1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Filmy, które leczą

Filmy, które leczą

Dopiero od niedawna kino na serio wykorzystywane jest w psychoterapii. Pomaga dotrzeć do ukrytych emocji, inspiruje do zmian, daje nadzieję, rozwija samoświadomość, pozwala z dystansu spojrzeć na nasze problemy

Pamiętacie „Co się wydarzyło w Madison County”? Fotograf „National Geographic” (Clint Eastwood) robi reportaż na amerykańskiej prowincji, gdzie poznaje zwyczajną gospodynię domową. Między dwójką dojrzałych ludzi wybucha nagła namiętność. Bohater Clinta Eastwooda cierpliwie słucha, przynosi piwo, pieli ogródek, a do kolacji zapala świece. Dostrzega we Francesce (Meryl Streep) wrażliwą, pełną pasji kobietę. Tymczasem jej własny mąż patrzy na nią wyłącznie przez pryzmat ról, jakie odgrywa w rodzinie: dobrej żony, matki, perfekcyjnej gospodyni domowej.

Nie łudźmy się, w życiu zdecydowanie więcej jest takich mężów niż takich kochanków. Co nie znaczy, że pozostaje nam tylko z westchnieniem odłożyć film Eastwooda na półkę. Amerykańscy psycholodzy praktykujący cinematherapy (filmoterapię) chętnie wykorzystują go w terapii małżeństw. Wspólny seans i późniejsza rozmowa z lekarzem pomagają otwierać mężczyzn na potrzeby kobiet.

Oczywiście oglądanie nawet dziesiątków filmów nie zastąpi klasycznych form terapii i nie o to w tym wszystkim chodzi. Filmoterapia jest techniką pomocniczą, która rozwinęła się równocześnie z rozpowszechnieniem się wideo i której kolebką – jak się łatwo domyślić – są Stany Zjednoczone. – Filmy pomagają odnaleźć wzorce, nadzieję, inspirację, podsuwają nowe rozwiązania starych problemów – przekonuje psycholog John Hesley, który wraz z żoną Jan napisał książkę „Rent Two Films And Let’s Talk in the Morning”.

Są skuteczne w terapii, bo działają przede wszystkim poprzez emocje, a nie intelekt. Podobnie jak sny umożliwiają dotarcie do nieuświadomionych pragnień, potrzeb i wydobycie ich na światło dzienne. Często zdarza się, że ludzie, którzy w życiu nie uronili ani jednej łzy, nawet w sytuacjach naprawdę dramatycznych, płaczą na filmach. Rozmowa na tematy trudne dla pacjenta bywa łatwiejsza, gdy na początek dyskusja dotyczy fikcyjnej ekranowej postaci przeżywającej podobne emocje.

Repertuar na każdy problem

Twórca metody, amerykański profesor Gary Solomon, przekonuje, że film, by mógł zadziałać terapeutycznie, powinien odzwierciedlać naszą obecną sytuację i dotyczyć problemów, z którymi się borykamy. Jego zdaniem „Uwierz w ducha” z Demi Moore i Patrickiem Swayzem, w którym mężczyzna zza grobu wspiera ukochaną, może otworzyć pacjenta na przyjęcie pomocy. Z kolei „Pole marzeń”, którego bohater (Kevin Kostner) decyduje się spełnić szalone marzenie, uczy, jak zaufać własnej intuicji i słuchać wewnętrznego głosu.

Inna znana amerykańska filmoterapeutka Birgit Woltz uważa, że nie zawsze kino musi korespondować z naszą sytuacją. Czasem, gdy jesteśmy skupieni na przytłaczających nas problemach, lepiej włączyć dobrą komedię, by złapać dystans i spojrzeć na sprawy, z którymi się mierzymy, w nowy, świeży sposób. Jej zdaniem pacjenci mający zablokowane emocje nie muszą szukać na ekranie swojego lustrzanego odbicia. Czasem wystarczy film, który po prostu pobudzi ich do płaczu, uwalniając w ten sposób głęboko ukryty smutek, gniew czy żal.

Tak jak nie istnieje jeden sposób na wykorzystanie filmów w terapii, tak samo nie istnieje gotowa lista filmów użytecznych w konkretnych sytuacjach czy chorobach. Właściwie każdy terapeuta dobiera je według własnego klucza, choć są tytuły, które się powtarzają.

Na przykład Birgit Woltz poleca chorym na schizofrenię i ich rodzinom głośny „Piękny umysł”, opartą na faktach historię genialnego matematyka – chorego na schizofrenię, który otrzymał Nagrodę Nobla. – Wbrew pozorom to nie jest film terapeutyczny – uważa Anna Jędryczka-Hamera, psycholog i polska pionierka filmoterapii. Według niej „Piękny umysł” może przynieść więcej frustracji niż prawdziwej pomocy. – Rodziny chorych przychodzą do mnie i pytają: „No dobrze, schizofrenika już mamy, a kiedy będzie Nobel?”. Tymczasem żeby wyjść z choroby psychicznej, trzeba pracować. Wśród chorych na schizofrenię zaledwie promil osiąga taki sukces jak bohater „Pięknego umysłu”, reszta może liczyć najwyżej na posadę sprzątaczki czy portiera. Ale Anna Jędryczka-Hamera ma swoje antidotum na film Rona Howarda. To „Dowód”, w którym Gwyneth Paltrow gra córkę matematyka – schizofrenika. Zamiast rozbudzać fałszywe nadzieje, „Dowód” pokazuje, czym jest życie z osobą chorą, mówi o kosztach, jakie ponoszą bliscy, o lęku przed dziedziczeniem schizofrenii.

– Kino wzmacnia pacjentów, daje im wiedzę – przekonuje psycholog. – Pomaga też rodzinie, która jest najczęściej pozostawiona sama sobie. Niestety, w Polsce wciąż nie dba się o psychoedukację. Najważniejsze jest to, by w początkowej fazie terapii filmem pacjent oglądał filmy w obecności terapeuty, a potem by o tym rozmawiali.

Niestety, czasem filmy mogą nawet szkodzić, nie każda produkcja ma terapeutyczne działanie. Wśród tytułów, których terapeutka nie chce pokazywać, jest wojenna „Cienka czerwona linia” Terrence’a Malicka. Kino wojenne, szczególnie filmy z pesymistycznym zakończeniem, negatywnie oddziałuje na ludzi. Jeżeli ktoś jest w stanie kryzysu psychicznego, po projekcji będzie mu jeszcze trudniej. Drugim tytułem jest „Pasja” Mela Gibsona. – Reżyser z premedytacją miesza dwa porządki: realny i symboliczny. Używa całego arsenału działających na podświadomość technik filmowych, między innymi zwolnień i zbliżeń. U osób chorych „Pasja” może wzmocnić psychozy – uważa Anna Jędryczka-Hamera. – Szczególnie że bardzo często ludzie psychicznie chorzy mają psychozy właśnie na tle religijnym.

 

Według filmoterapeutki dużo użyteczniejszy od Bergmana i von Triera razem wziętych będzie więc Tarantino. Weźmy choćby ostatni jego film: „Grindhouse vol. 1: Death Proof”. Film składa się z dwóch części. W pierwszej bohaterki giną zmiecione z drogi przez psychopatę, w drugiej tenże psychopata dostaje porządny łomot od grupki innych kobiet. Na pierwszy rzut oka to czysta rozrywka, typowa zwariowana tarantinowska makabreska. Anna Jędryczka-Hamera dopatruje się w niej jednak konstruktywnego przesłania: bohaterki pierwszej części giną, bo są plastikowymi lalkami, bezwolnymi zabawkami w rękach faceta. Kobiety w drugiej części wygrywają, bo wiedzą, po co są na świecie. Pracują, są niezależne, silne.

– Czasem emocje są tak silne, że widzowie w trakcie seansu denerwują się, zaczynają rozmawiać o abstrakcyjnych tematach, wychodzą na papierosa – opowiada o swoich doświadczeniach ze stowarzyszenia DOLSAR Art Anna Jędryczka-Hamera. Na cotygodniowe spotkania filmowe przychodzą ludzie po kryzysach psychicznych, specjaliści z ochrony zdrowia, chorzy, którzy są obecnie w lepszym stanie, ich rodziny.

Atmosfera studyjnego kina

Aby film spełnił terapeutyczną funkcję, ważne jest nie tylko co, ale też jak się ogląda. A to wbrew pozorom trudna sztuka. – Dziś ludzie nie umieją oglądać filmów – stwierdza Anna Jędryczka-Hamera. – Nie są w stanie obejrzeć niczego w całości, wytrzymać od początku do napisów końcowych. Poszatkowanie reklamami filmów emitowanych w telewizji też nie pomaga w skupieniu, usprawiedliwia szybką i bezrefleksyjną ocenę filmu. Zniechęca i degraduje film jako sztukę. Tymczasem seans terapeutyczny wymaga właśnie skupienia.

Terapeutka Birgit Woltz, autorka publikacji „The Cinema Therapy Workbook: A Self-Help Guide to Using Movies for Healing and Growth”, radzi:

1. Powinniśmy się zrelaksować, usiąść wygodnie, skupić się na oddechu.

2. W czasie seansu nie analizujemy – to będzie przedmiotem rozmowy z terapeutą – lecz obserwujemy swoje emocje.

3. W trakcie oglądania notujemy: z którym bohaterem się identyfikujemy, kto wzbudza w nas zdecydowanie negatywne uczucia, który wątek przykuwa naszą uwagę, których scen nie byliśmy w stanie znieść, które zachowania bohaterów nam odpowiadają.

4. Obserwujemy, jak działają na nas dźwięki i obrazy, czy w trakcie seansu zaczęliśmy szybciej oddychać. Jeśli tak, to w których momentach.

Reakcje i obserwacje będą później przedmiotem dyskusji z terapeutą. Bo też wszyscy filmoterapeuci zgodnie podkreślają, że najważniejsza jest rozmowa. Owszem, dzięki filmom zyskujemy narzędzia, żeby widzieć siebie i świat bardziej obiektywnie, bez osądzania i zbędnych emocji. Możemy nawet przyspieszyć proces terapeutyczny – ale na pewno nie zastąpi go najlepszy nawet film. Kino pomaga przekroczyć podstawowe bariery, uchylić drzwi do trzymanych w zamknięciu emocji. Jest wstępem do właściwej terapeutycznej pracy. Bo jeśli nawet podsuwa nam gotowe rozwiązania, scenariusz własnego życia musimy napisać sobie sami.   

Anna Jędryczka-Hamera związana z amatorskim ruchem filmowym. Jest psychologiem klinicznym, prowadzi filmoterapię w Dolnośląskim Stowarzyszeniu Aktywnej Rehabilitacji „Art” we Wrocławiu, wykorzystuje ją w prywatnej praktyce psychologicznej, posługiwała się filmem również podczas pracy w szpitalu psychiatrycznym we Wrocławiu

Autorka jest dziennikarką tygodnika „Przekrój”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jestem DDA

Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Prowokowałam awantury, bałam się zgody, zobojętniałam na własne dziecko. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czuli się nieszczęśliwi – mówi 35-letnia Ania, kosmetyczka, mężatka, matka dwójki dzieci.

O swoim dzieciństwie opowiadam już spokojnie, jak o filmie fabularnym, którego główna bohaterka wychowała się w rodzinie alkoholików. Która przez długie lata nie miała pojęcia, że doświadczenia z lat młodości zabrała w dorosłość jak plecak, kiedy jako 19-latka wyjeżdżała z Kielc do Warszawy na studia. Myślała, że wystarczy opuścić dom rodzinny, usamodzielnić się, żeby wziąć życie w swoje ręce. Myliła się. To było za mało.

Od rodziców bagaż na drogę

Pili oboje, i ojciec, i matka – razem, dużo, często, nieraz do utraty przytomności. Ojciec, budowlaniec, kontynuował tradycje alkoholowe swojego ojca. Matka, dekoratorka, zalewała żal po niespełnionych marzeniach o karierze wielkiej malarki. Kiedy przyszłam na świat, a dwa lata później mój brat, przestała pracować i zajęła się domem oraz napełnianiem kieliszków – z każdym rokiem coraz większą ilością trunków.

Ambicje o wyższym wykształceniu i byciu „kimś” przelewali na mnie – brat miał taryfę ulgową, do dziś nie wiem dlaczego. Zamęczali mnie wymaganiami, stale kontrolowali. Z jednej strony miałam być najlepszą uczennicą, z drugiej – nie stwarzali warunków do nauki. Mieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchnią. W domu stale pijaństwo – albo pili sami, albo ze znajomymi „od kieliszka”. Potem często się awanturowali, dochodziło też do rękoczynów. Każdą wolną chwilę spędzałam u przyjaciół lub na kółkach zainteresowań, które na szczęście akceptowali. Nie chciało się wracać, ale narzucili dyscyplinę czasową i najpóźniej o dwudziestej miałam być w domu. Starałam się nie łamać tych nakazów, bo nawet za drobne przewinienia dostawałam lanie smyczą psa. Moja złość na rodziców rzutowała na relacje z bratem, bo to ja miałam dopilnować, by na przykład odrobił lekcje – jeśli tego nie zrobił, gromy padały na mnie, nie na niego.

Ale najgorsze były ich zniknięcia na całe noce. Wychodzili bardzo późnym wieczorem, bez słowa. Nie wiedziałam dokąd, co się z nimi dzieje, kiedy wrócą czy w ogóle wrócą. To zdarzało się już, kiedy miałam 10 lat. Okropnie się wtedy bałam, że coś im się stanie. Zostawałam przecież z młodszym bratem, czułam się za niego odpowiedzialna. Wracali nad ranem, zazwyczaj kompletnie pijani. Płakałam, krzyczałam, prosiłam, żeby mówili, jak mają zamiar zostawić nas samych, ale oni uważali, że nie muszą informować dzieci o swoich planach. Nienawidziłam ich, ale i kochałam.

Nigdy nie próbowałam uciekać z domu. Innego przecież nie miałam. Także świadomości, że to, co się w nim dzieje, jest złe, patologiczne. Po prostu taki był i już. Mówiłam sobie: Nie użalaj się nad sobą. Są tacy, którzy mają od ciebie jeszcze gorzej. W szkole jesteś lubiana, masz przyjaciół, fajną paczkę... Po maturze wyjedziesz i zaczniesz nowe życie.

Życie na wolności

Dostałam się na Politechnikę Warszawską. Spełniłam marzenie ojca, który sam chciał być inżynierem. Wkrótce jednak przekonałam się, że studia techniczne wcale mnie nie interesują. Po roku je przerwałam. Pierwszy raz powiedziałam rodzicom „nie”. Poszłam na zaoczne ekonomiczne i do pracy, żeby uniezależnić się finansowo. Wreszcie zacznę żyć tak, jak chcę – obiecałam sobie.

Zakochałam się. Piotr był fizycznie bardzo podobny do mojego ojca – przystojny brunet. Pierwszy okres – euforia, wolność, szczęście. Zamieszkaliśmy razem w jego kawalerce. Pierwsze światełko ostrzegawcze zapaliło się we mnie, kiedy zauważyłam, że za często pojawia się u nas alkohol, imprezy siedem razy w tygodniu: w domu, w pubie, u znajomych. Ja podczas wieczoru wypijałam jedno piwo, Piotr się upijał. Zrobił się zaborczy i chorobliwie zazdrosny. Kontrolował mnie, koleżanki nazywał ostatnimi idiotkami. Kłóciliśmy się. Żyłam na jego wyspie, on wybierał znajomych... Oto wyrwałam się od rodziców, by wpaść z deszczu pod rynnę. Piotr był uzależniony nie tylko od alkoholu, lecz i od narkotyków. Odeszłam. Ale straciłam na niego pięć lat.

Skąd we mnie tyle złości?

Poznałam Adama. Był 16 lat ode mnie starszy, rozwiedziony, miał 15-letnią córkę. Ja skończyłam wtedy 25 lat. Rok później urodziła się nasza córeczka Marysia. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Pobraliśmy się.

Sielanka trwała jakieś dwa lata. Potem zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Popadałam w stany takiego napięcia, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Wszczynałam awantury o głupi talerzyk w zlewie, prowokowałam kłótnie. Wpadałam w furię, tupałam, rzucałam różnymi przedmiotami... Ale nigdy nie płakałam. Adam był ostoją wyrozumiałości, cierpliwości, spokoju. To jeszcze bardziej mnie nakręcało. Wiedziałam, że stopień agresji był nieadekwatny do przyczyny, która ją wywołała, ale nie potrafiłam powstrzymać wybuchu. W końcu popadłam w głęboką depresję – totalny dół, żyłam jak senna mara, nie z nimi, lecz obok nich. Nawet córeczką przestałam się zajmować. I dopiero to wyrwało mnie z totalnego odrętwienia. Przestraszyłam się: „Skoro moje dziecko już mnie nie obchodzi, to musi być ze mną coś nie tak”. Zwierzyłam się przyjaciółce, powiedziała: „Aniu, może terapia?”

.

Poszukiwanie igły w stogu siana

Nie wiedziałam, na czym tak naprawdę polega psychoterapia. Myślałam, że opowiem o swoich problemach, terapeuta przepisze mi lekarstwo, ja je zażyję i będę szczęśliwa. Ale to nie takie proste.

Umówiłam się z terapeutą na cykl 10 godzinnych sesji w indywidualnej terapii poznawczo-behawioralnej. Sama zdecydowałam, że tyle musi wystarczyć. Nie wystarczyło. Ale nie chciałam kontynuować, bo nie miałam wiary, że te rozmowy mogą mi pomóc, mało się w nie angażowałam – bo nie byłam wtedy wewnętrznie gotowa na terapię. Po tych sesjach czułam się tak, jakby mi ktoś strasznie zamieszał w głowie, coś we mnie poruszył, ale nie wiedziałam co i dlaczego. Zostawiłam sprawę w zawieszeniu... do czasu.

Wkrótce potem zaczęły dopadać mnie straszne lęki, szczególnie strach przed dźwiękiem samolotów. A pracowałam wówczas w obsłudze naziemnej lotniska. Kiedy samolot startował, zdawało mi się, że wszystko wali mi się na głowę, zachowywałam się irracjonalnie – uciekałam, chowałam po kątach. Podobnie reagowałam na jazdę samochodem. Potrafiłam nagle kopać w drzwi auta i krzyczeć do męża, by się natychmiast zatrzymał i mnie wypuścił. Nie mogłam tak żyć. Znów trafiłam do gabinetu terapeuty.

Wybrał dla mnie indywidualną terapię małżeńską. To mnie zaskoczyło: „Przecież to ja mam lęki, nie mój mąż”. Na co usłyszałam: „Funkcjonuje pani w związku, dlatego dobrze by było, gdyby razem weszli państwo w terapię. Proszę zapytać męża”. Adam od razu się zgodził: „skoro to może ci pomóc...”. Podczas sesji skupialiśmy się głównie na sytuacjach, w których dopadały mnie lęki oraz na konfliktach, jakie wybuchały w związku. Po raz pierwszy tak otwarcie rozmawialiśmy z Adamem o emocjach, tak głęboko analizowaliśmy zdarzenia, w których dochodziło do nieporozumień. Terapia bardzo dobrze wpłynęła na nasze relacje, a dźwięki już mnie nie przygniatały. Ale nadal czułam, że coś głęboko we mnie siedzi i nie daje spokoju. Nie mogliśmy jednak kontynuować terapii, bo byłam w zaawansowanej ciąży i trudno mi było dojeżdżać na spotkania. Przerwaliśmy po roku. Okazało się, że to coś znalazło sobie inne ujście.

Pojawiły się dokuczliwe bóle – wątroby, kręgosłupa, mięśni twarzy. Badania gastrologiczne nic nie wykazały, neurolog przepisał mi tabletki, po których wprost odjeżdżałam. Dopiero pewien lekarz medycyny tradycyjnej i chińskiej, który podczas szczegółowego wywiadu lekarskiego jako pierwszy wydobył ze mnie informację, że moi rodzice byli alkoholikami (wcześniej się wstydziłam i to zatajałam), powiedział: „Przyczyny pani dolegliwości są natury emocjonalnej. Sugeruję terapię DDA, bo ma pani nierozpracowane sprawy z przeszłości”. I wreszcie trafiłam tam, gdzie powinnam od razu – do terapeuty, który zajmuje się syndromem Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA).

Echa dzieciństwa

Od początku nawiązałam z terapeutą bardzo dobry kontakt. Jak się później okazało – jeden z najcenniejszych w życiu. Otworzyłam się przed nim całkowicie. Miałam 33 lata, dwójkę cudownych dzieci, wspaniałego męża i pragnęłam być równie wspaniałą matką i żoną. Chciałam wreszcie wyszarpnąć z siebie to „coś”, co huśta moimi emocjami i nastrojami. Byłam bardzo zmotywowana. Z wiarą i pozytywnym nastawieniem podeszłam do terapii DDA. Trwała rok.

Terapeuta sięgał do mojego dzieciństwa bardzo powoli, stopniowo. Padały pytania typu: „ Jak pani mama reagowała w takiej sytuacji? Co pani wtedy czuła?”. Scenom retrospekcyjnym towarzyszyły wielkie emocje – gniew, żal, złość na rodziców wylewałam razem ze łzami. Pisałam też do nich listy, nie po to, by je wysyłać, lecz odczytać terapeucie na kolejnych sesjach – to było jedno z moich zadań domowych. Wyobrażałam sobie na przykład, że jestem małą dziewczynką, chodzę do szkoły, coś złego dzieje się w domu i w liście miałam wyrazić wszystkie uczucia, jakie żywiłam wtedy do rodziców, co sobie o nich myślałam, jak się czułam, kiedy na przykład była noc, a oni nie wracali do domu. To było bardzo trudne i bolesne.

Wspólnie omawialiśmy każde zachowanie rodziców w danej sytuacji: co robili, dlaczego to było złe, jaki wpływ wywarło na moją psychikę... – miałam dokładnie rozpracowany, przeanalizowany każdy etap, każdy aspekt. Nie patrzyłam na rodziców z perspektywy siebie jako dziecka, tylko siebie jako żony i matki. Moi rodzice skrzywdzili mnie w taki a taki sposób, a teraz ja powielam ich wzorzec i krzywdzę swoich najbliższych. Terapeuta uświadomił mi, że ponowne zmierzenie się z problemami z dzieciństwa jest bolesne, ale konieczne, bo tylko wtedy zrozumiem swoje obecne zachowania, rozpoznam reakcje, które wzięłam z rodzinnego domu, przejęłam od rodziców. Na przykład: tak jak oni na mnie krzyczeli, tak teraz ja bywam agresywna w stosunku do męża. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czują się nieszczęśliwi. W okresie dorastania zgromadziłam w sobie ogrom żalu i dopóki go nie wypuszczę, dopóty będzie we mnie siedział i jątrzył. I od czasu do czasu uchodził małymi kanałami w postaci napięć, krzyków, lęków czy bólów. Opisując traumatyczne przeżycia, nazywając je, wypowiadając, analizując ze specjalistą, wylewałam z siebie tę złość niczym jakieś toksyny.

Uświadomiłam sobie nareszcie, że to, co przeżyłam w dzieciństwie, było dla mnie koszmarem. Zaczęłam sobie jako dziecku współczuć. Zrozumiałam, że nie umiałam przyjąć troski, serdeczności od mojego męża, bo nie byłam przyzwyczajona do tego, że ktoś się o mnie troszczy. Nie potrafiłam tego docenić. Wręcz przeciwnie, wykorzystywałam często jako pretekst do wszczynania kłótni, bo moi rodzice pewne sprawy tak właśnie rozwiązywali. Prowokowałam awantury, żeby mieć je już za sobą, ponieważ w domu odczuwałam wielką ulgę, kiedy było już po kłótni. Dla mnie to stanowiło normę. Zgodne życie przez dłuższy czas budziło we mnie obawę, że to nie może być prawdą, że coś się czai i lada moment i tak wybuchnie.

Innym narzędziem terapeutycznym do poskromienia swojej złości, na przykład na dzieci, okazała się metoda 4 kroków: 1 – zakomunikowanie, 2 – podkreślenie, 3 – postanowienie, 4 – wykonanie. Jeśli dziecko np. skacze po kanapie, a ja tego nie akceptuję, to: 1 – komunikuję spokojnym głosem, że mi się to nie podoba, 2 – podkreślam to, unosząc głos, żeby dziecko wiedziało, że mówię poważnie – ale robię to bardzo świadomie, bez emocji, 3 – mówię, że jeśli dalej będzie skakać, to ja zrobię to i to... coś dla niego przykrego, np. schowam mu na cały dzień jego ulubiony samochodzik, 4 – wykonuję karę.

Pierwsze moje próby były średnio udane – albo nie dochodziłam do 4. kroku, albo któryś przeskakiwałam. Ale w końcu nauczyłam się i przekonałam, że to skutkuje, a przy tym osiągam cel bez uciekania się do agresji. Tę metodę można stosować nie tylko w relacjach z dziećmi, także z partnerem, a nawet panią w sklepie, jeśli jest nieuprzejma.

Ta metoda nauczyła mnie też dostrzegać swoje granice, czego wcześniej nie potrafiłam i pozwalałam, by je inni nagminnie deptali. Pamiętam, jak kiedyś koleżanka, obserwując mnie na spacerze z dziećmi, powiedziała: „Ja nie daję swoim dzieciakom tak bardzo jak ty wchodzić sobie na głowę. A ja dawałam, reagowałam zawsze zbyt późno i już ze złością.

Doszłam do celu

Terapię DDA skończyłam rok temu. Co zmieniła w moim życiu? Przede wszystkim pozbyłam się bólów i napięć, opanowałam agresję. Bo wyrzuciłam z siebie ogromne pokłady złości, które od dzieciństwa się we mnie odkładały. Po terapii jestem o wiele bardziej stabilna emocjonalnie, radośniejsza, mam więcej pewności i wiary w siebie. Potrafię świadomie kierować emocjami. Rozgraniczyłam dwa światy: życie „tam i wtedy” od „tu i teraz”. Wreszcie czuję, że sama kieruję swoim życiem. Nic mnie już nie gniecie.

A jeśli się zdarzy, że upiory powrócą, to posiadam narzędzia terapeutyczne, by je przepędzić. Wiem na przykład, że w momentach napięcia mogę sięgnąć po relaksujące oddychanie: płytki wdech i powolny, długi wydech. Żeby wypuścić złość – napisać list do osoby, która mnie zezłościła. Co jest cenne: kiedy poniosą mnie emocje i niesłusznie nakrzyczę np. na męża, to teraz go przeproszę i powiem: „Wiesz, jeszcze tak mi się zdarza. Wybacz”. To zupełnie zmienia sytuację.

Terapię postrzegam jako cudowne narzędzie, ale nie cudowny środek na życiowe dolegliwości. Bo przecież nie przestanę być dzieckiem alkoholików. Moi rodzice pili i nic tego nie zmieni. Nie zresetuję mózgu tak jak dysku. Ale mogę mieć władzę nad swoimi zachowaniami, wpływać na swoje życie i jego kształt. Czuję się kobietą spełnioną i szczęśliwą. Mam wspaniałą rodzinę, świetny kontakt z dziećmi i mężem. Niedawno założyłam własny gabinet kosmetyczny. A rodzice? Nadal piją.

Czym jest syndrom DDA?

Marzenna Kucińska psychoterapeutka.

To zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. Uniemożliwiają też rozwój postaw i reakcji bardziej adekwatnych do rzeczywistych zdarzeń. Terapia DDA ma na celu zmianę tych cech. Składa się z trzech etapów:

Pierwszy polega na opowiedzeniu swojej historii – jest trudny, gdyż wiele osób z DDA wyniosło z domu przekaz, że nie należy rozmawiać z osobami spoza rodziny o tym, co się dzieje w domu. Niektórzy nikomu wcześniej nie opowiadali o swoim życiu – dla nich samo przywoływanie wspomnień z dzieciństwa może być wystarczające do uruchomienia procesów zmian osobistych. Kiedy zaczynamy ujawniać komuś swoją opowieść, ważne są nie tyle fakty, co sposób, w jaki jako dzieci ich doświadczaliśmy. Te przeżycia zostały zapisane w umysłach w postaci obrazów czy przekonań i nadal ożywają, wpływając na emocje i zachowania. Kiedy je odkrywamy, zaczynamy lepiej rozumieć siebie oraz swoje wybory.

Drugi etap terapii to odreagowywanie szczególnie bolesnych doświadczeń i ich rekonstrukcja. To niezbędne, by przeszłość przestała boleć. Wtedy pojawia się zwykle bardzo dużo trudnych emocji: lęk, smutek, bezradność, cierpienie, a ich wyrazem są często łzy. W terapii to przejaw zdrowienia, oczyszczania się i gojenia starych, nadal krwawiących ran, dzięki czemu pacjenci uczą się rozpoznawać swoje emocje, potrzeby i zaspokajać je. A kiedy przeszłość przestaje budzić silne emocje, przychodzi czas na etap trzeci – odbudowywanie, a czasem nawiązywanie, zdrowych relacji z innymi.

Na początku terapii trudno czasem powiedzieć, jak wiele etapów trzeba z terapeutą przejść, żeby dokonane zmiany stały się naturalnym procesem rozwoju. Jest wiele osób z DDA, które rozpoczynają terapię dopiero w stanie ostrego kryzysu, wtedy, gdy ich dotychczasowe strategie przestają działać – dla nich główną zmianą będzie uporządkowanie życia i spraw aktualnych.

Inni mają wszystko dobrze poukładane i świetnie sobie radzą z zadaniami, ale nie potrafią tego w sferze emocji – wymykają się im spod kontroli. Dla tych osób najważniejsze jest nauczenie się, jak obchodzić się z napięciami i czerpać siły z emocji. Jeszcze inni radzą sobie we wszystkich obszarach życia, poza budowaniem kontaktów, gdyż mają wiele lęków i ostrożności w relacjach społecznych. Na terapii poznają tego przyczyny i otwierają się na innych i samych siebie.

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Styl Życia

Las na receptę

Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Dawniej podczas zarazy królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej. Teraz znów to robimy, wracamy do lasu – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, przewodniczka kąpieli leśnych, autorka książki „Lasoterapia”.

Co pani czuje, gdy wchodzi do lasu?
To zależy, z jaką głową tam wchodzę. Kiedy jestem bardzo zapracowana, idę do lasu, by na chwilę się zresetować, odpocząć. Wnoszę więc do niego mnóstwo splątanych myśli, stopniowo robi się ich coraz mniej, aż pojawia się spokój. Innym razem już od początku czuję energię i zaciekawienie, bo mam wolny dzień, dobry humor i wchodzę do lasu z nastawieniem: co mnie dziś zaskoczy? Czasem przepełnia mnie radość, czasem – refleksyjność. Las też się zmienia... Parafrazując – nie można wejść dwa razy do tego samego lasu. Mam wrażenie, że nawet ten sam las i ta sama w nim ścieżka, którą idę, nigdy nie są takie same.

Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)

Wiele osób boi się lasu. W literaturze i kinie las jawi się jako złowrogi, można się tu zgubić. Z jakimi reakcjami spotyka się pani najczęściej?
Na szczęście wśród osób, z którymi wybieram się na leśne wyprawy w ramach lasoterapii, strach pojawia się najrzadziej, ale się pojawia. Przychodzą na przykład osoby, które mają niewiele wspólnego z lasem, a chciałyby się przełamać i go lepiej poznać. Takie podejście zwykle wiąże się z tym, co nam się wpaja na temat lasu w dzieciństwie lub późniejszym życiu – że to miejsce niebezpieczne i że może nas tam spotkać wiele złego zarówno ze strony przyrody, jak i ludzi. Jeśli najbliższe środowisko nasiąka taką niechęcią do przyrody – że to tylko kleszcze, komary i inne choroby – w dziecku pojawia się opór lub niechęć. Choć niekiedy dzieje się też odwrotnie – na zasadzie buntu i tego, że zakazane pociąga.


Jeżeli las jest czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, to rzeczywiście może przerażać. Nie tylko dzieci. Kiedy byłam na zjeździe International Forrest Therapy Days w Finlandii, pojawił się nawet pomysł, by relaksować się w lesie, rozstawiając namiot z wydrukiem drzew od środka. Wielu uczestników w ogóle nie miało doświadczenia kontaktu z lasem naturalnym, dzikim, jakim jest nasza Puszcza Białowieska. Było dla nich nie do pojęcia, że u nas są żubry i wilki. Moja koleżanka Basia Bańka, też przewodniczka po Białowieskim Parku Narodowym, powiedziała wtedy: „Ale nie da się nauczyć pływać, jeśli człowiek się nie zamoczy”. To nic, że las jest dziki, on ma swoje zasady. Wystarczy je poznać – mam tu na myśli choćby zwyczaje mieszkających w nim zwierząt – i nie ma co bać się ataku wilka czy żubra, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu i szacunku są to fantastyczne spotkania. Nie warto też rezygnować z bycia w przyrodzie z powodu obaw przed złapaniem kleszcza, którego spotkać można także w mieście. Lepiej zapoznać się z profilaktyką.

Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)

Część z nas wchodzi do lasu jak do świątyni. Część wchodzi do niego jak do siebie, do domu. Dla pani las to dom czy świętość?
Osobiście łączę oba podejścia. Dziś czuję się tu bardzo swobodnie, choć doskonale pamiętam moment, kiedy jako już dorosła osoba po raz pierwszy weszłam do Puszczy Białowieskiej i miałam wrażenie, że nie jestem u siebie. Dobrze znałam lasy hodowlane, w których bioróżnorodność jest skromna i gdzie niewiele mnie mogło zaskoczyć, natomiast w puszczy poczułam ogromny respekt i szacunek do przyrody. Pojawiła się chęć, by zgłębiać ten ekosystem. Im więcej się dowiadywałam na temat puszczy, tym mniej się jej obawiałam i bardziej się zaprzyjaźniałyśmy.

Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)

Las to dziś moje miejsce pracy i relaksu, ale też świątynia. Bywa, że nadal czuję się w niej jak mrówka. Dla nas, ludów praindoeuropejskich, symbol drzewa czy gaju zawsze był święty i pojawiał się w bardzo wielu kulturach. U Słowian wierzono w święte drzewo, wokół którego powstał świat. Tak samo było w kulturach nordyckich, gdzie czczono ogromny jesion Yggdrasil, który był osią świata i łączył różne rzeczywistości – ludzi, duchów i istot nadprzyrodzonych. Jest nawet termin axis mundi – „oś świata”, w wielu kulturach wyobrażana przez drzewo, które gałęziami wrasta w niebiosa, a korzeniami w świat podziemny, łącząc je ze sobą oraz z ziemią, czyli światem doczesnym.

Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)

W kulturze chrześcijańskiej jest ogród rajski, a w nim drzewo poznania dobra i zła. Słowianie wierzyli, że wśród drzew, w świętych gajach, słuchają nas bogowie, chrześcijanie – że las jest dziełem Stwórcy, czyli jest doskonały taki, jaki jest. W naszym kręgu kulturowym, który jest nie tylko słowiański, lecz także chrześcijański, mamy więc możliwość obcowania z prawdziwym sacrum.

W książce „Lasoterapia” pisze pani, że już jako dziewczynka czuła pani więź z lasem, którą wzmagały opowieści o Robin Hoodzie. Dla niego las był schronieniem, ale i ucieczką. Dziś, w czasach pandemii, las znów pełni te funkcje. Nigdy nie bywałam tak często w lesie jak ostatnio.
Wielokrotnie w różnych kryzysowych sytuacjach uciekaliśmy do lasu. Robin Hood to piękna legenda z czasów średniowiecza, ale przypomnijmy sobie choćby naszych partyzantów w trakcie drugiej wojny światowej. W dawniejszych czasach, kiedy panowała zaraza, królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej, żeby nie zachorować. I teraz znów to robimy.

Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej. (Fot. iStock)Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej. (Fot. iStock)

Las nam daje poczucie bezpieczeństwa, i to są atawistyczne, czyli bardzo pierwotne reakcje, które przypływają do naszej świadomości z przyczyn ewolucyjnych. Jako gatunek wychowaliśmy się na sawannie, potem przenieśliśmy się do lasu i właściwie wyprowadziliśmy się z niego dopiero około 200 lat temu do dużych miast. My wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego kiedy tylko do niego wracamy, pojawiają się w nas sygnały, że nasze podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone: od wyżywienia, przez to, że będzie woda, po drewno, które da nam schronienie i ciepło ogniska. Naturalnie gdyby ktoś z nas zmuszony był nagle, z godziny na godzinę, zacząć żyć w lesie, prawdopodobnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ale gdzieś głęboko w naszej podświadomości jest informacja, że to jest możliwe. Nic dziwnego, że niejako z automatu zaczynamy się odprężać, gdy tylko wchodzimy między drzewa.

A skoro jesteśmy przy temacie pandemii – las jest bezpiecznym miejscem także dlatego, że jest tu mniejsze ryzyko zakażenia się koronawirusem. Po pierwsze, swobodnie można zachować dystans, nawet mimo tego, że obecnie w lasach są tłumy. Po drugie, jest świeże powietrze, a po trzecie, drzewa i roślinność wydzielają substancje antywirusowe wzmacniające naszą odporność.

Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)

Jest pani lekarzem psychiatrą, przyrodniczką i przewodniczką kąpieli leśnych. Co te perspektywy wnoszą do pani wiedzy na temat wpływu lasu na nasze samopoczucie?
Punktem stycznym tych profesji jest praca ze stresem. Jako psychiatra i jako przyrodnik mam tym większą świadomość tego, jak kojąco przyroda wpływa na nasz system nerwowy. Obecnie to ogólnie dostępna wiedza naukowa, nie tylko intuicyjna.

Dziś, jeśli z różnych przyczyn nie mogę wysłać pacjentów na zorganizowane treningi relaksacyjne, mogę po prostu wysłać ich do lasu, bo wiem, jak wiele dobrego kontakt z przyrodą robi dla odporności, psychiki oraz wielu innych systemów i układów w naszym ciele. Las nigdy nie zastąpi leków, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kliniczną depresją. Nie wyleczy ze wszystkich chorób, ale może być świetną profilaktyką, uzupełnieniem klasycznego leczenia oraz narzędziem rehabilitacji. W dodatku jest za darmo i nie powoduje żadnych niekorzystnych interakcji. Jeśli traktujemy dziką przyrodę z odpowiednim szacunkiem i wiedzą.

Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)