Czy mama może być zdrową egoistką?

fot. iStock

Nurt macierzyństwa non fiction uświadomił kobietom, że to naturalne, że czują się zmęczone i wypalone. Że po urodzeniu dziecka wiele związków przeżywa kryzys. Że początek macierzyństwa prawie zawsze łączy się z zawodowym zatrzymaniem. I że zdrowy egoizm może być dla nich ratunkiem

Jest niedzielne popołudnie. Aneta, 35-latka, matka dwóch córek w wieku 8 i 11 lat rzuca okiem na talerz, na którym leży ostatnie w domu jabłko. „Skończę zmywanie i zjem” – myśli.

– Mamo, są jakieś jabłka? – z drugiego pokoju dobiega głos starszej. Aneta patrzy chwilę na owoc, po czym łapie jabłko i chowa do kieszeni. – Nie ma, trzeba jutro kupić – krzyczy.

Zdobyte jabłko zjada ze smakiem… na tarasie. – To taki symbol mojego zdrowego egoizmu – mówi Aneta. – Oddam za swoje córki życie, ale nie muszę oddawać im ostatniego jabłka, które zaplanowałam zjeść. Zwłaszcza że jutro kupimy nowe.

Swoje macierzyństwo dzieli na dwa etapy. Pierwszy, zaraz po urodzeniu córek. – Byłam mamą kwoką. Reagowałam na każdy płacz i chrząknięcie. Odmawiałam sobie wszystkiego. Herbaty w spokoju, samotnej nocy, wyjścia z koleżanką. Jabłko też bym oddała. Naginałam się jak guma, aż w końcu pękłam. Dziś młodszym koleżankom mówię: „To, że zostałaś matką, nie znaczy, że masz przestać myśleć o sobie. Przestań się poświęcać, bo krzywdzisz tym sama siebie. Za to zawsze płaci się wysoką cenę”.

Ciężko nam być egoistkami

Ewelina, autorka bloga „O matko boska”, mama czteroletniego Mikołaja, na jednej z kobiecych grup na Facebooku spytała: „Czym dla was jest zdrowy egoizm?”. „Pamiętaniem o sobie i jednocześnie nieranieniem innych” – odpowiadały inne matki. Większość z nich przyznawała, że ma albo długo miała kłopot ze zdrowym egoizmem. Że robienie czegoś dla siebie wiązało się dla nich z poczuciem winy. To „dla siebie” to były proste rzeczy: kawa wypita w ciszy, zajęcia fitness, dzielenie się opieką z partnerem.

– To kwestia mitów, które narosły wokół kobiecości. W obiegowej opinii egoizm jest zły, a dobra matka nie może być egoistką, bo krzywdzi tym dzieci – uważa Tatiana
Ostaszewska-Mosak, psycholożka. – Współczesne kobiety nie miały się od kogo uczyć zdrowego egoizmu. Nikt nie tłumaczył im, że myślenie i dbanie o swoje potrzeby, z uwzględnieniem potrzeb innych, a tym jest właśnie zdrowy egoizm, to nic złego. Że to wręcz konieczne, żeby wychować szczęśliwego człowieka.

Utyrana, zmęczona, w fartuchu i z mopem w dłoni. Jeszcze do niedawna taki obowiązywał w Polsce model kobiecości. Takie były często nasze matki i babki. Kobieta, która zostawała żoną i matką, automatycznie pozbawiała się swojego „ja”.

– Kiedyś przeczytałam dowcip krążący po sieci – wspomina Aneta. – Dlaczego kobieta jest w przedpokoju? Bo ma za długi łańcuch. Ha, ha, ha. Urwała się na chwilę, czmychnęła od pieczenia, mycia garów, gotowania zup i szorowania piekarnika. Szczęściara. Dowcip dość makabryczny, ale jak żyły moja mama i babcia? Właśnie tak. Lepiły pierogi, piekły ciasta po nocy, szorowały okna, a w ciągu dnia zajmowały się sprawami dzieci. W większości same, bo mąż z gazetą siedział na kanapie. Albo przed telewizorem. One nie siadały nigdy. Malowanie paznokci? Zbędna fanaberia. Samotny wyjazd? A co to jest samotny wyjazd? Wyjście do kina? Boże, nie mam czasu. Podobnie wychowywały swoje córki i mniej lub bardziej świadomie przekazywały im prawdy w stylu: „Nie myśl o sobie”, „Nie bądź egoistką”, „Poświęcaj się dla dzieci, bo to twój obowiązek”. Jednocześnie potrafiły potem wypomnieć: „Przez ciebie nie zrobiłam kariery”, „Macierzyństwo mnie wykończyło”. Bywały sfrustrowane, nieszczęśliwe i obwiniały dzieci za to, że się dla nich poświęciły. Do mojej perfekcji, wyssanej z krwią matki, doszło jeszcze przekonanie: „Muszę być lepsza, muszę dać dziecku wszystko, być cała dla niego, ale nie mogę go o nic obwiniać”.

– Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu kobieta musiała być perfekcyjna – tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, psycholog społeczny. – Perfekcyjna jako żona, matka, gospodyni domowa, no i oczywiście pracownik. Zajmowała się wszystkim i nie miała o to pretensji. Przeciwnie, czuła się dumna, że tyle rzeczy ogarnia. Wzorowała się na bohaterkach kolorowej prasy, które w latach 90. mówiły głównie o tym, jak doskonale da się połączyć życiowe role. Ale to była nieprawda, bo większość z nich za swoją perfekcyjność płaciła ogromną cenę.

Dopiero początek XXI wieku przyniósł pierwsze próby wyłamywania się z kieratu. Na początku były to odważne, ale pojedyncze głosy matek celebrytek. Jedna przyznała się do depresji, druga do tego, że nie wierzy w to, że da się pracować na pełen etat i jednocześnie być doskonałą matką. Trzecia wyznała, że ma chwile, gdy chce uciec od dziecka. Zwyczajne Polki żaliły się na forach internetowych. „Mam dość”, „Nie daję rady”, „Macierzyństwo mnie przerosło”, „Gdzie w tym wszystkim jestem ja?”. Dołączały pisarki, dziennikarki, feministki. Wśród nich Sylwia Chutnik, Agnieszka Graaf. „Silne, wściekłe, nieszczęśliwe”, „Samotne i sfrustrowane” – tak określano polskie matki. W Internecie powstało mnóstwo blogów nieperfekcyjnych matek, które chciały przypomnieć sobie, że poza tym, że mają dzieci, są jeszcze sobą. To właśnie blogerki stały się wsparciem dla innych kobiet. A ich blogi platformą wymiany myśli, miejscem, gdzie kobiety czuły się bezpiecznie. W Internecie powstało coraz więcej portali, które poza gładkimi radami, opisywały prawdziwy świat polskiej matki. Teksty pt. „Jestem matką egoistką, dobrze mi z tym” miały miliony wyświetleń i tysiące udostępnień.

– Pamiętam taki moment: Julka miała cztery lata, Marysia dwa miesiące. Z pewnej siebie, spełnionej zawodowo kobiety stałam się opiekunką, praczką, sprzątaczką, nianią i jeszcze matką, która drży o dzieci – opowiada Aneta. – Wtedy wpadł mi w ręce artykuł znanej blogerki. Niby pisała oczywistości, ale dla mnie to było olśnienie. „Droga matko, chciałabym ci powiedzieć, że to ty jesteś najważniejsza” – zaczęła. I dalej pisała o tym, że kiedy pojawia się dziecko, wszyscy tłumaczą, że ono jest najważniejsze. Wywierają presję, żebyśmy zajmowały się tylko nim. Więc czytamy, jak się z nim bawić, jak karmić, co mu czytać, na jakie zajęcia wozić. Koncentrujemy się na nim, stajemy się nadopiekuńcze, zapominamy o sobie. A ono dorasta i w naturalny sposób chce się od nas oddzielić. A my albo jesteśmy nieszczęśliwe i samotne, albo je obwiniamy. Pomyślałam: „Skończę właśnie jak moja mama”. A potem: „Tak, mogę wyjść na godzinę, mogę raz nie przeczytać bajeczki, bo wolę porozmawiać z przyjaciółką”. Inne kobiety też to robią.

Momentem przełomowym był małżeński kryzys – młodsza córka miała wtedy prawie dwa lata. On zauroczył się inną. Zobaczyłam, do czego doprowadziło mnie zapominanie o sobie – mąż się ode mnie odsunął, a ja nawet tego nie zauważyłam. Na początku pojawiła się złość: to ja tyle się poświęcałam, a teraz zero wdzięczności?! Rzuciłam się w wir zabawy, dzieci zaczęłam podrzucać mamie, zapominałam o stroju na ich przedstawienie, o samym przedstawieniu też. Wpadłam ze skrajności w skrajność. Dziś myślę, że to była próba odreagowania.

– Udawanie zawsze ma swoją cenę. W zdrowym egoizmie chodzi również o szczerość wobec siebie. Mogę nie lubić przewijania dziecka, lecz robię to, bo muszę – tłumaczy Tatiana Ostaszewska- Mosak. – Ale może są rzeczy, których też nie lubię i wcale nie muszę robić, jedynie chcę wpisać się w stereotyp dobrej matki.

Tatiana Ostaszewska-Mosak sama jest mamą trójki dzieci. – Najstarsza córka ma już 21 lat, ale do tej pory pamiętam, jaką byłam przy niej znerwicowaną matką. Koncentrowałam się tylko na tym, kiedy jadła, jak jadła, jaką zrobiła kupę, o której spała. Ciągle czytałam, dowiadywałam się. Z perspektywy czasu myślę, że mniej byłam skupiona na jej prawdziwych potrzebach, bardziej na tym, czy wszystko dobrze, książkowo robię. Wydawało mi się, że muszę wszystkiego sama przypilnować. To powodowało ogromny chaos i zmęczenie. Przy trzecim dziecku, synku, byłam już inna. Zrozumiałam, co jest ważne, chętnie korzystałam z pomocy mamy, teścia i innych bliskich. To już był zdrowy egoizm, który przyniósł mi większy spokój i ulgę, a przecież trzecie dziecko kochałam tak samo jak pierwsze.

Wspierający partner

– Dzwonię do ciebie ze stacji benzynowej, normalnie musiałam wyjść z domu, to ta godzina, kiedy mówię mężowi: „Sorry, nie ogarniam” – opowiada Michalina Grzesiak, autorka popularnego w sieci bloga „Krystyno, nie denerwuj matki”, mama czteroletniej Krystyny i półtorarocznego Jurka. Jej zdaniem egoizm to naturalna cecha człowieka, a udowadnianie, że nie jest się egoistką, jest potwornie męczące. Ona, owszem, bywa egoistką. – Jestem ekstrawertyczna, mówię wprost. Chcę mieć chwilę w życiu dla siebie, chcę czasem przez pięć minut nie widzieć dzieci, bywało, że mnie irytowały. Na przykład wtedy, gdy wdrapywałam się z nimi na czwarte piętro. Jedno płakało na rękach, drugie mówiło, że jest zmęczone, do tego wypadła mi siatka, a zakupy się rozsypały. Zamykałam się w łazience i mówiłam do siebie; „Co ja tu robię, to nie moje życie, chcę założyć szpilki i wyjść z koleżankami, a następnego dnia do 16.00 leczyć kaca”.

Kaca może Michalina nie leczy, ale szuka momentów dla siebie. Wyjście do kosmetyczki, kawa z koleżanką, zostawienie dzieci z babcią i randka z mężem w rocznicę ślubu. – Wszystko, co przypomina mi, że jeszcze jestem człowiekiem. Tylko, żeby udał się ten zdrowy egoizm, potrzebny jest tandem, wspierający partner, który w odpowiednim momencie wyczuje słabość, pomoże. Bo wyobraź sobie dwóch skrajnych egoistów. Gdzie byłoby wtedy miejsce na dziecko – zastanawia się Michalina.

Ale Michalina wciąż nie jest w większości, bo nie wszystkie kobiety mają wspierającego partnera, choć rzeczywiście to się powoli zmienia. Jeszcze w 1995 roku 56 proc. mężczyzn chciało, żeby kobieta zrezygnowała z pracy i zajmowała się dziećmi i domem (według badań CBOS). Od 2004 roku coraz mniej badanych deklaruje, że obowiązki domowe to sprawa kobiety. W badaniach z 2013 roku 46 proc. osób będących w związkach deklarowało, że jest za modelem partnerskim, w którym oboje w takim samym stopniu angażują się w sprawy rodzinne. Są to jednak najczęściej mieszkańcy dużych miast, z wyższym wykształceniem.

Sergiusz Pinkwart, dziennikarz, pisarz i muzyk, wspólnie z żoną prowadzi bloga podróżniczego „Dziecko w drodze”. Opisują tam m.in. podróże, które odbywają wspólnie z czteroletnim synem. Wyjeżdżają z nim od czasu, kiedy skończył miesiąc.
– „To biedne dziecko, które wszędzie ciągacie”. Próbowałem kiedyś liczyć, ile razy usłyszeliśmy to zdanie – mówi Sergiusz. – Co ciekawe, o wiele częściej pretensję mają kobiety i kierują ostrze krytyki w stronę Magdy. Zazwyczaj nie robi to na nas wrażenia, bo widzimy, jak wspaniale nasz syn rozwija się podczas tych wyjazdów. Magda popłakała się raz, gdy jej mama rzuciła w gniewie: „Ja się dla ciebie poświęciłam i zrezygnowałam z pracy swoich marzeń”. Tamtego wieczora długo rozmawiałem z żoną. Pytała, czy ja też uważam ją za złą matkę. Mało brakowało, a dałaby sobie wcisnąć to idiotyczne poczucie winy, które kobiety sobie z taką radością przekazują z pokolenia na pokolenie. Bo choć mamy XXI wiek, to wciąż facet przewijający dziecko uchodzi za herosa, a kobieta, która dzieli się z nim obowiązkami domowymi, uważana jest za podejrzaną moralnie „feministkę”. To absurd!

Wiele twarzy egoizmu

– Jestem samotną matką i jestem z siebie dumna. Niczego nam nie brakuje, ale nie pamiętam, żebym w ciągu dwóch lat zrobiła coś dla siebie spektakularnego – mówi Ewelina, autorka bloga „O matko boska”. – Jedyny moment dla siebie mam wtedy, kiedy synek jest u taty.

Ewelina przyznaje, że przez lata żyła na najwyższych obrotach. Rano praca, popołudniem odbieranie Mikołaja z przedszkola, czas z nim, wieczorem i nocą gotowanie, sprzątanie plus prace zlecone. – W pewnym momencie zaczęło sypać mi się zdrowie, ciągle bolała mnie głowa, częściej chorowałam. Gdy z gorączką poszłam do pracy, koleżanki natychmiast odesłały mnie do domu. „Ewelina, basta, nie możesz być ciągle wonderwoman” – usłyszałam. Wtedy pomyślałam: „może rzeczywiście poleżę”. Dziś pilnuję, by mieć choć godzinę czasu dziennie dla siebie. Nastawiam budzik codziennie na czwartą, żeby porobić to, co lubię. Wypić kawę, poczytać w spokoju. To też jest zdrowy egoizm, ale w zasięgu moich możliwości. Na inny na razie mnie nie stać. Marzę o studiach, ale w tym roku zrezygnowałam z kolejnego kierunku, bo to kolidowałoby z opieką nad dzieckiem.

– Nie musimy wszystkie być takimi samymi egoistkami. Każda z nas powinna znaleźć własną definicję zdrowego egoizmu, bo każda czego innego potrzebuje – uważa Tatiana Ostaszewska-Mosak.

– Wszystko pięknie, tylko my jako matki same podcinamy sobie skrzydła. Non stop oceniamy siebie nawzajem – mówi Michalina Grzesiak. Nieraz czytała o sobie, że jest wyrodną matką.

Całkiem niedawno wybuchła kolejna „macierzyńska afera” w Internecie. Aktorka Maja Bohosiewicz wyjechała na weekend bez miesięcznego dziecka. Jedna z blogerek napisała, że ona tego nie rozumie. Polki podzieliły się na matki, które nigdy by dziecka nie zostawiły, i te, które broniły Mai. – Sama bym zostawiła miesięczne dziecko, gdybym miała z kim – mówi Michalina Grzesiak. Maja powiedziała później: „Po dwóch latach bycia tylko mamą jestem wrakiem, muszę się zresetować. Ktoś napisał: mogłaś wyjechać, ale po co o tym pisać. A dlaczego nie miałabym o tym pisać?”.

A przecież dzieci, zwłaszcza małe, naśladują we wszystkim rodziców. Jeśli rodzice czytają – dziecko też, jeśli podróżują i odwiedzają muzea – dziecko prawdopodobnie się tym zarazi. Jeśli zostawiają sobie przestrzeń na realizację własnych pasji – dziecko też będzie miało odwagę pójść za swoimi pragnieniami. Tak, to jest egoizm, ale jaki piękny!

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »