dobre relacje z dzieckiem. Dobre relacje, czyli więź oparta na miłości, zainteresowaniu, szacunku, zaufaniu. Musimy dobrze poznać nasze dziecko i być uważnym, żeby być w stanie zareagować, gdy zauważymy pierwsze niepokojące sygnały. I nie mam tutaj na myśli kontroli, ale realne zainteresowanie sprawami dziecka. Gdy dziecko czuje, że jest kochane i akceptowane, da znać, gdy będzie się działo coś złego. Nie wpadajmy wtedy w panikę, nie krytykujmy, ale spróbujmy wspólnie się zastanowić jak wybrnąć z trudnej sytuacji.

W każdej relacji ważne jest zaangażowanie i autentyczność. Nie starajmy się w relacji z dzieckiem udawać wszystkowiedzących i nieomylnych. Ważniejsza jest szczerość i otwartość, gotowość do brania pod uwagę różnych punktów widzenia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Klucz do zdrowych relacji? Rozpoznaj swój schemat

Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić. (Fot. iStock)
Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić. (Fot. iStock)
Dom rodzinny to prawdziwa szkoła życia. Jednak nie wszystko, czego się w nim nauczyliśmy, pomaga. Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić.

Każdy z nas ma jakąś sztandarową reakcję na stresujące zdarzenia relacyjne. Ktoś atakuje, obwinia, ktoś inny się wycofuje albo czepia się kurczowo drugiej osoby, "na wszelki wypadek" przeprasza. Tak czy inaczej, poruszamy się utartym szlakiem, zakładając, że jakaś reakcja pomoże nam wyjść z opresji. Nie trzeba chyba dodawać, że te wzorce powstają zwykle w dzieciństwie - w odpowiedzi na trudne doświadczenia albo powtarzające się, toksyczne komunikaty sugerujące, że coś z nami jest "nie tak".

Są niczym okulary, przez które patrzymy na świat i na innych - nierzadko sprawiają, że interpretujemy ich zachowania na swoją niekorzyść, tworzymy teorie spiskowe. Załóżmy, że ktoś źle znosi krytykę - prawdopodobnie sam zbyt wysoko siebie nie ceni. Kiedy słyszy uwagi pod swoim adresem, wycofuje się, zamyka się w sobie. Dostaje etykietkę obrażalskiego, odludka. I czuje się jeszcze bardziej "wadliwy"... Jak wyjść z tego błędnego koła?

Rozpoznaj wzór

Choć wyczuwamy, że nasz strategie są nieproduktywne, że może kiedyś coś nam "załatwiały", ale z czasem stały się sztywnymi, mało przydatnymi formami - to jednak nie potrafimy ich porzucić. Dlaczego? Ani dlatego, że poprzez wielokrotne powtarzanie utrwaliły się w nas jako nawyk. "Strategie te powstają na głębszym poziomie, mają swoje źródło w niemal podświadomych przekonaniach zwanych schematami" - piszą Matthew McKay, Patrick Fanning, Avigail Lev, Michelle Skeen w książce "Relacje na huśtawce".

Jaki jest twój schemat, twoje przekonanie? Może "ludzie zawsze mnie opuszczają?" Albo: "niebezpiecznie jest ufać innym", "mój los nikogo nie obchodzi"? A może: "nie uda mi się" i "błędy są niedopuszczalne"? Autorzy "Relacji..." podpowiadają, jak rozpoznać i zmienić te wzorce. Czerpią z terapii schematów, ale też z technik ACT (terapia akceptacji i zaangażowania). Wyróżniają 10 nieadaptacyjnych schematów (według twórcy teorii Jeffreya Younga, jest ich 18). W ich rozpoznaniu pomoże zawarty w książce tekst. Ale możesz też zapoznać się z poniższymi opisami i ocenić, na ile są obecne w twoim życiu.

  • Opuszczenie/niestabilność więzi - sprawdź, w jakim stopniu zgadzasz się z następującym stwierdzeniem: "Znaczące osoby w moim życiu cechują się niestabilnością albo nie mogę na nich polegać".
  • Nieufność/skrzywdzenie: "Doznam krzywdy z powodu wykorzystania lub zaniedbania ze strony innych ludzi".
  • Deprywacja emocjonalna: "Moja potrzeba wsparcia emocjonalnego nie zostanie zaspokojona".
  • Wadliwość/wstyd: "Jestem wybrakowany, gorszy, niewzbudzający miłości".
  • Izolacja społeczna: "Nie przynależę do grupy, jestem wyobcowany albo inny".
  • Zależność/niekompetencja: "Jestem niekompetentny albo nieporadny, nie potrafię przetrwać bez innych".
  • Porażka: "Jestem nieudolny, na pewno poniosę porażkę".
  • Roszczeniowość/wielkościowość: "Jestem lepszy od innych, zasługuję na specjalne przywileje".
  • Samopoświęcenie/podporządkowanie: "Przedkładam potrzeby innych na własne".
  • Nadmierne wymagania/nadmierny krytycyzm: "Muszę spełniać wyśrubowane standardy, żeby uniknąć krytyki".

Agresja, bierność lub unikanie

Jeśli znasz już swoje schematy relacyjne, możesz przyjrzeć się bolesnym emocjom, które się z nimi wiążą. Strach, złość, żal, tęsknota, smutek, wstyd, niepokój, poczucie winy... Na pewno coś, czego nie chcesz czuć, czego wolałbyś uniknąć. Pojawia się więc impuls do ucieczki, sięgasz po strategię. Rzecz w tym, że to właśnie unikanie bólu wywołanego schematem prowadzi do trudności w relacjach. Weźmy przytoczony przez autorów przykład mężczyzny, który chciał dowiedzieć się w urzędzie, jak wymienić tablicę rejestracyjną.

Oczekiwał prostej instrukcji "od ręki", ale urzędnik polecił mu pobrać numerek i uzbroić się w cierpliwość. To aktywowało jego schemat dotyczący zasługiwania na lepsze traktowanie. Zalała go fala złości. Był tak wściekły, że wypadł z budynku, niczego nie uzyskując. "Emocje powiązane z uaktywnieniem schematu - strach, wstyd, złość czy rozpacz - są tak silne, że natychmiast usiłujesz je stłumić. Strategie radzenia sobie ze schematami przynoszą chwilową ulgę, jednak na dłuższą metę nie tylko nasilają ból wywołany prze schemat, ale również niszczą relacje z ludźmi" - utrzymują cytowani autorzy.

W zasadzie wszystkie strategie radzenia sobie w trudnych sytuacjach związanych z innymi ludźmi można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza to atak/nadmierna kompensacja, czyli wszelkiego rodzaju reakcje agresywne: obwinianie, prowokowanie, bunt, dominacja, nadmierna asertywność, manipulacja. Ale też poszukiwanie uznania, wywyższanie się. Drugi styl radzenia sobie to podporządkowanie, czyli bierność i uległość - poddajesz się i starasz się zadowolić innych. I wreszcie trzeci styl - unikanie. To próba ucieczki, wycofanie się, nadmierna autonomia. Ale też poszukiwanie stymulacji w różnych zajęciach czy używkach, fantazjowanie i zaprzeczanie...

Dobrze jest poobserwować, jakie czynniki, wydarzenia prowadzą do wyzwolenia się "ulubionych" schematów i jak na nie reagujemy. Ale dobrze jest też pójść dalej. Sprawdzić, czy możesz powoli rezygnować z zachowań, które zawodzą. Tym bardziej, że często nie do końca są twoje, zwykle przejmujemy je od starszych (od ojca, który - urażony - atakował, czy od matki wycofującej się w obliczu własnej bezsilności). Wszystkie strategie łączy jedno: mają na celu zdystansowanie się do bólu spowodowanego działaniem schematu. Sęk w tym, że to się nie uda! - twierdzą McKay, Fanning, Lev i Skeen. Coś się wydarzyło, pojawiły się określone myśli, emocje. Jedyne, co możesz zrobić, to przestać grać w starą grę.

Jazda z potworami

Zgódź się na ból, który się pojawia. Obserwuj go - jak obserwuje się żeglujące po niebie chmury. Możesz zauważać uczucia wywołane schematem - to, jak narastają i słabną, a czasem przeradzają się w inne. Możesz zauważać swoje myśli, doznania fizyczne, impulsy. Wreszcie to, że masz wybór... Że możesz zareagować inaczej. Zamiast wybuchać - zacisnąć zęby. Z czasem coś się rozluźni, pojawi się większa przestrzeń, nowe możliwości. Twoje relacje na pewno na tym zyskają.

W terapii ACT kluczowym motywatorem są wyznawane przez nas wartości. To one sprawiają, że podejmujemy wysiłek by coś zmienić. Dlatego oceń, które relacja przedstawiają dla ciebie największą wartość: partnerskie, rodzinne, zawodowe? A może przyjaźnie? Czy jesteś gotów zaakceptować ból, który czasem się w nich pojawia, i zrezygnować ze strategii, które próbują go zneutralizować? Co cenisz najwyżej w pierwszoplanowych relacjach? Twórca ACT Steven C. Hayes chętnie odwołuje się do metafory autobusu obrazującej, jak możesz trzymać się wytyczonego przez twoje wartości kursu, nie zważając na trudności. Wyobraź sobie, że prowadzisz autobus - to twoje życie. Za przednią szybą znajduje się tabliczka wskazująca kierunek jazdy - to wartość, którą chcesz się kierować (np. "bycie kochającą osobą"). Nagle na twojej drodze pojawiają się przeszkody - bolesne emocje, myśli. Może masz ochotę zatrzymać autobus i poczekać, aż znikną (czyli powstrzymać się od działań podyktowanych wartościami). Tylko że to nie działa: autobus stoi, a potwory wciąż w nim siedzą. Uciekanie przed nimi w boczne uliczki też nie pomoże, oddali cię tylko od twoich wartości.

Co zatem robić? Jechać dalej, z niewygodnymi pasażerami. Być może będą ci grozić, wyśmiewać cię, straszyć. Pokrzykiwać, że jesteś na złej drodze, że to niebezpieczne... Cóż, potwory tak już mają, taka ich uroda. Twoim zadaniem jest podążać wytyczoną trasą. Skupić się na celu podróży. Przecież twoje wartości są ważniejsze od twojego lęku. Twoje życie nie możesz zbaczać z kursu z powodu kilku skołowanych krzykaczy na tylnych siedzeniach, prawda?

  1. Psychologia

Co robić, gdy dziecko przechodzi okres buntu?

Gdy nastolatek jest silnie wzburzony, nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji. (fot. iStock)
Gdy nastolatek jest silnie wzburzony, nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji. (fot. iStock)
Dojrzewanie to ważny czas w życiu młodego człowieka – wtedy zaczyna stanowić o swoim „ja”, separuje się od rodziców i odcina pępowinę. Jak przetrwać ten czas?

Rozmawiać z innymi rodzicami nastolatków.
Nawet nie w kontekście szukania rozwiązania problemu, ale po prostu po to, żeby wiedzieć, że w ich domach dzieje się to samo, inni rodzice też są tak bezlitośnie traktowani przez swoje dorastające dzieci.

Myśleć tak:
„Jak jej musi być ciężko wytrzymać samej ze sobą. Jak ona się teraz potwornie męczy! Żyje na rozpędzonej karuzeli, której nikt na świecie nie potrafi zatrzymać”.

Nie zapominać o sobie.
Dojrzewające dziecko absorbuje niezwykle dużo uwagi otoczenia. Jego zmienne nastroje destabilizują czasami cały dom. Dlatego trzeba mieć swoje sprawy poza dzieckiem. Joga, rower, klub dyskusyjny, basen – cokolwiek, co robisz sama. To twój święty czas. Im gorzej znosisz zachowanie dziecka, tym częściej przyznawaj sobie prawo do oddechu wyłącznie w miłym dla ciebie otoczeniu.

Zgadzać się.
Gdy nastolatek jest silnie wzburzony (czyli kilkadziesiąt razy dziennie), nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji, bo wszelkie „mądre” argumenty odbijają się od niego. Stan silnego wzburzenia sprawia, że dotyka nas głuchota emocjonalna i naprawdę nie słyszymy tego, co ktoś do nas mówi. Kluczowe słowa, dzięki którym da się porozumieć z nastolatkiem, to: „Rozumiem cię, też chciałam dziś iść na spacer. Ja także nie znoszę, gdy ktoś nie oddzwania, mimo że obiecał. Ja również mam ochotę na ciemny chleb”. Kiedy tylko się da, pokazuj dziecku, że stoicie po tej samej stronie barykady. Tłumaczenie mu, że takie jest życie i nie zawsze sprawy idą po naszej myśli, jest w czasie awantury stratą czasu.

Wskazywać sens, czyli tłumaczyć dlaczego.
Nastolatek jest wrażliwy na punkcie prawie wszystkiego, ale najbardziej jest wyczulony na bezsens. Gdy czegoś mu się nie chce zrobić, zawsze to jest „bez sensu”. Dlatego warto jednym prostym zdaniem, ale zawsze uzasadniać swoje prośby: „Odnieś talerz, bo to mi pomoże w zmywaniu. Nie rzucaj tu ubrań, bo mogą się zniszczyć. Nie odzywaj się tak do mnie, bo jest mi przykro”. Zawsze mów, dlaczego ma coś zrobić, bo inaczej twoje polecenie będzie „bez sensu”.

Dać dziecku samodzielność.
Tak dużą, na jaką tylko ciebie stać.

Nauczyć się słuchać.
Gdy nastolatek coś do ciebie mówi (albo krzyczy), nie oczekuje twojej oceny, a już najmniej rady. Każda z tych rzeczy blokuje komunikację z dzieckiem, a ono chce sobie tylko pogadać, wyrzucić z siebie nagromadzone emocje. Dlatego czas, gdy twoje dziecko dorasta, to moment na odświeżenie w sobie umiejętności słuchania. „Aha… Tak? O!”. Ograniczaj się do takich elementów ekspresji, zamiast pouczać i oceniać.

Szukać dobrych chwil.
Nastolatek jest jak… kot. Przyjdzie do ciebie tylko wtedy, gdy on tego chce, ale gdy to zrobi, za nic w świecie nie należy go odtrącać. Bądź dorosła, nie odgrywaj się na swoim dorastającym dziecku. Warto słuchać, pogadać, ponarzekać razem, powygłupiać się, pośmiać… A potem dać się porzucić, bo dzwoni Julka.

Ewa Nowak: pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

  1. Psychologia

Dla nastolatków najważniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania

Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Ten fakt może zasmuci rodziców, ale dla nastolatków najistotniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania, który przygotowuje ich do dorosłego życia i zdrowych relacji rodzinnych w przyszłości. Zamiast zatem odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać, jak być dobrym przyjacielem – przekonuje pedagożka Ewa Nowak.

Z powodu epidemii coraz więcej nastolatków spędza czas wolny w domach. I to, że mają rodzeństwo, nie rozwiązuje problemu, bo brat czy siostra – tak samo jako rodzice – nigdy nie zastąpią przyjaciół. Krewni, w tym właśnie rodzeństwo, zazwyczaj obracają się w tym samym kręgu, nie oferują więc niczego nowego. Przyjaźń zaś otwiera człowiekowi oczy na nowe światy. Czasem są to mroczne światy, ale przejście przez nie to proces rozwojowy.  W końcu, jak wynika z badań, na które powołują się autorki książki „Przyjaźń jako wartość w relacjach społecznych dzieci i młodzieży” – to przyjaciele zajmują pierwsze miejsce wśród zmiennych decydujących o stanie naszego ducha, przed pieniędzmi, wykształceniem i innymi zasobami indywidualnymi.

Siła równa grawitacji

Przyjaźń w okresie nastoletnim działa na zasadzie „my i reszta świata” – nawet jeśli przyjaciele są z punktu widzenia rodziców nieodpowiednim towarzystwem. Jak ogromna jest siła tej relacji, wie każdy rodzic, którego nastoletnie dziecko wróciło spóźnione, wzięło samochód bez pozwolenia czy pierwszy raz wypiło alkohol z kolegami. Dla przyjaciół młody człowiek sprzeniewierza się nawet kluczowym wartościom domu rodzinnego. Nastolatki bez trudu łączą skrajny altruizm wobec przyjaciela ze skrajnym egoizmem wobec wszystkich innych. To normalny i bardzo ważny etap rozwoju osobowości.

Kiedy wracasz po weekendzie do domu, a stan mieszkania wskazuje, że przez dwa dni trwała w nim nieustająca domówka, wiedz, że twoje dziecko testuje, jak bardzo chce się zaangażować w przyjaźń. Sprawdza, ile warte jest poświęcanie relacji z rodzicami na rzecz aktualnych przyjaciół. Psycholog i psychoterapeutka Agnieszka Binkul radzi, by wznieść  się wtedy ponad gniew i rozczarowanie swoimi metodami wychowawczymi i popatrzeć na sprawę z szerszej perspektywy. „Każ oczywiście posprzątać, wyraź swoje niezadowolenie, ale pamiętaj, że to przyjaciele pomogą twojemu dorastającemu dziecku uwolnić się od ciebie, przeciąć pępowinę i ruszyć z domu w świat. Dziecko musi symbolicznie zniszczyć rodziców, żeby później mogli oni zaistnieć w jego życiu na nowych warunkach. Musi się buntować, bo inaczej się od nich nie oddzieli” – wyjaśnia w książce Hanny Rydlewskiej „Po prostu przyjaźń”.

Przyjaźń to miłość okresu dojrzewania

Robin Dunbar, profesor antropologii ewolucyjnej z University of Oxford, w książce „Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?” przekonuje, że grono naszych znajomych nie powinno przekraczać 150 osób – jeśli jest ich więcej, tracimy orientację. W ramach tej grupy najważniejsze jest 5 najbardziej zaufanych przyjaciół i członków rodziny, do których zwracamy się w potrzebie. Kolejne 15 osób to ci, których śmiercią bardzo byśmy się przejęli. Z pozostałymi łączy nas dużo mniejsza zażyłość.

Nastolatek, owszem, lubi mieć setki lajków, ale w odróżnieniu od rodziców wcale nie chce, żeby go wszyscy lubili i byli jego przyjaciółmi, bo czuje, że temu nie podoła. Woli, żeby lubiła go jedna ważna dla niego osoba. Utrata złudzenia, że zawsze będziemy przez świat lubiani, jest jednym z filarów dojrzewania.

W okresie nastoletnim przyjaźń ma siłę miłości. Jest tak samo ufna, zazdrosna i zaborcza. Gdy twoje dorastające dziecko traci przyjaciela, pęka mu serce. Dowód? Siedemnastoletni syn znajomych dokonał samookaleczenia. Po wielu dniach wyznał, że dwaj koledzy odtrącili go podczas lockdownu. Mieszkają blisko siebie, a on gdzie indziej.

Specyfika okresu dojrzewania sprawia, że w piramidzie stresu utrata przyjaciela jest punktowana równo ze śmiercią rodzica. Nie bagatelizuj tego i zrezygnuj z płytkich pocieszeń, tzw. dobrych rad typu: „Każda przyjaźń przecież się kończy. To była taka szkolna znajomość, ale zostaną ci piękne wspomnienia”, „A może zadzwonisz do Helenki? Może pójdziesz do Stasia?”. A zwłaszcza nie podsuwaj rozwiązań w stylu: „Weź się lepiej do nauki, zamiast wymyślać głupoty”.

Przypomnij sobie, jak ty się czułeś, kiedy zostałeś pozbawiony tak ogromnego emocjonalnego oparcia, jakim był przyjaciel. Zasmuć się razem z nastolatkiem. Potwierdź, że ma prawo czuć się parszywie, bo przyjaźń to ogromna wartość w życiu. A żadna inna relacja nie pozwala mu się czuć równie autentycznym. Nastolatek nie oczekuje od ciebie, że dokonasz cudu ani że obrzucisz jego przyjaciela błotem. On chce tylko, żeby rodzice dali mu prawo poczuć się skrajnie źle.

Bezpośrednio po porzuceniu przez przyjaciela nie należy tego robić, ale gdy emocje nieco opadną, warto zwrócić uwagę nastolatka na to, że on też rani, też porzuca, też odchodzi i na pewno kogoś już rozczarował. Warto uświadomić mu, że ludzie mają prawo do odmawiana, w tym do odmówienia dalszej przyjaźni. Przyjaźń to bardzo dobry temat na rozmowy o przemijaniu i tym, że to, co się kończy, nie przestaje być wartościowe, że trzeba doceniać to, co się nam przytrafia, a nie zakładać naiwnie, że zdrowie, młodość i przyjaciół uda nam się utrzymać do końca życia.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

Lekcja przyjaźni

  • Staraj się, żeby twoje dziecko, na ile tylko się da, spędzało czas wśród rówieśników. Zapisuj je na zajęcia, woź i przywoź, zapraszaj do domu jego kolegów, zabieraj ich na działkę, na ferie, pozwalaj nocować razem i robić imprezy.
  • Nie neguj pozytywnych uczuć dziecka do drugiej osoby. Czasem możesz być o nie zazdrosny, ale to ty musisz sobie z tym poradzić.
  • Podkreślaj wagę posiadania przez twoje dziecko przyjaciół. Mów z dumą: „To jest przyjaciółka mojej córki, wspaniała dziewczyna”.
  • Miej swoich przyjaciół i szanuj ich. Niech nastolatek widzi, że przyjaźń jest w waszej rodzinie ceniona i może trwać mimo różnic poglądów.
  • Podkreślaj, że cenisz ludzi, którzy mają przyjaciół. Niech to będzie czynnikiem pozytywnie świadczącym o twoich znajomych i w ogóle o ludziach.
  • Naucz swoje dziecko autorefleksji. Zadawaj mu pytania: „Jakim ty jesteś przyjacielem? Co ty dajesz od siebie? Co robisz dla przyjaciół?”.

Matka czy przyjaciółka?

Pyta dziennikarka Beata Pawłowicz. Odpowiada dr Tomasz Srebnicki, certyfikowany terapeuta poznawczo-behawioralny, starszy asystent w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego WUM.

Czy to dobrze czy źle, gdy rodzice i dzieci nazywają się przyjaciółmi? Zacznę od tego, że kiedy rodzi się twoje dziecko, razem z nim rodzisz się nowa ty – ty jako rodzic. A więc masz dorosnąć! Ale też pojawia się wtedy na nowo stara ty, czyli ty jako dziecko, którym byłaś. Bo wiele rzeczy z twojego dzieciństwa zacznie ci się teraz przypominać. Świadomie lub nie będą one wpływały na to, jaką okażesz się matką. I dla przykładu, jeśli z rodzicami kojarzą ci się: surowość, nadmierne wymagania, krytyka, to prawdopodobnie nie zechcesz być taką matką dla swojego dziecka.

Mogę wówczas chcieć być jego przyjaciółką? Możesz, możesz też nie stawiać mu żadnych wymagań. Odrzucisz je razem z tym, co bywa w nich dobre, jak nauka definiowania i rozwiązywania problemów. Zapewne też będziesz unikać jakiejkolwiek krytyki twojego dziecka. Ale nazywanie dobra i zła po imieniu jest mu potrzebne. Podobnie jak akceptacja błędów jako niezbędnego elementu uczenia się życia. Możesz też traktować dziecko tak, jakby było twoim rówieśnikiem: zwierzać się mu, nosić podobne ubrania, czy kolegować się z jego przyjaciółmi ze szkoły. Jeśli tak się stanie, niech to będzie dla ciebie znak, że być może sama jeszcze nie wyszłaś z dziecięcego pokoju. Siedzisz w nim i, co gorsza, jest ci tam źle. Szukasz więc sobie towarzysza w niedoli. Taka postawa, taka niedojrzałość mamy stwarza ryzyko, że dziecko nie będzie miało takiego rodzica, jakiego potrzebuje.

To poproszę o porady dla zagubionych, niedojrzałych mam i ojców, którzy chcieli do tej chwili, by ich córki czy synowie stali się ich przyjaciółmi. Rodzic, o którym da się powiedzieć, że jest udany, nie może podszywać się pod przyjaciela swojego dziecka. Podobnie jak nie może stać się ojcem tyranem czy przybrać maskę „poświęcającej się” matki. Bo każdy z tych rodziców przyjmuje wobec dziecka niedobrą dla jego rozwoju postawę. I to niezależnie od tego, jakie jest to jego dziecko, nie stwarza mu odpowiednich warunków rozwojowych.

Fragment pochodzi z książki "Niezwykły rodzic" (do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep).

  1. Psychologia

Najstarsi, najmłodsi, jedynacy - jak role w rodzinie wpływają na nasze życie?

Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mama i tata – dali ci życie i kochali najmocniej, jak potrafili. Ale też, mniej lub bardziej świadomie, przydzielili ci w rodzinie określoną rolę, zależną od własnych oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie twoich narodzin. Sprawdź, czy nadal ją pełnisz.

Którym dzieckiem z kolei jesteś w rodzinie? Kiedyś to było jedno z najważniejszych pytań, jakie zadawali terapeuci pacjentom podczas zbierania wywiadu. Role dziecka w rodzinie były zaś dokładnie opisane w psychologicznych poradnikach. Od tego czasu trochę się zmieniło. Na przykład najstarsze dziecko, kiedyś owoc eksperymentów młodych rodziców, dziś często jest wynikiem przemyślanej decyzji. Środkowe – bywa, że jest dziełem przypadku, kiedy para po wielu staraniach, wspomagana nowoczesną medycyną, wreszcie spodziewa się dziecka, a po roku, dwóch, zupełnie niespodziewanie na świat przychodzi kolejny potomek. Najmłodsze to nierzadko owoc pogodzenia się rodziców po czasowej separacji albo nowe dziecko w nowym związku. Jedno nie zmieniło się jednak wcale: nasze życie w dużym stopniu naznaczone jest (a może nawet napiętnowane) niewidzialnym, ale bardzo silnym wpływem rodzinnych oczekiwań i głęboko zaszczepioną lojalnością wobec rodziców.

Najstarszy – ten duży

Co do najstarszego dziecka rodzice mają jasne oczekiwania i konkretne plany: prestiżowa szkoła, zawód, a w przyszłości odpowiedzialność za kontynuowanie rodzinnych tradycji i pomnażanie majątku.

Elżbieta od wczesnego dzieciństwa była przygotowywana do przejęcia rodzinnej firmy. – Wiadomo było, że to ja będę kierowała biznesem po ojcu, ale również, że będę zajmowała się rodzicami na stare lata. Młodsza siostra często wypomina mi, że nie muszę martwić się o pracę, ale kiedy mama miała operację, oczywiste było, że ja wrócę z wakacji, żeby odebrać ją ze szpitala.

Najstarsze dziecko zwykle pełni rolę zastępczego rodzica dla rodzeństwa; to do niego dzwonią mama czy tata, żeby pożalić się na niesfornego syna, poprosić o pomoc przy chorym dziecku drugiej córki. To ono czuje się odpowiedzialne za organizację rodzinnych spotkań czy ulokowanie oszczędności rodziców.

„Ustąp, bo jesteś starsza” – ile razy w dzieciństwie Magda słyszała to zdanie? Starsza to znaczy mądrzejsza, bardziej odpowiedzialna, niesprawiająca kłopotów, radząca sobie sama. Tak jest do dziś. Kiedy umierał tata Magdy, to ona, a nie o rok młodszy brat, musiała być tą najsilniejszą, a gdy raz pozwoliła sobie na słabość, usłyszała: „Ty nie dajesz rady?!”. Bo najstarsze dziecko przez całe życie jest „na celowniku”: jego sukcesy odbierane są jako oczywistość, za to porażki surowo punktowane.

Większość moich pacjentów, którzy z różnych powodów zerwali kontakty z rodziną, to właśnie najstarsze dzieci. – Wybrałam partnera z konserwatywnego środowiska – opowiada Dorota. – Moja rodzina była niekonwencjonalna. Łudziłam się, że ktoś z tzw. normalnego domu zapewni mi poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo brakowało mi w dzieciństwie.

Kiedy sześć lat po ślubie jej mąż odszedł do innej kobiety, Dorota przez dwa lata utrzymywała to w tajemnicy przed rodziną. Wstydziła się o tym powiedzieć, bała się, że zostanie odrzucona.

Ale bycie najstarszym ma też dobre strony. Pierworodni to zwykle ludzie odnoszący sukcesy: samodzielni, odważni, z pasją realizujący swoje plany, odpowiedzialni. Można na nich liczyć. Wiedzą, czego chcą, i potrafią o siebie walczyć. A kiedy pogodzą się, że jak każdy, mają prawo do słabości, świat staje przed nimi otworem.

Środkowy – poszukiwacz

Kiedy słyszę zdanie: „Mam trzydzieści parę lat i nie wiem, kim jestem” – mogę w ciemno obstawiać, że pacjent jest środkowym dzieckiem w rodzinie. Jego miejsce od momentu narodzin nie jest jasno określone; nigdy nie zaznało przywilejów jedynaka czy najstarszego, a jak już było najmłodsze, to bardzo boleśnie przeżyło detronizację. Od dzieciństwa musi walczyć o pozycję, bywa, że próbuje dogonić najstarsze albo zdominować najmłodsze. Często pełni rolę rodzinnego rozjemcy, który bardziej dba o dobrą atmosferę niż o własne potrzeby.

– Moja starsza siostra ciągle kłóci się z mamą, za to najmłodsza bez skrupułów wykorzystuje ją do pomocy przy dzieciach – żali się Ania. – A ja muszę wysłuchiwać skarg wszystkich trzech.

Kiedy Ania zaszła w ciążę, po raz pierwszy poczuła, że ona i jej sprawy mniej obchodzą rodziców niż życie sióstr. To było dla niej bardzo bolesne. – Mama przez całą ciążę nie zapytała mnie, jak się czuję, a kiedy powiedziałam, że będę miała dziecko i nie chcę się stresować problemami sióstr, wszystkie się na mnie obraziły.

Środkowe dziecko często jest w rodzinie niewidzialne. Zdarza się – jak w przypadku jednego z moich pacjentów – że rodzice mylą jego imię, nie pamiętają o urodzinach, bagatelizują stan zdrowia.

– Od dzieciństwa bałam się, że kiedy zgubię się w sklepie, rodzice nie będą mnie szukać – mówi Irena. – Dziś wybieram mężczyzn brylujących w towarzystwie, bo mogę się ukryć w ich cieniu.

Matylda od lat leczy się z powodu bezpłodności. Po pół roku terapii przyznała się, że boi się urodzić dziecko: obawia się, że przestanie być wtedy najważniejsza dla męża: – Nigdy dla nikogo nie byłam tak ważna, jestem jego żoną, przyjaciółką, a trochę małą córeczką. Nie chcę z tego rezygnować.

Środkowe dzieci są doskonałymi przyjaciółmi i partnerami. Empatia to ich mocna strona. Potrafią być świetnymi słuchaczami, troskliwymi opiekunami, dużo dają i niewiele oczekują w zamian. Cierpliwie znoszą brak zainteresowania i uwagi, rzadko się obrażają. Choć łatwo ich zranić, zwykle nie bywają agresywni. Kiedy pewnego dnia budzi się w nich ciekawość, żeby poznać prawdę o sobie, dowiedzieć się, kim naprawdę są, pojawiają się w gabinecie terapeuty i są bardzo zmotywowanymi pacjentami. Ich zapał do pracy i tempo, w jakim odkrywają swoje wnętrze, są naprawdę imponujące.

Najmłodszy – wojownik

Kiedyś był rodzinną maskotką, wiecznym dzidziusiem, oczkiem w głowie całej rodziny. Dziś bywa samotnym wilkiem chodzącym swoimi drogami albo wojownikiem z dewizą: „Ja im pokażę, na co mnie stać”. Jest sprytny i przebiegły, nic dziwnego, bywa bowiem, że ma czworo rodziców (mamę, tatę i starsze rodzeństwo), którzy, każde na swój sposób, chcą go wychowywać. Jeśli miał szczęście (lub pecha) przyjść na świat jako nowe dziecko w nowej rodzinie, pełni podwójną rolę: najmłodszego i jedynaka. Uff! Naprawdę należy mu się współczucie.

Monika jest niewiele starsza od dziecka swojej najstarszej siostry. – Właściwie razem się wychowywałyśmy – opowiada. – Kiedy dzieciaki w szkole pytały, czy Asia (wnuczka mojej mamy) jest moją siostrą, myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Mama traktowała nas jednakowo, za to tata powtarzał, że muszę zastąpić mu syna. Jak niby miałam to zrobić?

Wymagania ojca i pobłażliwość mamy sprawiły, że Monika od lat leczy się na nerwicę. Rodzice często kłócili się z jej powodu. Od ojca wiele razy słyszała, że dla niej nie zostawił matki. Bo najmłodsze dziecko często bywa kartą przetargową pomiędzy rodzicami. Jego motto życiowe to stać się kimś, kto zasługuje na podziw. – Musiałam im udowodnić, że warto było mnie urodzić, choć czasami czułam, że gdyby mnie nie było, gdyby coś mi się stało, naprawdę by im ulżyło – żali się Ewa, którą rodzice poinformowali o rozwodzie w dniu jej osiemnastych urodzin.

Bywa też, że najmłodsze z desperacją umacnia się w roli nieporadnego dziecka, upominając się w ten sposób o uwagę rodziny. Na przykład Beata. Już nie pamięta, ile razy zmieniała kierunek studiów. Mieszka ciągle w domu rodziców, pozwala im się utrzymywać. Oddaje się swojej pasji – malowaniu. Choć nigdy nie sprzedała żadnego obrazu. – Oni twierdzą, że moje malowanie to dziecinada – mówi. – Skoro tak, to niech mnie utrzymują. Mnie się do pracy nie spieszy.

Wielu moich pacjentów cierpiących z powodu dolegliwości psychosomatycznych to najmłodsze dzieci w rodzinie. Zwracanie na siebie uwagi poprzez chorobę to sposób dobrze im znany od dzieciństwa i prawie zawsze skuteczny.

Weronika ma trójkę małych dzieci. Nigdy nie pracowała zawodowo, a przy dzieciach pomagają jej teściowie, bo często choruje. – To nie moja wina, że łapię wszystkie infekcje, które dzieci przynoszą z przedszkola. Kiedy jestem chora, mam wreszcie czas, by zająć się tym, co naprawdę lubię.

Weronika pisze wiersze, ale pewnie nigdy ich nie opublikuje. Samo pisanie jest dla niej największą frajdą.

Najmłodsze dziecko jest świetnym manipulatorem. Od rodziny, przyjaciół i partnera potrafi wiele wyegzekwować, ale w głębi duszy cierpi na brak bezwarunkowej miłości i akceptacji. Jego ból bywa tak wielki, że trudno do niego dotrzeć. Rzadko trafia na terapię. Częściej u terapeuty pojawiają się jego bliscy z prośbą o pomoc czy poradę. Jest jak nieoszlifowany diament. Pod maską twardziela lub wiecznego dziecka ukrywa swój prawdziwy potencjał. Gdyby tylko chciał go odkryć…

Jedynak o wielu twarzach

Bywa odpowiedzialny, samodzielny, nad wyraz dojrzały i niezależny. Ale też towarzyski, łatwo nawiązujący kontakty. Czasami despotyczny, mający jedyną słuszną wizję świata. Jak kameleon potrafi zmieniać kolory, wcielać się w różne role.

Lidka marzy o silnym, niezależnym mężczyźnie, ale z lęku przed odrzuceniem wybiera na partnerów nieudaczników. – Michał jest na moim utrzymaniu, choć jego rodzina ma fortunę – opowiada. – Niech mu pani powie, że to mężczyzna powinien utrzymywać dom i rodzinę.

Kiedy zgadzam się spełnić jej oczekiwania, w jej oczach widzę przestrach. Domyślam się, że zależność od kogokolwiek jest dla niej nie do przyjęcia.

Agata wychowywana była tylko przez matkę. Ojca nie znała. – Odszedł od mamy, kiedy dowiedział się o ciąży – mówi.

Agata wybiera na partnerów starszych mężczyzn. – Pewnie myśli pani, że szukam tatusia – mówi przekornie. – Faceci w moim wieku nie wiedzą, czego chcą. – A czego ty chcesz? – pytam. – Ja mogę żyć sama, nie muszę uwieszać się na kimkolwiek.

Jedynacy mają swój własny świat, potrzebują przestrzeni, której nie dzielą z nikim. Dla otoczenia bywają nie lada zagadką. Tajemniczy, intrygujący, nieodgadnieni. Z jednej strony chodzą własnymi drogami, z drugiej lubią być doceniani i podziwiani. Odporni na zranienia, ale kiedy ktoś dotknie ich do żywego, niełatwo zapominają. Zaradni i samodzielni, rzadko proszą o pomoc, ale kiedy problem naprawdę ich przerasta, zdarza im się uciekać w chorobę. Napięciowe bóle głowy to ich pięta Achillesa. Łatwo odnoszą sukcesy zawodowe, w życiu prywatnym nie mają takiego szczęścia. Starzejącymi się rodzicami opiekują się z mniejszą empatią niż najstarsze dzieci w rodzinie. Częściej zapewnią ekskluzywny dom opieki (na który bez trudu zarobią), niż wezmą do siebie. Jakby mieli pretensję do rodziców, że przyszło im żyć bez rodzeństwa.

Edyta od pół roku mieszka za granicą, ale jej mama o niczym nie wie. Kiedy pytam zdziwiona, jak udaje jej się to utrzymać w tajemnicy i dlaczego to robi, odpowiada: – Moja matka wykorzystałaby to przeciwko mnie. Wolę być zaniedbującą, ale hojną córką niż wyrodnym dzieckiem, które porzuciło własną matkę.

Odkryj rolę, jaką przydzieliła ci rodzina - ćwiczenie

Przejrzyj rodzinny album i wybierz zdjęcie, na którym jesteś ty jako dziecko i cała twoja rodzina. Jeśli nie masz takiego zdjęcia, narysuj swoją rodzinę tak, jak ją zapamiętałaś. Teraz przyjrzyj się kolejno dzieciom i na podstawie zdjęcia lub rysunku spróbuj wyobrazić sobie los każdego z nich. Możesz wymyślić najbardziej nieprawdopodobną historię albo bajkę. To twoja bajka, twój los, twoje rodzinne błogosławieństwo albo przekleństwo. Jesteś już dorosła, możesz zmienić swój scenariusz. Dla ułatwienia najpierw wymyśl go na nowo. Potem uwierz, że zmiana zawsze jest możliwa. Wszystko zależy jedynie od ciebie.