1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Perfekcjonizm – jak z nim żyć?

Perfekcjonizm – jak z nim żyć?

Perfekcjonista swoim podejściem do życia zamęcza siebie oraz innych. (Fot. iStock)
Perfekcjonista swoim podejściem do życia zamęcza siebie oraz innych. (Fot. iStock)
Walka ze zgubnym perfekcjonizmem zaczyna się od przezwyciężenia lęku przed nieprzewidywalnością życia. Pogodzenia się z faktem, że wcale nie musisz być doskonała. I zaufania, że kiedy odpuścisz kontrolę nad światem, on się nie rozpadnie, a ty nie znikniesz.

Jestem perfekcjonistką. Swoją potrzebę uporządkowania świata, ludzi i przede wszystkim samej siebie sprytnie ukrywam pod płaszczykiem pozornego luzu, swobodnego stylu bycia, artystycznego bałaganu w domu, w pracy, w związkach, przyjaźniach… A tymczasem prawda o mnie, tak jak o wszystkich perfekcjonistach, jest całkiem inna.

Rzadko sprzątam, bo kiedy ogarnie mnie kompulsywny szał porządków, nie pozwalam domownikom korzystać z kuchni, a brudna szklanka czy część garderoby porzucona niedbale na oparciu krzesła bezpowrotnie niszczy moją pracę i niweczy idealistyczną wizję wszechobecnego ładu. Niechętnie odstawiam samochód do myjni, bo moment, kiedy nieskazitelnie czyste opony kół dotykają brudnej ziemi, boli mnie niemal fizycznie. Godzinami opracowuję plany terapii moich pacjentów, zapisuję, w nieskończoność udoskonalając, konspekty moich tekstów i książek, w trzech kalendarzach robię plany rzeczy do załatwienia na najbliższy miesiąc. Ale życie oczywiście okrutnie drwi z mojej potrzeby doskonałości. Pacjenci w ostatniej chwili odwołują sesję albo przynoszą na terapię jakieś nowe wątki, których nie byłam w stanie przewidzieć. Każdy dzień rzuca mi pod nogi jakiś kamyczek. I z planów nici…

Pokolenie perfekcjonistów

Współczesny świat wspiera perfekcjonizm. Oszałamiające tempo życia, wszechobecność zmian, powszechnie panująca konkurencja i rywalizacja wykluczają jakikolwiek błąd, wzmacniają sztywność, precyzję, skuteczność i efektywność. Społeczeństwo jednomyślnie hoduje pokolenie robotów – nadludzi, którzy od poczęcia mają obowiązek mieć niezmienny pomysł na życie (choć wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie), wyznaczoną i skrupulatnie zaplanowaną ścieżkę kariery. Nie ma miejsca na improwizację, autentyczność czy spontaniczność – wszystko musi być dokładnie zaplanowane, przewidziane, policzone, zaszufladkowane i surowo ocenione.

Rodzina sumiennie realizuje wymagania współczesności. Dziecko ma być udoskonaloną wersją rodziców, ma obowiązek zrealizować wszystkie ich niezrealizowane plany, marzenia i aspiracje. Szkoła nie toleruje inności, indywidualizmu, ujawniania uczuć, własnych przemyśleń czy buntu. Każdy błąd jest surowo oceniany. Cena za wyłamanie się z tego systemu jest bardzo wysoka – oznacza krytykę, dewaluację i bycie wykluczonym, skazanie na życie poza nawiasem. Im mniej hojnie obdarzyła cię natura: nie dała doskonałego zdrowia, nieskazitelnej urody, odporności stali czy żelaznych nerwów, tym bardziej musisz wyrabiać w sobie perfekcyjne nawyki, bo inaczej zginiesz, świat cię nie zauważy, a bliscy wycofają miłość i akceptację.

W wydaniu perfekcjonistycznym nawet życie zgodnie z naturą przybiera postać fanatyzmu, ortodoksyjnej ekologii. Wolność, spontaniczność, autentyczność – proszę bardzo, byle pod ścisłą kontrolą, zgodnie z planem. I pod presją ogromnego lęku, że nie uda ci się być doskonalszym od Pana Boga. Bo perfekcjonista chce być lepszy niż doskonały, pragnie robić niezwykłe rzeczy, rzucać świat na kolana. To daje mu poczucie wszechmocy, pozwala skrzętnie ukryć własną słabość.

Artysta i rzemieślnik w jednym

Dorota trafiła do mnie, skierowana przez terapeutkę manualną, u której pojawiła się z powodu uporczywych migren. Bóle głowy, sztywność karku, bezsenność, napięcie w szyi – typowe dolegliwości somatyczne perfekcjonistów. Oni żyją „w głowie”, a bezustanne planowanie, kontrolowanie, intelektualna obrona przed atakiem powodują napięcia w górnej części ciała. Terapeutka pracowała z Dorotą nad normalizacją napięć w okolicach szyi i karku. Poleciła, by pacjentka ćwiczeniami wzmocniła mięśnie brzucha, co spowodowałoby rozluźnienie górnych partii. Ale nie miała świadomości, że Dorota to perfekcjonistka. Robiła 200 brzuszków dziennie i po dwóch tygodniach położyła się na stole rehabilitantki z „kamieniem” w brzuchu i pośladkach. Na jednej z sesji, kiedy pracowałyśmy z ciałem, poczułam, że tułów Doroty pokryty jest jakby stalowym pancerzem. Intuicja podpowiedziała mi, by nie rozbrajać jej ochrony, bo to mogłoby wywołać atak paniki. Kiedy razem oddychałyśmy, poczułam w głębi jej ciała mięciutki rdzeń, ruchliwy jak rtęć. Kołysząc jej ciałem w rytm naszego zintegrowanego oddechu, próbowałam delikatnie poruszyć ów rdzeń. Dorota powiedziała, że czuje się dziwnie, że trochę przeraża ją to doświadczenie. Poprosiłam, by w domu, każdego dnia, przez kilka minut, siadała na podłodze, obejmowała się ramionami i kołysała w rytm oddechu.

Po pół roku terapii Dorota stwierdziła, że chce zmienić swoje życie. Zaufała swojej „miękkiej”, autentycznej części, zrezygnowała z pracy w zachodnim koncernie i postanowiła założyć fundację wspierającą twórczość dzieci z beskidzkich wsi.

– Perfekcjoniści, którzy trafiają do mnie na terapię, to często artystyczne dusze – mówi Teresa Raczkowska, psychoterapeutka. – Na przykład jedna z moich pacjentek, malarka, zgłosiła się do mnie, kiedy lęk przed popełnieniem błędu nie pozwalał jej wziąć pędzla do ręki. Zablokowanie ekspresji twórczej było tak silne, że zapomniała, jak przyrządza się grunt pod obraz. Pacjentka pracowała również na Akademii Sztuk Pięknych. Etat, stałe pieniądze zapewniały solidne podstawy i były także przykrywką dla marzeń.

Perfekcjoniści bardzo często mają czujące serca i nadwrażliwe dusze. Ów „defekt” prawdopodobnie nakłonił w dzieciństwie ich rodziców, by trenowali dziecko do bycia doskonałym. „Możesz tworzyć te swoje bohomazy, brzdąkać na pianinie, ale zawód masz mieć solidny, bo marzeniami na chleb nie zarobisz” – to zdanie, które perfekcjonista słyszał od najmłodszych lat. Spełniając oczekiwania matki i ojca, wybrał zawód prawnika, informatyka, lekarza, a zarabiane dzięki niemu pieniądze pozwalają mu pielęgnować marzenia. Jednak perfekcjonizm nierzadko „brudzi” także marzenia: paniczny lęk przed popełnieniem błędu, bezustanne poprawki, niemożliwość zakończenia dzieła z poczuciem, że coś można zrobić jeszcze lepiej – często powoduje twórcze kryzysy.

Perfekcjonizm sposobem na chaos

Perfekcjoniści odczuwają przymus porządkowania chaosu w świecie, bo to pozwala im obniżyć lęk przed wewnętrznym nieładem. – Jeden z moich pacjentów pragnął wtłoczyć świat w swoje ramy – opowiada Teresa Raczkowska. – To była jego życiowa misja. Wieczorami szczegółowo analizował kryzys ekologiczny świata, miał do tego nawet specjalne programy. Ciągle narzekał na partnerkę, która ignorowała jego potrzebę właściwego ustawienia kubków w kuchennej szafce. Dla niego to było ważne, a ona to lekceważyła, co odbierał jako jawny dowód, że go nie kocha. Bywa, że perfekcjonista ucieka się do przemocy w stosunku do ludzi, którzy myślą, czują i zachowują się inaczej niż on.

Niestety perfekcjoniści często mają pecha w relacjach, bo oczarowują się typowymi bałaganiarzami. Ich miękka, wewnętrzna, szczelnie ukrywana przed światem część przyciąga prawdziwych luzaków, beztroskich obiecywaczy, pojawiające się i znikające meteoryty.

– On nigdy nie odpowiada na moje SMS-y, nie oddzwania, choć obiecuje, śmieszy go moja pedantyczność, bez pytania bierze moje rzeczy – żaliła się jedna z moich pacjentek. Przestała płakać dopiero wtedy, kiedy powiedziałam jej, że może właśnie dlatego go wybrała. Że być może on i jego życie w chaosie pozwolą jej ujawnić i pokochać jej spontaniczną, wrażliwą część, którą z taką determinacją ukrywa nawet przed samą sobą.

Perfekcjonizm to zewnętrzna zbroja, zgrabny, choć niewygodny pancerzyk, który pozwala grać rolę narzuconą przez rodziców, społeczeństwo. Pomaga obniżyć napięcie, zapewnia złudne poczucie bezpieczeństwa, ukrywa uczucia, przytępia ekspresję, spontaniczność, chroni przed oceną i krytyką, daje wymierne efekty. Bycie nadzwyczajną – perfekcyjną w pracy, relacjach, życiu – tuszuje wszystkie niedoskonałości, ukrywa kompleksy, pozwala zasłużyć na miłość i akceptację.

Taka osoba żyje pod ciągłą presją, bez przerwy wszystko udoskonalając, zwykle nie zdąża na czas i nigdy nie jest z siebie zadowolona, bo przecież mogłaby zrobić coś jeszcze lepiej. W środku miękka, na zewnątrz jest jak skała: nadodpowiedzialna, niezawodna, nie zna słowa: „niemożliwe”. Kiedy wieczne niezadowolenie z siebie powoduje, że zaczyna chorować albo cierpieć na depresję, bywa, że rzuca ją na drugi biegun – staje się pełna negacji: rozwala wszystko dookoła, wywołuje nadmierny chaos. „Wszystko albo nic” – staje się jej dewizą życiową. Idealny porządek albo totalny bałagan, życie pod kreskę albo na aucie. Wtedy zwykle trafia na terapię, bo ma poczucie, że przestała kontrolować swoje życie.

Dlatego jeśli – tak jak ja – chcesz oswoić swój perfekcjonizm, miej odwagę zanurzyć się w odmienny biegun, poczuć totalny luz, chaos, brak reguł. To pozwoli ci złapać równowagę, indywidualną homeostazę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przyjrzyj się swojej samoocenie – 10 wskazówek

Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Gdy pracujemy nad samooceną, odpowiadamy sobie na pytania: „Kim jestem?”, „Jak się z tym czuję?”. Niska samoocena oznacza negatywną ocenę siebie i płynące z tego złe samopoczucie. Jak to zmienić?

Źle się oceniamy zazwyczaj wtedy, gdy zraniona została nasza wrażliwość. Ktoś nas skrytykował, obraził, zawstydził, przestraszył, obwinił. I teraz my, w sposób często podświadomy, cały czas źle się z tym czujemy, bo cudzą opinię, czyjeś emocje wzięliśmy za własne. Teraz działamy jak automat, odtwarzając dawne sytuacje, bo wyparte emocje domagają się uwolnienia. Jeśli tego nie podejmujemy, nie uzdrawiamy tych emocji, zachowujemy się autodestrukcyjnie. Praca nad stłumionymi emocjami wymaga ukierunkowanej pracy wewnętrznej i często potrzebna jest tutaj pomoc psychoterapeuty... Co można zrobić samemu? Jak wpłynąć na podniesienie swojej samooceny?

1. Bądź świadomy swoich emocji i nastrojów. Zidentyfikuj swoje lęki, smutki, gniew.

2. Opiekuj się sobą. Rób to, co dla ciebie dobre. Jeśli czujesz, że potrzebne jest ci na przykład towarzystwo ludzi, wyjdź do nich. Jeśli dokucza ci nadwaga, zajmij się swoją dietą i sportem. Jeśli boisz się czegoś, sprawdź dlaczego tak się dzieje i podejmij wyzwanie.

3. Zidentyfikuj wyzwalacze niskiej samooceny. Zastanów się kto i kiedy skrytykował cię i przypomnij sobie jak cię to zabolało. Następnie odpowiedź sobie na pytanie, jakie dzisiaj ponosisz tego konsekwencje. Czego nie robisz, czego się nie podejmujesz z tego powodu?

4. Zmień zachowania. Kiedy czujesz, że niska samoocena hamuje cię lub popycha do zachowań, które nie są dla ciebie dobre (na przykład unikanie ludzi bądź roszczenia w relacjach) – zatrzymaj się. Skorzystaj z technik relaksacji, medytacji, ćwiczeń oddechowych. One cię zdystansują do uczuć, które dzisiaj są już nieaktualne. Przestaniesz działać pod wpływem dawnych impulsów. To pozwoli ci podjąć nowe zachowania.

5. Rozwijaj nowe umiejętności. Jeśli na przykład bardzo lękasz się samotności, bo ktoś cię kiedyś opuścił, ćwicz rozkoszowanie się swoim towarzystwem, ćwicz bycie samej. To może boleć na początku, potem jednak pojawi się poczucie własnej mocy. Gdy się boisz ciemności, zgaś światło a zobaczysz, że wcale nie jest tak ciemno.

6. Wyrażaj uczucia. Lękasz się czegoś? - Powiedz o tym. Szczere, jasne wyznanie, np.: „Jestem nieśmiała” lub „Boję się, że mi się nie uda, bo to dla mnie nowe”, otworzy serca tych, którzy zechcą ci pomóc.

7. Myśl opcjonalnie. Przekonania typu - to już koniec, albo - albo, nie ma wyjścia - zwykle są bezpodstawne. Zawsze jest trzecie wyjście i często ono właśnie jest dla nas najkorzystniejsze. Ćwicz się w elastyczności, myśl w odcieniach szarości.

8. Powiedz „nie”. Tym, którzy cię ograniczają, tym, z którymi się nie zgadzasz. Powiedz „nie” fałszowi wokół ciebie, nadużyciom, temu, z czym chcesz się pożegnać.

9. Bądź w kontakcie ze swoim ciałem. Wszystkie emocje są w ciele. Poprzez praktykę uważności możesz je rozszyfrowywać i twórczo wykorzystywać. Złość popchnie cię do działania a smutek otworzy na radość.

10. Bądź otwarty. Otwórz zmysły na to, co do ciebie dociera. Słowa ludzi, zdania przeczytane w książkach. Badaj co w związku z nimi czujesz. To, co z tobą „rezonuje”, jest ważne.

  1. Psychologia

Dążenie do ideału może być źródłem cierpienia. O pułapkach perfekcjonizmu rozmawiamy z Marią Rotkiel

Perfekcjonizm jest postawą, składają się na nią różne cechy, a wynikiem jest funkcjonowanie w ciągłym przymusie, by wszystko, co wychodzi spod naszych rąk, było idealne. Ale idealne w naszym subiektywnym odczuciu. (Fot. iStock)
Perfekcjonizm jest postawą, składają się na nią różne cechy, a wynikiem jest funkcjonowanie w ciągłym przymusie, by wszystko, co wychodzi spod naszych rąk, było idealne. Ale idealne w naszym subiektywnym odczuciu. (Fot. iStock)
Dążenie do perfekcji może być słuszne i chwalebne, a może też być źródłem cierpienia. – Perfekcjonista bywa lękowy, upierdliwy, drażliwy. Trudno mu się wyluzować, nie potrafi być tu i teraz, cieszyć się, że jest zdrowy, że świeci słońce – mówi psychoterapeutka Maria Rotkiel.

Kiedy mówimy: „Zrobiłaś to perfekcyjnie”, wydawałoby się, że komplementujemy. Jednak pod słowem „perfekcyjnie” kryje się też pułapka.
Perfekcjonizm jest postawą, składają się na nią różne cechy, a wynikiem jest funkcjonowanie w ciągłym przymusie, by wszystko, dosłownie wszystko, co wychodzi spod naszych rąk, było idealne. Ale idealne w naszym subiektywnym odczuciu. Czyli świat może uważać i powtarzać mi, że jest już dobrze, a nawet bardzo dobrze, a ja nadal muszę biec do swojego ideału.

Rozumiem, że nie da się do niego dobiec…
Nie, dlatego perfekcjoniści wciąż odczuwają frustrację. Dlatego też, z lęku przed tym, że nie zrobią czegoś na sto procent, czasem w ogóle nie podejmują działania albo wycofują się na bardzo wczesnym etapie. Stereotyp, że perfekcjonista jest znakomitym pracownikiem, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bo taka osoba żyje w ciągłym napięciu, trudne emocje są u niej dominujące. Postawa perfekcjonizmu przekłada się na każdy aspekt funkcjonowania. Nierealistyczne oczekiwania, czyli niezgodne z możliwościami i potencjałem, bo perfekcjonista tak jak każda inna osoba dysponuje „tylko” 24 godzinami na dobę – sprawiają, że jest wciąż drażliwy, niezadowolony z siebie, więc nieprzyjemny także dla otoczenia. Tu nie ma miejsca na zadbanie o siebie, swoje zdrowie, swoje relacje z otoczeniem, nie ma miejsca na bycie, przeżywanie, bo zaprogramowany robot nie może być „tu i teraz”.

I nie może cieszyć się w zasadzie niczym. Moja znajoma przez długi czas nosiła się z zamiarem kupienia nocnej szafki. Ale szafka musiała być… idealna. Żadna nie spełniała „odpowiednich” kryteriów, podejmowanie decyzji trwało wieki, jednak w końcu dwie szafki przeszły do ostatniego etapu. Kiedy w końcu jedna przyjechała do domu, usłyszałam, że ta druga byłaby na pewno lepsza… Przykład innej perfekcjonistki, która po wyjechaniu samochodem z myjni skupia się tylko na tym, czy na właśnie wymyte auto nie spadnie przypadkiem jakaś kropelka deszczu… To niby błahe sprawy, ale w obu przypadkach nie ma mowy o cieszeniu się niczym, nie ma mowy o czerpaniu radości z życia w żadnym aspekcie.
Tak to właśnie działa. Perfekcjonizm bardzo często jest komponentem złożonego problemu. Może być wpisany w obraz nerwicy natręctw czy lęku uogólnionego lub zaburzeń osobowości. Nasza osobowość, nasze schematy zachowań, nasz charakter, w tym również temperament, tworzą pewną konstrukcję. Jeden element pasuje do drugiego. U perfekcjonisty też wszystko musi się zgadzać. Dlatego jest wielce prawdopodobne, że perfekcjonista będzie jednocześnie osobą lękową. Tu chodzi o pewien rodzaj zaklinania rzeczywistości, w psychologii poznawczej nazywamy to podstawowymi przekonaniami albo dysfunkcyjnymi założeniami. Zaklinanie rzeczywistości w praktyce może wyglądać tak: „Jeśli wszystko zrobię perfekcyjnie, ludzie będą mnie lubili i szanowali”. Podstawowe przekonanie będzie w tym przypadku brzmiało: „Nie zasługuję na szacunek i miłość”. Wokół tego przekonania będziemy obrastać w rozmaite cechy, tendencje i zasady, czyli założenia determinujące nasze decyzje i zachowania. Dlatego perfekcjonista bywa lękowy, bywa upierdliwy, drażliwy. To nie jest ktoś, komu łatwo przychodzi stan, który potocznie nazywamy wyluzowaniem się. Nie potrafi być tu i teraz, cieszyć się, że jest zdrowy, że świeci słońce – funkcjonuje według sztywnych założeń, zamiast cieszyć się tym, co jest.

Nową szafką…
Właśnie! Nie potrafi docenić, że jest ona wystarczająco dobra, poza tym przecież nie na „szafce” buduje się poczucie sensu, poczucie swojej sprawczości. Natomiast perfekcjonista tak nie potrafi, on właśnie na takiej błahej sprawie tworzy swoje poczucie sprawczości, a także poczucie bezpieczeństwa. Tu pojawia się bowiem bardzo mocny imperatyw do kontrolowania rzeczywistości. A, jak wiadomo, rzeczywistości nie da się kontrolować. Bo jaki ja mogę mieć wpływ na to, czy kiedy wyjadę z myjni, nie spadnie drobny deszczyk?

Perfekcjoniści są bardzo uciążliwi dla otoczenia. Są trudnymi partnerami, rodzicami, współpracownikami. To zwykle roszczeniowi pracownicy, potrzebują dostarczania wciąż kolejnych narzędzi koniecznych do perfekcyjnego wypełniania swoich obowiązków. Perfekcyjny klient? Mogę sobie tylko wyobrazić, co przeżywali sprzedawcy w sklepach meblowych, w których pani znajoma poszukiwała nocnej szafki – czy na pewno nie jest nigdzie zarysowana, czy farba nie zejdzie, czy pod wpływem słońca nie zmieni koloru albo czy się po dwóch latach nie zacznie rozklejać. Taka silna potrzeba kontroli jest męczarnią dla całego otoczenia. Bywa, że spod rąk perfekcjonisty wychodzą cudeńka, ale… męka po drodze bywa nie do zniesienia, cena psychologiczna jest bardzo wysoka.

Wyjdzie cudeńko, jeśli strach przed tym, że może wyjść nieidealnie, w ogóle pozwoli zacząć.
Pewnie raczej zacznie, gorzej będzie skończyć. Perfekcjonista nie potrafi stawiać kropki. Ma tendencję do ciągłego poprawiania.

U perfekcjonisty zawsze jest jakiś ciąg dalszy, który musi nastąpić?
Tak, zakończenie projektu, w rozumieniu procesu, „oddanie go” jest bardzo trudne. A napięcie towarzyszące ciągłemu poprawianiu, udoskonalaniu objawia się często agresją wobec otoczenia, które niecierpliwi się w oczekiwaniu na kropkę.

Ale chyba są też jakieś dobre strony?
Perfekcjonista ma zwykle wysokie standardy moralne, to osoba lojalna, słowna. Jednak w efekcie to wszystko, co dobre, przykrywa sztywność w postawie, brak elastyczności, której życie bez wątpienia od nas wymaga. Jest skrupulatny, drobiazgowy, zwraca uwagę na szczegóły, to plus, ale… zwykle zanurza się w tych drobiazgach na tyle, że w nich po prostu tonie. Zbytnia szczegółowość wciąga nas jak bagno.

Proszę nie sądzić, że chcę skupiać się na krytyce perfekcjonistów, tak naprawdę najważniejsze to powiedzieć jasno, że oni cierpią. Bo potrzeba bycia idealnym jest nie do zaspokojenia, ona jest jak czarna dziura, otchłań nie do zasypania. To jest ktoś, kto nigdy albo prawie nigdy nie przeżywa tego przyjemnego momentu, kiedy siadamy i sami sobie mówimy w myślach: „Uff, udało się, dałaś radę”. Proszę wyobrazić sobie, jak trudne i smutne musi być życie bez takich chwil. Perfekcjonista ich nie doświadcza. Bo albo gani siebie, że mogło być lepiej, albo „pędzi” dalej do czegoś, co w jego mniemaniu jest na liście działań numerem dwa do natychmiastowego wykonania. Nie potrafi się zatrzymać. Bezruch jest dla niego przerażający, wtedy bardzo mocno wzrasta poziom lęku. Poza tym działanie jest często miarą własnej wartości – jeśli nie działam, nie ma mnie, nie liczę się, nic nie znaczę.

Tu nie ma miejsca na choćby namiastkę spontaniczności, prawda? Są tylko sztywne plany, logistyka.
Tak, to codzienność wypełniona organizacją. I frustracją, kiedy plany nie mogą być zrealizowane w stu procentach. A nie mogą nigdy, bo żaden człowiek nie ma mocy kontrolowania wszystkich czynników zewnętrznych. I zawsze nam jakaś „kropla deszczu” spadnie na przed chwilą umytą szybę. Co z tego, że perfekcjonista nigdy nie spóźni się z własnej winy na spotkanie choćby o minutę, skoro spóźni się ktoś, z kim się umówił, spotkanie zacznie się później, więc na kolejne nie ma szans być na czas. Tak wygląda życie, każdy to wie. I lepiej lub gorzej, jednak to akceptujemy. Perfekcjonista nie potrafi tego zaakceptować, czuje w takich momentach ogromny dyskomfort.

Perfekcjonizm nie jest jednak dożywotnim wyrokiem, da się z nim walczyć.
Perfekcjonizm nosi znamiona uzależnienia, jest jak samonapędzające się koło. Ci, którzy obudzili się z koszmaru, przypominają w swoim schemacie przebudzenia osoby uzależnionej właśnie. Czyli często muszą doświadczyć bardzo dużej trudności, która ich konfrontuje z destrukcyjnym funkcjonowaniem. Według mnie perfekcjonizm to autoagresja. I najczęściej chęć rozwoju, walka z nim wyzwalana jest przez potężny kryzys – rozstanie z partnerem, utratę pracy – ale też dużą pozytywną zmianę w życiu, jak pojawienie się dziecka na świecie. Ten moment to dla perfekcjonistek często przełom. Zwykle są to dojrzałe, późne mamy, bo – wiadomo – czekały na idealny czas, które zaczynają, z miłości do dziecka, przyglądać się sobie. I chcą zmiany. Przełomem są też często kryzysy zdrowotne, bo perfekcjonistki cierpią na rozmaite dolegliwości psychosomatyczne. To są stałe pacjentki rehabilitantów, masażystów, stomatologów, napięte, zgrzytające zębami. Aż w końcu czują, że mają dość. Są – jak mówią – zmęczone sobą.

Trudno dokonać tej zmiany?
Teraz coś optymistycznego – psychoterapia doskonale się tu sprawdza, wychodzenie z perfekcjonizmu to bardzo przyjemna praca; praca, która uczy troski i czułości wobec siebie samej. Dość szybko widać efekty, bo kiedy poczujemy po raz pierwszy, jak przyjemnie jest być dobrą dla siebie, natychmiast chcemy więcej!

Maria Rotkiel, psychoterapeutka, trenerka, doradczyni rodzinna, zawodowa, autorka książki „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” (wydawnictwo Czarna Owca). Prywatnie mama Adasia.

  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Nie jestem doskonała. I dobrze!

Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Doskonałość osiąga się poprzez akceptację niedoskonałości, pisze w swojej książce "Living Wabi Sabi", Taro Gold. Weźmy sobie tę myśl do serca.

Wiesz, że dzięki błędom, przypadkom, awariom odkryto DNA, penicylinę, aspirynę, teflon, nylon, płatki kukurydziane? Największe osobiste odkrycia stają się naszym udziałem, kiedy umysł jest cichy, bo wtedy otwiera się dusza. To dobra wiadomość dla tych, którzy są w momencie zastoju, gorszego samopoczucia, kiepskiej formy, czy tkwią w życiowym martwym punkcie. Coś nie pozwala im działać, myśleć, planować. Taro Gold pisze, że przecież tak rzadko mamy okazję odpocząć od pracy, odprężyć się i nie myśleć. Nie usiłować poprawiać się, pracować nad sobą, krytykować się, starać, zmieniać.

"Chcę być doskonała. Chcę być silna w obliczu stresu i niepewności. Chcę być idealną partnerką dla mężczyzny, matką na złoty medal" - mamy wobec siebie takie wymagania i oczekiwania. Ale to nie jest życie. Nie ma możliwości, żeby być doskonałą. Nawet, jak chodzisz na terapię, nie za każdym razem wprowadzisz w życie to, o co się rozwinęłaś. Czasem złościmy się, frustrujemy, że w kółko od nowa odrabiamy te same lekcje. "Znowu skrzyczałam dziecko, znowu uległam szefowej, znowu próbowałam manipulować mężem, znowu nie trzymałam granic. Chcę być doskonała".

Ale właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. Bo kiedy w takim momencie zaakceptujemy się, spojrzymy się na siebie ciepło, poczujemy, że nie musimy na nic zasługiwać, coś w nas się zmieni na zawsze. Być zadowoloną z siebie, kiedy właśnie dostałyśmy awans lub mężczyzna powiedział nam komplement, to łatwe. I tak naprawdę pozorne, bo miłość własną uzależniamy od rzeczy i sytuacji zewnętrznych. To utrata wolności.

Pozwolenie sobie na bycie niedoskonałą to ulga płynąca ze zdjęcia maski. Powiedzenie nie normom społecznym i kulturowym wymaga odwagi. W świecie, w którym wypada odnosić sukces finansowy i rozwojowy, jesteśmy sobie takie, jakie jesteśmy. Z lękiem przed odrzuceniem, brakiem pieniędzy, z tłustymi włosami. Jeśli w tym momencie poczujemy się ze sobą dobrze, wygrałyśmy. I nie chodzi o to, żeby zrezygnować ze swoich marzeń i aspiracji, nie. Możesz to wszystko zrobić, ale w innej intencji niż zdobycie własnego uznania.

W stanie, w którym niewiele się w twoim życiu dzieje, kiedy wokoło jest pusto, nie masz dokąd uciec, zyskujesz dużą szansę, żeby odkryć kim naprawdę jesteś. I, obojętnie czy jesteś introwertyczką, artystką, czy chcesz wspinać się w Himalajach, przede wszystkim jesteś.

  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.