fbpx

Szczęśliwe dzieci: powrót taty

Szczęśliwe dzieci: powrót taty
123rf.com

Do czego właściwie jest potrzebny ojciec? Jaki wpływ na kształtowanie osobowości człowieka ma jego (nie)obecność – fizyczna albo psychiczna? I co współczesny mężczyzna powinien zrobić, żeby odnaleźć się w roli rodzica?
W tradycyjnym ujęciu, przekazywanym w bajkach, opowiadaniach i przypowieściach ojciec pełni rolę ostoi, głównie materialnej. Jego funkcja polega przede wszystkim na zapewnianiu dziecku poczucia bezpieczeństwa. Drugie skojarzenie z ojcostwem to stawianie granic, określanie, co wolno, a czego nie. Czy jednak ten stereotypowy obraz ojca nie wtłacza go do zbyt wąskiej przegródki? Nie sprowadza do postaci drugoplanowej w sztuce pt. „Gniazdo rodzinne”?

– Więcej mówi się o roli ojca i matki, a mniej o rodzicielstwie jako takim – zauważa Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. I dodaje, że stworzenie idealnego, klasycznego modelu rodziny nie jest gwarantem odniesienia sukcesu wychowawczego: – Załóżmy, że mam ciepłą, wspierającą mamę, gotującą obiadki, dbającą o mnie. I ojca, wymagającego, autorytarnego, stawiającego granice. Czy to jest warunkiem mojego szczęścia w przyszłości? Uważam, że niekoniecznie, ponieważ oni nie widzą w tym wszystkim mnie. Dlatego zachęcam ojców i matki do tego, żeby podążali głównie za dzieckiem, żeby nie zadawali sobie na każdym kroku pytania: „Co ja jako ojciec czy matka powinienem/powinnam?”.

Dlaczego zatem ojcowie tak często sami zamykają się w z góry określonych rolach? – Wynika to z ich niepewności. Mam wielu pacjentów, mężczyzn, którzy dramatycznie przeżywali narodziny swojego dziecka – dodaje psychoterapeuta. – I był to dla nich powód do wielkiego kryzysu, silnych przeżyć, które dotyczyły też własnych wspomnień z dzieciństwa. Wywoływało to w nich lęk i wątpliwości: „Co ja temu dziecku potrafię dać, skoro tak mnie wychowano?”, „Czy go nie skrzywdzę, nie będę za dużo wymagał, wzbudzał nadmiernego poczucia odpowiedzialności?”.

Według Tomasza Srebnickiego wyznaczanie sobie ról to nic innego jak zakładanie maski, która ma chronić przed bliskością. – Dla mnie dobry ojciec to taki, który jest w stanie być też matką, czyli ma w sobie umiejętność dawania ciepła, relacji, poczucia bezpieczeństwa, akceptacji i zachęcania do eksploracji rzeczywistości, a dobra matka to taka, która jest też po części ojcem. Bardzo często poszukuje się uniwersalnych wzorców, tych jednak nie ma. Relacja jest dynamiczna – dodaje.

– Ojcowie zawsze mieli społeczne przyzwolenie na to, żeby nie poświęcać czasu na zajmowanie się dzieckiem i zbytnio się nie angażować w jego wychowanie. Ojciec nie był warunkiem sine equa non, tak jak matka, tylko istotą, która ma być, ale niekoniecznie brać udział w opiece nad dzieckiem – stwierdza Tomasz Srebnicki. Z jego obserwacji wynika, że współcześni mężczyźni są coraz bardziej świadomi własnych potrzeb emocjonalnych. Zaczyna upadać stereotyp mężczyzny jako twardziela, i to często znajduje odzwierciedlenie w jego relacjach z dziećmi.

Jego portret

– Na początku ojciec był dla mnie Bogiem. Wiedział wszystko, potrafił mnie zainteresować astronomią, opowiadał mity greckie, potem wyciągał mnie w góry, był taki silny. Po prostu był ojcem wszechmogącym – wspomina Wojciech Staszewski, reportażysta, autor książki „Ojciec.prl”.

Jako kilkuletni chłopiec wybierał się z ojcem na pierwsze wędrówki po górach. Miał swój mały chlebak, na wzór dużego chlebaka taty. Gdy był zmęczony, ojciec brał od niego aparat Smiena, żeby chłopiec nie musiał już go dźwigać. Potem, nie wiadomo w którym momencie, mały Wojtek wkroczył w nastoletni bunt. Z tego okresu wspomina ojca jako wybaczającego i tolerancyjnego. Nie podobały mu się długie włosy syna, ale jednocześnie nie uczynił wobec niego niczego opresyjnego.

– To ja robię sobie wyrzuty za tamten czas, kiedy wracam pamięcią do różnych sytuacji i tego, jak odzywałem się do ojca. To było jakieś takie chamskie, niegrzeczne, a on był w tym mądry – dodaje. Były zgrzyty, kiedyś nawet zdarzyło się lanie, ale delikatne, bo ojciec był z tych, co dzieci nie biją. Na szczęście był na tyle dobrym człowiekiem, że nie stał się krzywdzący.

– Obraził się na mnie, bo w wieku 19 lat ożeniłem się. Ten dystans zachował właściwie aż do czasu choroby – dodaje Wojciech Staszewski.

Obecnie opiekuje się ojcem, który jest po udarze. Choroba uniemożliwia starszemu człowiekowi pełną komunikację z otoczeniem, z coraz większym trudem przychodzi mu budowanie zdań i coraz mniej interesuje się teraźniejszością. Odwiedzając tatę, Wojciech Staszewski zaczął sobie uświadamiać, jak ważnym człowiekiem i jak dobrym rodzicem był dla niego. Książka powstała właśnie z tego zderzenia – obrazu mężczyzny leciwego, schorowanego i jednocześnie przywoływanego z pamięci portretu ojca w pełni sił. Relacja między ojcem i synem została ukazana na dwóch płaszczyznach – tej z przeszłości, kiedy ojciec jest zdrowy i dość dobrze daje radę zajmować się swoim synem po śmierci matki; i tej teraźniejszej, kiedy syn opiekuje się ojcem i ma wyrzuty sumienia, że niezbyt dobrze mu to wychodzi.

– Błędy, jakie popełniają współcześni rodzice, często wynikają z nadopiekuńczości, z tego, że nie dają swoim dzieciom swobodnie się rozwijać. Trochę w trosce o nich, a trochę w takim samobiczowaniu się, że jeżeli nie wożę dziecka na te wszystkie nowoczesne zajęcia, to jestem złym rodzicem – mówi Wojciech Staszewski. Sam ma poczucie, że ojciec nigdy mu nie przeszkadzał, nie był nadopiekuńczy; choć zawsze był blisko. Sam fakt napisania książki jest według niego przejawem wolności myślenia, której uczył się właśnie od ojca. Czego zaś ojciec, niestety, go nie nauczył? Umiejętności mówienia o uczuciach, szczerze, bez owijania w bawełnę, bez zakłamania.

– Może gdyby ojciec potrafił mnie tego nauczyć, to byłbym gotowy napisać tę książkę już 20 lat temu, tymczasem musiałem trochę dojrzeć, dojść do tego sam. W całym tym bardzo mądrym wychowaniu było jednak trochę mieszczaństwa – mówi.

Jakim chciałby być ojcem dla swojego syna? – Na pewno silniejszym – mówi. – Chciałbym nie stracić w pewnym momencie kontaktu z Jankiem do tego stopnia, do jakiego to doszło, kiedy on był w okresie dojrzewania, chciałbym nawiązać z nim mądrą relację dwóch dojrzałych mężczyzn. Na szczęście ja jeszcze mam tę szansę. My z ojcem właściwie nigdy jej nie mieliśmy. Zawsze jeden był dzieckiem, a drugi opiekunem. Mój syn ma teraz 25 lat, jutro jedziemy na Mazury i myślę, że to będzie fajny wyjazd, widzę, że odzyskujemy kontakt, który nam się kiedyś zgubił.

Ojciec nieobecny

A co, jeśli nie doświadczyliśmy w dzieciństwie bliskości z ojcem? Czy ma to wpływ na to, jacy będziemy jako dorośli ludzie?

Jak zauważa Tomasz Srebnicki, brak więzi zawsze pozostawia ślady – niezależnie od tego, czy chodzi o relację z ojcem, czy z matką. Nieobecność ojca – fizyczna albo psychiczna – nie zawsze owocuje poczuciem niedostatku czy późniejszymi problemami z samooceną. Zdarza się jednak, że nawet po osiągnięciu dojrzałości mamy wrażenie, że czegoś nam na pewnym etapie zabrakło. Jeżeli nie możemy poradzić sobie z tym przeświadczeniem, dobrze jest pójść na terapię. Natomiast to, co można zrobić, żeby samemu sobie pomóc, to przede wszystkim spróbować spojrzeć na własne życie takim, jakie ono jest. Chodzi o przeanalizowanie problemów, z którymi się borykamy, z perspektywy tego, jak nasze życie wygląda w danej chwili, a nie przez pryzmat braku ojca.

Jeżeli jest to możliwe, warto też spróbować zmienić lub odbudować relację z ojcem, jednak jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrobić, to psychoterapeuta radzi „uruchomić” w sobie żałobę i przepłakać nieudaną relację. Nie jest żadnym wyjściem ubolewanie nad samym sobą i doszukiwanie się przyczyn aktualnych porażek wyłącznie w wydarzeniach z dzieciństwa.

Rodzimy się z podstawowymi potrzebami – bliskości, akceptacji, miłości, bezpieczeństwa. Jeżeli nie są one zaspokajane w okresie dorastania, to według Tomasza Srebnickiego w późniejszym czasie bardzo często nieświadomie odczuwamy ich konsekwencje, np. córka, która doświadczyła jakichś braków w relacji z ojcem, będzie poszukiwała partnera, który jej to zrekompensuje. To właśnie w dzieciństwie przyswajamy sobie matryce relacji pomiędzy mężczyzną a kobietą i najczęściej w dorosłości poszukujemy partnera lub partnerki, którzy nam potwierdzą, zaprzeczą albo zaspokoją to, co było dla nas ważne.

Warsztaty dla taty

– Funkcje ojca i matki są ważne na każdym etapie dorastania młodego człowieka i powinny się wzajemnie uzupełniać. Są to różne style bycia rodzicem, które jednak nie powinny się wykluczać – twierdzi Wojciech Czeronko, prezes Fundacji Cyryla i Metodego. Przykład? Przedszkolak wspina się na drzewo. Co zrobi kochająca mama? Z troski o dziecko każe mu jak najszybciej zejść. Kochający ojciec podpowie, których gałęzi się przytrzymać, aby bezpiecznie wejść wyżej. – Częstym błędem popełnianym przez mężczyzn jest angażowanie się w wychowanie dziecka, dopiero gdy zaczyna ono mówić. A przecież już nawet noworodek identyfikuje osoby w swoim otoczeniu – dodaje.

Jego fundacja ma za zadanie wspierać ojców w wysiłkach rodzicielskich. W tym celu udostępnia im inspirujące narzędzia: przede wszystkim portal Tato.net, ale także publikacje, audiobooki, artykuły oraz elektroniczny biuletyn. Osobną kategorię stanowią warsztaty. – Przeprowadzamy na nich swego rodzaju diagnostykę – opowiada Wojciech Czeronko. – Mężczyźni podczas spotkań badają własne serce, robią rodzicielskie EKG, wypełniają przygotowany przez nas formularz i sprawdzają, jak się odnajdują w pewnych zdefiniowanych naukowo obszarach. Ojcowie robią w ten sposób inwentaryzację swoich postaw, zachowań, zasobów. A największą wartością, jaką każdy uczestnik tych warsztatów wynosi, jest osobisty tato-plan, na wzór biznesplanu, którego praktyczną stroną jest odpowiedź na pytanie: „Co konkretnego powinienem robić, aby budować dobrą relację z moimi dziećmi?”.

Na warsztatach nie są podawane gotowe rozwiązania. Są to raczej spotkania w męskim gronie, a dla wielu uczestników stanowią pierwszą okazję od wielu lat do porozmawiania o tym, jakimi są ojcami, jakie mają doświadczenia, co mogą robić, żeby ich dzieci miały takich ojców, o jakich marzą. Jednym z kluczy do efektywnego ojcostwa jest bowiem „znajomość swojego dziecka”. To, co powinien robić ojciec, zależy od tego, jakie jest jego dziecko.

– Gdy mój syn miał cztery lata, złożył mi przy choince bardzo osobliwe życzenia: „Żebyś zawsze się ze mną bawił i żebyś, wtedy, kiedy się nie możesz ze mną bawić, mógł na mnie patrzeć, jak się bawię” – wspomina Wojciech Czeronko. – Zdałem sobie sprawę, że jest to droga do efektywnego ojcostwa: obecność przy dziecku i obserwowanie go, co wiąże się z dawaniem poczucia bezpieczeństwa, znajomością jego pragnień, marzeń i obaw.

Jak przyznaje, praca trenera i spotkania z grupami mężczyzn, którzy szukają pomysłów na swoje funkcjonowanie jako rodziców, jest dla niego osobistym, ważnym doświadczeniem. Ojcowie przychodzą z różnymi problemami, poranieniami, na które nie znajdują wprost odpowiedzi, ale czerpią za to ogromną radość z tego, że mogą po prostu porozmawiać o byciu rodzicem.

– Nie zapomnę spotkania z 60-letnim mężczyzną, który ze łzami w oczach powiedział mi, że ostatni raz, kiedy rozmawiał z kimś o ojcostwie, miał miejsce w dzieciństwie. Dziadek wziął go jako 8-latka na kolana i zaczął mu o tym opowiadać. A potem przez 50 lat ten temat stanowił dla niego białą plamę, nieodkryty ląd.

Sam ma trójkę dzieci – 15-letniego Jana, 13-letnią Agatę i dwuletniego Franka. – Dokładnie widzę, jak z każdym z nich trzeba rozgrywać swoje ojcostwo na osobnej szachownicy. To nie jest tak, że jeżeli jestem dobrym ojcem dla jednego dziecka, to automatycznie oznacza, że w ogóle jestem dobrym rodzicem. Każdemu dziecku trzeba poświęcać osobny czas, osobno je poznawać. Widzę, że to, co przekazuję na warsztatach, jest użyteczne i sprawdza się w praktyce – dodaje.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>