1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Rodzice
  4. >
  5. Czy nepo babies naprawdę mają łatwiej? Wojciech Eichelberger podważa popularne przekonanie

Czy nepo babies naprawdę mają łatwiej? Wojciech Eichelberger podważa popularne przekonanie

(Fot. Katarzyna Bogucka)
(Fot. Katarzyna Bogucka)
Mają wpływowych rodziców i złą sławę. Tylko dlatego, że rzekomo jadą na ich nazwisku. Co tak naprawdę oznacza życie w cieniu znanych ojców i matek, wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Spis treści:

  1. Nepo babies: nie tylko dzieci artystów
  2. Wojciech Eichelberger: „Nepo dziecko cierpi z powodu podejrzeń”
  3. Czy nepo dzieci mają wybór?
  4. Jak wychowywać dzieci, żeby nie odebrać im siły? 50% wsparcia i 50% wymagań
  5. Nepo dzieci i hejt

  • Zjawisko „nepo baby”, czyli dzieci znanych i wpływowych osób, budzi coraz większe emocje, ale, jak podkreśla Wojciech Eichelberger, wcale nie jest nowe.
  • „Te dzieci trochę nie mają wyjścia” – mówi psycholog, zwracając uwagę, że dorastanie w rodzinnych dynastiach często oznacza presję i gotowy scenariusz życia.
  • Czy taki start rzeczywiście ułatwia karierę, czy raczej komplikuje budowanie własnej tożsamości i poczucia wartości?
  • W rozmowie o nepo babies pojawia się również pytanie o granice rodzicielskiej pomocy i o to, kiedy wsparcie zaczyna bardziej szkodzić niż pomagać.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/2026.

Nepo babies: nie tylko dzieci artystów

Alina Gutek: Zjawisko nepo baby (od nepotism baby – dziecko nepotyzmu) istnieje od wieków, ale pod tą nazwą rozhulało się w internecie kilka lat temu, kiedy ktoś na Twitterze nazwał tak Maude Apatow, córkę reżysera Judda Apatowa i aktorki Leslie Mann. Od tej pory terminem tym określa się dzieci znanych, bogatych i wpływowych osób, które chcą robić karierę w tej samej branży, co oni. Określenie to ma wydźwięk pejoratywny, sugeruje, jakoby sukces tych osób wynikał z koneksji i przywilejów, a nie z ich umiejętności. Słusznie?

Wojciech Eichelberger: Powiedziałaś: „te dzieci chcą robić to samo, co rodzice”. Otóż wątpię, żeby zawsze chciały to robić, czasem są do tego mocno namawiane, a nawet przymuszane. Druga uwaga – rozszerzyłbym przedmiot naszej rozmowy tak, by dotyczyła nie tylko dzieci wielkich artystów. Porozmawiajmy o losach dzieci rodziców wybitnych i szeroko znanych, a także tych nieznanych, którzy odnieśli znaczący lokalny sukces w jakiejś dziedzinie. Czyli o dzieciach przychodzących na świat w dumnych ze swojej historii dynastiach rodzinnych. Takie dzieci są często wręcz skazane na bycie kontynuatorami i opiekunami rodzinnej schedy sławy, mistrzostwa, uzdolnień, majątku czy pochodzenia. Na podobieństwo królewskiego potomka, który, gdy dorośnie – chce czy nie – musi zostać królem czy królową.

Te dzieci trochę nie mają wyjścia.

„Trochę” to w wielu przypadkach skrajny eufemizm.

Często nie mają żadnego wyjścia, bo za nieposłuszeństwo grozi im rodzinna banicja, utrata rodzicielskiej miłości, wykluczenie lub wydziedziczenie. A to dla każdego dziecka stanowi groźbę nie do uniesienia – pozbawia go bowiem poczucia fundamentalnego bezpieczeństwa.

W tej sytuacji ewentualny bunt czy sprzeciw wobec tak bezwzględnie zdeterminowanego losu musi zostać głęboko wyparty z jego świadomości. A jak wiadomo, wszystko, co wyparte, nadal żyje w ukryciu i powoduje różne emocjonalne, psychiczne i psychosomatyczne komplikacje będące w istocie zakamuflowanym sprzeciwem.

Wojciech Eichelberger: „Nepo dziecko cierpi z powodu podejrzeń”

Nawet jeśli dziecko odziedziczyło po rodzicach autentyczne talenty, to i tak mierzy się z krytyką otoczenia, że ma łatwiej.

Okazuje się, że niezależnie od tego, czy nepo dzieci przejmują schedę po rodzicach, bo mają odziedziczony talent, czy też nie mają talentu i korzystają jedynie z przetartych przez rodziców ścieżek, to i tak narażają się na podejrzenia i krytykę zarówno swojego zawodowego, jak i społecznego środowiska: „Pewnie mama i tata ułatwili im zdobycie pracy i popychają ich karierę”.

Bo jednak w jakimś stopniu ułatwili.

To prawda, czasami samo nazwisko potrafi wiele ułatwić. Choć potrafi też utrudnić, jeśli dziecko trafi na decydenta, który z jakiegoś powodu nie lubi jego rodziców. Tak czy owak, nepo dziecko nie ma łatwo i cierpi z powodu podejrzeń i komplikacji także wtedy, gdy jego rodzice dla zasady niczego mu nie ułatwiają, tylko mówią: „Zrób to sam, przejdź samodzielnie całą ścieżkę kariery”.

Czy nepo dzieci mają wybór?

To jest ta właściwa rodzicielska postawa?

To mądra postawa, bo pomaga dziecku zbudować poczucie własnej wartości, a także spotkać się blisko z takimi ludźmi, których punkt startu do wspinaczki po drabinie kariery i statusu jest nieporównywalnie trudniejszy – i nabrać do nich szacunku. Niestety, ta rodzicielska postawa jest już chyba zjawiskiem zanikającym.

Ale nawet jeśli znany rodzic chce być wierny zasadzie niepomagania dziecku w karierze, to i tak mimochodem wydatnie mu pomaga, a przy okazji formatuje. Bo przecież to dziecko niemalże od urodzenia spotyka ludzi związanych z tym, co robią zawodowo rodzice, nasiąka opowieściami na ten temat, czerpie wzorce i jest podprogowo formatowane na przyszłego dziedzica.

Jego rodzice, by zapewnić dalszą przyszłość i bezpieczeństwo posiadanym ruchomościom i nieruchomościom, dążą do tego, by cały ich dorobek pozostał w rodzinie. Dlatego podejmują też świadome próby wczesnego formatowania swego dziecka do roli dziedzica: „Jeśli będziesz się dobrze uczył, to może kiedyś też siądziesz za tym biurkiem”. Nepo dzieci od małego wzrastają w atmosferze presji rodzinnej tradycji, a gdy dorosną, jest im bardzo trudno rozróżnić to, czego naprawdę potrzebują, od tego, co im wmówiło na ten temat rodzinne otoczenie. Pozostaje im tylko mgliste przeczucie, że coś jest nie tak, że nie mają ani zapału do tego, co robią, ani nie czerpią z tego radości. Wtedy albo się wycofują, unikają kontaktu z ludźmi i ze światem, mechanicznie spełniając swoje obowiązki, albo ostentacyjnie używają życia, imprezują, znieczulają się i pobudzają różnymi substancjami, czyli żyją ponad stan i autoagresywnie.

Czują się niedokochane i niedocenione, bo dostrzegły już wcześniej, że rodzice nie mieli dla nich czasu ani uwagi, a uznanie i miłość okazywali w zależności od tego, na ile spełniały ich oczekiwania.

Dorosłe nepo dziecko nie może pozwolić sobie na żadne wątpliwości, poczucie krzywdy czy pretensje, bo przecież rodzice nie żałują środków na opłacanie jego edukacji i przyjemności i nie przepuszczają żadnej okazji, by podkreślać, ile dziecko im zawdzięcza i jacy są idealni.

W rezultacie nepo dzieci czują się zobowiązane do tego, żeby być idealnymi dziećmi – dopasowanymi do aspiracji rodziców. A idealne dzieci idealnych rodziców mogą się zbuntować tylko w jeden sposób – chorowaniem. Często bywa tak, że gdy dziecko jest mocno popychane w stronę kontynuacji tradycji rodzinnej, a ma wewnętrzny konflikt w tej sprawie, to ucieka w chorobę lub uzależnienie.

Te dzieci wcale więc nie mają łatwiej, choć tak się wszystkim wydaje.

Mają trudniej. Tylko z zewnątrz wygląda na to, że mają łatwiej. A w gruncie rzeczy przeżywają często dramatyczny, egzystencjalny konflikt: czy ulec i podążać śladami rodziców, korzystając ze wszystkich udogodnień, które wynikają z ich dorobku, czy też – ryzykując rodową banicję – zbuntować się i podążać własną drogą w zgodzie z własnymi talentami i aspiracjami. To dylemat opisany krótko w jednej z wierszowanych bajek Adama Mickiewicza o psie i wilku.

Spasiony pies na łańcuchu, pilnujący domu właściciela i swojej pełnej miski, szydzi z kondycji biednego, wychudzonego, wolnego wilka. Dyskurs między nimi kończy się dosadnym oświadczeniem wilka: „Lepszy w wolności kęsek lada jaki niźli w niewoli przysmaki!”.

Dobrze zapamiętałem sobie tę przypowieść i przydała mi się kilka razy w życiu.

Nawet dzieci prawdziwie utalentowane, które jednak poszły w ślady rodziców i korzystają z ich wsparcia, stają się często obiektem zjadliwego hejtu. Zwłaszcza dzieci artystów. Jakiś czas temu w internecie rozgorzała dyskusja na temat roli aktorki Heleny Englert w sztuce wyreżyserowanej przez jej ojca, Jana Englerta. Zarzucano jej między innymi to, że ma łatwiej jako córka znanego ojca. Na szczęście świetnie zagrała, więc naboje szybko się wyczerpały.

Pewnie ją to wiele kosztowało. Ale talent i klasa zawodowa ją obroniły. Jednak stosunkowo rzadko takie sytuacje tak dobrze się kończą dla nepo dzieci. Na ogół odbijają się one zbyt mocno na ich psychice i potrafią zaważyć negatywnie na ich dalszej karierze. Jest na to wiele przykładów.

Jak wychowywać dzieci, żeby nie odebrać im siły? 50% wsparcia i 50% wymagań

Często wpływowi rodzice nie zdają sobie sprawy, że skracając drogę dziecka do zawodu, pozbawiają je ważnych doświadczeń, które budują poczucie wartości. Co z tego, że ono coś dostaje, skoro coś ważnego mu się odbiera.

Poczucie wartości tworzy się w nas w dużej mierze dzięki temu, że pokonujemy trudności, wychodzimy obronną ręką z wielu kryzysowych sytuacji, osiągamy sukces ciężką pracą. Gdy dziecko ma wszystko podane na tacy, to staje się niepewne siebie.

Wtedy za wszelką cenę zaskarbia sobie akceptację otoczenia, tworzy wokół siebie dwór pochlebców, ulega fałszywym autorytetom i nieuczciwym mocodawcom. W rezultacie doprowadza do tego, że w tym chaosie traci siebie i spędza resztę życia w lęku przed demaskacją.

O czym rodzice, którzy są ludźmi sukcesu, powinni pamiętać, wychowując dzieci, żeby nie odcinać ich od swojego dorobku, ale też nim nie przygnieść?

Powtórzę to, co już wiele razy mówiłem: dajemy dzieciom 50 procent wsparcia i 50 procent wymagań. Ogromny błąd wielu rodziców polega na tym, że idą w skrajności.

Jedni stosują wobec dzieci zimny wychów, dyscyplinę, silnie uwarunkowaną akceptację, czyli: „Jeśli będziesz spełniał moje oczekiwania, to będę cię kochać”. Drudzy – którzy pamiętają o swojej trudnej drodze, bo startując niemal z niczego, dopracowali się ogromnego awansu ekonomicznego, społecznego i wizerunkowego – chcą zrobić wszystko, żeby ich dzieci nie miały tak trudno jak oni. Starają się więc, by nie spotkała ich żadna trudność, załatwiają za nie sprawy w szkole, a jak ktoś powie dziecku coś nieprzyjemnego, to zmieniają mu szkołę. Wydaje im się, że chowając dziecko pod kloszem, uszczęśliwiają je. W istocie jest dokładnie odwrotnie. Bo wychowują dziecko niemające poczucia własnej wartości, nieprzygotowane do radzenia sobie z trudnościami, niezdolne do ciężkiej pracy i znoszenia dezaprobaty otoczenia.

Rodzice powinni patrzeć długofalowo, czyli zastanowić się, jak dziecko będzie sobie radziło w dłuższej perspektywie? I dawać mu szansę się potrudzić?

To niezbędne. Bo im wyższy poziom dziecko osiągnie dzięki staraniom rodziców, tym dotkliwiej może odczuwać kompleks uzurpatora i żyć w lęku przed demaskacją. A to naprawdę nie ma nic wspólnego ze szczęściem.

Tak jak powiedziałeś, część rodziców kompletnie dzieciom nie pomaga. To lepsza postawa niż załatwianie im wszystkiego?

Z dwojga złego lepsza. Oczywiście te dzieci długo nie będą lubić swoich rodziców, ale kiedyś to docenią. Bo w dłuższej perspektywie taka rodzicielska strategia jest mniej groźna dla dziecka. Choćby dlatego, że nabiera ono pewności siebie i szybciej staje się samodzielne.

Oczywiście nie popadajmy w skrajność. Jeśli stać nas na opłacenie studiów za granicą, a dziecko jest uzdolnione – to mu je zafundujmy. Pod warunkiem, że zda bez żadnej protekcji wstępny egzamin.

Zatem pomagajmy, ale nie załatwiajmy za niego egzaminów, pracy czy awansów. To niech leży po stronie dziecka.

Są zawody, których nie da się uprawić tylko dlatego, że na tę drogę popchnęli rodzice. Trzeba wykazać się talentem, pracą. I wiele nepo dzieci, co warto podkreślić, samodzielnie pracuje na swój sukces.

Dzieci znanych rodziców są na ogół surowiej oceniane, więc paradoksalnie może być im trudniej dobić się do autentycznego uznania i oddzielić to, co robią, od nazwiska, które mają, oraz reputacji, która się z nim wiąże.

Nepo dzieci i hejt

Jak można pomóc im uwierzyć w siebie, uczyć odporności psychicznej? Bo niektóre nepo dzieci wycofują się, gdy doświadczają hejtu.

Upewniać dziecko w poczuciu własnej wartości, ale opierając się na faktach, a nie na naszych życzeniowych wyobrażeniach. Stopniowo usamodzielniać dzieci, separować je od siebie – czyli zauważyć, że one to nie my, uszanować ich prawo do wyboru życiowej drogi, zgodnej z ich talentami, potrzebami i aspiracjami.

Wydaje mi się, że najważniejsze jest to, żeby pozwolić dziecku przejść w miarę naturalną drogę rozwoju, nie przyspieszać jej ani nie ułatwiać.

Ale też bardzo ważne, żeby o tym mówić. Aby rodzice przywiązani do idei, że dziecko pójdzie w ich ślady, brali na wstrzymanie i dawali mu przestrzeń do wyboru swojej drogi życiowej zgodnie z jego potrzebami i aspiracjami.

Wielkim błędem jest przekupywanie dzieci, żeby zostały na tej drodze, żeby szły naszym śladem. To się prędzej czy później skończy katastrofą.

Trzeba rozmawiać z dzieckiem i go słuchać. Zważyć, że ono już się nasłuchało rodzicielskich rozmów i argumentów na temat najlepszej wersji jego przyszłości, teraz jest czas, żeby to jego posłuchać. A jeśli się okaże, że aspiracje i talenty dziecka pokrywają się z naszą wizją jego szczęścia, to zacząć mu mądrze pomagać w zdobywaniu profesjonalnych szlifów, nie oszczędzając mu wyzwań i trudu.

Niektórzy majętni rodzice, chcąc wynagrodzić dziecku swoją nieobecność w dzieciństwie, fundują mu kosztowne prezenty, mieszkania, auta, czyli to wszystko, do czego powinno dojść samo.

Często rodzice, zajęci własną karierą i pracą ponad siły, nie znajdują już czasu i uwagi na kontakt z dzieckiem. Wtedy redukują swoje poczucie winy, fundując mu wszystko, czego zapragnie. To często demoralizuje dziecko, pozbawiając je okazji do wysiłku, psuje relację rodzice – dzieci, sprowadzając ją do wymiany rzeczy i usług lub do relacji: dłużnik – wierzyciel. Efekt jest taki, że dzieci nie dojrzewają emocjonalnie i psychicznie, nie usamodzielniają się i utykają na długie lata w pozycji roszczeniowego dzieciaka, któremu wszystko przychodzi bez wysiłku. Jako rodzice powinniśmy wtedy zapytać siebie, czy nasze materialne osiągnięcia wystarczają nam do poczucia szczęścia, a jeśli nie, to czego nam zabrakło?

Mam okazję spotykać ludzi, którzy osiągnęli szczyty w swoich karierach zawodowych i którzy są bardzo dalecy od tego, żeby uznać, że są szczęśliwi. A jak wiadomo, tylko w miarę szczęśliwi rodzice mogą wychować szczęśliwe dzieci.

Nepo dzieci nie zawsze, jak widać, dobrze wychodzą na korzystaniu z materialnego dorobku rodziców.

W skrajnych przypadkach bywa, że wykorzystują poczucie winy rodziców do oporu, by pozostać jak najdłużej w roli dziecka, a potem dostać spadek i go przehulać. Znane są takie przypadki, nie tylko z literatury. Bo to, co łatwo przyszło, jest mało warte.

Zauważ, jak niewiele dzieci wybitnych ludzi osiągnęło sukces proporcjonalny do sukcesu rodziców. Myślę, że dlatego, że nie chciały dźwigać ciężaru schedy po rodzicach i uciekały w cień.

Może były przerażone ich trudnym, publicznym losem, gdzie utrzymanie się na topie wymaga ciężkiej pracy i ciągłej ekspozycji. A one już się napatrzyły na rodzicielski stres, na zagrożenia, brak czasu dla rodziny i przyjaciół. Widziały, że im wyższa pozycja zawodowa i społeczna rodziców, tym większa samotność, dystans, brak prawdziwych przyjaciół. Choć wokół było pełno ludzi, to prawie wyłącznie takich, którzy traktowali rodziców instrumentalnie. Bywa więc, że potem dorosłe, opuszczone, sfrustrowane, nieszczęśliwe nepo dzieci piszą książki, pokazując prawdziwe oblicze swoich wielkich ojców czy matek, ich kompleksy, ograniczenia, a czasami nawet patologie. Jako rodzice powinniśmy więc w porę oprzytomnieć i zapytać siebie, czy na pewno chodzi nam o taki właśnie finał wychowawczych starań.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca Instytutu Psychoimmunologii (ipsi.pl) oraz portalu PositiveLife (positivelife.pl).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE