1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wredni i toksyczni ludzie – dlaczego często im ulegamy?

Wredni i toksyczni ludzie – dlaczego często im ulegamy?

Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie. (Fot. iStock)
Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie. (Fot. iStock)
Każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z wrednymi ludźmi. Co oni tak naprawdę robią, że po kontakcie z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie; wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. Co dzieje się we wrednych umysłach? I dlaczego im ulegamy?

„Zaprosiłam ją na lunch i po pięciu minutach pożałowałam tego. Na wstępie usłyszałam, że ubieram się nawet nieźle, ale fryzurę mam okropną, powinnam koniecznie ściąć włosy. Rozejrzała się po sali: kelnerka miała »kaczy kuper«, gość przy oknie po prawej »coś obrzydliwego w oczach, spójrz tylko…«, »blondynie« przy sąsiednim stoliku nie darowała niebieskiego makijażu i krągłych kształtów. Uwagi na temat nieszczęsnej dziewczyny, jej piersi, partnera, potraw i wszystkich obecnych w restauracji stawały się coraz bardziej grubiańskie. Co jakiś czas wybuchała niekontrolowanym śmiechem. Po godzinie tego miłego spotkania czułam się tak osłabiona, że najchętniej położyłabym się do łóżka”.

„Zadzwoniłem, żeby powiedzieć mamie, że w tym roku nie będę na jej urodzinach, bo zaplanowałem wyjazd integracyjny ze swoim zespołem. W słuchawce zaległa cisza, a po chwili usłyszałem znajomy zbolały głos: »Jak myślisz, ilu jeszcze urodzin dożyję?«. Zacząłem się tłumaczyć, że przecież odwiedzę ją za kilka dni, ale nie pomogło. Czułem się paskudnie, jak zwykle, gdy do niej dzwonię”.

„Powiedzieliśmy z mężem naszej 30-letniej córce, że czas, żeby wyprowadziła się z domu i zaczęła żyć na własny rachunek. Wybuchła gniewem: »Proszę bardzo, zostanę prostytutką i wtedy będziecie szczęśliwi!«. Zamilkliśmy”. To tylko trzy z dziesiątków historii, których wysłuchałam w ostatnich latach na temat trudności w relacjach z ludźmi. A przecież są jeszcze opowieści o toksycznych mężach, żonach, partnerach, przyjaciółkach, szefach, podwładnych, współpracownikach, braciach, siostrach, sąsiadach, księżach. Znawcy psychologicznej strony tematu twierdzą, że każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z toksycznymi ludźmi. I nie mówimy tu o patologii, gdy relacja z drugim człowiekiem zmienia życie w piekło i zagraża naszemu istnieniu, mówimy o normalnym życiu. Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie: wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. W kontakcie z nimi myślimy: Znów przegrałam. Zawsze się poddaję. Nie powiedziałam tego, co naprawdę czuję. Dlaczego nigdy nie przedstawiam swojego punktu widzenia? Dlaczego nie potrafię się obronić? Toksyczni ludzie wyzwalają w nas to, co najgorsze.

Czarujący i zagrażający

To mogą być niewinne zdania: „Ach, dostałaś podwyżkę? Pracujesz w dobrej firmie, skoro daje podwyżki dla zachęty”. „Straciłaś na wadze? Świetnie, ale nie powinnaś chudnąć tak gwałtownie, bo się rozchorujesz”. „Weź jeszcze jedną bułeczkę, do twarzy ci z nimi. Hej, rozchmurz się, nie znasz się na żartach?”. Lillian Glass w książce „Toksyczni ludzie” pisze, że ktoś, kto mówi niemiłe rzeczy lub sprawia ci przykrość, po czym oświadcza, że to „tylko żart”, zdradza tym samym, jak nieprzyjazne uczucia żywi wobec ciebie. Podobnie dwuznaczne komplementy mówią: „Nie lubię cię. Zazdroszczę ci. Nie mogę na ciebie patrzeć. Za kogo ty się uważasz? Ktoś musi ci pokazać twoje miejsce”.

Glass na podstawie kilkudziesięciu lat pracy terapeutycznej twierdzi, że „niewyobrażalnie olbrzymie” jest znaczenie słów, które wypowiadamy. Cytuje biblijną Księgę Przysłów: „Życie i śmierć są w mocy języka”. Toksycznych ludzi definiuje jako tych, którzy nas ranią, dręczą, ciskają w naszą stronę słownym śmieciem, nie wspierają nas, nie zachęcają do rozwoju: „Ktoś, kogo nie cieszą twoje sukcesy, kto nie życzy ci dobrze, w istocie udaremnia twoje dążenie do szczęśliwego, twórczego życia”.

Toksyczni ludzie nie znoszą tych, którzy dobrze wyglądają i odnoszą sukcesy. Ale nie znoszą też tych, którym powodzi się źle. Atakują, robią złośliwe uwagi, podświadomie pragną innych zniszczyć. Czasem wyrażają radość z powodu czyjegoś sukcesu, jednak wyraz ich twarzy i gesty przeczą słowom.

Jay Carter we „Wstrętnych mężczyznach” i „Wstrętnych kobietach” pisze, że najbardziej niebezpieczni są ci, którzy próbują nas kontrolować i manipulują nami; obniżają naszą samoocenę insynuacjami, subtelnymi oskarżeniami, poniżaniem lub tzw. szczerością, czyli „powiem ci, co z tobą nie tak”.

Wredny jest oczywiście tyran, co widać na pierwszy rzut oka, ponieważ jest grubiański, uparty („ma być tak, jak ja chcę albo wcale!”), wybuchowy, gwałtowny. Jednak równie wredny może być mężczyzna kulturalny, przystojny, towarzyski, czarujący i błyskotliwy. Toksyczni ludzie mogą być geniuszami intelektu, mogą być utalentowani artystycznie i podziwiani, a jednak gdy z nimi przebywamy, czujemy się zdezorientowani i bezsilni. Najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że stanowią dla innych zagrożenie. Twój wstrętny facet może nawet wyglądać na czułego i wspierającego, pisze Carter. Dopóki nie przekonasz się, że twoje uczucia i potrzeby nic dla niego nie znaczą. Są ważne o tyle, o ile można nimi manipulować. Lojalność, oddanie, współczucie i miłość postrzega jako słabości, które można wykorzystać.

Zgadnij, co mi zrobiłeś?

Co oni robią? Są bezlitośni w dążeniu do własnego celu naszym kosztem. Życie traktują jak walkę i nienawidzą przegrywać. Stare powiedzenie: nieważne, czy przegrasz, czy wygrasz, liczy się, jak grasz, przekształcili w: nieważne, jak grasz, bylebyś wygrał.

Wiele kobiet mówi o takim doświadczeniu, które przywołuje Carter we „Wstrętnych mężczyznach”. Gdy kobieta robi to, co on chce, jest względny spokój. Ale któregoś razu wyraża swoje zdanie. „To, co nastąpiło później, było najgorszym, najbardziej poniżającym strumieniem wyzwisk, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i miało na celu zabicie mojej duszy” – opowiada jedna z bohaterek książki. Inna: „Traktował mnie jak księżniczkę i jak więźniarkę. Pozwoliłam mu mieć absolutny wpływ na to, jak się czuję”.

„Jeśli nie będziesz zachowywać się tak, jak chcę, będziesz cierpieć” – o tej niebezpiecznej w skutkach groźbie pisze Susan Forward w książce „Szantaż emocjonalny”. Jeśli nie podporządkujesz się jego woli, jesteś samolubną, nieczułą egoistką, a nawet wredną suką, dziwką, złą matką. Przypomina to tresowanie psa. To dlatego przeciwstawienie się szantażowi emocjonalnemu jest tak trudne: trzeba uznać, że być może jestem suką, ale dłużej nie zgadzam się na takie traktowanie. W ten sposób odzyskuję swoją siłę – to ja i tylko ja decyduję, co jest dla mnie dobre, a co złe. Najbardziej niebezpiecznymi manipulatorami mogą być nasi najbliżsi. Mogą grozić, że utrudnią nam życie, jeśli nie zrobimy tego, czego chcą. Będą zaniedbywać siebie, obowiązki, zrobią sobie krzywdę, popadną w depresję. Chcą więcej niezależnie od tego, ile im dajemy. Wpadamy w poczucie winy i ulegamy. Toksyczni ludzie – kochankowie, szefowie, rodzice – mogą obiecywać nam miłość, prezenty, pieniądze, karierę, ale tylko wtedy, gdy będziemy zachowywać się zgodnie z ich wolą. Niekończąca się seria testów i żądań, mnóstwo obietnic, ale trzeba spełnić warunki, warunki, warunki, ciągle nowe i bardziej wyrafinowane.

Są jeszcze cierpiętnicy. „Zgadnij, co mi zrobiłeś?” – tę grę opanowali do perfekcji. Przygnębieni, milczący, często ze łzami w oczach wycofują się, kiedy nie realizujemy ich oczekiwań. Cierpiętnicy mogą z pozoru wydawać się słabi, ale tak naprawdę to odmiana tyranów.

Wredni stosują negatywne porównania: „spójrz na nią, ona to potrafi!”. Nie jesteśmy tak dobrzy jak inni, niepokoi nas to i czujemy się winni. Często postępują w ten sposób ci, którzy zarządzają ludźmi w pracy. Negatywne porównania wywołują fatalną atmosferę, zazdrość i rywalizację. Możemy nagle zauważyć, że staramy się osiągać nierealistyczne normy wyznaczane przez szefa, który podjudza pracowników przeciwko sobie nawzajem. Wredni ludzie manipulują nami tak, że koncentrujemy się na ich potrzebach, natomiast opuszczamy siebie; ulegamy chwilowej iluzji bezpieczeństwa, jakie uzyskaliśmy, poddając się.

Przychodzi lęk do głowy

Trudno w to uwierzyć, ale ci silni, kontrolujący, manipulujący ludzie są zalęknieni i głodni bliskości, bezradni, obawiają się, że ich zranimy albo opuścimy. W swoich głowach słyszą przewijającą się taśmę: „To się nie uda. Nigdy nie dostanę tego, czego chcę. Nie wierzę, że innych obchodzi, czego pragnę. Nie mam tego, co jest mi niezbędne, bym mogła realizować moje potrzeby. Nie wiem, czy potrafię znieść sytuację, w której stracę coś, czego pragnę. Nikt nie dba o mnie tak, jak ja dbam o innych. Zawsze tracę tych, na których mi zależy”. Pełni niechęci, a nawet pogardy w stosunku do siebie, czują się zagrożeni. Postawą: „jestem lepszy od ciebie”, maskują przekonanie: „jestem od ciebie gorszy”.

Dlaczego więc im ulegamy? Ponieważ nadmiernie pożądamy aprobaty. Boimy się złości. Pragniemy mieć spokój za wszelką cenę. Przejmujemy przesadną odpowiedzialność za życie innych. Nie czujemy się dobrze ze sobą, nie wierzymy, że zasługujemy na miłość. Ustępujemy, bo przecież on miał takie straszne życie; lepiej ustąpić, niż zranić jego uczucia. Jednak cena za uległość jest bardzo wysoka. Ciągłe przebywanie w towarzystwie toksycznej osoby może być przyczyną licznych chorób psychosomatycznych – piszą wszyscy autorzy książek o wrednych ludziach. Mogą męczyć nas chroniczne bóle głowy, nudności, bóle krzyża, możemy odczuwać suchość w gardle, skarżyć się na wysypki, ataki astmy, alergiczny kaszel, ospałość, utratę energii, depresję. Możemy cierpieć na bóle żołądka, zaburzenia łaknienia, choroby serca, a nawet wyhodować raka z powodu tłumionego sprzeciwu czy gniewu. Ulegając, nagradzamy i wzmacniamy wrednych ludzi.

Wredność jest niebezpieczna, bo zaraźliwa. Jeśli jesteśmy szantażowani w pracy, często po przyjściu do domu odgrywamy się na dzieciach. Jeśli mamy złe relacje z rodzicami, negatywne emocje przelewamy na partnera. Sami stajemy się toksyczni, odreagowując swoje frustracje na kimś słabszym czy bardziej wrażliwym.

Lillian Glass zwraca uwagę, że w każdej chwili sami jesteśmy narażeni na wredność. Uratować może nas jedynie… uczciwość wobec siebie, która oznacza, że w żadnych okolicznościach nie będziemy zgadzać się na towarzystwo innych tylko dlatego, że mogą być dla nas użyteczni. Ludzie potrafią odebrać subtelne sygnały ukryte w naszych gestach i tonie głosu, wiedzą, czy ich lubimy, czy nie; czy mamy na względzie ich dobro, czy – wręcz przeciwnie – chcemy ich wykorzystać do własnych celów. „Ludzie nie są kamieniami w rzece, po których przechodzi się, po czym je odtrąca” – przypomina Glass. I radzi: „Wiąż się tylko z osobami, które wzbogacają cię, które cenisz, szanujesz i podziwiasz”.

Polecamy książki: Lillian Glass „Toksyczni ludzie”, Rebis; Susan Forward „Szantaż emocjonalny”, GWP; Jay Carter: „Wstrętni mężczyźni” i „Wstrętne kobiety”, Helion; John Hoover „Trudni ludzie”, Helion; Susan Forward „Toksyczni rodzice”, Santorski & Co; Patricia Evans „Toksyczne słowa”, Czarna Owca; Roy H. Lubit „Toksyczni ludzie. Jak z nimi współpracować”, One Press.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gaslighting - nie daj się zgasić

Udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. (Fot. iStock)
Udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. (Fot. iStock)
„Przesadzasz”, „histeryzujesz”, „wydaje ci się”... Czy ktoś robił z ciebie kiedyś wariata? Wmawiał, że mylisz się co do swoich wrażeń i emocji? Że nie możesz czuć tego, co czujesz? Jeśli tak, możliwe, że stałeś się ofiarą gaslightingu. Czym on jest i jak go pokonać? – pytamy terapeutę Pawła Przybysza.

Jako dziecko często słyszałam, że jestem przewrażliwiona, że coś mi się wydaje, więc kiedy partner powiedział coś takiego, zrobiło mi się bardzo przykro. Potem dowiedziałam się, że jeśli podobne komentarze się powtarzają, to możemy mówić o tzw. gaslightingu. Jak reagować na takie słowa?
Zacznę od tego, że gaslighting, co możemy przetłumaczyć jak „przygaszanie światła”, to rodzaj psychicznej manipulacji. Intencjonalnej, adresowanej do konkretnej osoby. Jeśli trwa dość długo, to manipulator przejmuje kontrolę nad tym, jak jego ofiara postrzega rzeczywistość. Ona już nie wie, w co ma wierzyć; ma poczucie, że traci rozum.

Ofiarą gaslightingu pada zazwyczaj ktoś, kto przyjmuje postawę uległą, ale także manipulującą, do czego jeszcze wrócimy. Ktoś taki da sobie wmówić wszystko, bo nie ma jasnego i mocnego systemu przekonań i wartości. Nie ma więc oparcia w sobie, które pomogłoby mu rozeznać, co jest prawdą, a co fikcją – zwłaszcza gdy ktoś ważny zaprzecza jego ocenom i odczuciom. Dlatego zdanie i postawy innych ludzi przyjmuje za własne. Staje się jednak tą ofiarą niejako na własne życzenie, a to dlatego, że w głowie ma wciąż wątpliwości: „czy dobrze zapamiętałam, to co mówił partner?”, „czy dobrze widziałem, co się właściwie stało?”.

Jak to „stajemy się ofiarą na własne życzenie”? Mam w tym swój udział, że znów to słyszę?!
Możesz mieć. Choćby dlatego, że człowiek uległy często dopytuje się innych: „Jak to było? Co myślisz?”. Zatem niejako się podkłada! No a wtedy albo słyszy potwierdzenie, albo zaprzeczenie. Jeśli kolejny i kolejny raz jest to zaprzeczenie, to w pewnym momencie doświadcza dużego dysonansu, czyli poczucia, że myśli i osądy nie zgadzają się z jego wartościami. Na przykład partner kobiety mówi, że nie jest chamem, że się jej wydaje! A ona źle się czuje czy nawet boi, słysząc, jak on klnie. Trudno jej jednak powiedzieć: „przestań zaprzeczać faktom”, bo usłyszała kiedyś, że ludzie po studiach nie mogą być chamami, a on ma dwa fakultety! Czuje się zagubiona, bo nie wierzy sobie i stara się siebie przekonać, że zachowanie partnera nie powinno jej przeszkadzać. Ale tak naprawdę ją męczy. No i tu dotykamy delikatnej struny, dasz radę?

Postaram się!
Zatem udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Nie wierząc w siebie, manipuluje sama sobą, ale także partnerem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. Zapewne wyniosła ten sposób działania z dzieciństwa. Bo jeśli rodzice szanują się, mówią sobie prawdę, nie przeklinają, nie upijają się – to ich dzieci będą mieć w swoich zasobach ważne wartości: szczerość, empatię i chęć pomagania innym. A to przełoży się na pewność własnych ocen i emocji. Kiedy więc zakochają się w manipulatorze, to szybko się orientują, z kim mają do czynienia.

Kłopot z rozpoznaniem rzeczywistości będą mieć natomiast ci, którzy wychowali się w domach, gdzie się kłamało. Matka manipulowała ojcem: „Ta sukienka jest z ubiegłego roku!”, a ojciec manipulował matką: „Po prostu musiałem zostać dłużej w pracy”. Słysząc to, dziecko wie, że któreś z rodziców coś ukrywa. Nie wie jednak które. Może nawet nie chcieć wiedzieć, bo kocha i mamę, i tatę, i nie chce wybierać.

Nie chce poznać prawdy...
Tak, i dlatego staje się podatne na wpływy i niepewne siebie. Dlatego wciąż się o wszystko dopytuje. Kiedy wejdzie z tą swoją niepewnością w dorosłą relację, będzie prowokować partnera do tego, żeby podpowiadał, prowadził za rękę, przekazywał swój system wartości. Jeśli uległą osobą jest dziewczyna, która ma wrażenie, że cudem udało się jej poderwać chłopaka, bo on taki piękny i chodzi na siłownię, to uzna każde jego słowo za prawdę. Nawet jeśli będzie jej kłamał w żywe oczy.

Jeśli dziewczyna z domu, gdzie nie ceniło się szczerości, trafi na manipulatora, będzie miała o wiele większy kłopot. Bo gaslighting oznacza wieczne zdenerwowanie, trudności w podejmowaniu najprostszych decyzji czy obniżone poczucie wartości.
Co więcej, ona prawdopodobnie już je w sobie wykształciła. Dlatego podatne są Dorosłe Dzieci z Dysfunkcyjnych rodzin, bo one nie wiedzą, co czują, czego chcą i co im wolno chcieć... Skupione są za to na odczytywaniu potrzeb bliskich i dbaniu o ich dobrostan kosztem swojego. Co więcej, kiedy słyszą od partnera: „ja tego nie powiedziałem”, „tobie się wydaje”, „o co ci, do cholery, znowu chodzi?” – mają wrażenie, jakby słyszały rodziców. A to sprawia, że wracają mentalnie do dzieciństwa i zgadzają się z partnerem, który mówi: „wiem lepiej, jak masz przeżywać orgazmy”, „przecież lubisz do nich chodzić”. Jeśli wciąż się tej manipulacji ulega, to cena jest wysoka: dysonans i zagubienie, frustracje i niezaspokojone potrzeby. Dlatego takie osoby potrzebują głębokiej refleksji nad tym, czego doświadczyły jako dzieci, aby wreszcie przestało się im mylić, co jest prawdą. A myli im się od lat...

I mogą nie wiedzieć, że nie można zaprzeczać ich emocjom i osądom?
Dokładnie tak. Dlatego trzeba jasno powiedzieć, że mężczyzna, który mówi partnerce „przesadzasz”, „wydawało ci się” – stosuje przemoc, zaprzecza temu, co ona przeżywa swoim sercem, umysłem i ciałem! Mówi na przykład: „Przecież skok ze spadochronem jest bezpieczny. Masz tam sznurki. Czego się boisz?!”. To jej sprawa, czego się boi. Ma prawo się bać i nikt nie może wypychać jej z samolotu, nawet wyposażonej w najlepszy spadochron. Szacunek wymaga, aby liczyć się ze zdaniem, odczuciami i decyzjami drugiego człowieka. A więc każda uwaga, która podważa to, co mówi o sobie drugi człowiek, jest manipulacją i przemocą.

Trzeba też wiedzieć, że podstawą gaslightingu jest kłamstwo. A kłamstwo to każde mówienie nieprawdy, ale też przemilczanie, przeinaczenie, zaprzeczanie, np. „nie mogę być pijany, wypiłem tylko kieliszek wina!”, podczas gdy partnerka widzi, że mężczyzna ledwo stoi. Manipulacją jest każde umyślne wprowadzanie w błąd drugiego człowieka dla własnej wygody czy wygranej.

Jak się wydostać z tego pokoju krzywych luster, jakim staje się świat wewnętrzny kogoś, kto nie wie, co się dzieje i co czuje?
Pracować nad zasobami, czyli nad systemem wartości. Jeśli nie wynieśliśmy go z domu, warto znaleźć jakiś autorytet – może nim być wykładowca, a może też przyjaciel, lekarz czy osoba duchowna. Albo ktoś z dalszej rodziny, stryj czy ciocia? Ważne, aby system wartość tej osoby był jasny i oparty na odróżnianiu prawdy od kłamstwa, na uczciwości, empatii, szlachetności. To będzie fundament, na którym zbudujemy solidne poczucie własnej wartości i własny system ocen i osądów, czyli wewnętrzne zasoby.

Dlaczego prawda jest tu tak ważna?
Bo tylko ona ochroni nas przed manipulacjami innych, mocno postawi nas na ziemi. Może jesteśmy grubi, ale za to gościnni i pomagamy przyjaciołom, którym się nie przelewa. Nie mamy studiów, ale umiemy naprawić każde urządzenie. To prawda o nas, o naszej wartości, której nie zaprzeczamy. Jeśli to wiemy, to nie pozwolimy nikomu innemu, by wmówił nam, że nie możemy bać się skoku ze spadochronem czy…

...że to nie ślad szminki na kołnierzu!
Właśnie. Jeśli wiem, kim jestem, to nikt mi nie wmówi – ani mąż, ani kochanek, ani przyjaciółka czy nawet matka – że czarne jest białe. Ale jeśli nie wiem, kim jestem i co jest w życiu ważne, to każdy może wmówić mi, co tylko zechce. Zwłaszcza gdy mam do tego predyspozycje, czyli np. jestem Dorosłym Dzieckiem z rodziny Dysfunkcyjnej, czyli takiej, gdzie panowała jakaś forma przemocy czy zaniedbania, gdzie baliśmy się opiekunów, zamiast im ufać.

Możemy zrobić jakiś test, aby rozpoznać, czy ktoś nami manipuluje?
Wystarczy zadać sobie proste pytanie: „Czy chcę wiedzieć, jaka jest prawda? A może lubię być oszukiwany czy oszukiwana?”. Z kłamstwem jest tak jak z nadmiernym piciem alkoholu. Jeśli nie chcesz już pić, to popatrz na straty, jakie to przynosi, nie pij więcej! A kiedy nie dajesz rady, idź do specjalisty. Jeżeli więc nie chcesz być oszukiwana, to stań w prawdzie. Popatrz na koszty – jeśli zobaczysz, że są one większe niż zyski, to będziesz starała się to zmienić. Ale wiele kobiet nie chce prawdy, bo konfrontacja z nią wydaje się im zbyt bolesna. Odkrywają, że są nieszanowane, niekochane, oszukiwane i wtedy muszą coś z tym zrobić. W tym sensie prawda zmusza nas do zmiany, do dokonania trudnych wyborów.

Wiele kobiet zna takie sytuacje, kiedy partner mówi, że przesadzają, bo on nie ma żadnego romansu. Gdy tymczasem ciągnie go od lat. Aby poznać prawdę, trzeba często zajrzeć do jego telefonu, do bankowych wyciągów. A przecież tak się nie robi, to przekraczanie prywatności...
W związku granice prywatności są inaczej ustawione niż w przyjaźni czy nawet w rodzinie. Telefon może być użyty przez wszystkich domowników. Jeśli nie może, to coś mi tu śmierdzi. Komputer też jest wspólny, jeśli nie, bo ktoś zakodował wejścia, to coś jest niejasne. Owszem, grzebanie w czyjejś korespondencji jest przekroczeniem granic, ale szukasz prawdy, masz prawo wiedzieć, i jeśli coś znajdziesz, to należy to ujawnić: „Oszukujesz mnie, mówisz, że nie wydajesz pieniędzy odłożonych na dom, a już ich nie ma na koncie! Masz długi z hazardu? Robisz ze mnie wariatkę, a ja znalazłam to i to! Wyjaśnij mi to!”. Do tego jednak potrzeba bardzo dużo siły woli, odwagi, samozaparcia. Najpierw trzeba wyjść z postawy uległej ofiary, by skonfrontować siebie i partnera z prawdą.

Skąd tę siłę i odwagę wziąć?
Nie bać się prawdy, uwierzyć, że to jedyna broń na manipulację. I tu wracamy do tego, że warto mieć w sobie zasoby, pracować nad nimi. Można też iść do specjalisty i powiedzieć: „Coś ze mną nie tak, bo wydaje mi się, że mój mąż gasi światło, a nie zapala. Ale on twierdzi coś odwrotnego. Chciałabym dowiedzieć się, jaka jest prawda. Czuję, że mam już tego dość, że on mówi coś innego niż ja czuję”.

Można też iść do przyjaciółki, do autorytetu, do kogoś, komu naprawdę ufamy i wiemy, że jest po naszej stronie. I powiedzieć: „Marysiu, znasz mnie tyle czasu, wydaje mi się Franek mnie oszukuje, że tworzy mi jakąś alternatywną rzeczywistość. Głupia nie jestem, kocham go, ale czuję niepokój”. Konfrontując się z prawdą, skorzystać ze wsparcia przyjaciół.

A jak Franek zareaguje na żądanie wyjaśnień?
Zapewne będzie zaprzeczał, bo odkryliśmy jego tajemnicę. Może to być facet, który lubi mieć władzę, bo sam ma problem z poczuciem własnej wartości i dlatego podporządkował sobie partnerkę, a jej uległość bardzo mu odpowiada. W takim związku nie ma partnerstwa, ale jest symbioza, bo jak już mówiłem, osoby podatne na te manipulacje wręcz proszą się o to, żeby im podpowiedzieć, jaka jest rzeczywistość.

Czyli taki partner dowartościowuje się uległością…
Dlatego kiedy kobieta postawi go w prawdzie, on zaprzeczy i powie, że jest przewrażliwiona. Decydujące jest to, co wtedy ona zrobi. Może przyjąć te wykręty, bo okażą się dla niej wygodne, bo zda sobie sprawę, że prawda będzie zbyt kosztowna i doprowadzi do rozstania. Zwłaszcza jeśli wyniosła z domu zamiatanie rzeczy pod dywan, bo jej matka też udawała, że nie wie o zdradach ojca. Może się też bać! Jej partner był panem i władcą, a tu nagle stoi przed nią zdemaskowany. Jeśli więc poczuje się poniżany, może z „łagodnej” formy przemocy psychicznej przejść do karania kobiety bardziej wprost: „nie dam ci pieniędzy”, wyzywania jej: „całe życie ci mówiłem, że jesteś głupia i do cholery, jesteś” czy nawet bicia. Mimo wszystko do zdrowia psychicznego i poczucia dobrostanu prowadzi tylko jedna droga: prawda. Jakkolwiek byłaby trudna... Z takich związków trzeba uciekać jak najszybciej.

Paweł Przybysz, terapeuta uzależnień, współuzależnień i przemocy. Prowadzi terapię indywidualną i grupową, pracuje w nurcie poznawczo-behawioralnym.

  1. Psychologia

Narażając się na towarzystwo toksycznych ludzi niepotrzebnie cierpimy

Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Cierpienie uszlachetnia? A co nas nie zabije, to nas wzmocni? Według niektórych — dwie bzdury ubiegłego stulecia. Toksycznych ludzi spotkamy na swej drodze i trzeba sobie z nimi radzić. Także z tym złośliwcem, którego czasem widzisz w lustrze.

W czasach Karola Wielkiego żył mędrzec Hraban Maur, który rozważał celowość istnienia komarów, istot wielce dokuczliwych. Otóż twierdził, że opatrzność stworzyła je, żeby dać nam okazję do ćwiczenia się w pokorze. – Ale oczywiście, gdy któryś z tych darów opatrzności próbował go ukąsić, bez wielkich ceregieli go zabijał – mówi dr Adam Aduszkiewicz, filozof i couch, z którym rozmawiam o zagadnieniu radzenia sobie z ludźmi toksycznymi: podłymi, wrednymi, destruktywnymi. – Jeśli oczekuje pani ode mnie, że powiem, że spotkanie z takimi ludźmi, to dar opatrzności, która ofiaruje nam szansę, by rozwinąć w sobie pokorę, miłość, empatię i tak dalej…, to nic z tego. Tak jak nie pozwalamy, żeby gryzły nas komary, tak nie możemy pozwolić, żeby nas dręczono.

Wyrażony ból

Anna, studentka ekonomii cierpiała od lat na bulimię. Nigdy nie czuła się kochana i akceptowana. W jej domu drwiło się z tego, co dla niej było ważne. Kiedy przyniosła z podwórka gołębia ze złamanym skrzydłem, rodzice wyśmiali ją, a ojciec wyrzucił ptaka na śmietnik. Anna często czuła smutek i rozpacz. Ponieważ nikt nie chciał jej zrozumieć, zdarzało się, że wybuchała złością. Dostała od rodziny etykietkę „ta trudna i z problemami”.

Trafiła na psychoterapię. Po kilku miesiącach leczenia, podczas domowej awantury, Anna wpadła w złość i stłukła lustro. Wielki huk, dużo bałaganu. Wiele osób w takiej sytuacji  w poczuciu winy stara się sprzątnąć dowody swojego „szaleństwa” i jak najszybciej kupić nowe lustro. Anna tego nie zrobiła. Mimo krzyków otoczenia miała odwagę nie sprzątnąć szkła. Przez chwilę przyglądała się roztrzaskanym kawałkom, a potem ułożyła je w mozaikę.

– W tym momencie zaczął się proces jej zdrowienia. Anna zobaczyła siebie z innej perspektywy. Już nie tylko jako rodzinną niszczycielkę-dziwadło. Stanęła po swojej stronie, zrobiła dla siebie to, czego nie zrobili jej bliscy – zaciekawiła się sobą, tym, co czuje i myśli, co spowodowało wybuch destrukcji – mówi psychoterapeutka Aneta Bartnicka-Michalska.

Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest. – Jeśli jako dzieci nie byliśmy kochani, w dobry, akceptujący i wspierający nasz rozwój sposób, w dorosłym życiu nie potrafimy mówić, czego pragniemy i z czym się nie zgadzamy – mówi Aneta Bartnicka-Michalska. – A kiedy nikt z bliskich nas nie słucha i nie chce usłyszeć, sięgamy po „objawy”. Okaleczamy się, wpadamy w furię, nałogi, mamy lęki, cierpimy na depresję. Samookaleczenie to sposób wyrażania uczuć, sygnał, że życie nie jest takie, jak powinno. To powiedzenie sobie i światu: „jestem wściekła, nieszczęśliwa, bezradna!”.

Anna przestała bać się tego, co czuje: bólu, goryczy, złości. Mogła więc je ujawnić, dzielić się nimi nie tylko poprzez „objawy”. Dziś jest autorką wielu lustrzanych kolaży, które powstały już jako przejaw jej kreatywności, a nie aktu rozpaczy.

Spotkania na trasie

Z domu wyruszasz w dorosłość. Najlepiej byłoby nie spotkać na swojej drodze ludzi złych, zazdrosnych, złośliwych. To nie jest możliwe. Toksyczni są utrapieniem jak katar, deszcz, wiatr w oczy. Umiejętność radzenia sobie z nimi to ważny element sztuki życia. Kto wie, czy nie najważniejszy…

Zdaniem Jaya Cartera, psychologa i autora książki „Wredni ludzie”, partnerzy toksycznych ludzi mają kłopoty z żołądkiem, dwunastnicą, sercem, chorują na nowotwory, a nawet popełniają samobójstwa. Ale choć toksyczni są tak poważnym zagrożeniem, niełatwo ich rozpoznać. Stosują masę trików i sztuczek. Udają przyjaźń, troskę, a nawet miłość. Carter nazywa ich „umniejszaczami” – niszczą poczucie wartości swoich bliskich. Wiele napisano na temat ich strategii, ale zamiast ją studiować, najlepiej zawierzyć sobie.

Jeśli po kontaktach z kimś tracisz radość życia, siły i talenty, męczy cię irracjonalne poczucie winy, to na pewno spotkałeś jednego z nich: trujących, paskudnych, destrukcyjnych ludzi.

– A wówczas bierzmy nogi za pas! – radzi dr Aduszkiewicz. – Jeśli to niemożliwe, sięgnijmy do rad Marka Aureliusza, który w „Rozmyślaniach” opisywał sposoby na wrednych. Potraktujmy spotkanie z nimi jako okazję do studiowania różnorodności ludzkich charakterów. Już samo przyjęcie pozycji obserwatora pomoże zachować dystans do raniących słów i podłych czynów.

Marek Aureliusz radzi także zastanowić się i zadać sobie pytania: Według jakich reguł żyje taki człowiek? Co nim kieruje? Może myśli, że cały świat jest zły i tak się zabezpiecza? A może kieruje nim lęk?

– Często ludzie, którzy wychowywali się w domach pełnych agresji czy chaosu, nie potrafią znieść spokoju, ciszy i łagodności – wyjaśnia psychoterapeuta dr Tomasz Srebnicki – Dla nich to stan niepokojący, nieznany. Nazywają chwile spokoju „ciszą przed burzą”, harmonia budzi ich lęk. Dlatego wszczynają kłótnie, obrażają się z byle powodu, chcą, żeby w ich otoczeniu znów panowało to, co znają, czyli agresja, chaos i napięcie.

 
– Czasem zrozumienie motywacji pozwala nam wzbudzić w sobie litość. A ona bywa lepsza od gniewu, zwłaszcza bezsilnego – mówi dr Aduszkiewicz. – Bywa, że ludzie stają się też źli pod wpływem sytuacji, w jakiej się znaleźli. Dowodzi tego pamiętny eksperyment profesora Philipa Zimbardo, w którym studenci odgrywali role więźniów i strażników. Po kilku dniach Zimbardo musiał go przerwać, gdyż „strażnicy” w zaskakująco okrutny sposób zaczęli zachowywać się wobec „więźniów”. Zdaniem profesora, to kontekst, w jakim znajdują się ludzie, decyduje o ich zachowaniu. Dlatego wystąpił w obronie strażników z Guantánamo, ogólnie potępionych za znęcanie się nad irackimi jeńcami. Dowodził, że to armia i prezydent George W. Bush stworzyli warunki, które uczyniły z tych ludzi katów.

Aureliusz radzi jeszcze: zapytajmy siebie samych, co się z nami dzieje, gdy stajemy się obiektem działań człowieka wrednego? Czemu czujemy się źle, jesteśmy niespokojni, mamy poczucie zagrożenia? Bo taka konfrontacja daje okazję do tego, żeby przyjrzeć się uważnie samemu sobie i dowiedzieć się, dlaczego czyjeś działanie wywołuje w nas ból, lęk, wściekłość. Gdy się to uda, będziemy mocniejsi.

Warto też zastanowić się, czy sam nie prowokuję dokuczliwości innych. Jay Carter pisze, że czasem do ataku doprowadza nasza bierno-agresywna postawa. Dzieje się tak, gdy umniejszamy siebie w oczach innych, mówimy o sobie: „ależ ja jestem niezdara”, gdy podlizujemy się albo nie potrafimy przyjmować komplementów. Ci, którzy nie szanują samych siebie, nie są szanowani przez innych.

Dresiarze

– Jedno z trudniejszych doświadczeń dotknęło mnie w Warszawie, na placu Zbawiciela – opowiada dr Mateusz Gola, neurokognitywista, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo- behawioralny – Miałem wtedy 15 lat. Wracałem ze szkoły, kiedy podszedł do mnie dresiarz i powiedział, żebym oddał mu walkmana. Odpowiedziałem: „spadaj!”. To, co się stało później, nie trwało dłużej niż kilka minut, ale konsekwencje tego zdarzenia ciągnęły się za mną latami. Okazało się, że dresiarz był z dwoma kolegami. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy poczułem pierwsze uderzenie... Trafiłem do szpitala. Ten wypadek zmienił moje przekonania na temat świata. Pomyślałem, że nie jest to jednak bezpieczne miejsce, że ludzie mają różne motywy. Ale najtrudniej było mi sobie poradzić z tym, że nie mogłem w tym wydarzeniu znaleźć żadnego sensu.

Dopiero podczas modlitwy na rekolekcjach ignacjańskich w Kaliszu, znalazł odpowiedź. Zrozumiał, że życie jest jak wycieczka w góry. Najważniejsze to dotrzeć do schroniska przed zmrokiem. Dlatego jeśli ktoś rzuci w nas kamieniem, obrazi, nastraszy, nie warto tracić czasu na dochodzenie, dlaczego to zrobił. Szkoda czasu na odrzucanie kamieni, planowanie zemsty, rozpacz. Najlepiej uznać: boli mnie ta rana od uderzenia kamieniem, ale idę dalej. Wiem dokąd zmierzam i czemu to dla mnie ważne.

Trzeba też jasno powiedzieć sobie: to nie była moja wina, byłem ofiarą. – Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały, choć realnie nie możemy być za nie odpowiedzialni – mówi Mateusz Gola. – Robimy to, by zachować poczucie kontroli nad naszym światem, by utrzymać złudzenie, że robiąc coś – lub czegoś nie robiąc – możemy zapobiec kolejnej krzywdzie. Czytałem kiedyś o kobiecie, która wierzyła, że nosząc torebkę na lewym ramieniu wywołała w lewej piersi raka. Chciała wierzyć w coś tak absurdalnego, by ocalić w sobie złudzenie kontroli nad losem, bo ono dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy przecież nie nosić torebki na ramieniu, żeby nie zachorować kolejny raz.

Trudno pogodzić się z tym, że nie kontroluje się świata, ale też tylko ta prawda pozwala nam zrzucić z ramion ciężar odpowiedzialności za to, co się wydarza. Jest więc nam lżej – posługując się znów wspomnianą metaforą – wędrować dalej po górach i łatwiej dotrzeć do schroniska.

Wzgórza Golan

– Na Wielkanoc byłem w Izraelu – opowiada Mateusz Gola. – Wyjechałem z Jerozolimy na północ do Galilei i tam chodziłem po Wzgórzach Golan, tak na przełaj. W pewnej chwili wypełzł mi spod nóg olbrzymi wąż. Przerażony nie mogłem się ruszyć. A kiedy serce przestało mi kołatać i mogłem iść dalej, szedłem bardzo ostrożnie, patrząc pod nogi, by nie nadepnąć na innego węża. Tak doszedłem do drogi. Zdziwiłem się, bo ciągnęło się wzdłuż niej ogrodzenie z drutu kolczastego. Przerzuciłem plecak górą, a sam przeszedłem pod drutem. Kiedy byłem już na drodze, odwróciłem się jeszcze, żeby spojrzeć na zachodzące za wzgórzami słońce. Wtedy zobaczyłem tablicę ostrzegawczą: „Zakaz wstępu, pole minowe”.

Pół roku później trafił w internecie na film o człowieku, który tak jak on, chodził po Wzgórzach Golan i wszedł na minę. Urwało mu nogę. Przyleciał po niego helikopter medyczny, ale w czasie transportu ranny wypadł z uprzęży… i zginął na kolejnej minie. – To była dla mnie następna lekcja. Zaprzestałem prób dociekania sensu złych wydarzeń, jak pobicie czy spotkanie z wężem – wyznaje Gola. – Te zdarzenia mają sens, choć być może ja go nigdy nie poznam. To, z czym musiałem się zmierzyć, może chronić mnie przed czymś gorszym lub nauczyć czegoś, co jest lub będzie mi bardzo potrzebne. Trudne doświadczenia, spotkania ze złymi ludźmi pozwalają dostrzec, że może to ma jakiś wyższy, niepojęty dla nas sens życia. I paradoksalnie – dają wyzwolenie.

– Zdaniem Marka Aureliusza, poznanie wrednych ludzi uwalnia od męczącej pogoni za idealnym światem i wspaniałymi ludźmi bez skazy. Pogoń za doskonałością może być wielkim utrapieniem – dodaje dr Aduszkiewicz. – Lepiej żyje się temu, kto przyjmie złożoność ludzkiej natury, z jej złością, chorymi ambicjami, lękami i zahamowaniami. Bo poza nimi są także szlachetność serca, miłość i oddana przyjaźń.

Amerykański filozof Alasdair Macintyre mówi, że na ludzkie życie można spojrzeć jak na poszukiwanie dobra. – Nic więc dziwnego – mówi dr Andruszkiewicz – że ludzie w tych poszukiwaniach wchodzą w kolizje, jedni drugim jawią się jako wredni. I nie ma co oczekiwać, że będzie inaczej. Pozostaje radzić sobie z własnymi przykrymi odczuciami na temat innych ludzi, rozwijać siłę ducha i nie ustępować w sprawach, które są dla nas ważne. Jeśli nie możemy z kimś się dogadać, to trudno, trzeba umieć zaznaczyć własne granice albo się rozstać. Ale również pamiętać, że ta kolizja nauczyła nas wytyczać granice cierpliwości i zdolności przekonywania.

  1. Psychologia

Toksyczny partner – jak żyć z manipulantem?

Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Spotkałam księcia z bajki. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć.

Spotkałam księcia z bajki. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące.

„To moja druga połówka” – opowiadałam przyjaciółkom, gdy w wieku 37 lat ja, samotna mama ośmiolatki, w końcu z nim zamieszkałam. „Chagall mógłby się od niej uczyć” – pąsowiałam, gdy przechwalał się na Facebooku moimi ilustracjami do książek. Zapłacił czynsz za pół roku, szalał z moją córką na rowerach. Oswajał każdy mój lęk. „Ze wszystkim sobie poradzimy, KMŻ [kobieto mojego życia]” – pisał dziesiątki czułych SMS-ów dziennie. Mam je do dziś.

Piekło i raj

Zanim pojawił się on, przez pięć lat byłam samotną mamą. Zaradną, niezależną optymistką. Samotność? Nie dramatyzowałam. Weekendy i wakacje z przyjaciółkami i ich dzieciakami. Rytuały domowe z córką. Z nim brakowało na nie czasu. „Nic beze mnie” – domagał się. Moja niezależność najpierw go fascynowała, potem doprowadzała do szału. Czułam się winna, gdy nie dość szybko odpowiadałam na SMS-y, za długo rozmawiałam przez telefon albo nie zachwyciłam się jego pomysłem na biznes. „Nie masz pojęcia, co to partnerstwo” – znowu albo awantura, albo milczenie. Jak mantrę powtarzał: „Obchodzą cię tylko twoje bazgroły. Traktujesz mnie jak zabawkę” – i wychodził. Biegłam za nim przekonana, że za mało daję. Był zazdrośnikiem. Deprecjonował moich znajomych, krytykował siostrę. „Chce cię od nas odciąć” – ostrzegały przyjaciółki. A ja myślałam: „Dostaję od niego tyle miłości, że postaram się jeszcze bardziej”. Im bardziej był ze mnie niezadowolony, tym bardziej bałam się go stracić. Powstał między nami dziwny rytuał. Jego foch – moje wycofanie – jego „wybaczenie”. I gorący seks albo rodzinna wyprawa do Kazimierza na zgodę. Jednak wystarczała iskra, by znowu powstał pożar. Krytykował wszystkich wokoło. Przypomniałam sobie, że zauważyłam to już podczas pierwszych randek. Nawet przeszło mi przez myśl, że ma niskie poczucie własnej wartości. Ale zakochana kobieta widzi to, co chce zobaczyć.

Kiedy powiedzieć „dość”?

Lista zarzutów się wydłużała. Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie. Czasem miałam wrażenie, że stanę na rzęsach, a on i tak będzie niezadowolony. Migrenę, rozdrażnienie na córkę zrzucałam na przemęczenie pracą. Pierwszy raz w życiu musiałam poprawiać ilustracje. „Musisz zacząć w siebie wierzyć” – pocieszała redaktorka. Faktycznie, z samooceną było u mnie kiepsko. Marna kucharka – on nie tykał moich dań. Zła matka. Brzydula – za grube uda, odstające uszy.

„On tobą manipuluje, szantażuje odrzuceniem, a sam pewnie drży, że go zostawisz. Postaw mu się, ma cię szanować!” – mówiły przyjaciółki.

Często opowiadał o jakiejś koleżance z pracy. Któregoś wieczoru na jego komórce wyświetliła się od niej wiadomość. Zerknęłam: „Dziękuję za cudowną delegację [serduszko]. Wybacz, jeśli zbyt otwarcie odpowiedziałam na twoją serdeczność [serduszko]”. Wrzeszczałam, płakałam. „Inwigilujesz mnie, zabraniasz rozmawiać nawet z sąsiadem. A ty?!” Śmiał się. „Coś sobie uroiłaś. Musisz się leczyć, ile razy mam ci to powtarzać, ty nie wiesz, jak być z kimś w związku”. On miał prawo na mnie wrzeszczeć. Moja furia została uznana za niepoczytalność. Przez kolejne dni byłam jak zahibernowana. „Umówiłem cię ze świetną terapeutką, pójdziemy razem, chcę ci pomóc”. Chciałam zasłużyć na jego miłość. Nawet za cenę zaburzeń, które mi wmawiał.

Droga na dno

Terapeutka, o dziwo, nie podpisała się pod „diagnozą” , że nie umiem być z kimś blisko, że może mam borderline – jak sugerował, opowiadając o mojej furii. Zaproponowała terapię par.

Podpisaliśmy kontrakt na kilkanaście spotkań. W aucie on obśmiał terapeutkę, powiedział, że poszuka innej, i podarł kontrakt. On nie musi się leczyć, on nie ma problemów, jest zarąbistym facetem – słyszałam. Poszłam sama. Bladłam, odpowiadając na jej pytania. Jak się przy nim czuję? Jak śmieć. Zero szacunku z jego strony. Lęk. Smutek. We wszystkim jestem beznadziejna. Nie umiem się skupić na pracy. No i najgorsze – moja córka też boi się jego reakcji. „Niech pani poczyta o toksycznych mężczyznach” – wręczyła mi książkę. Na kolejną wizytę nie poszłam. Nie miałam siły mierzyć się z prawdą.

Nasz zjazd na dno trwał jeszcze kilka­naście tygodni. Próby ratunku? Był seks – zwierzęcy, bez czułości. Trzymałam się ostatnich iluzji. I sama ze sobą nie wytrzymywałam. Łykałam xanax albo piłam. Finał był tak absurdalny, że aż śmieszny. To on spakował walizki. „Zniszczyłaś mnie jako faceta, oddałem ci się cały, a ty nie umiałaś tego docenić” – powiedział.

Po rozstaniu wróciłam do terapeutki. Lizałam rany przez dwa lata. Dziś jasno widzę, jak mną manipulował, żal mi go, bo zrozumiałam, że sam miał kłopoty ze sobą. Toksyczni ludzie nie wiedzą, że krzywdzą. To mi daje siłę, żeby nie czuć się winną naszej porażki.

  1. Psychologia

Wszyscy bywamy wariatami

Manipulujący współpracownik? Roszczeniowy rodzic? A może rozchwiany emocjonalnie partner? Niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. (Fot. materiały prasowe)
Manipulujący współpracownik? Roszczeniowy rodzic? A może rozchwiany emocjonalnie partner? Niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. (Fot. materiały prasowe)
Psychiatra Mark Goulston twierdzi, że każdy człowiek wykazuje czasami przykład tzw. wariactwa codziennego. I nie ma na myśli zachowań charakterystycznych dla zaburzeń czy chorób psychicznych, ale sytuację, gdy do zdominowanego przez ciało migdałowate mózgu nie trafiają logiczne argumenty. Co zrobić, gdy na drodze stanie nam furiat?

Przepracowałem dziesięciolecia jako psychiatra i wiem, jak wygląda „wariactwo” – a widziałem parę naprawdę poważnych przypadków. Jakiś czas temu jednak doznałem olśnienia – ja oczekuję wariactwa na co dzień, bo to moja praca. Zdałem sobie jednak sprawę, jak często ty musisz stawiać czoło furiatom – przy czym nie są to stalkerzy Britney Spears czy osoby ze skłonnościami samobójczymi, tylko ludzie, którzy przejawiają coś, co nazywam „wariactwem codziennym”. Założę się, że niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. Szef, który oczekuje niemożliwego? Roszczeniowy rodzic? Wrogo nastawiony nastolatek? Manipulujący współpracownik? Sąsiad, który zawsze szuka dziury w całym? A może rozchwiany emocjonalnie partner albo irracjonalny klient?

Czas na wyjaśnienie słowa „wariat” – wiem, że ma ono zabarwienie pejoratywne i jest zupełnie niepoprawne politycznie. Kiedy się jednak nim posługuję, nie mam na myśli osób cierpiących na choroby psychiczne.

Nie używam go też do napiętnowania żadnej grupy ludzi. Po prostu każdy z nas czasami zachowuje się jak „wariat”. Ludzie, z którymi się stykasz, potrafią być irracjonalni na cztery różne sposoby:

  • Mają zaburzone postrzeganie świata.
  • Myślą lub mówią rzeczy, które nie mają sensu.
  • Podejmują decyzje i działania, które nie leżą w ich najlepszym interesie.
  • Kiedy starasz się sprowadzić ich z powrotem na drogę rozsądku, stają się nie do wytrzymania.

Wbrew instynktowi

Lata temu usłyszałem radę, co zrobić, kiedy pies ugryzie cię w rękę – jeżeli poddasz się instynktowi i spróbujesz wyszarpnąć mu dłoń z pyska, zaciśnie tylko mocniej zęby. Jeżeli jednak na przekór odruchowi wepchniesz dłoń głębiej, pies zwolni uchwyt. Dlaczego? Bo kolejnym krokiem dla niego jest przełknięcie smacznego kęsa, a w tym celu musi rozluźnić szczęki. To właśnie moment, kiedy możesz wyciągnąć dłoń. Tę samą zasadę stosuje się̨w rozmowie z irracjonalnymi osobami. Jeżeli zachowujesz się tak, jakby postradali zmysły, a ty nie, po prostu pogrążą się głębiej we własną rzeczywistość. Jeżeli jednak wczujesz się w ich irracjonalność, to radykalnie zmienisz dynamikę całej sytuacji.

Oto przykład:

Po koszmarnym dniu, jednym z najbardziej frustrujących w życiu, wracałem samochodem do domu w zasadzie na autopilocie, rozmyślając o swoich problemach. W Kalifornii jest to niestety bardzo niebezpieczne. Wjeżdżałem właśnie do Doliny San Fernando, jadąc na południe Sepulveda Boulevard, kiedy niechcący wymusiłem pierwszeństwo na półciężarówce, którą prowadził ogromny facet, z żoną obok. Zatrąbił na mnie, a ja podniosłem rękę na przeprosiny. A potem, niecały kilometr później, jak ten idiota znowu wjechałem mu przed maskę. Gość wyprzedził mnie, zajechał mi drogę i się zatrzymał, więc ja też musiałem stanąć. Widziałem, jak jego żona gestykuluje nerwowo i próbuje go nakłonić, żeby odpuścił. Nie posłuchał jej jednak i wysiadł z samochodu – miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Podszedł do mojego wozu i walnął w szybę od strony kierowcy, przeklinając, ile sił w płucach. Byłem tak oszołomiony, że otworzyłem okno, a potem po prostu poczekałem, aż zrobi przerwę na dalsze inwektywy.

– Czy kiedykolwiek miał pan tak upiorny dzień, że po prostu liczył pan na spotkanie kogoś, kto wyciągnie spluwę, strzeli do pana i zakończy te męczarnie? Czy to pan jest tą osobą? – zapytałem, kiedy brał wdech. Opadła mu szczęka. – Co? – wydukał.

Do tego momentu zachowywałem się jak idiota, ale tutaj zrobiłem coś genialnego. Nie wiem jak, ale w oszołomieniu powiedziałem właśnie to, co należało powiedzieć. Nie próbowałem się kłócić z tym olbrzymem – prawdopodobnie na próby argumentacji wyciągnąłby mnie z samochodu i mi przyłożył. Nie odpowiedziałem też agresją. Zamiast tego wczułem się w jego emocje. Gapił się na mnie, więc kontynuowałem. – Zwykle nie wjeżdżam ludziom przed maskę, a już na pewno nigdy nie robię tego dwa razy z rzędu. To po prostu taki dzień, że nieważne, co zrobię albo kogo spotkam – w tym pana! – wszystko idzie nie tak. Czy będzie pan tak miły i mnie zastrzeli?

Zmienił się w oczach – w ułamku sekundy uspokoił się i zaczął dodawać mi otuchy. – Hej, chłopie, będzie dobrze. Serio! – wyrzucił z siebie. – Spokojnie, będzie dobrze. Każdy ma czasem taki dzień. – Łatwo panu powiedzieć! – perorowałem dalej. – To nie pan spieprzył dziś wszystko, a ja tak. Nie będzie dobrze, nie sądzę. Ja już chcę, żeby to się skończyło! Pomoże mi pan? – Nie, naprawdę, będzie dobrze, po prostu spróbuj się uspokoić – wspierał mnie z zaangażowaniem.

Pogadaliśmy jeszcze parę minut, a potem wsiadł do półciężarówki, powiedział coś do żony i pomachał do mnie w lusterku wstecznym, jakby mówił: „Pamiętaj, rozluźnij się. Będzie dobrze”. A potem odjechał.

Przyznam, że nie jestem z siebie dumny. Ten facet w półciężarówce na pewno nie był tego dnia jedynym wariatem na drodze... Ale o to właśnie chodzi. Mógł mnie sprać na kwaśne jabłko i pewnie by to zrobił, gdybym próbował się z nim kłócić albo zaczął cokolwiek wyjaśniać. Ja jednak spotkałem się z nim w jego rzeczywistości, w której to ja byłem tym złym, a on miał pełne prawo zrobić mi krzywdę. Dzięki instynktownemu wykorzystaniu techniki, którą nazywam asertywnym poddaniem się, w niecałą minutę przestałem być agresorem i stałem się sojusznikiem.

Na szczęście ta reakcja była dla mnie instynktowna, nawet w zły dzień – to dlatego, że od lat jako psychiatra musiałem wczuwać się w emocje innych. Robiłem to tysiące razy, na różne sposoby, i wiem, że ta metoda się sprawdza. Wiem też, że sprawdzi się w twoim przypadku.

Wczucie się w emocje jest strategią, którą możesz wykorzystać wobec każdej irracjonalnej osoby. Możesz na przykład skorzystać z niej w rozmowie z:

  • partnerem, który na ciebie wrzeszczy – albo nie chce z tobą rozmawiać;
  • dzieckiem, które mówi: „Nienawidzę cię” albo „Nienawidzę siebie”;
  • starzejącym się rodzicem, który mówi: „Nie kochasz mnie już”;
  • pracownikiem, który bezustannie przeżywa załamania w pracy;
  • despotycznym zwierzchnikiem.
Nieważne, z jakim rodzajem „wariactwa codziennego” masz do czynienia – wczucie się w nie pozwoli ci się wyrwać z błędnego koła strategii komunikacyjnych, które nie działają, i dotrzeć do ludzi, z którymi musisz się porozumieć. W efekcie poradzisz sobie z niemal każdą wypełnioną emocjami sytuacją.

Koło racjonalności

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wczucie się̨ w cudze wariactwo nie jest reakcją instynktowną. Twoje ciało nie chce tego robić. W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Zwróć na to uwagę – czujesz ucisk w gardle, tętno ci przyspiesza, w brzuchu coś́ się kotłuje albo zaczyna cię boleć głowa. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną.

Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. Jeżeli jednak irracjonalna osoba jest stałym elementem twojego życia, żadna z tych reakcji nie rozwiązuje problemu. Zamiast tego nauczę cię, jak podejść do wariactwa od zupełnie innej strony z wykorzystaniem sześcioetapowego procesu, który nazywam kołem racjonalności.

Oto, co trzeba zrobić na poszczególnych etapach:

1. Przyjmij do wiadomości, że osoba, z którą masz styczność, nie jest w stanie myśleć racjonalnie w bieżącej sytuacji. Dodatkowo zrozum, że jej szaleństwo jest głęboko zakorzenione w odległej lub niedawnej przeszłości, a nie w chwili obecnej, więc nie jest to coś, z czym możesz polemizować albo się kłócić.

2. Ustal schemat działania rozmówcy – konkretny sposób, w jaki przejawia się jego szaleństwo. To strategia, którą wykorzystuje, aby wyprowadzić cię z równowagi – wpędzając cię w złość, poczucie winy, wstyd, strach, frustrację albo twoje własne szaleństwo. Kiedy już przejrzysz ten schemat, poczujesz większy spokój, koncentrację i kontrolę nad waszą rozmową – a także będziesz w stanie dobrać odpowiednią kontrstrategię.

3. Zrozum, że to nie ty jesteś przyczyną tej huśtawki emocjonalnej, tylko osoba, z którą rozmawiasz. Nie bierz jej słów osobiście – w tym celu przed rozmową zidentyfikuj i zneutralizuj własne punkty zapalne. Podczas rozmowy będziesz korzystać ze skutecznych narzędzi mentalnych, aby nie dać się sprowokować. Dzięki temu unikniesz przejęcia kontroli przez ciało migdałowate (to termin zaproponowany przez psychologa Daniela Golemana) – dochodzi do niego, gdy ciało migdałowate (część mózgu odpowiedzialna za poczucie zagrożenia) blokuje racjonalne myślenie.

4. Rozmawiaj z osobą irracjonalną, wczuwając się w jej emocje poprzez wejście w jej świat ze spokojem i jasno określonym zamiarem. Na początku załóż jej niewinność – musisz wierzyć, że to tak naprawdę dobry człowiek, a jego zachowanie ma uzasadnioną przyczynę. Nie osądzaj – zamiast tego zainteresuj się, co leży u podstaw takiego zachowania. Następnie wyobraź sobie, że sam odczuwasz to, co rozmówca – czujesz się atakowany, niezrozumiany i zepchnięty do defensywy.

5. Pokaż rozmówcy, że jesteś sojusznikiem, a nie zagrożeniem. Wysłuchaj jego wybuchu spokojnie i z empatią. Zamiast próbować go opanować, zachęcaj, by dał upust emocjom. Zamiast odpowiadać atakiem, dostosuj się do niego, a wręcz go przeproś. Jeżeli go życzliwie wysłuchasz i będziesz empatycznie naśladować jego zachowanie, on zacznie słuchać i naśladować ciebie.

6. Kiedy już twój rozmówca się uspokoi, spróbuj sprowadzić go na drogę bardziej racjonalnego myślenia.

Koło racjonalności ma w sobie potężną magię, pamiętaj jednak, że przeprowadzenie samego siebie i irracjonalnego rozmówcy przez wszystkie sześć etapów nie zawsze jest łatwe i zabawne, a przy tym nie zawsze działa od razu. Ponadto, jak w każdej sytuacji w życiu, czasami ta metoda nie działa – istnieje wręcz niewielkie ryzyko, że tylko pogorszy sytuację. Kiedy jednak musisz rozpaczliwie dotrzeć do osoby trudnej, niemożliwej albo całkowicie pozbawionej kontroli, jest to technika, która daje ci największe szanse na sukces.

Fragment książki „Jak rozmawiać z furiatami. Techniki, ćwiczenia, strategie”. wszystkie skróty pochodzą od redakcji. Książka do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

Mark Goulston, psychiatra, trener negocjacji w FBI i policji, konsultant i doradca biznesowy. Jego teksty ukazują się m.in. w „Harvard Business Review”, „Huffington Post” i „Psychology Today”, pracuje z wieloma liderami z prestiżowego rankingu biznesowego Fortune 500. Jego książka „Jak rozmawiać z furiatami” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

  1. Psychologia

Moralna wyższość jest niebezpieczna. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę

Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę (fot. iStock)
Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę (fot. iStock)
Jesteśmy niebezpieczni, gdy wierzymy, że nigdy nie krzywdzimy innych – mówi psychoterapeutka Bogna Szymkiewicz.

„Toksyczni rodzice”. „Toksyczni ludzie”. „Wredni ludzie”. „Wstrętni mężczyźni”. „Wstrętne kobiety”. „Toksyczni szefowie”. To są tytuły książek, które znakomicie się sprzedają. Jakbyśmy wierzyli w to, co mówił Sartre, że piekło to inni.
Nie ma ludzi wrednych, złych czy toksycznych. Są tacy, którzy w tym momencie swojego życia wybierają „ciemną stronę mocy” – mniej lub bardziej świadomie. I wtedy zaczynają zachowywać się w sposób wredny, niszczący czy manipulujący.

Twierdzą, że mają powody, żeby się tak zachowywać, po prostu muszą się bronić.
Oczywiście toksyczne zachowania mają swoje przyczyny. Wszyscy zbrodniarze świata doznali krzywd jako dzieci. Jeden z moich nauczycieli powiedział, że człowiek to zbyt delikatna istota, by znieść choćby jedno nadużycie. Nadużywani ludzie odpłacają potem innym, wyrównują krzywdy. Gdy jesteśmy zranieni, automatycznie zajmujemy miejsce ofiary. W środku jesteśmy obolałymi, słabymi istotami, ale na zewnątrz używamy ogromnej siły, niejako przeskakujemy z miejsca ofiary w miejsce prześladowcy, mściciela. Kontakt mamy jednak tylko z bólem ze środka, więc nie widzimy przemocy, którą fundujemy innym. Krzywdzimy siebie nawzajem w rolach, które odgrywamy w życiu. Wierzę jednak, że na najgłębszym poziomie jesteśmy połączeni miłością. Esencją naszego istnienia jest miłość.

Jeśli w to wierzymy, to z trudem przychodzi nam stawianie granic, bo widzimy pod toksycznym zachowaniem lęk i cierpienie.
Jeśli patrzymy na innych ludzi z moralną wyższością – bo przecież tacy biedni, więc trzeba im współczuć i ustępować – robimy im krzywdę. Jest w tym protekcjonalizm, a często też idealistyczna wiara, że oni się zmienią, gdy tylko zdobędziemy się na wybaczenie. Bo przecież „tak się nie robi” i „on się na pewno opamięta”.

Dziwimy się, że współczucie niczego nie zmienia. Mało tego – najczęściej rozwściecza prześladowcę, wzmacnia toksyczne zachowania.
Z miłości ustępujemy pola. A potem z niedowierzaniem patrzymy na spustoszenia dokonywane przez tych, którzy wybrali „ciemną stronę mocy”. Moralna wyższość jest niebezpieczna, bo rodzi się z takiego przekonania, że ja nigdy nie krzywdzę ludzi, a więc mam monopol na widzenie prawdy. Tymczasem – mówią o tym wszystkie tradycje duchowe – każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, potencjał, żeby zabić. Uczestniczyłam kiedyś jako prowadząca w psychologicznych badaniach dotyczących moralnych zachowań. Pierwsza część testu polegała na rozwiązaniu zadania, które było skonstruowane tak, że aby je rozwiązać, nie można było nie oszukiwać. Potem uczestnicy wypełniali ankietę na temat własnych poglądów moralnych na życie. Wyniki były zaskakujące: ci, którzy uważali, że nigdy nie oszukują i zawsze są kryształowi, częściej oszukiwali w pierwszej części zadania. Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę, widzimy w innych mnóstwo zła. Im bardziej chcemy być doskonali i upieramy się, że czynimy samo dobro, tym bardziej jesteśmy głusi na krytyczne informacje na temat naszych zachowań.

Tylko miłość uzdrawia – tyle razy słyszymy to zdanie, że w chwili, gdy w sposób zdecydowany przeciwstawiamy się przemocy, możemy poczuć się kiepsko.
Duchowość to nie miękkość. To siła. Miłość, ale i moc. Nie chodzi o to, by kogoś zniszczyć, odpłacając mu pięknym za nadobne, ale by w zdrowy, mocny sposób postawić granice, nie zgadzać się na nadużycia, powiedzieć: dosyć, dalej ani kroku! Jeśli wycofuję swoją siłę, wtedy nie mówię, jaki jest mój punkt widzenia, nie daję więc drugiej osobie tych informacji, które są jej potrzebne, by mogła się rozwijać jako istota ludzka. Nie bądźmy bezbronni wobec ludzi, którzy nas niszczą. Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby się przed nimi bronić. Jeśli mamy do czynienia z szefem, który zachowuje się wrednie, nie unikajmy go, nie plotkujmy po kątach, ale skonfrontujmy się z nim, ujawnijmy jego niszczące strategie. Samemu trudno to zrobić, ale gdy dziesięć osób z zespołu przeciwstawi się, powie o tym zwierzchnikom szefa, jest szansa na zmianę. Potrzebny jest nacisk społeczny. Może nie powinniśmy podawać ręki takim ludziom? To byłby początek ruchu społecznego, potężna forma nacisku. Potrzebujemy wzrostu indywidualnej świadomości, ale potrzebujemy też nowych wzorców bycia ze sobą w grupie, nowych reguł współżycia, nowych praw i opartych na nich instytucji. Tak wielu z nas doświadcza wewnętrznego niepokoju, wierząc, że tylko dzięki władzy, kontroli i manipulacji możemy być kimś wartościowym i zyskać uznanie społeczne. Ale tak nie musi być, nie musimy ze sobą walczyć. Takie akcje społeczne, jak „Kocham, nie biję”, „Kocham, mam czas”, tworzą nowe pole świadomości, nowy wzorzec. Wierzę, że żyjemy w czasach głębokiej transformacji. Wierzę, że możliwy jest taki świat, w którym będzie się liczyło zdanie każdego człowieka; zrozumiemy, że porządek oparty na władzy i dominacji nikomu nie służy, niszczy wszystkich, także tych sprawujących nad nami toksyczną władzę.

W różnych duchowych naukach spotykamy taką pociągającą koncepcję, że drugi człowiek bez względu na to, jak byłby toksyczny czy wredny, jest aspektem nas samych. Że możemy się w sobie przeglądać jak w lustrach. I że ktoś dla nas najtrudniejszy w kontakcie jest naszym największym nauczycielem.
Opacznie to rozumiemy. Po pierwsze nawet jeśli ten drugi to też ja, w żadnym razie nie znaczy to, że zachowuję się tak samo wrednie czy toksycznie jak on. Przeglądam się w nim, żeby dokonać w sobie transformacji. Jeśli jestem otwarta i współczująca, a on zamknięty i silny, to być może potrzebuję „wziąć” od niego trochę jego siły, a w pewnych obszarach zamykać się – jak on – żeby siebie chronić. Przeglądam się w nim nie po to, żeby wpaść w poczucie winy i znów o coś siebie oskarżyć – „bo skoro nie akceptuję toksyczności, to znaczy, że mam problem” – ale żeby siebie wzmocnić. Ktoś, kto mnie krzywdzi, nie jest moim dobroczyńcą. Oczywiście mogę z czasem dojść do wniosku, że wiele nauczyłam się z tego, co mnie spotkało, ale to moja decyzja, by w ten sposób się uczyć. Mówienie komuś z góry: „to twój nauczyciel”, jest nadużyciem.

Najlepiej, gdybyśmy mieli w sobie i miłość, i współczucie, i mocne granice, i byśmy byli solidarni społecznie.
Zawsze warto próbować się porozumieć. Jednak jeśli czuję, że to, co mówię, jest wykorzystywane przeciwko mnie, rozbijam się o mur, jestem oskarżana, znowu manipulowana, nie będę długo się narażać, powiem: dosyć! Nie życzę sobie dalszych kontaktów. A jednocześnie życzę tej osobie jak najlepiej.

Bogna Szymkiewicz: dr psychologii, pracuje w Instytucie stosowanych Nauk Społecznych UW. Dyplomowana terapeutka i nauczycielka pracy z procesem. Autorka książek.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru magazynu Zwierciadło