Alina Gutek - Współczesny ojciec często pełni rolę asystenta – robi wszystko, co każe mu matka dziecka. Psychoterapeuta: dla dobra wszystkich musi się wybić na niepodległość
00:00
Jeśli mężczyzna chce stać się pełnowartościowym tatą, musi zawalczyć o swoją ojcowską niepodległość – uważa psychoterapeuta Paweł Droździak.
- Współcześni ojcowie często wchodzą w rodzicielstwo bez wyraźnego wzorca – wielu z nich nie miało dobrego modelu ojca ani stabilnej rodziny.
- „Ojciec, który kompletnie nie wie, od czego jest” – mówi psychoterapeuta Paweł Droździak, wskazując na kulturowe zmiany, które utrudniają mężczyznom odnalezienie własnej roli.
- Zdaniem eksperta wielu mężczyzn wpada dziś w „asystencki model ojcostwa”, wykonując zadania związane z dzieckiem, ale nie uczestnicząc w podejmowaniu ważnych decyzji wychowawczych.
- Jak zaznacza Paweł Droździak, dzieci potrzebują ojca nie dlatego, że ma być taki sam jak matka, lecz dlatego, że wnosi inną perspektywę, pomaga oddzielić się od symbiozy i pokazuje, że świat nie jest jednowymiarowy.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026.
Alina Gutek: W jaki sposób mężczyzna staje się psychologicznie ojcem? Bo biologia mu za bardzo w tym nie pomaga. Ano nie pomaga.
Paweł Droździak: Macierzyństwo rodzi się nomen omen z ciała kobiety. Ojcostwo wymaga systemu kulturowego, nadania znaczenia. Mężczyzna, żeby stać się ojcem, musi wierzyć, że to jego dziecko, musi być w relacji z kobietą, bo jego ojcostwo jest wytworzone przez tę relację i normę kulturową.
We współczesnym systemie kulturowym pojawiło się coś, czego nie było w całej historii ludzkości, czyli ojcostwo pomimo braku relacji z kobietą – matką dziecka.
Bo związki się rozpadają, a ojciec nadal ma kontakt z dzieckiem. Taka konfiguracja nie była znana, ćwiczymy ją dopiero od kilkudziesięciu lat. Mężczyzna nie ma więc na to mitu, wzoru.
Musi dostać z zewnątrz jakąś na ten temat narrację?
Generalnie facet, który ma być ojcem, musi bardzo dokładnie wiedzieć, co to znaczy. W trudnej sytuacji są mężczyźni, którzy nie mieli ojca, nie byli w dobrej relacji z ojcem albo nie mieli wzoru tego, co się nazywa dobrą parą.
Z praktyki klinicznej wynika, że brak wzoru ojca to jedna z głównych trudności mężczyzn w byciu ojcem. Bo oni nie wiedzą, z jaką rolą mają się zidentyfikować.
I drugi kłopot – brak wzoru rodziny. Współcześni młodzi rodzice to osoby, które wychowywały się w czasach transformacji, kiedy rodzina była w ostrej dynamice, i nie było wiadomo, czy na tej dynamice straci, czy zyska. To był okres intensywnych karier i porażek, odniesionych w grze, której reguł nikt do końca nie rozumiał. Czas rozstań, wyjazdów za chlebem. Mężczyzna wychowany w takiej rodzinie ma problem z obrazem dobrej pary, bo ta mu znana była w procesie – czasem ojciec przeżywał porażkę, czasem spektakularny sukces, którego nie umiał „obsłużyć”.
Jak to wszystko wpłynęło na chłopca, który teraz jest ojcem?
Tak, że nie został wyposażony w stabilny wzór ojca, rodziny. I teraz jako ojciec myśli, że najważniejsze jego zadanie to edukacja dziecka, stąd traktowanie go jako projektu. Współcześni rodzice uważają, że muszą je przygotować do konkurencyjnego świata, żeby nie przegrało, żeby oni jako rodzice nie obserwowali porażki podobnej do tej, jaka była udziałem ich rodziców. Ale to jeszcze nie wszystko. Po przemianach ekonomicznych nadszedł potężny nurt edukacji psychologicznej, relacyjnej.
Mężczyźni nie brali w nim udziału.
Oni z niego nie skorzystali, ale mu podlegali, bo spotykali się z kobietami, które ją przeszły. To nurt, który przywiązuje dużą wagę do jakości relacji, do komunikacji.
Tak więc mamy dwa ważne elementy wpływające na współczesnych ojców – brak rzeczywistego wzoru i bardzo wysoko podniesiony standard tego, jak powinny wyglądać relacja i rodzicielstwo.
Mamy zerwanie naturalnej relacji międzypokoleniowej, bo dziadkowie mieszkają daleko, często jeszcze pracują. A przy tym wszystkim współcześni ojcowie (rodzice) żyją zupełnie inaczej niż ich ojcowie, którzy – mówiąc pragmatycznie – nie na wiele mogą się przydać, bo pojmują świat zupełnie inaczej niż oni.
Dziadek nie umie zaopiekować się małym dzieckiem tak, jak potrafi już jego syn.
Ale mnie nie chodzi o czynności przy dziecku, bo ojcostwo polega na tym, żeby wyprowadzać dziecko w świat. Mniej polega na warstwie chronienia, a bardziej na warstwie szkolenia.
Badania pokazują, że mężczyzna bardzo szybko – nawet ten zostawiony sam na sam z dzieckiem – próbuje czegoś je uczyć, wykształcić jakąś kompetencję. Nie jest przy tym świadomy, że to w jego wykonaniu proces szkolenia, który koniec końców zmierza do tego, żeby dziecko wyszło w świat.
Wróćmy do dziadka. Czego współczesny ojciec nie może się nauczyć się od swojego ojca?
Problem polega na tym, że dziadek zna się na czym innym, niż to jest dzisiaj przydatne, na rzeczach niepotrzebnych, więc ta transmisja międzypokoleniowa jest przerwana. A poza tym dzisiaj mężczyźni (kobiety też) na psychoterapii przerabiają przeszłość, rodzinę pochodzenia, często dochodząc do wniosku, że powinni się od niej uwolnić, zaznaczyć własne granice.
W skali masowej reprodukowane są więc wzorce myślowe kwestionujące tradycyjny wzorzec, a jednocześnie niedające nowego. Szkolenie, które młodzi przechodzą, polega na idealizacji bliskich relacji przy jednoczesnym kwestionowaniu tego, co było.
Jak to może działać na ojców?
Dwojako. Po pierwsze – mężczyźni (kobiety też) pokrzywdzeni w rodzinach mogą się wyemancypować, i to akurat dobrze, ale po drugie – nie bardzo mogą skorzystać z pomocy dziadków, bo mają obawy, że zepsują im dzieci.
I tu pojawia się problem. Bo jeżeli nie możemy spokojnie zostawić dziecka z dziadkami, to nie możemy odpocząć. I czujemy się ciągle zmęczeni. A to dlatego, że dziecko jest projektem wysokiego ryzyka, w które się inwestuje.
W dodatku projektem pełnym niewiadomych. Nie wiemy na przykład, jak wychowywać syna. Czy tak, żeby sobie radził w konfliktach sam? Ale gdy rozwiązuje je siłowo, możemy usłyszeć, że przyniósł nam wstyd. A może tak, żeby nie wchodził w konflikty, tylko szedł z każdym problemem do pani wychowawczyni? Tylko wtedy nie przyniesie wstydu, ale poniesie porażkę. Czego uczyć syna? Współczesne rodzicielstwo jest bardzo samotne i u ojca, i u matki dlatego, że rodzina jest odcięta społecznie od starych wzorców, a nowe dopiero się tworzą.
W dodatku poprzeczka w wychowaniu jest dziś wysoko zawieszona.
Przez samych rodziców, którzy narzucili sobie wysokie standardy – ich dzieci powinny być wychowywane idealnie, mieć optymalne warunki. Ojcowie i matki nie biorą pod uwagę zmian społecznych, które mają na nich i na ich sposób wychowywania nieoczywisty wpływ psychologiczny.
Czyli?
Czyli tego, że nastąpiła zmiana wieku, w jakim zostali rodzicami. Typowy wiek w latach 70. i 80. wynosił 19–23 lata, teraz – 30 plus. Czyli nastąpiło przesunięcie o 10 lat. Psychologicznie to inne osoby. 20-latek uczy się, jak żyć, dociera się z partnerką, buduje swój byt, karierę, a 30-latek jest już w innym miejscu – zdobył wykształcenie, czegoś się dorobił, poukładał sprawy bytowe, więc przychodzi pora na dziecko.
Taki ojciec powinien być przygotowany do roli.
Ale życie bywa dynamiczne, trzeba często zmieniać pracę, uzupełniać wykształcenie. Jego partnerka ma wysokie standardy dotyczące związku i rodzicielstwa, jest po szkoleniach i warsztatach. Ani babcia, ani ojciec nie będą jej mówić, jak ma wychowywać.
Rozmawiamy o mężczyznach...
Tak, ale to są naczynia połączone. Bo w związku zderzają się dwie osoby: ojciec, który kompletnie nie wie, od czego jest, i matka, która bardzo dokładnie to wie w teorii i w praktyce. Ona zarządza, on dostaje od niej zlecenie, wykonuje je, potem to zlecenie jest sprawdzane i korygowane.
Jeżeli ojciec jest obecny w takiej formie, to nie ma żadnej różnicy między nim a dowolną osobą do pomocy, jest tylko asystentem. Tak więc mamy dzisiaj asystencki model ojcostwa, choć oczywiście nie mówię o wszystkich parach.
Co złego jest w ojcach asystentach? Są aktywni, starają się.
Oczywiście robią wszystko, co każe partnerka: wychodzą z dzieckiem na spacer, kąpią, przewijają. Tylko powstaje pytanie, co oni jako ojcowie robią innego niż matki.
No bo jeżeli to, co oni wnoszą, w ogóle ma mieć wartość – nie może być dokładnie tym samym, co robią matki, ani nie może być tym, co jest robione na zlecenie matki, tylko powinno być czymś absolutnie innym, czymś, co sami wymyślają.
To powinna być nowa jakość. Badania potwierdzają, że kobiety są bardziej nastawione na bezpieczeństwo dzieci, na ich przetrwanie, a ojcowie na to, żeby wprowadzać je w świat. Tata jest od separacji dziecka od matki, od tego, żeby pokazać mu, że istnieje coś więcej niż relacja z mamą, że rodzice mogą mieć inne punkty widzenia.
Dość powszechnie sądzi się, że powinni mówić jednym głosem.
I tak, i nie. Bo nie mogą dać się rozgrywać dzieciom. Ale ujawnianie wobec nich różnych zdań jest bardzo kształcące. Pokazuje, że ludzie mogą się różnić, że może istnieć inna narracja, która przychodzi z innego porządku. I po to dziecko ma dwoje rodziców, żeby się tego uczyć. Jeśli ma tylko symbiotyczną relację z matką, to efektem będzie wzmacnianie w dziecku subiektywizmu, widzenia świata w jeden sposób, natomiast jeżeli pojawia się jakakolwiek inna narracja, to dziecko może czuć się zagrożone, nie będzie umiało sobie radzić z tym, że można myśleć na różne sposoby.
Taki przykład z gabinetu: ojciec jest w domu z dzieckiem, dostał od matki instrukcję, że ma dać zupę 10-letniemu synowi. Daje. Syn pyta, czy może pojechać na angielski na deskorolce. Ojciec kiwa głową, nie widzi problemu, bo to niedaleko. Dzwoni matka z pytaniem, czy zupa odgrzana i co robi syn. Ojciec odpowiada, że właśnie wybiera się na angielski, na deskorolce. Matka się oburza: „Jak to na deskorolce?!”. Zaczynają się kłócić. Syn pyta: „To mogę czy nie?”. Ponieważ ojciec jest po terapii, bierze głębszy oddech i mówi: „Tak, możesz”. Matka wściekła: „Nie podważaj mojej decyzji!”. Ojciec: „Jeżeli to jest mój syn – a jest, prawda? – to jedzie na deskorolce”. I co się dzieje?
Matka się uspokaja, bo widzi, że ojciec bierze za swoją decyzję odpowiedzialność. To ważne dla syna, że ojciec ma coś do powiedzenia?
Bardzo ważne. Tymczasem ojciec rzadko wybija się na niepodległość, częściej ustępuje, bo nie chce konfliktu, nie do końca rozumie straszliwe skutki tego ustąpienia, może być mu nawet wygodnie. Ale prawda jest taka, że nie ma nic do powiedzenia.
Gdy matka dzwoni z pracy i pyta o dziecko, powinien powiedzieć: „Kochanie, powiem ci to najłagodniej, jak mogę: to nie twoja sprawa, jesteś w pracy, jak wrócisz, będziesz się zajmowała synem, teraz ja się nim zajmuję”. Jeżeli wejdzie w rolę napisaną przez matkę, to kompletnie nic nie wniesie jako autonomiczny ojciec. Musi zawalczyć o ojcostwo jako w pełni niezależny ośrodek decyzyjny, nie może być tak, że wychowanie dziecka leży tylko po stronie matki. Nie musi decydować o wszystkim, chodzi o to, żeby decydował o czymś.
Młodzi rodzice wszystkie decyzje uzgadniają.
Czyli najpierw konsultują. Można by się zastanowić, co tak naprawdę leży kulturowo u podłoża takiej strategii. Otóż wydaje mi się, że współczesny człowiek jest wyczulony na to, żeby nie naruszyć czyjejś granicy, jest w tym lęk, że zostanie zdominowany przez jakąś władzę, więc cały czas musi się bronić, żeby na przykład partner nie stał się tą władzą, która nakazuje zawieźć dzieci do babci, podczas gdy partnerka jej nie lubi. Do pewnego stopnia taki system jest okej, bo wychwytuje przemocowców. Ale cokolwiek ma stronę przednią, ma też tylną.
Tym tyłem jest brak elastyczności?
Kompletny brak. Samo uzgadnianie i argumentowanie to też nierówny proces.
Decyduje ten, kto potrafi myśleć za pomocą bardzo rozbudowanej siatki faktów, czyli kobieta, bo to ona pamięta o wszystkich szczegółach i nimi zasypuje mężczyznę. I wcale nie dlatego, że jest jakaś okropna, tylko naprawdę tak funkcjonuje.
Zatem niby uzgadniają, ale decyzję podejmuje ona. A gdyby on powiedział na przykład: „Jedziemy do mamy”, ona by to zaakceptowała, bo tę swoją zdolność argumentowania szybko wykorzystałaby do przebudowania systemu. Tymczasem on się poddaje, gubi się w gąszczu jej argumentów, a poza tym wie, że ona go potem bardzo łatwo rozliczy.
Dlaczego on nie nauczy się myślenia takiego jak kobieta?
Bo dla niego to nienaturalny sposób myślenia, on się skupia na jednej rzeczy, potem na drugiej, nie na dwóch naraz, co ona świetnie potrafi, ale co też powoduje, że jest nieustannie przeciążona. Mało prawdopodobne, aby 35-letnia kobieta, która ma jedno dziecko, oddała je pod opiekę ojca. Jest uzbrojona w cały szereg technik asertywnych, a każdą z jego spontanicznych reakcji: „a bo ty zawsze...” może skrytykować na zasadzie: „Nie mówi się nigdy i zawsze”. Ojcowie zaczynają więc wycofywać się ze swojej roli.
A powinni jednak wybijać się na niepodległość?
Powiem tak: albo to zrobisz i będziesz ojcem, który ma wpływ na swoje dzieci, albo będziesz kiedyś przeżywał ich porażki jak własne i nie będziesz mógł nic zmienić.
Co daje matce niepodległy ojciec, jaką ona ma z niego korzyść?
Daje jej to, że może odpocząć. Bo gdy zostawia go z dzieckiem i chce, żeby wszystko robił tak, jak sobie wymyśliła, czyli żeby był trochę nią, to w efekcie jest bardziej zmęczona, niż gdyby opiekowała się sama. Tak więc powinna się zgodzić, że on nie będzie wykonywał swoich obowiązków doskonale, że zrobi to inaczej, bo jest kompletnie inny. Kobieta musi to przyjąć i dopuścić ojca do wychowania.
Ale mężczyzna też musi zobaczyć coś więcej niż siebie.
To prawda, fundamentalne w byciu ojcem jest to, żeby był w stanie widzieć cokolwiek innego niż siebie. Z tym mężczyźni mają problem, bo współczesna kultura uczy stawiania granic, kochania siebie, co jest wartościowe, tylko że jak się zostaje ojcem, to nasze potrzeby nie są najważniejsze, czasem trzeba je poświęcić.
Co wystarczająco dobry ojciec daje dzieciom?
Daje przede wszystkim to, że jest inny niż matka, że w pewnym momencie przerywa ich symbiozę. Pojawia się ojciec i mówi na przykład: „Fajnie się bawisz, ale jest już wpół do szóstej”. Chodzi właśnie o to „ale”. Jeżeli go nie ma, to w umyśle dziecka też nie pojawia się żadne „ale”. Potem dziecko uważa, że jest tak, jak ono czuje, bez żadnego „ale”. Ojciec pokazuje, że świat jest trójwymiarowy, niejednoznaczny.
Ale zgodzi się pan, że czasy, kiedy tylko ojciec miał rację, słusznie minęły?
Tak, oczywiście. Dawniej liczył się głos ojca, nie matki. Teraz mamy sytuację odwróconą – ojciec przechodzi na pozycję asystencką, a matka jest w symbiozie z dzieckiem. Co wynika z tej symbiozy, nigdy nieprzerwanej przez ojca? Brak harmonii.
Bo ważne jest to, co dziecko czuje, ale też to, że „jest wpół do szóstej”. Musimy pogodzić te dwa byty. Dlatego kieruję apel do ojców: nie możecie odpuścić swoich dzieci, robić coś w domu dla świętego spokoju albo tylko to, czego chce matka. Musicie stać się decyzyjni. To, że wyprowadziliście się z domu, nie zwalnia was z zajmowania się dzieckiem ani stawiania mu granic. Dalej jesteście ojcami. Nie ma wielkiego znaczenia, czy jesteście obecni więcej czy mniej, ważne, żebyście mieli coś do powiedzenia.
Paweł Droździak, psycholog, pracuje z dorosłymi mającymi trudności w kontroli zachowań impulsywnych i będącymi w kryzysie życiowym. Współautor publikacji „Blisko, nie za blisko” i autor książki „Zdrada. (Nie)wierna towarzyszka związków”.